EWM GP 43/2008

Z Encyklopedia Solidarności

GAZETA POLSKA, 22 października 2008

Sprawa Jana Narożniaka

Aresztowanie Jana Narożniaka jesienią 1980 r. było incydentem, który wstrząsnął całą Polską i urósł na miarę jednego z najważniejszych wydarzeń solidarnościowego karnawału. Obie strony konfliktu, zarówno rządowa, jak i opozycyjna, wiedziały, że zapowiadana przez związek ogólnokrajowa fala strajkowa może wywołać niekontrolowany wybuch, grożący nawet sowiecką interwencją.

Tajemnice resortu

Rzecz zasadzała się na ujawnieniu tajnej instrukcji prokuratora generalnego gen. Lucjana Czubińskiego „Uwagi o dotychczasowych zasadach ścigania uczestników nielegalnej działalności antysocjalistycznej”, przeznaczonej dla prokuratorów wojewódzkich. Elaborat w sposób powierzchowny i dyletancki kreślił prehistorię nielegalnej działalności od lat 50., a następnie, celem instruktażu, opisywał praktyki nękania opozycji powszechnie stosowane przez MO i SB za rządów Gierka. Zalecał także wiele nowych środków, jak choćby wobec rzekomych przygotowań niektórych grup do „obalenia przemocą ustroju”, rozszerzanie kwalifikacji prawnych poza art. 276 kodeksu karnego (wytwarzanie i rozpowszechnianie nieocenzurowanych publikacji). Odsłaniając od podszewki techniki prac operacyjnych, ujawniał głęboko strzeżone tajemnice resortu, dodatkowo zdradzając zamysł podjęcia przez władzę siłowej konfrontacji.

Historia przejęcia kompromitujących materiałów stanowiła zbieg przedziwnych okoliczności. Z drukarni prokuratury wyniósł je, nie do końca zdając sobie sprawę z ich doniosłości, Piotr Sapeła (vel Sopełło). Ostatecznie trafiły, ale jedynie do obejrzenia, do Krzysztofa Łozińskiego: „To była istna bomba […] Zrozumiałem, że trzymam w ręku polityczny dynamit” – wspominał. Postanowił pójść po śladzie i podjąć, jak się okazało udaną, próbę wkradnięcia się do prokuratorskiej powielarni i wyniesienia egzemplarza dokumentu. Przekazał go Narożniakowi. Obu sprzyjało szczęście – nie tylko udało się zrobić kopie, ale dla zatarcia śladów podrzucić wykradzione papiery na miejsce.

Całkiem niespodziewanie tegoż dnia, 20 listopada o godz. 16.30, w pomieszczeniach Regionu Mazowsze pojawiła się dyrygowana przez prokurator Wiesławę Bardonową ekipa MO/SB. Od początku wiedziała, czego szukać...

Wezwanego nazajutrz na przesłuchanie Narożniaka, ze względu na „potrzebę dokonania niezbędnych czynności procesowych”, tymczasowo aresztowano. Zarzut „ujawnienia wiadomości stanowiącej tajemnicę państwową”, jaki mu przedstawiono (a wkrótce i Sapele), podlegał karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat.

Wypuścić politycznych!

Solidarnościowcy, obawiając się zaostrzenia kursu i wietrząc okazję do zaatakowania osobiście Czubińskiego, współodpowiedzialnego za represje 1976 r., a przez to szczególnie znienawidzonego, przyjęli bojową postawę. Prezydium NSZZ „S” w specjalnie wydanym oświadczeniu przestrzegało przed „nawrotem na drogę represji”. Przewodniczący Regionu Mazowsze Zbigniew Bujak uzasadniał podjęte działania: „to była jakby obrona przed próbą zaatakowania czy uderzenia w Związek, w Solidarność metodami policyjnymi”.

Obie strony okopały się na swoich pozycjach. Po czterech dniach rozpoczęto negocjacje. Reprezentacja „S”, grożąc wybuchem strajków, domagała się wypuszczenia Narożniaka oraz, w myśl czwartego punktu porozumienia gdańskiego, również innych więźniów politycznych (w tym Leszka Moczulskiego i Wojciecha Ziembińskiego z KPN). Rozmowy zakończyły się fiaskiem, co spowodowało rozpoczęcie protestu w Ursusie, gdzie przeniosło się kierownictwo Regionu. Wystosowano dalsze postulaty, m.in. powołania komisji sejmowej do zbadania praworządności funkcjonowania prokuratury, MO i SB. Nie wszyscy byli tym zachwyceni. Bronisław Geremek planował ewentualną interwencję w episkopacie „gdyby młodzież z »Mazowsza« wzięła zbyt wysoki ton”.

Sprawa zataczała coraz szersze kręgi. Debatowano nad nią podczas obrad Komisji Krajowej w Gdańsku. Odwołany do telefonu Lech Wałęsa usłyszał propozycję transakcji barterowej: „Narożniak zwolniony, Ursus rusza”. Sam wyobrażał to sobie tak: „Jasiu” „zjawia się w Warszawie, mówi: »dziękuję wam chłopcy, wyszedłem«, i dopiero [strajkujący] idą do pracy”. Większość zamierzała jednak walczyć także o Sapełę: „nie wolno ich rozłączać, bo działali w jednej sprawie” – argumentowano.

Jak rozmawiać z komunistami

Władza znalazła się w potrzasku. W stolicy stało 10 zakładów. Pracę przerwały drukarnie prasowe Domu Słowa Polskiego, co spowodowało opóźnienia druku „Trybuny Ludu”. Zapowiadano protest komunikacji miejskiej. Członek Biura Politycznego Kazimierz Barcikowski przyznawał: „sytuacja wytworzyła się bardzo ciężka, ciężka dla nas”. Pojawiły się wątpliwości, czy w skali ogólnopolskiej PZPR zdoła przetrzymać konflikt. Dodatkowy czynnik stanowiło zbliżające się z początkiem grudnia posiedzenie państw Układu Warszawskiego w Moskwie. Wobec potęgujących się tam konfrontacyjnych nastrojów, bieżący rozwój sytuacji mógł mieć istotny wpływ na decyzję o ewentualnej interwencji w Polsce.

Mimo to zachowawcza część aparatu nawoływała do nieugiętej postawy. Do rozstrzygnięcia doszło na dramatycznym posiedzeniu Biura Politycznego 26 listopada. Większość zebranych podzieliła stanowisko, że „zarówno powód, jak i miejsce do konfrontacji jest niekorzystne”. Znaleźli się jednak i oponenci, występujący „za podjęciem strajkowego wyzwania bez liczenia się ze skutkami”. Wiceminister spraw wewnętrznych gen. Adam Krzysztoporski podkreślał: „decyzja o zwolnieniu będzie miała duży ujemny wpływ na kondycję aparatu bezpieczeństwa”. Przytakiwał mu kierownik Wydziału Administracyjnego KC Michał Atłas: „bezwarunkowe wypuszczenie Narożniaka bardzo odbije się na kondycji aktywu, na organach”. Zwycięska opcja pojednawcza zapobiegła wybuchowi protestów, niemniej ściągnęła na Kanię i jego ludzi gromy zwolenników twardej linii.

Strona partyjno-rządowa, aby zachować twarz, przyjęła poręczenie, jakie za aresztowanych złożył nowy, już demokratycznie wybrany prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski. „Jedziemy do lokalu »Mazowsza«” – relacjonował na gorąco Waldemar Kuczyński. – „Wiadomość o zwolnieniu wywołuje entuzjazm. »Zwycięstwo! – a ja w to nie uwierzyłam«. »No i czy można z komunistami inaczej, najpierw trzeba dać im w mordę, a potem rozmawiać!«”. Wypuszczonych zawieziono do Ursusa. W środku nocy wniesiono na rękach do zakładu, aby następnie obwieść wózkami akumulatorowymi po halach.

Przyczynek do stanu wojennego

Pozostało jeszcze spacyfikowanie nastrojów, zwłaszcza że część protestujących ani myślała rezygnować z pozostałych pięciu postulatów. Szczególne problemy napotkano w Hucie Warszawa. Przekonania wzburzonego tłumu podjął się Jacek Kuroń: „[robotnicy] nie chcieli mnie słuchać. Podjęto pierwsze operacje dla wygaszania pieców”. Hutników uspokoił przybyły z Gdańska Wałęsa: „– Dobra robota! Wspaniała robota! – Owacje. A potem powolutku oswajał ludzi z myślą, że strajk muszą przerwać. Wykładał, że strategia, typ ataku. Ciągnęło się to w późną noc”.

Odpowiedź na pytanie o zwycięzcę i pokonanego wydaje się oczywista. PZPR poniosła prestiżową porażkę, i to w skali całego kraju. I sekretarz KW w Skierniewicach podsumowywał gorzko: „Co aktyw się nieco pozbiera, znów wytrąca mu się właściwie wszelkie argumenty”. Pytano także o sens podejmowania rękawicy: „Jak żeśmy to mieli tak zrobić, to lepiej trzeba było tego nie robić”.

Kiedy partyjni przeżywali gorycz porażki, solidarnościowcy świętowali triumf, aczkolwiek nie wszyscy poddawali się hurraoptymistycznym nastrojom. Uczucie niedosytu towarzyszyło Zbigniewowi Romaszewskiemu, konsekwentnie walczącemu o wszystkie dezyderaty. „Negocjować należało w ogóle problem więźniów politycznych. [...] Związek w czasie rozgrywania tej sprawy został po prostu zmanipulowany. Nie wykorzystał swojej siły i tej okazji”. Diametralnie inną postawę zajął Kuroń: „Ludziom obca jeszcze była sztuka pertraktacji i nie rozumieli, że po to stawia się wyższe wymagania, żeby było z czego spuścić [bowiem] porozumienie zawsze następuje na nieco niższym poziomie”.

Po zwolnieniu aresztantów śledztwo straciło swój początkowy impet, a w końcu po cichu ukręcono mu łeb. Czubiński „usłyszał co trzeba, za treść dokumentu, za niedostatek wyobraźni, ale nie było podstaw do jego odwołania” – oceniał Kania.

Wciąż bez udokumentowanej odpowiedzi pozostaje pytanie, w czyim interesie mogła leżeć cała ta „awantura”. Ciekawe, a wydaje się i wiarygodne wyjaśnienie dał ówczesny członek Biura Politycznego i sekretarz KC Andrzej Werblan. Uważał ją „za typową prowokację związaną z planowanym wkroczeniem Rosjan do Polski w grudniu 1980 r.” Jego zdaniem: „chcieli sprowokować walki w Polsce, żeby mieć argument do swojej interwencji”. Rzecz miała też istotne przełożenie na sytuację wewnętrzną, inicjując i przyspieszając „prace nad stanem wojennym”.

Justyna Błażejowska
historyk związany z Instytutem Pamięci Narodowej,
współpracownik „Encyklopedii Solidarności”



JAN NAROŻNIAK

Ur. 1950. Matematyk, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, asystent na UW, następnie (do 1981) doktorant Instytutu Matematycznego PAN. Współpracownik KOR i Niezależnej Oficyny Wydawniczej. W Nowej zajmował się logistyką (transport, zaopatrzenie w materiały drukarskie) oraz kolportażem. W sierpniu 1980 r. w Stoczni Gdańskiej pomagał w wydawaniu biuletynu strajkowego „Solidarność”. Brał udział w tworzeniu poligrafii związkowej Regionu Mazowsze. W 1981 organizował rzeszowską gazetę strajkową „Trwamy”, był autorem zamieszczanych w niej tekstów. Po wprowadzeniu stanu wojennego redagował pismo zajezdni MZK „Syrenka”. W maju 1982 legitymowany przez patrol ZOMO podjął próbę ucieczki, podczas której został postrzelony. Przeprowadzona przez MRK „S” akcja jego odbicia ze szpitala Akademii Medycznej zakończyła się sukcesem, stając symbolem czynnego oporu podziemia. Do 1983 ukrywał się. Pod koniec lat 80. współpracował z wydawnictwem CDN.