EWM GP 12/2009

Z Encyklopedia Solidarności

GAZETA POLSKA, 25 marca 2009

O dwóch takich, co ukradli powielacz

Jednym z wypróbowanych przez Służbę Bezpieczeństwa PRL sposobów walki z dysydentami było stosowanie wobec nich fałszywych i dyskredytujących oskarżeń. W początkach 1980 r. ofiarami tego typu praktyk padli: szef podziemnej Niezależnej Oficyny Wydawniczej Mirosław Chojecki oraz jeden z jej współpracowników – Bogdan Grzesiak, aresztowani za rzekomą kradzież państwowego mienia. Wedle późniejszych interpretacji nastąpiło to z osobistej inicjatywy ministra spraw wewnętrznych gen. Stanisława Kowalczyka i resortowego sekretarza KC Stanisława Kani, pragnących zademonstrować towarzyszom, także tym moskiewskim, chęć zaostrzenia dotychczasowego kursu.

Pechowy zakup

„Wydawnictwo Nowa dramatycznie potrzebowało sprzętu więc jak się […] okazało, że w drukarni w śródmieściu przy Placu Powstańców [w Warszawie] złomuje się jakieś maszyny i powielacze, postanowiliśmy ten sprzęt przejąć” – opowiadał uczestnik transakcji, młodszy brat Bogdana, Adam. – „Chyba zapłaciliśmy jakieś grosze i ten zezłomowany powielacz ze śmietnika drukarni zawieźliśmy na Pragę do czyjejś piwnicy”. Właśnie tam 23 stycznia 1980 r. wytropiła go milicja. Winą za dekonspirację obciążono „jednego chłopaka”, proszonego o wyszukanie miejsca na przechowanie nabytku. W istocie rzecz zasadzać się mogła na prostej prowokacji. Wątpliwości co do faktycznej roli oferentów, pracowników Powszechnej Agencji Handlowej, wysuwał np. Mieczysław Rakowski, uważając, że zostali podstawieni przez SB. W myśl obowiązującego prawa zakup rzeczywiście miał charakter nielegalny, aczkolwiek, jak konstatował Chojecki: „A ten zarzut. No, po prostu taki był pod ręką, to zamknęli z tego powodu. Gdyby był inny, to zamknęliby z innego”.

Aresztowanie Grzesiaka nastąpiło 6 lutego. Wypuszczony po około trzech tygodniach, 17 kwietnia ponownie znalazł się na Rakowieckiej. Z kolei „Choj” trafił do aresztu 25 marca, wzięty z domu, jak opisywał, „zupełnie bez wyjaśnień”. Poza ogólnikowym zarzutem nie przedstawiła mu ich także wiceprokurator Anna Detko. Stąd, na znak protestu, zdecydował się na podjęcie głodówki. „Zrozumiałem, w co chcą nas wmanewrować” – tłumaczył. Podczas przesłuchań odmawiał odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Grzesiak – przeciwnie. „W swoich obszernych zeznaniach szczerze przyznałem się do mojej roli w sprawie” – zwracał się w zażaleniu do Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy, prosząc o zamianę środka zapobiegawczego. Jednocześnie jednak starał się wprowadzać funkcjonariuszy w błąd i mylić im tropy.

Stefan Kisielewski, czuły barometr swojej epoki, komentował działania reprezentantów władzy: „A więc poszli na całego – nie licząc się ze światem”. Świadomość wyjątkowości sytuacji wywołała wśród opozycjonistów nadzwyczajną mobilizację: „Udało nam się uruchomić akcję protestu na niespotykaną skalę” – oceniał Grzegorz Boguta.

W obronie Chojeckiego i Grzesiaka

Dla obydwu stron: rządowej i opozycyjnej historia nabrała prestiżowego wręcz charakteru. Zarówno Nowa, jak i KSS „KOR” zdecydowały się na walny bój. Na ulicach Warszawy rozpowszechniono tysiące ulotek: „wszystkie rozgłośnie europejskie huczały, cały świat się dowiedział, że w Polsce są więźniowie polityczni” – wspominał uczestnik akcji. Wedle wiedzy bezpieki 16 kwietnia „ulotkowano” w 18 miejscach. W proteście, nie tylko na zasadzie powszechnej mobilizacji, ale też aby dać dowód solidarności, wzięli udział Adam Michnik z Jackiem Bocheńskim. Patetyczny gest omal nie okazał się zgubny. „Mieli rzucić o szesnastej” – relacjonował osobiście zainteresowany powodzeniem inicjatywy Adam Grzesiak – „żebyśmy wszyscy zrobili to równocześnie, a rzucili z »Forum« nieco wcześniej, więc o czwartej cała policja [milicja] warszawska już była na nogach”. Jeśli tak się stało, to niekoniecznie stanowiło to przewinę obydwu niedoświadczonych konspiratorów, świadczyłoby raczej o jakimś wcześniejszym przecieku do esbecji.

Odezwy i oświadczenia wystosowywały liczne, nie tylko niezależne środowiska. Zdecydowaną postawę przyjął Oddział Warszawski ZLP, uznawany za matecznik opozycji. Podczas zebrania sprawozdawczo-wyborczego 5 maja o wolne słowo i aresztowanych upominali się m.in. Stefan Bratkowski (przedstawiał się jako „przeciwnik stosowania środków administracyjnych, tam gdzie sytuacja wymaga stosowania środków politycznych”), Stefan Kisielewski (udowadniał, że „najwartościowsze i najciekawsze książki ukazały się nakładem NOW-ej”) Andrzej Szczypiorski (podniósł, jak to nazwał, „dramat” Chojeckiego i jego rodziny), Jerzy Ficowski (przywoływał apel twórców podpisany przez 52 osoby), Marian Brandys (awansował „Choja” na „postać z historii literatury”) oraz Jan Józef Lipski (nawołując do czynu „bez wyczekiwania na dalsze ofiary represji”). Znajdujący się po drugiej stronie Jerzy Putrament, nie chcąc bronić przegranej sprawy, opuścił gremium przed czasem. „Oni się zmobilizowali, my – nie” – podsumowywał gorzko. Jedynym „sprawiedliwym”, na tyle odważnym, aby przeciwstawić się większości, okazał się I sekretarz POP i dyrektor PIW-u Andrzej Wasilewski. Miał jednak niewiele do powiedzenia, wyjąwszy połajanki wobec literatów, którzy jego zdaniem „utworzyli własną pozazwiązkową strukturę organizacyjną i wydawniczą”. Próbując przekonać zgromadzonych do swoich racji, sygnalizował, że funkcjonariusze w KC „obiecali mu papier”.

Punktem kulminacyjnym stała się głodówka, rozpoczęta 7 maja w kościele w Podkowie Leśnej, przy wsparciu księdza Leona Kantorskiego. „Ściągnęła różna »mafia opozycyjna«, począwszy od [Jacka] Kuronia, aż po [Aleksandra] Halla” – opisywał Adam Grzesiak. Co ciekawe, ten pierwszy, z góry przeświadczony o niepowodzeniu inicjatywy, zgłosił się jedynie dla przykładu: „idę tam, żeby nie było, iż biorę udział tylko w sprawach zwycięskich” – wspominał w pamiętnikach. Wydane z jej okazji oświadczenie wymieniało 13 aresztowanych, m.in. Dariusza Kobzdeja, Tadeusza Szczudłowskiego i Edmunda Zadrożyńskiego.

W tym czasie starania o uwolnienie syna podjęła Maria Stypułkowska-Chojecka, legendarna „Kama”, łączniczka „Parasola” i uczestniczka zamachu na Kutscherę, wykorzystując swe ZBOWiD-owskie koneksje: „Ułożyłam list do pana Gierka, że syn został zatrzymany pod zarzutem kradzieży, której nie popełnił i prowadzi strajk głodowy, który może doprowadzić do śmierci, i za tę śmierć będą odpowiedzialne władze”. W efekcie „towarzysz Edward” osobiście nakazał polubowne zakończenie całej sprawy: „jego słowo” – jak bowiem przyznawał wprowadzony w kulisy władzy Janusz Rolicki – „wciąż bowiem w PRL-u stanowiło prawo”. Matka „Choja” opowiadała po latach: „pan [Lucjan] Czubiński, szef Prokuratury Generalnej zadzwonił do mnie, żebym przyjechała, bo ma dla mnie dobrą wiadomość: – Pierwszy sekretarz kazał pani syna zwolnić. No i gdy do niego przyszłam, zaproponował: – Koniaczek, kawa?”. Chojecki wychudzony, obrośnięty, opuścił areszt. Tylko nieco dłużej siedział drugi z aresztantów.

Polityczne teatrum

Nie obyło się jednak bez rozprawy. Zdaniem Rakowskiego „przekonano Starego [Gierka], że bezpieka nie może do końca utracić twarzy”. Oprawa okazała się, jak na proces „drobnych kryminalistów”, zdumiewająca: salę zabezpieczał m.in. batalion konwojowy KS MO, w odwodzie czuwał też pluton ZOMO. W sumie zaangażowano 58 funkcjonariuszy, 5 samochodów i 6 radiostacji nasobnych. Jak ironizowała komentatorka RWE Alina Grabowska, w starającym się zamazać i zbanalizować istotę rozprawy komunikacie PAP, nie udało się uniknąć „potwornego i niebezpiecznego słowa! Zakazanego słowa: »powielacz«”. Ostatecznie obydwu oskarżonych skazano na półtora roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata i po 15 tys. złotych grzywny. Gen. Adam Krzysztoporski mógł tylko pocieszać swoich partyjnych zwierzchników, że zastosowane kary podobno „wywołały zaniepokojenie wśród elementów antysocjalistycznych obawiających się kompromitacji w oczach opinii publicznej”. O jedynie formalnym traktowaniu wyroku świadczy wydanie Chojeckiemu, co prawda już w okresie solidarnościowego karnawału i po interwencji ambasady Szwecji, zgody na wyjazd na uroczystość wręczenia Czesławowi Miłoszowi Nagrody Nobla.

Bohaterowie procesu zostali już wcześniej uhonorowani przez „Zapis” „za wybitne zasługi w upowszechnianiu literatury współczesnej i wyzwalaniu jej od szkodliwych skrępowań”. W połowie czerwca w PEN Clubie, podczas uroczystości wręczenia Marianowi Brandysowi nagrody im. Lepeckiego, opozycja postanowiła zademonstrować swój triumf. „Stawił się kwiat dysydencji: Chojecki i Michnik w koszulkach z napisem Nowa, a także seniorzy, tj. autorytety moralne: Mazowiecki, Cywiński” – jak zwykle gorzko notował krytyki literacki Andrzej Kijowski. – „Wolna Polska, Dziecinna Polska, Polska żyjąca fałszywymi analogiami, Polska bawiąca się swoją własną historią”. Pisarz nie spodziewał się, że wkrótce rozpocznie się nowy etap jej dziejów, a pozacenzuralne słowo wybuchnie z siłą dynamitu.

Justyna Błażejowska
historyk, współpracownik Encyklopedii Solidarności



MIROSŁAW CHOJECKI

Ur. 1 IX 1949. Chemik, pracownik IBJ. Członek KOR, następnie w KSS „KOR”. 1977–1981 na czele Nowej. Relegowany z pracy, wielokrotnie rewidowany, bity, zatrzymywany, aresztowany. Współorganizator krakowskich manifestacji po śmierci Stanisława Pyjasa. Uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej. Członek komisji ds. dostępu „Solidarności” do środków masowego przekazu. Po 13 XII 1981 na emigracji, 1982–1989 członek Biura Zagranicznego „S” w Brukseli. Założyciel Stowarzyszenia „Kontakt” w Paryżu, wydającego miesięcznik „Kontakt” oraz realizującego audycje radiowe i filmy. W 1989 wrócił do kraju.