EWM GP 6/2009

Z Encyklopedia Solidarności

GAZETA POLSKA, 11 lutego 2009

Zapis na „Zapis”

Od zarania PRL-u polityka partii wobec środowiska literackiego polegała na metodzie divide et impera. Wobec nielicznych nieprzekupnych i nieprzejednanych na szeroką skalę stosowano blokadę publikacji, a nawet tzw. zapisy na nazwiska. Poddani ostracyzmowi twórcy byli w sytuacji bez wyjścia. „Pozbawiony możliwości druku znalazłem się w próżni. Wysychałem” – wspominał Marek Nowakowski. Podobnie – Kazimierz Brandys: „Zostałem skazany na milczenie. [...] Co ja mam robić? Jak reagować? Jak protestować?”. Ponieważ alternatywna możliwość zamieszczania utworów na emigracji, głównie w Instytucie Literackim Jerzego Giedroycia, okazywała się pod wieloma względami trudna do realizacji, od połowy lat 70. coraz wyraźniej krystalizowała się myśl obejścia państwowego mecenatu i stworzenia obiegu nieoficjalnego – poza zasięgiem cenzury. Moment przełomowy, po którym zatrzymanie lawiny stało się już niemożliwe, stanowiły narodziny „Zapisu”.

Przekuć słowa w czyny

Dyskusje nad założeniem niezależnego almanachu podjęto latem 1976 r. Hasło powołania pisma rzucił podobno Adam Michnik, aczkolwiek... „Inicjatywa »wisiała w powietrzu«” – wyjaśniał opozycyjny literat. Największy ciężar wziął na siebie ongiś wściekły stalinowiec i fanatyczny aktywista, od połowy lat 50. odstępujący od linii partii Wiktor Woroszylski. Paląc za sobą mosty, w liście do Prezydium Zarządu Głównego ZLP zakomunikował, że nie pozostało mu już nic do stracenia. Za to inni przeżywali zasadnicze, hamletyczne rozterki. Brandys notował: „Mieliśmy z jednej strony pietra, a z drugiej – szaloną chęć”. Brak ostatecznej deklaracji wynikał z najróżniejszych przyczyn. Jacek Bocheński czekał na decyzję „Czytelnika”, w którym złożył swoją książkę.

Służba Bezpieczeństwa, bardzo szybko zdając sobie sprawę z planu „zrobienia w kraju numeru w rodzaju »samizdata«”, udowadniającego, że literaci „nie przyjmują do wiadomości wyroków władz w zakresie wydawniczym”, roztoczyła nad przedsięwzięciem pieczołowity nadzór. Z kolei czynniki PZPR-owskie próbowały ratować swój zagrożony monopol. Poza przeżutymi frazesami i zawoalowanymi groźbami nie miały jednak nic do zaoferowania. Wiceminister kultury i sztuki Aleksander Syczewski łajał Woroszylskiego, nazywając pomysł wydania pisma takim, który „torpeduje postępujący proces normalizacji stosunków między władzami a środowiskiem twórczym”.

Z upływem tygodni dysputy niepokornych pisarzy robiły się coraz bardziej konkretne. Przede wszystkim planowali publikowanie tekstów niemających szansy na wydanie w oficjalnym obiegu, co stanowiłoby pewien rodzaj manifestacji wolności literatury wobec tej drukowanej przez państwo. Jednocześnie chcieli skupić się na dziełach stricte literackich. Andrzej Kijowski wręcz przestrzegał przed zamieszczaniem artykułów lub utworów b. „komandosów”, np. Jacka Kuronia. Zakładano, że potrzeby zaspokoi przepisywanie w nakładzie kilku egzemplarzy. Kolportaż planowano oprzeć na przekazywaniu numerów z rąk do rąk, na zasadzie „wynajmowania”. Długo zastanawiano się nad nazwą. Zdecydowano się na „Zapis”, kojarzący się zarówno ze słowem pisanym, jak i cenzorskimi restrykcjami.

Prawdziwy bunt inteligencji twórczej

Kiedy rzecz wydawała się już przesądzona, doszło do pierwszych nieporozumień. Narastające wątpliwości towarzyszyły obawiającym się restrykcji Kijowskiemu i Arturowi Międzyrzeckiemu, który przy tym sygnalizował, że rozpatrywane propozycje „wywołują niesmak i obrzydzenie, opowiadania są prostackie, a wybór wierszy jest bardzo słaby”. Opinia ta nie okazała się zresztą odosobniona. Obawiano się nawet, czy czytelnik nie zada sobie pytania: Czy tylko tyle ma ta ukryta elita do powiedzenia!?.

Ostatecznie w komitecie redakcyjnym znaleźli się: Jerzy Andrzejewski, Stanisław Barańczak, Jacek Bocheński, Kazimierz Brandys, Tomasz Burek, Marek Nowakowski, Barbara Toruńczyk i jako naczelny Wiktor Woroszylski. „Należałoby może zacząć od pytania czym »Zapis« nie jest” – pisano we wstępie. „Otóż nie jest w intencji autorów czasopismem, publikacją o stałym składzie redakcji i określonej częstotliwości ukazywania się. Nie jest również prezentacją grupy literackiej o określonym programie. [...] Publikujemy »Zapis« tylko dlatego, gdyż oficjalna możliwość druku zawartych w nim materiałów została nam odjęta”. Takowa prezentacja wzbudziła wściekłość strony partyjno-rządowej, a zwłaszcza policji politycznej: „To rzeczywiście jeden z najagresywniejszych i najbardziej wrogich aktów skierowanych przeciwko polityce kulturalnej, doktrynie socjalistycznej i partii, z jakimi mieliśmy ostatnio do czynienia”. Pierwszy numer został zamknięty 6 stycznia 1977 r. Nie wiadomo dokładnie, kiedy ujrzał światło dzienne. Według Bocheńskiego liczył sześć sztuk, bo tyle arkusików papieru przebitkowego udało się wkręcić naraz w maszynę. Bezpieka posiadała wiedzę o ośmiu. Z kolei dobrze informowany w KC PZPR i MSW Jerzy Putrament pisał z przekąsem: „Działający już w kraju »twardy« ośrodek opozycji wydał nielegalny organ: bardzo gruby, bo w nader skromnym nakładzie 5 egzemplarzy”.

W środowisku literackim udany finał wywołał wielkie poruszenie. Kisielewski notował w dzienniku: „Spełniło się po trochu marzenie moje, a i Giedroycia – żeby zwalczyć cenzurę publikując poza nią. [...] Rzecz jest mocna – [...] to [...] prawdziwy bunt inteligencji twórczej” – rozsądzał. Zdaniem Barańczaka, powstała po prostu nowa alternatywa. Zamiast „kompromis albo milczenie” powiadamy dziś „kompromis albo niezależność”. Według należącego do młodszego pokolenia Krzysztofa Mętraka, odwaga pisarza stała się jawna, stanęła z otwartą przyłbicą. Z kolei Woroszylski oceniał z perspektywy: „Pewna granica została przekroczona. Wolność wewnętrzna literatury zaczęła obrastać infrastrukturą wolności zorganizowanej”. Pewne wątpliwości miał natomiast Brandys: „Czy stać nas będzie na wydawanie pisma literackiego opierając się na niewielkiej grupie ludzi piszących […]. Obawiałem się, że po kilku numerach zabraknie nam rezerw”.

Tymczasem redakcja, postanawiając iść za ciosem, zaczęła kompletować następny zeszyt, przy czym, jak zakładała, „będzie lepszy od pierwszego”. Wkrótce SB wyrażała wręcz zaniepokojenie tempem prac. Nie decydując się jednak na frontalne uderzenie, ograniczała działania do pełnej niemal kontroli.

Przełamanie literackiej cenzury

Przekroczeniem Rubikonu stało się odbicie numeru przy użyciu urządzenia poligraficznego. Dokonali tego studenci Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego na przemyconym z Francji powielaczu spirytusowym. Materiały zakupili za pieniądze Janusza Krupskiego, które ten gromadził na książeczce oszczędnościowej na mieszkanie. – Nie chciałem prosić innych ludzi o wsparcie finansowe, by nie poszerzać kręgu wtajemniczonych – uzasadniał. Ponieważ zamiast brakującego w sklepie spirytusu używano denaturatu, zdarzył się nawet przypadek zatrucia alkoholowego: Tadzio Hofmański zaczął się słaniać i zasłabł. Wykonano wówczas łącznie 400 kopii. Sygnowała je Nieocenzurowana Oficyna Wydawnicza, a na okładce znalazł się kaganek oświaty autorstwa Wita Wojtowicza. Aby nie zdradzać miejsca druku, cały nakład przerzucono do Warszawy.

Strona partyjno-rządowa doskonale wiedziała o niebezpieczeństwach płynących z przełamania bariery literackiej cenzury. Anonimowi, ale fachowi recenzenci z MSW alarmowali swoich decydentów. Nie wolno nie doceniać politycznego skutku ukazywania się „Zapisu” – zaznaczał jeden z nich – jako inspiracji do prawdopodobnie nader rozmaitej działalności opozycyjnej, i to polegającej nie tylko na pojawianiu się nowych „samizdatów”, ale również na podejmowaniu innych tego typu nielegalnych, choć nie tajnych inicjatyw. Jego kolega zauważał: nie ma propagandy, która nie pozostawia po sobie śladu. Trafnie też przypisywał pomysłodawcom almanachu intencje wejścia w rolę samozwańczych wychowawców społeczeństwa: Patrzcie, my nie boimy się, obnażamy prawdę, walczymy słowem, pracujemy za siebie i za was.

Podobnie prognozowano po drugiej stronie barykady. Michnik twierdził, że jeśli pisarzom uda się przetrwać napór, to za dwa lata „Zapis” będzie sprzedawany w kioskach i normalnie drukowany. Wizja jednego z przyjaciół Leszka Szarugi, dość mocno ustawionego w strukturach administracyjno-partyjnych, głoszącego: „Jeśli oni teraz tego nie wezmą za mordę, to za kilka lat będą kompletnie bezradni”, okazała się prorocza.

Justyna Błażejowska
historyk, współpracownik Encyklopedii Solidarności



„ZAPIS”

Pierwsze pozacenzuralne pismo literackie i społeczne, wydawane w latach 1977–1981 (wersja krajowa). Do stanu wojennego do rąk czytelników trafiło 18 numerów. Początkowo przepisywane na maszynie, rychło zyskało postać powielaczową. Na Zachodzie wychodziło nakładem londyńskiego wydawcy kwartalnika „Index on Censorship”. Redaktorem naczelnym był Wiktor Woroszylski, a od 2 poł. 1978 r. Jacek Bocheński. Wśród publikowanych utworów znajdowały się m.in. teksty literackie, eseje, reportaże, artykuły publicystyczne. Jako numer 3. i 10. ukazały się powieści Tadeusza Konwickiego („Kompleks polski” i „Mała apokalipsa”), a 14. – „Wielki strach” Juliana Stryjkowskiego. Kontynuacją „Zapisu” w latach 1982–1983 był „Nowy Zapis”.