EWM GP 41/2008

Z Encyklopedia Solidarności

GAZETA POLSKA, 8 października 2008

Kontrwywiad solidarnościowej konspiry

Wprowadzając stan wojenny, reżim komunistyczny de facto zdelegalizował NSZZ „Solidarność” i wszystkie organizacje powstałe po Sierpniu 1980. Kontynuujący działalność w podziemiu stali się zwierzyną łowną dla zorganizowanych i bogato wyposażonych organów SB, MO, wojskowych służb specjalnych, tysięcy konfidentów. W grudniu 1981 r. w walce z Polakami zwyciężyły czołgi Jaruzelskiego. Pokonani pokrzepiali się hasłem „Zima wasza, wiosna nasza”. Wkrótce jednak przyszło się zmierzyć z gorzką prawdą, że struktury podziemne muszą przetrwać nie tylko do najbliższej wiosny, lecz funkcjonować przez długie lata.

Bezpieka na podsłuchu

Już 13 grudnia 1981 r. na zebraniu tworzonej w kręgu Kornela Morawieckiego struktury poligraficznej RKS NSZZ „Solidarność” Dolny Śląsk pojawił się wniosek, że konieczne jest zorganizowanie komórek mających przeciwdziałać wytropieniu konspiratorów przez bezpiekę. Tego samego dnia z magazynu Akademii Medycznej Tadeusz Świerczewski wyniósł pierwszą radiostację, pochodzącą ze skierowanej do kasacji karetki pogotowia. Przestrojona na częstotliwości SB stała się źródłem informacji o działaniach podejmowanych przez przeciwnika.

Znacząca część wrocławskiej konspiry rekrutowała się z pracowników naukowych Politechniki Wrocławskiej. Na samo hasło „nasłuch” specjaliści od elektroniki zaczęli prześcigać się w konstruowaniu przemyślnych odbiorników i anten. Wkrótce urządzenia te znalazły się w tajnych powielarniach. Radiowe rozmowy ubeków bywały źródłem rozrywki dla drukarzy podziemia. Przede wszystkim jednak podsłuchiwanie esbecji przynosiło informacje o tym, czy konspiracyjny lokal jest przedmiotem zainteresowania SB.

Na początku 1982 r. do podziemia dotarła wiadomość, że w warszawskich zakładach Kasprzaka rusza produkcja nowoczesnego radioodbiornika „ Julia”. Ze schematów wynikało, że po niewielkiej przeróbce może on służyć do odbioru częstotliwości wykorzystywanych przez SB. Ten atrakcyjny wyrób był drogi i trudno dostępny, ale dzięki solidarnościowym kontaktom już kilka egzemplarzy pierwszej serii trafiło do elektroników z konspiracji. Przerobione radia z zewnątrz nie różniły się od zwyczajnych, ale wystarczyło wcisnąć dwa klawisze zamiast jednego, by mieć dostęp do zakresów używanych przez esbecję.

Nasłuchowe centrum

Krótko po powstaniu „Solidarności Walczącej” przywództwo organizacji postanowiło utworzyć strukturę nie tylko prowadzącą permanentny nasłuch wszystkich podzakresów wykorzystywanych przez SB, ale także wnikliwie analizującą rozmowy bezpieki. Szefem tej grupy został pracownik naukowy wrocławskiej politechniki, Jan Pawłowski. W jego mieszkaniu znalazło się wiele pomysłowych urządzeń, nagrywających wszystkie radiowe rozmowy esbeków. Ich przesłuchiwaniem i spisywaniem zajmowała się m.in. Ludwika Ogorzelec.

Wkrótce dało się z nich wyciągać sporo wniosków. Rozpoznawane były miejsca obserwacji, czasem można się było nawet dowiedzieć, do czyjego mieszkania wejdzie bezpieka. Nasłuchowcy reagowali błyskawicznie – ostrzeżenia często przychodziły w porę. Jednak ostrzegać trzeba było wielu, dlatego już w 1982 r. kontrwywiad „Solidarności Walczącej” zaczął powielać sprawozdania z nasłuchu. Ten swoisty biuletyn, złożony z informacji o działaniach SB, ukazywał się aż do roku 1990. Trafiał do drukarzy, kolporterów, kurierów nie tylko z „SW”, ale też NSZZ „Solidarność”, NZS, struktur młodzieżowych, niezależnych wydawców gazetek i książek. Setki konspiratorów regularnie zapoznawało się z informacjami o działaniach SB. Jeśli był na to jeszcze czas, namierzeni ludzie podziemia mieli szansę wyniesienia z mieszkań dowodów działalności lub ukrycia się przed tropicielami. Analogiczne, choć skromniejsze działania podejmowane były w kilku miastach.

SB broni się przed kontrwywiadem

Egzemplarz takiego biuletynu trafił w ręce SB zapewne w czasie którejś z rewizji. Odtąd jednym z głównych celów bezpieki była likwidacja centrum nasłuchowego „Solidarności Walczącej”, a ponieważ przez kolejne lata zamiaru tego osiągnąć się nie udawało, ubecy zmuszeni byli uwzględniać w swojej codziennej pracy, że są podsłuchiwani. W czasie rozmów radiowych zaczęli posługiwać się szyfrem. Początkowo polegał on na używaniu słownictwa zrozumiałego jedynie dla wtajemniczonych. Nasłuchowcy szybko jednak zorientowali się, że „kolorkami” esbecy nazywają skrzyżowania z sygnalizacją świetlną, „żelazny” to dworzec kolejowy, a „gumowy” – autobusowy. Z czasem SB zaczęła używać często zmienianych kodów, oznaczających np. topograficzny kwadrat na mapie miasta.

Konieczność posługiwania się hermetycznym językiem bardzo utrudniała działania bezpieki. Nasłuchowcom dość często zdarzało się słyszeć „przechodzę na kontakt telefoniczny”, co oznaczało, że funkcjonariusz SB miał do przekazania wiadomość, której nie potrafił zaszyfrować, a która mogłaby być cenna dla działaczy podziemia. W takich sytuacjach esbecy po prostu rezygnowali z posłużenia się radiostacją i udawali się do najbliższego automatu telefonicznego.

Esbecka topografia

Kontrwywiad sporządził i aktualizował spis znajdujących się w mieście lokali operacyjnych. Były ich dziesiątki – począwszy od wyposażonych w lunety „obserwatoriów” na ostatnich piętrach, z których zaglądano do tysięcy okien, po mieszkania na niemal każdym osiedlu. Do konspiratorów trafiały numery i opisy samochodów SB, fotograficzne portrety tajniaków. Wszystko to zwiększało bezpieczeństwo.

W zwalczaniu kontrwywiadu SB uciekała się do tworzenia własnych, rzekomo solidarnościowych struktur, które następnie dążyły do skontaktowania się z rzeczywistą konspiracją. Pewnego razu kontakt z „Solidarnością Walczącą” nawiązał szpicel z takiej właśnie struktury. Umówiony nawet został z ukrywającym się Kornelem Morawieckim. Zdawało się, że bezpieka jest bliska sukcesu. Zanim jednak wysłannik SB trafił na spotkanie z przewodniczącym „SW”, przeszedł przez wiele „śluz”, wożony kilkoma pojazdami do kolejnych punktów. W efekcie zupełnie stracił orientację co do miejsca, w którym się znajdował. Standardem było też radiowe śledzenie trasy każdego delegata udającego się na spotkanie z Morawieckim.

Podający się za konspiratora esbek rzeczywiście dotarł do szefa „SW” i odbył z nim rozmowę. W archiwach zachowała się jego relacja – tajniak rozmawiał z szefem podziemia, ale nawet w największym przybliżeniu nie był w stanie wskazać miejsca tego spotkania.

Kontrwywiad ocenia SB

Na podstawie swoich obserwacji „Solidarność Walcząca” za najbardziej profesjonalną strukturę bezpieki uważała SB działającą w WUSW we Wrocławiu. Kiszczak musiał myśleć podobnie, gdyż do dolnośląskiej stolicy wysyłał na szkolenia ludzi z innych miast. Ceniąc wrocławską bezpiekę, zarazem jednak jej nie ufał. Uważał, że musi być spenetrowana przez przeciwnika, czego dowodem było skuteczne ukrywanie się Morawieckiego. Z wrocławskiej SB wyrzucano kolejnych podejrzanych, a w 1986 r. kontrwywiad „SW” zorientował się, że w mieście zaczęły działać całkowicie nowe ekipy tajnej milicji. Miały inne zwyczaje, nie znały topografii Wrocławia. Dziś wiemy, że były to specjalne jednostki przysłane ze stolicy z jednym zadaniem – wytropienia Morawieckiego.

Ich sukces z listopada 1987 r. nie wynikał ani ze sprytu, ani geniuszu, lecz z zaangażowania ogromnych środków. Esbecy wiedzieli, że są podsłuchiwani, drastycznie ograniczyli więc kontakt radiowy. Postawili natomiast na permanentną obserwację ogromnej liczby miejsc mających związek z działalnością podziemia. Po wielu miesiącach – 9 listopada 1987 r. – do jednej z tych „pułapek” wszedł Morawiecki. Było to jedno z setek mieszkań przed laty rozpoznanych przez SB. Przewodniczący „SW” popełnił błąd, nie powinien iść do miejsca „spalonego” parę lat temu. Sądził, że SB nie jest w stanie obserwować tak wielu mało znaczących punktów – nie zdawał sobie sprawy ze skali przedsięwzięć, mających na celu jego schwytanie.

Artur Adamski
w latach 80. działacz Solidarności Walczącej,
obecnie nauczyciel i dziennikarz, pełnomocnik Encyklopedii Solidarności na Region Dolny Śląsk



LUDWIKA OGORZELEC

Ur. 1953, w 1980 współzałożycielka Niezależnego Zrzeszenia Studentów w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Od 1981 w podziemiu, zajmowała się drukiem i kolportażem. W 1982 przystąpiła do „SW”, należała do redakcji pisma „Pytania”. Jedna z najważniejszych, obok Jana Pawłowskiego, postaci kontrwywiadu „Solidarności Walczącej”. Od 1985 przedstawicielka organizacji we Francji, gdzie udała się na stypendium i pozostaje do dziś. Laureatka wielu prestiżowych nagród za twórczość rzeźbiarską. W niedawno wydanym w Stanach Zjednoczonych albumie poświeconym najwybitniejszym rzeźbiarzom współczesnym została wymieniona jako jedyna artystka z Polski.