EWM GP 2/2009

Z Encyklopedia Solidarności

GAZETA POLSKA, 14 stycznia 2009

Wallenrod cenzury

Pod koniec 1977 r. elitami intelektualnymi wstrząsnęły największe i najpilniej strzeżone tajemnice Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. W ich ujawnieniu główną rolę odegrał, biorąc na siebie ogromne ryzyko, Tomasz Strzyżewski, były radca krakowskiej delegatury GUKPPiW. Znalazł w niej zatrudnienie w połowie sierpnia 1975 r. dzięki protekcji brata, pracownika Wydziału ds. Wyznań Urzędu Miasta. Ze względu na brak odpowiedniego przygotowania powierzano mu „mniej odpowiedzialne odcinki”, aczkolwiek dopuszczano „do materiałów stanowiących tajemnicę państwową i służbową”.

Kim pan jest, panie Strzyżewski?

Należał do pokolenia, którego młodość przypadła na lata 60. i wczesne 70.: małej stabilizacji, a następnie przyspieszonego rozwoju czasów Edwarda Gierka. „Żyjąc w środowisku cieplarnianym stworzonym przez ojca, przez rodziców w domu, nie miałem kontaktu z rzeczywistością społeczną” – wspominał po latach. Po ukończeniu szkoły imał się różnych zajęć. W wieku 19 lat zatrudnił się na poczcie, a następnie, jako pracownik fizyczny, w Wojewódzkim Urzędzie Statystycznym. W 1966 r. rozpoczął pracę w Przedsiębiorstwie Remontowo-Montażowym Handlu Wewnętrznego jako referent ds. ekonomicznych, awansując stopniowo na stanowisko kierownika Działu Kadr i Szkolenia Zawodowego. Wkrótce znalazł się w Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji. W tym czasie, chcąc podjąć studia, wstąpił do PZPR. „Byłem szczęśliwym człowiekiem. Od dwóch lat byłem żonaty, miałem żonę i córkę w drodze, ze wszystkiego byłem zadowolony. Czego mi w życiu więcej było trzeba do szczęścia?” – pytał z perspektywy lat.

Do cenzury trafił przypadkiem. Już samo zapoznanie się z charakterem zajęcia, a zwłaszcza z obowiązującymi w urzędzie wytycznymi, stanowiło dla niego wstrząs. „Ja się [tego] nie spodziewałem – opowiadał. – Nagle tam wszystko jak na dłoni widzę, wszystkie te kłamstwa i wszystkie te nieczyste sprawy”. Czytając po raz pierwszy cenzorskie zalecenia, z trudem panował nad emocjami, obawiając się, czy nie zdradzą go wypieki na twarzy. „Wyszedłem do toalety. Chlusnąłem w twarz zimną wodą. Przemknęło mi przez myśl: «cholera, w co ja wlazłem!»”. Zdołał jednak zachowywać pozory: „dał się poznać jako człowiek skryty o przeciętnych zdolnościach zawodowych” – oceniali przełożeni.

Strzyżewski, decydując się na karkołomną rolę Wallenroda, za główny cel postawił sobie ujawnienie ogromu dokonywanych na społeczeństwie manipulacji. Podjął się benedyktyńskiego wręcz dzieła: przepisywania, podczas nocnych dyżurów w Drukarni Narodowej przy ul. Wielopole, cenzorskiej biblii – „Księgi zapisów i zaleceń GUKPPiW” oraz kompletowania innych dokumentów z urzędu przy Rynku Kleparskim. Zapełnione pismem zeszytowe zszywki przechowywał w domu, w specjalnej skrytce w szafie.

Wiedział, że musi je wywieźć. Ponieważ w 1975 r. samowolnie przedłużył pobyt w Skandynawii oraz bezprawnie podjął tam pracę zarobkową (przycinał róże w szklarni), obejmowało go jednak paszportowe embargo. Zgodę na ponowną zagraniczną podróż otrzymał dopiero dwa lata później, dzięki interwencji brata. Ostatni dyżur poprzedzający urlop pełnił z 9 na 10 marca, do godz. 1.30. Ruszył w drogę. Przez kontrolę celną przeszedł w marynarce i rozpiętym płaszczu, z materiałami przytwierdzonymi do pleców. Wsiadł na prom do Szwecji. „To było nieprawdopodobnie przyjemne uczucie, ale cały czas byłem spięty”. Z tego co mu w razie zdemaskowania groziło, doskonale zdawał sobie sprawę. „Co by się ze mną stało? Wiadomo [...]. Szpiegostwo!”.

Agent, mitoman i dureń

Osiągnąwszy szczęśliwie cel wyprawy, chciał opublikować rewelacje. Zainteresowanie nimi Polonii nie należało jednak do rzeczy łatwych. Nieposiadającego odpowiednich koneksji Strzyżewskiego wszędzie traktowano jako prowokatora, mitomana lub „tylko durnia marzącego o złotych górach z CIA”. Jerzy Giedroyć tłumaczył: „Obiekcje miało wtedy b. dużo ludzi z FE [Free Europe – przyp. JB] włącznie”. Inni nie doceniali wagi dokumentów. Pomarcowy emigrant Józef Dojczgewand stwierdzał, że „nie interesował się tą sprawą, ale to chyba nie jest ważne, jego natomiast interesuje [...] jak wygląda system parlamentarny w PRL”. Zdesperowany oferent trafił m.in. do Andrzeja Koraszewskiego, w którego ocenie przeciek stanowił jedynie „wynik rozgrywek personalnych we władzach centralnych”, mający na celu „skompromitowanie obecnych przywódców partyjnych i rządowych”. W swym detektywistycznym zapale postanowił zweryfikować wiarygodność papierów bezpośrednio u źródła, telefonując do dyrektora delegatury GUKPPiW (!) w Krakowie. Uzyskana odeń opinia o braku ich autentyczności i nieprawdziwości informacji pozwoliła mu upewnić się w swych ocenach. Przeciwko przybyszowi wszczął najszerzej zakrojoną kompanię oszczerstw i kalumnii.

Mimo to materiały wzbudzały coraz większe zainteresowanie zachodnich mediów. W końcu ukazały się nakładem „Aneksu”. Tom pierwszy osiągnął łączny nakład 10 tys. egz., natomiast drugi – 12 tys. Sprawa nabrała posmaku skandalu, ponieważ bohater, w pierwszym patriotycznym odruchu zrzekłszy się honorarium, wkrótce został bez środków do życia, podczas gdy niezbyt moralnie uprawniony zysk londyńskiego wydawcy przyniósł okrągłą sumkę. Tymczasem Eugeniusz Smolar relacjonował, zarzucając Strzyżewskiemu jedynie pobudki finansowe: „Rozpocząłem wielotygodniowe, trudne negocjacje, przekonując [go], że być może w latach pięćdziesiątych ktoś na Zachodzie byłby w stanie wypłacić mu oczekiwane kilkaset tysięcy [!] dolarów...”. Ową wypowiedź prostował sam zainteresowany: „Nigdy [...] nie podejmowałem żadnych rozmów na temat pieniędzy”.

Wkrótce fragmenty księgi znalazły szeroką recepcję i w Polsce. Stało się to dzięki ich przekazaniu na ręce KSS KOR oraz wydrukowaniu przez podziemną Niezależną Oficynę Wydawniczą: „format A-4, niewyraźny powielaczowy druk, a jako okładka fotografia z frontonem znienawidzonego Głównego Urzędu Kontroli”. Zdecydowano się na niestosowaną dotychczas formę kolportażu, polegającą na rozsyłaniu pocztą lub dostarczaniu osobiście według skonstruowanej doraźnie specjalnej listy adresowej. Znaleźli się na niej główni przedstawiciele urzędowej elity opiniotwórczej, „ażeby nikt nie mógł powiedzieć, że nie wie, czym się zajmuje cenzura, co ona robi, jakie spustoszenia sieje” – wyjaśniał Mirosław Chojecki.

Polityczny dynamit

„Nazwane to zostało dokumentem hańby – notował minister kultury i sztuki Józef Tejchma. – Również dla mnie jest to lektura wstrząsająca”. Porównywano ją, chociaż „tyczyła innej dziedziny życia i nie zawierała aż takich okropności – z rewelacjami [...] Światły”. Józef Hen zauważał ze zdziwieniem: „wpisano mnie na listę tych kilkunastu groźnych autorów, których nazwisk nie wolno wymieniać bez zgody odpowiedniego sekretarza KC, chyba że w kontekście negatywnym”. Listy apelujące o reformę zasad działania urzędu wystosowały niezliczone środowiska. Głęboko poruszony asekuranckimi, idiotycznymi, jątrzącymi i kompromitującymi przepisami naczelny „Polityki” Mieczysław Rakowski udał się na skargę do osobistości numer 2 w partii, Edwarda Babiucha: „Dowodziłem, że jest to wielki wstyd dla nas, dla tej ekipy, która uchodzi w świecie za liberalną, a tu nagle taki smród. Kolejne roczniki studentów na uniwersytetach całego świata będą z tej księgi czerpać wiedzę o kraju socjalistycznym”. Na polecenie premiera Piotra Jaroszewicza rzecznik prasowy rządu min. Włodzimierz Janiurek wraz z szefem GUKPPiW Stanisławem Kosickim dokonał drobiazgowego przeglądu wytycznych, „radykalnie je przy okazji redukując. Księga cenzorska schudła jak szczapa”. Wykreślono wówczas około 70 proc. ogólnej liczby zapisów. Liberalizacja stała się natychmiast i wyraźnie odczuwalna. Zgadzano się też, że materiały „przyczyniły się do zdynamizowania działań opozycji” oraz upowszechnienia wiedzy o zasadach funkcjonowania cenzury: „zobaczyliśmy, jak delikatnie ten skalpel pracował”. „To był dynamit polityczny” – rozstrzygano.

W owym czasie sam bohater podjął walkę o wypuszczenie z PRL-u swojej najbliższej rodziny. Pracował w różnych miejscach: w piekarni, pizzerii, pralni, przy rozładunku bananów, w końcu w urzędzie skarbowym... Mimo demonstracyjnej wręcz wrogości części emigracji oraz problemów natury osobistej nie ustawał w angażowaniu się na rzecz niepodległościowej opozycji w kraju. Jego boje o prawdę i wolność nie zakończyły się wraz z odzyskaniem przez Polskę pełnej suwerenności. W proteście przeciwko działaniom Zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa, „podpompowywującym – jak oceniał – fałszywą legendę Lecha Wałęsy” zdecydował się na wystąpienie z szeregów SWS-u.

Justyna Błażejowska
współpracownik „Encyklopedii Solidarności”



TOMASZ STRZYŻEWSKI

Ur. 21 XII 1945 r. w Lublinie w rodzinie lekarskiej. Jego dziadek zginął w Katyniu. Uczeń V LO im. Witkowskiego w Krakowie; tamże studiował w Wyższej Akademii Ekonomicznej. Od 1964 r. podejmował różne prace zarobkowe. W 1972 r. dokonał nieudanej próby ucieczki na Zachód. W 1975 r. został radcą w GUKPPiW. Dwa lata później wyjechał do Szwecji, zabierając ze sobą dokumenty cenzury oraz kopiowaną własnoręcznie „Księgę zapisów i zaleceń”. Następnie działacz emigracyjny wspierający KPN, publicysta. Mieszka w Sztokholmie. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.