EWM GP 22/2009

Z Encyklopedia Solidarności

GAZETA POLSKA, 27 maja 2009

Słodko-gorzkie zwycięstwo

Większość rocznicowych artykułów i publikacji, przypominających dwudziestą rocznicę wyborów czerwcowych, koncentruje się wokół przebiegu kampanii wyborczej, stanowiącej za sprawą powstających w błyskawicznym tempie komitetów obywatelskich ostatni masowy i w dużym stopniu oddolny ruch społeczny w dotychczasowej historii Polski. Chętnie przypomina się nieporadną kampanię PZPR i jej sojuszników oraz miażdżące zwycięstwo kandydatów „Solidarności”. Znacznie rzadziej natomiast wspomina się o tym, co działo się w pierwszych dniach po 4 czerwca 1989 r.

„Racjonalna” opozycja

Mogło się wówczas wydawać, że niespodziewanie dobry wynik wyborów skłoni kierownictwo ruchu obywatelskiego do działań ofensywnych, do próby wykorzystania zwycięstwa dla ograniczenia władzy PZPR. Oczekiwało tego wielu szeregowych członków „Solidarności” oraz jej wyborców. Tymczasem przywódcy Komitetu Obywatelskiego okazali się skonsternowani rezultatami wyborów w stopniu niewiele mniejszym niż władze PRL. Przyzwyczajeni przez ostatnie miesiące do prowadzenia polityki metodami gabinetowymi, przestraszyli się, że sytuacja wymknie im się spod kontroli i zacznie przebiegać inaczej niż według scenariusza napisanego przy okrągłym stole. Dlatego już w dwa dni po wyborach Adam Michnik uświadamiał czytelników na łamach „Gazety Wyborczej”, że nie wolno „pozwolić sobie na triumfalistyczno-konfrontacyjną retorykę. [...] Ład instytucjonalny po wyborach winien być budowany wokół idei dialogu i kompromisu. Nie zmieniło się przecież polskie położenie geopolityczne, nie zmienili się dysponenci aparatu przemocy”.

W podobnym duchu utrzymane były instrukcje, jakie kierownictwo Komitetu Obywatelskiego poczynając od 5 czerwca kierowało w teren. Jacek Kuroń przekazał na przykład Władysławowi Frasyniukowi, że „NSZZ »Solidarność« ma nie organizować żadnych demonstracji z okazji »zwycięstwa nad koalicją«; w gazetkach i ulotkach sygnowanych przez »Solidarność« nie wolno używać określeń typu »śmierć komunie«”. Takie stanowisko pochwalił później we wspomnieniach Mieczysław Rakowski, pisząc, że „opozycja wywodząca się z pnia korowskiego rozumowała racjonalnie”.

Opory, zahamowania, wątpliwości, krytycyzm

Ugodową linię kierownictwa KO ułatwiła postawa przedstawicieli PZPR, którzy na porażkę zareagowali agresją. Pogróżki, z jakimi gen. Czesław Kiszczak i jego współpracownicy wystąpili na spotkaniu z Bronisławem Geremkiem i Tadeuszem Mazowieckim 6 czerwca, utwierdziły przywódców ruchu obywatelskiego w ich obawach przed powrotem polityki represji. „Strona rządowa – wspomina Geremek – była tym razem kategoryczna, ostra i agresywna. Zapytali nas wprost, czy chcemy przejąć władzę, czy po naszej stronie nastąpiła zmiana sposobu myślenia”. Kiedy Geremek pośpiesznie zaprzeczył, usłyszał, że władze „znajdują się pod silnym naciskiem na unieważnienie wyborów i że zdaniem części partyjnego kierownictwa klęska listy krajowej narusza kontrakt polityczny, z czego należy wyciągnąć konsekwencje”. „Zdawaliśmy sobie sprawę – komentuje dalej sytuację Geremek – że ta tendencja jest w aparacie silna, że nie można jej wzmacniać naszym sztywnym stanowiskiem. Cały demokratyczny proces był jeszcze wówczas niezwykle kruchy i jeden podmuch mógł wszystko przewrócić”.

W taki właśnie sposób po raz kolejny zwyciężył stanowiący fundament okrągłego stołu strach przed atakiem zachowawczych sił w aparacie władzy. Tymczasem jak dotąd nie znaleziono żadnego poważnego dowodu na przygotowywanie owego „podmuchu”. Sam Jaruzelski, który później bardzo chętnie akceptował przypisywaną mu rolę obrońcy procesu transformacji, zapytany konkretnie, czy były podejmowane próby powstrzymania zmian, odpowiedział: „Gdybym miał potraktować to jako pytanie, czy były próby swego rodzaju zamachu, to na pewno nie”. Zdaniem generała występowały jedynie „różnego rodzaju opory, zahamowania, wątpliwości, krytycyzm”. W protokołach pierwszych po wyborach posiedzeń kierownictwa PZPR trudno znaleźć ślady występowania orientacji siłowej. Nie wiadomo zresztą, kto miałby ów zamach przeprowadzać, skoro kandydatów „Solidarności” poparło wielu oficerów Wojska Polskiego, a nawet milicji. Także z Moskwy nie dochodziły żadne niepokojące sygnały. Major SB Wojciech Garstka, należący w końcu lat 80. do najważniejszych analityków pracujących w MSW, następująco skomentował przed dziesięciu laty podczas konferencji w Miedzeszynie kwestię ewentualnych działań siłowych po 4 czerwca: „Dla nas było rzeczą ewidentną, że jakikolwiek drugi stan wojenny jest w Polsce niemożliwy ze względów czysto pragmatycznych. On po prostu nie wyjdzie, nie uda się. To jest niemożliwe. [...] Wojsko, nasz resort, aparat partyjny nie były gotowe w tym momencie do tego typu działań. Nie miały ani tej determinacji, ani mobilności, ani tego stanu przerażenia, które były bardzo ważne w momencie, kiedy wprowadzono stan wojenny”.

Parlamentarzyści drugiej kategorii

Kierownictwo KO, jednoznacznie wspierane w tej mierze przez stronę kościelną, zdecydowało się jednak 8 czerwca – na posiedzeniu tzw. Komisji Porozumiewawczej koalicji i „Solidarności” – wyrazić zgodę na zmianę ordynacji umożliwiającą obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej, które przepadły 4 czerwca. Strona solidarnościowa posunęła się nawet do udzielenia koalicji merytorycznego wsparcia w tej sprawie. „Tow. Cz. Kiszczak poinformował – można przeczytać w protokole z posiedzenia Sekretariatu KC w dniu 9 czerwca – że nasi prawnicy (prof. A. Klafkowski, prof. A. Łopatka) nie wyrazili gotowości szukania rozwiązań prawnych, wskazujących możliwości wyjścia z zaistniałej sytuacji w związku z listą krajową, natomiast KO »S« wymusił na swoich prawnikach taką interpretację prawa, która umożliwiła zwrócenie się do Rady Państwa o przyjęcie stosownego dekretu”.

Opory przeciwko bezprecedensowemu zmienianiu ordynacji w trakcie wyborów mieli nie tylko prorządowi prawnicy, ale także niektórzy członkowie Rady Państwa, na którą spadł niezbyt chwalebny obowiązek wydania stosownego dekretu. Ostatecznie został on przyjęty 12 czerwca i przewidywał przekazanie 33 nieobsadzonych mandatów do okręgów. Ponieważ większość osób kandydujących z listy krajowej wolała uniknąć upokarzającej procedury ponownego wyboru, dekret stanowił, że o miejsca w Sejmie mogą się ubiegać wyłącznie nowi kandydaci. Konsekwencją tego zapisu stała się ostateczna eliminacja czołowych działaczy PZPR, ZSL i SD z Sejmu, co oczywiście miało swoje dalsze reperkusje.

W drugiej turze wyborów, która odbyła się 18 czerwca, uczestniczyło zaledwie 25 proc. uprawnionych do głosowania. Był to kolejny policzek dla koalicji, sytuował bowiem jej posłów w roli parlamentarzystów drugiej kategorii, o wyraźnie słabszym mandacie społecznym. „Solidarność” zdobyła jedyny brakujący jej mandat poselski z puli dostępnej dla tzw. kandydatów bezpartyjnych oraz 7 z 8 pozostałych jeszcze do obsadzenia mandatów senatorskich. Jako jedyny kandydat KO przegrał wybory Piotr Baumgart, startujący w województwie pilskim i pokonany przez znanego później z innych dokonań niż polityczne Henryka Stokłosę. Przed drugą turą „Solidarność” zaapelowała do swoich zwolenników o głosowanie na niektórych kandydatów z list koalicyjnych. Chodziło tu o ludzi, którzy startowali w opozycji do kierownictw własnych partii i rokowali nadzieje na zachowanie w Sejmie niezależnej postawy. Łącznie udzielono poparcia 55 późniejszym posłom, w tym 21 należącym do PZPR. Byli wśród nich m.in. Tadeusz Fiszbach, Wiesław Kaczmarek, Alicja Kornasiewicz, Waldemar Pawlak, Jacek Soska, Marcin Święcicki i Wiesława Ziółkowska. Wejście niektórych z tych ludzi do Sejmu osłabiło znacząco spójność koalicji i przyspieszyło jej rozpad.

Początek epoki moralnego relatywizmu

Wybory czerwcowe miały kluczowe znaczenie dla upadku reżimu komunistycznego i narodzin III Rzeczypospolitej. Stało się tak mimo postawy kierownictwa „Solidarności”, w istocie rzeczy całkowicie nieprzygotowanego do wykorzystania ogromnej fali poparcia społecznego, jaka objawiła się 4 czerwca. W obawie przed siłową reakcją władz oraz wybuchem niekontrolowanego ruchu społecznego sparaliżowano wszelkie próby odejścia od kontraktu okrągłego stołu. Cena uniknięcia tego ryzyka, którego prawdopodobieństwo jest do dziś przedmiotem licznych kontrowersji, była wysoka. Zgoda na manipulowanie ordynacją dowiodła bowiem, że przywódcy Komitetu Obywatelskiego skłonni są dla realizacji swoich planów politycznych instrumentalnie traktować wolę większości społeczeństwa. Dla wielu Polaków oznaczało to zdradę ideowych fundamentów, na których zbudowana została „Solidarność”, i początek epoki moralnego relatywizmu, który w następnych latach niepodzielnie zapanował w polskim życiu publicznym.

Paradoksalnie 4 czerwca dał także początek legendzie, w którą już po kilku miesiącach uwierzyli nawet ci, którzy bezpośrednio po wyborach nawoływali do umiaru ze strachu przed widmem polskiego Tiananmen. Legenda ta – opowiedziana po raz pierwszy w kilka miesięcy później w telewizji przez aktorkę Joannę Szczepkowską – głosiła, że 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm. Niezwykle szybko zapomniano w obozie solidarnościowym, że listę krajową poparło kilka milionów Polaków, a poglądy o możliwości powrotu spadkobierców PZPR do władzy dość powszechnie uznano za absurdalne.

Antoni Dudek