L00027 Bolesław Jabłoński

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Bolesława Andrzeja Jabłońskiego

Dlaczego trafiłem do konspiracji?

Od powstania listopadowego w mojej rodzinie był w każdym pokoleniu przynajmniej jeden Sybirak. Moi rodzice walczyli w podziemiu podczas wojny (przez nasz dom „przechodził” premier Tomasz Arciszewski przed opuszczeniem Polski samolotem, którym przyleciał Jan Nowak-Jeziorański; ojciec brał udział w akcji odbijania prof. Karskiego, mama siedziała na nasłuchach radiowych, których treść woziła do Krakowa).

Ludwika Cohna poznałem latem 1945 r., kiedy z ojcem i dr Stanisławem Molickim przerzucali na Zachód Zygmunta Zarębę. Ludwik Cohn bywał częstym gościem w domu moich rodziców po odsiedzeniu 5 lat. W domu teścia, Stanisława Salskiego, poznałem jego znajomych z więzień PRL: Władysława Siłę-Nowickiego (ps. „Łysy”), Wincentego Kwiecińskiego (ps. „Lotny”), Mariana Rybickiego (ps. „Andrzej”) oraz Leopolda Kumanta (ps. „Lopek”). Z wymienionymi żołnierzami KEDYW-u spotykałem się też u siostry teścia – Jadwigi Strzemżalskiej (sanitariuszki AK z Powstania Warszawskiego i łączniczki Komendy Głównej). Dzięki tym znajomościom otrzymałem dobre podstawy pracy konspiracyjnej.

Jestem katolikiem, więc zapamiętałem słowa ks. Franciszka Blachnickiego (twórcy ruchu OAZ-owego), który mówił, że komunizm jest dziełem szatana, bo: 1. walczy z Bogiem; 2. opiera się na kłamstwie; 3. sieje nienawiść.

Nie mogłem więc tylko biernie obserwować biegu zdarzeń!

Pierwsze kontakty (1963-1981)

Początkowa działalność ograniczała się do informacji defensywnej:

a) od 1963 r. dla ks. Tomasza Bojasińskiego; b) od 1966 r. dla płk. Wincentego Kwiecińskiego (tu momentem przełomowym był chrzest mego syna w katedrze, po którym musiałem wychodzić z niemowlęciem w beciku przez zakrystię, bo przed wejściem do katedry MO wbijało ludziom pałami do głowy socjalizm).

W 1976 r. w mieszkaniu rodziców na ul. Długiej Ludwik Cohn zaproponował mi współpracę z KOR. Wprawdzie odpowiadała mi praca w informacji defensywnej, ale chciałem ją wykonywać wyłącznie dla L. Cohna lub dla niego poprzez W. Kwiecińskiego. Nie chciałem się angażować w inną działalność ponieważ: a) wielu ludzi z KOR-u miało przeszłość komunistyczną; b) nie widziałem też sensu jawnego działania o charakterze demonstracyjnym, bo jawność opozycji w tym systemie musiała wg mnie doprowadzić do ciągłych aresztowań, a więc do ograniczenia liczby osób oddanych sprawie niepodległości.

W roku 1978 zostałem powołany do grupy naukowej pracującej w Stacji Antarktycznej im. Arctowskiego na King George Isl. Powiadomiłem o tym „Lopka” – Leopolda Kumanta i „Lotnego” – Wincentego Kwiecińskiego, którzy wykorzystali tę okazję do przekazania za moim pośrednictwem „handlarzowi okrętowemu” w Kanale Kilońskim korespondencji i odebrania od niego kontenerów (takich, jakich używano do przewożenia towarów do kiosków Ruch-u – a były one sprowadzone z Polski). Kontenerki te miały już wypisane moje numery bagażowe i przyjąłem je oficjalnie jako aparaturę naukową. W rzeczywistości zapakowano do nich powielacz i matryce. Ta przesyłka odbyła do Polski bardzo długą drogę: Kanał Kiloński-Antarktyda-Australia-Morze Śródziemne-Gdynia-Stacja Terenowa PAN Łomna Las (gdzie pracowałem przed wyprawą) – Otrębusy (mój dom) – Warszawa („Lopek”).

W wyprawach antarktycznych brało udział wielu ludzi z UB i II wojskowej, ale oznakowane uprzednio kontenerki nie budziły podejrzeń. Celnikom w Warszawie musiałem dostarczyć pismo od władz PAN informujące, że na Antarktydzie nie ma polskiego Konsula (!) i dlatego nie posiadam odpowiedniego pisma dla urzędu celnego. Podczas kolejnej wyprawy w 1979 r. przekazałem w Kanale Kilońskim „handlarzowi” kolejną porcję korespondencji.

Po powrocie do Polski w maju 1981 r. nawiązałem kontakt z Jerzym Zielińskim (redaktorem „Solidarności”), którego poznałem podczas wyprawy do podziemi w Kłodzku (Jerzy był wtedy dziennikarzem „Dookoła Świata”). Dowiedziałem się od niego, że „Solidarność” nie ma tzw. „drugiego garnituru”, więc postanowiłem, że nie ma sensu angażować się w jawną działalność. Ugruntowała mnie w tym przekonaniu rozmowa z działaczem „Solidarności” w Zakładach Radiowo-Telewizyjnych (tak się chyba ten zakład nazywał?) na Pradze – Konradem Dzięciołowskim. Koledzy ci uważali, że mamy tak duże poparcie związków zawodowych na Zachodzie, że komuna nie odważy się na likwidację „Solidarności”. W tym czasie Ludwik Cohn był już mocno schorowany i nie miał wpływu na żywiołowy bieg wypadków. Wykonywałem więc zadania zlecone przez „Lotnego” i „Lopka”, a polegały one na inwentaryzacji największych krzykaczy na wiecach oraz budowania sieci kontaktów bez telefonów (np. do cioci Zofii Fedorowiczowej w Zakopanem, gdzie dostarczał „bibułę” mój brat cioteczny Jerzy Ficowski – wiadomość docierała w ciągu 5-9 dni). Ta sieć składała się głównie z ludzi byłego AK i ich rodzin (np. w powiecie grójeckim byli to ludzie związani z moim wujostwem – Andrzej Kincel, Dariusz Jakubczyk; wuj był tam komendantem podchorążówki, a ciocia miała w Kociszewie radio). W Kieleckiem współpracowałem z „wujaszkiem” płk. AK Józefem Teligą (Solidarność Rolników Indywidualnych) oraz moim przyjacielem z wypraw antarktycznych – doc. dr Zbigniewem Rubinowskim (zawód geologa i działacza ochrony przyrody pozwolił, jak się potem okazało w stanie wojennym, na swobodne poruszanie się w terenie). Sieci te zostały wykorzystane po 13 grudnia 1981 r. dla różnorodnego kolportowania podziemnej prasy.

Między 15-20 XI 1981 r. uzyskałem wiarygodną informację „o konieczności wprowadzenia stanu wyjątkowego”, co przekazałem „Lotnemu”. „Lotny” był zdegustowany brakiem „drugiego garnituru” i przewidywał represje, polecając zgromadzenie papieru (czasu wystarczyło tylko na zgromadzenie kilkunastu ryz oraz starego powielacza).

Od 13 XII 1981 r. do powstania oficyny wydawniczej „RYTM”

Przed rozpoczęciem stanu wojennego UB-cja coraz liczniej wciskała się do aktywu działaczy „Solidarności” w zakładach pracy (byli to najbardziej radykalni krzykacze). Zaktywizowano też UB-oli zatrudnionych jako listonoszy, inkasentów za prąd i gaz oraz fryzjerów do wyciągania informacji od ludzi, z którymi spotykali się w pracy. Listę takich UB-ków przekazałem potem „Alkowi” – Andrzejowi Niedkowi wraz z adresami w okresie przygotowywania tzw. akcji „skunks”. Rozpracowywanie społeczeństwa polegało również na tym, że wykorzystywano strukturę zasiedlania osiedli i dzielnic (pewien procent mieszkań przeznaczony był dla UB-ków), którzy przychodzili na rozmowy do sąsiadów przynosząc różne wydawnictwa i niektóre z nich zostawiali. Niewiele brakowało abyśmy z żoną wpadli przez taką sąsiadkę (córka państwa G. w Otrębusach – wobec tego, że nie było lustracji nie jestem upoważniony do podawania jej nazwiska). Na początku stanu wojennego otrzymałem informację, że na terenie gminy Brwinów małżeństwo biologów kolportuje niezależną prasę i czyta ją w gronie sąsiadów. Byłem jednak tak pewny siebie, że poszedłem z tą wiadomością do ks. Leona Kantorskiego, sugerując, że może to być ktoś z placówki SGGW w Brwinowie i poprosiłem o ostrzeżenie tamtych ludzi. Całe szczęście, że z przyzwyczajenia „oczyściłem” mieszkanie, bo po tygodniu okazało się, że donos dotyczył naszej rodziny i złożony był przez córkę pani G. i jej męża.

14 XII 1981 r. jak pod działaniem telepatii pojechałem do cioci Strzemżalskiej, gdzie już wcześniej byli „Lotny” i „Lopek”, którzy wstępnie ustalali listę internowanych i poszukiwanych. Zapytałem o „Onycha” – Janusza Onyszkiewicza ponieważ znaliśmy się z wypraw jaskiniowych i mogłem go przetrzymywać, ale okazało się, że jest internowany. „Lotny” i „Lopek” podjęli jednak temat „skoku” na Biuro Budowy Pomnika Powstania Warszawskiego, które mieściło się na ul. Długiej (chyba pod nr 30?), ponieważ wiedzieli, że moi rodzice mieszkają na ul. Długiej 24. „Skok” odbył się następnego dnia podczas godzin pracy (ewentualne alibi – „Lopek” przyszedł do pracy). „Lopek” zerwał namoczone denaturatem paski z pieczęciami oznaczającymi zamknięcie lokalu, a że czerwoni nie założyli kłódki, więc pomieszczenie można było otworzyć kluczem „Lopka”. Poprzedniego dnia nauczyłem się na pamięć rozmieszczenia mebli i szuflad, z których należało wyjąć wartościowe materiały. Z pomieszczenia była bardzo dobrze widoczna ul. Długa. Do bramy Instytutu Historii Sztuki i Kultury Materialnej było nie więcej niż 40 m., a tam pod osłoną budynku przechodziło się do klatki schodowej rodziców. Wystarczyło tylko popatrzeć przez okno biura, by upewnić się czy ulicą nie przechodzi patrol i spokojnie pokonać niewielką odległość z paczkami. „Lopek” zabrał jakąś niewielką sumę pieniędzy (pokaźna kwota została zabrana w sobotę przed ogłoszeniem stanu wojennego); dał mi też plakaty oraz paczki z powiązanych teczek biurowych. Wszystkie te rzeczy zostały przeniesione podczas trzech przemarszów.

W okresie Bożego Narodzenia (trudno mi teraz ustalić czy było to przed czy też po Świętach) pojawiła się w Warszawie z darami dla represjonowanych pani z Mediolanu, która przynajmniej przez 5 lat była tam rezydentem służb specjalnych PRL-i już na początku stanu wojennego została uruchomiona w celu wniknięcia w podziemne struktury „Solidarności”. Dałem o tym znać ks. Tomaszowi Bojasińskiemu w kościele św. Marcina i o ile mi wiadomo, pani ta więcej nie pojawiła się w Warszawie.

Po powrocie z Antarktydy zaprzyjaźniłem się z sąsiadem Czesławem Kropielnickim, o którym wiedziałem, że miał kiedyś bar vis á vis mieszkania Jacka Kuronia. I kiedy do Jacka przychodziło dużo ludzi, wtedy Czesław odciągał z obserwacji „krawężników” prosząc o pomoc w przenoszeniu skrzynek z piwem, którym potem obficie częstował. Po objęciu baru „Hutnik” dowoził strajkującym jedzenie. Czesław zgodził się na współpracę już 13 grudnia i zarekomendował swojego szwagra Marka Grzelakowskiego. Do współpracy wciągnąłem też przełożonego mego najstarszego syna z OAZ-y – Andrzeja Rotowskiego. Przed Bożym Narodzeniem, Andrzej (absolwent Technikum Kolejowego) pokazał nam gdzie można się podłączyć do głośników na peronie w Pruszkowie i dał na taśmie satyryczne przemówienie Jaruzelskiego z wybranych fragmentów jego wystąpień. Poświęciłem swój mały magnetofon i tak powstała audycja nadana między godz. 16-17, kiedy ludzie wracali z pracy. Przed Bożym Narodzeniem Krzysztof Zdzitowiecki (kolega ze studiów, wypraw w góry i na Antarktydę) skontaktował mnie u siebie w domu ze swoim szwagrem – Andrzejem Niedkiem (ps. „Alek”) i Anną Lasocką. „Alek” zaproponował, bym zajął się dokumentacją oraz informacją i dlatego dal mi pseudonim „Omega”. Czesławowi Kropielnickiemu mogłem przekazać sprawy transportu, bo wcześniej ofiarował on takie usługi. Łączniczką między mną a „Alkiem” została Anka Lasocka, a w sytuacjach awaryjnych moja żona, ponieważ pracowała w Zakładzie Parazytologii PAN przy ul. Pasteura 3 razem z Krzysztofem Zdzitowieckim. Kontakt między mną a „górą” w Regionie miał przejąć Witek Zieliński, który znał Janka Gołąba, Wojciecha Skowrona i ks. Leona Kantorskiego. Rolę awaryjnego łącznika miał przejąć mój najstarszy syn Przemysław, ze względu na kontakty oazowe w Podkowie Leśnej. I tak powstały zręby struktury organizacji, która wg „Alka” miała nosić nazwę Grupy Specjalne (główne zadania to: „konspiracja w konspiracji” – jak mówił „Alek” – oraz karanie kolaborantów). W związku z tym, że brakowało potem „rąk do pracy”, musieliśmy się też zajmować innymi sprawami. Po przejęciu roli koordynatora Grup przez Teosia Klincewicza, nazwał on po pewnym czasie rozbudowane struktury Grup Specjalnych Grupami Oporu, aby nie kojarzyły się one z działaniami terrorystycznymi. Podczas pierwszego spotkania z „Alkiem” zaproponowałem zbieranie dowodów osobistych od pijaków w barze „Hutnik”. W drugiej połowie stycznia przekazałem ok. 25-30 dowodów za pośrednictwem „Alka” do legalizacji Teosiowi Klincewiczowi (wtedy miał chyba ps. „Borys”?). Drugi taki sam plik dowodów dostarczyłem w połowie lutego i marca wraz z nadrukowanymi listownikami kilku instytutów PAN i pieczątkami dla „legalnego” kupowania papieru.

Uważałem, że niezbędne jest regularne kolportowanie w Grupach wszelkich dostępnych niezależnych wydawnictw, ponieważ ukazywały one rozbudowę podziemnych struktur i aktywizowały nas do pracy. Wydawnictwa te w pierwszej połowie 1982 r. przynosił do Otrębus Witek Zieliński. Niektóre tytuły zachowały się u Andrzeja Rotowskiego, który przekazał je mnie 26.IV.2008: „Druk” (już z datą 1.II.1982), „Tygodnik Wojenny”, „Wojenny Biuletyn Informacyjny Ursus – Huta – FSO”, „Wolny Głos Ursusa”; a następnie – „Baza”, „Słowo”, „Kierunki”, „Warszawianka”, „Vacat”, „Reduta Ordona”, „CDN”, „Wola”, „Tygodnik Mazowsze” oraz „Sektor” (jeśli mnie pamięć nie myli był drukowany w Łomiankach w mojego kolegi Włodka Ławacza z Instytutu Ekologii PAN w Dziekanowie Leśnym). Czasami przywoziłem z Krakowa „Serwis Informacyjny RKW Solidarność Małopolska”. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych otrzymywałem od Pawła Kapuścińskiego (ps. „Raszke”) „Solidarność Radia i Telewizji”. Na podkreślenie zasługuje wydana w roku 1983 przez CDN instruktażowa broszurka „Mały Konspirator” – kupiłem kilkadziesiąt egzemplarzy dla najbliższych współpracowników. Otrzymywaliśmy tez różne plakaty – zarówno do kolportowania, jak i naklejania (zapamiętałem, że był m. in. plakat z portretem Jaruzelskiego poszukiwanego listem gończym, który przyklejaliśmy na trasie kolejki WKD).

Na początku stanu wojennego „Alek” i Anka Lasocka utrzymywali kontakt z Krzysztofem Laskowskim (?). Podczas rozmowy z nim odniosłem wrażenie, że jest on geologiem. Był on dość wcześnie aresztowany i po wypuszczeniu sprawiał wrazenie człowieka załamanego, twierdząc, że SB-ecja wszystko o nas wie. Poprosiłem wtedy „Alka”, by zerwał z nim kontakt, ponieważ obawiałem się, że Krzysztof wyszedł na wolność jako „przynęta”.

W pierwszej akcji ulotkowej z „Alkiem” brałem udział w Wielkim Tygodniu (było to między wtorkiem a piątkiem). „Alek” dostał zbyt mało ulotek, więc Anka Lasocka przepisała na moich matrycach ich treść, a ja przekręciłem kilka ryz papieru na powielaczu (i tak zakończył się żywot powielacza z AK – bo popękały mu wałki). W Domach Centrum na ul. Marszałkowskiej rzucali ulotki m.in. „Alek”, Andrzej Rotowski i Jacek Cibor. Hubert Kropielnicki (syn Czesława, wtedy jeszcze uczeń szkoły ogólnokształcącej w Komorowie) rzucał je z antresoli na Dworcu Centralnym, a ja ze strychu u cioci Strzemżalskiej w Al. Jerozolimskich (nad dawnym fotoplastikonem k/ul. Pankiewicza). To miejsce znakomicie nadawało się do ulotkowania, bo do mieszkania i wejścia na strych prowadziły dwa niezależne wejścia, a w Alejach często wiał wiatr i ulotki same były zdmuchiwane. W czasie bezwietrznej pogody można było założyć do żarówki tzw. „złodziejkę” i przyłączyć wiatraczek do klimatyzacji. To miejsce, za zgodą Teosia, wykorzystywałem zawsze, kiedy byłem odsunięty już od akcji ulicznych, ze względu na bezpieczeństwo drukarni, po wstawieniu do mojej pralni maszyny oficyny „Rytm”. Zgodę otrzymałem po wspólnym ulotkowaniu wiosną 1984 r. (nie wiedzieliśmy wtedy, że będą przejeżdżali generałowie z Paktu Warszawskiego, więc uzyskaliśmy dodatkowy efekt).

Na wiosnę 1982 r. uzyskałem kontakt ze Zbyszkiem Lewandowskim (ps. „Janusz”?), który mieszkał w Podkowie Leśnej. Otrzymałem wtedy od „Lotnego” maszynopis broszury o Powstaniu Warszawskim (dotyczył on opinii o Powstaniu wygłoszonych przez czerwonych oraz żołnierzy AK). Udało się nam wydrukować przy pomocy wałka ok. 1000 egzemplarzy (!), ale Zbyszek dostał jeszcze dużo zdekompletowanych egzemplarzy do uzupełnienia, bo ok. 500 egzemplarzy dostarczonych przez „Lopka” do KPN-u przepadło podczas rewizji.

W 1982 lub 1983 r. (było to na pewno wiosną) otrzymałem od „Lotnego” i „Lopka” aparaty podsłuchowe wykonane na Politechnice Warszawskiej. Miały one wielkość paczki papierosów. Przeprowadziłem próby na odcinku od Al. Jerozolimskich przy ul Pankiewicza do Muzeum Wojska Polskiego oraz do Pl. Unii Lubelskiej i Pl. Narutowicza. Odbiór odbywał się na normalnym radiu. W porównaniu z „pluskwami” było to urządzenie bardzo prymitywne, ale w tamtych czasach umożliwiało kontrolowanie wielu akcji. Pięć lub sześć takich aparatów przekazałem do Regionu (przez Zbyszka Lewandowskiego ?, „Alka” ?), a jeden wykorzystywałem do własnych działań przez kilka lat.

Wobec tego, że zainteresowałem Zbyszka rozbudową sieci informacyjnej, polecił mi on napisanie o tej sprawie raportu. Pomagał w opracowaniu „Lotny”. Chodziło o rozbudowę sieci informatorów i skrzynek w kioskach Ruchu, wśród listonoszy i pracowników ZOM. Po jakimś czasie otrzymałem wiadomość, że w Regionie oceniono ten projekt jako nierealny, pomimo że „Lotny” był w Okręgu Warszawskim AK szefem kontrwywiadu, więc był przygotowany merytorycznie do udzielania rad. „Lotny” polecił mi wtedy, aby jeszcze bardziej związać się z „Alkiem”, ponieważ ulotkowanie, stawianie „gadał”, odbieranie transportów oraz drukowanie tzw. wolnego słowa stanowiły wymierną formę oporu wobec komuny, w przeciwieństwie do jałowych dyskusji typu: struktury czy strajk generalny?

W drugiej połowie maja 1982 r. dowiedziałem się, że w środowisku akademickim przy kościele św. Anny zrodził się pomysł zorganizowania pielgrzymki do Częstochowy. Uczestnicy mieli po jej zakończeniu siąść pod murami Jasnej Góry i siedzieć tak długo aż komuna nie wypuści więźniów politycznych. Zaniepokoiłem się bardzo tą inicjatywą, która wg mnie była inspirowana przez UB, bo groziło to licznymi aresztowaniami wśród najofiarniejszej młodzieży i patriotycznie nastawionych księży. Pojechałem do kościoła św. Marcina, aby przekazać tę wiadomość ks. Tomaszowi Bojasińskiemu, ale on przebywał już w szpitalu. Połączono mnie z recepcji z ks. Bronisławem Dembowskim i od niego dowiedziałem się, że z Tomaszem kontakt jest już niemożliwy. Wyrwało mi się wtedy – to wielka szkoda – i wtedy ks. Dembowski poprosił mnie na górę. Widział mnie wielokrotnie u Tomasza i był podczas mojej relacji otrzymanej z Krakowa od Teresy Tomek i Zygmunta Bocheńskiego o tym, że jeden z zakładów włókienniczych dostał tam zamówienie od UB na uszycie 300 sztuk sutann. Mogłem mu więc śmiało przekazać moje zastrzeżenia. Powiedział, że jest to pomysł nieroztropny, więc domyśliłem się, że oznacza to interwencję. Planowana pielgrzymka nie odbyła się. Na marginesie tego zdarzenia kończącego moją współpracę z ks. Tomaszem Bojasińskim pragnę wspomnieć o jego bardzo trzeźwej ocenie stanu wojennego, którą jednak puściłem mimo uszu, bo byłem zafascynowany powszechnym i aktywnym oporem wobec komuny. Powiedział on tak: Polska jest obecnie boiskiem piłkarskim, na którym rozgrywany jest międzynarodowy mecz, a my jesteśmy trawą na tym boisku i oby nas jak najmniej rozdeptali. Sens tej wypowiedzi zrozumiałem dopiero w pierwszych latach po okrągłym stole.

Na przełomie maja i czerwca 1982 r. poproszono mnie o zgodę na wstawienie do domu maszyny do drukowania „Tygodnika Mazowsze” (nie pamiętam, kto był inicjatorem tego pomysłu, ale na pewno ktoś z Podkowy Leśnej – może Witek Zieliński?). Maszynę wykorzystywałem także do drukowania ulotek dla Zbyszka. Część ulotek przekazywał Zbyszek młodzieży związanej z ks. Indrzejczykiem w Tworkach. Latem 1982 r. (najprawdopodobniej 14 VII – moje urodziny, lub 19 VIII – moje imieniny) przyjechał do mnie „Alek” z Anką Lasocką, aby w ciągu godziny stawić się po odbiór transportu od Svena w Walendowie. „Tarpan” Czesława Kropielnickiego pojechał wtedy z jakimś „towarem” na Mazury i sytuacja stała się podbramkowa, bo samochód Karola Teligi był w remoncie. Zdesperowany poszedłem do sąsiada – Andrzeja Grabickiego i powiedziałem, że widziałem go w kościele jak przystępował do Komunii Świętej więc sądzę, że nie może być gnidą komunistyczną i dlatego proszę o pomoc w odebraniu transportu. Andrzej miał wtedy starego „gazika” z plandeką. Po chwili zastanowienia powiedział on – jak trzeba to trzeba! Przeżegnał się przed odjazdem i dodał – a teraz władza ludowa może nam naskoczyć. Samochód miał uszkodzony tłumik i kiedy dojechaliśmy do klasztoru w Waledowie, obecni przy rozładunku myśleli, że to jedzie ZOMO w samochodzie pancernym. Wyładowaliśmy cały samochód i „Alek” musiał leżeć pod samą plandeką. Był wtedy bardzo upalny dzień, więc spaliny, które dostawały się pod plandekę spowodowały lekkie zatrucie „Alka”. W Otrębusach trzeba go było wyjąć, bo nie był w stanie chodzić; po małym odpoczynku włączył się jednak w rozładunek przenosząc „towar” na strych. W transporcie były książki, pistolety gazowe i sprzęt poligraficzny. Przechowywanie w tym samym domu dwóch maszyn do drukowania było nierozsądne ze względu na możliwość ich straty podczas rewizji oraz dlatego, że każdy sprzęt do drukowania był wtedy bardzo poszukiwany. Zwróciłem się więc do Zbyszka z prośbą o zabranie transportu. Zbyszek przekazał moją prośbę do ks. Kantorskiego, ale wytypowany dom (w Podkowie Leśnej Zachodniej lub Owczarni?) sąsiadował z domem oficera MO. Część transportu (głównie książki) została wywieziona w kilku rzutach do Warszawy. Maszynę i farby drukarskie miałem dostarczyć na parking w rejonie Nadarzyna – tak uzgodnił „Alek” ze Zbyszkiem. Jadąc z Andrzejem Grabickim w kierunku Nadarzyna spotkaliśmy w sąsiedztwie leśniczówki na Dębaku patrol MO. Andrzej znał doskonale okolicę, więc zdołaliśmy przejechać lasami. Od tej pory Andrzej był ciągle wykorzystywany do przewożenia różnego „towaru”, a po zorganizowaniu Oficyny Wydawniczej „Rytm” do transportu papieru i wydrukowanych nakładów. W jego domu znajdowała się też od roku 1983 „czarna skrzynka” (tj. awaryjny magazyn papieru i farb). Z Andrzejem i jego kolegami (Piotr Szkiela i Jerzy Piotrkowicz) przyklejałem też jesienią plakaty między Otrębusami a Kaniami.

W roku 1982 postanowiliśmy z „Alkiem podłożyć ładunki wybuchowe pod przewody elektryczne, telefoniczne oraz wod.-kan. w budującym się nowym ośrodku milicyjnym w rejonie Dworca Kolejowego Warszawa Zachodnia. Plan rozmieszczenia tych sieci sporządził pracownik zajezdni tramwajowej, który mieszkał przy przystanku WKD w Rakowie – nie pamiętam jego nazwiska. Jako materiału wybuchowego mieliśmy użyć proch myśliwski. SB-cja zabrała mi 13 grudnia broń myśliwską, ale przez niedopatrzenie pozostawiono duży zapas amunicji. Do akcji nie doszło, ponieważ nie wyrażono na nią zgody w Regionie, bo obawiano się, że „przypną nam łatkę” terrorystów. Zgromadzony proch wykorzystywał potem Tomek Kubalski ps. „Wariat” z moimi synami do prób z wyrzutnikami ulotek – próby te odbywały się w rejonie torfianek między Otrębusami a Podkową Leśną i zakończyły się powodzeniem, choć nie weszły one do użytku. Prawdopodobnie w tym czasie rozpoczęto już seryjną produkcję wyrzutników w Grupie „Mariusza” i dlatego „Alek” poprosił o przekazanie pozostałych zapasów prochu.

Nie wiem kto wpadł na pomysł dostarczenia ze Szwecji książek w paczkach dla indywidualnych odbiorców. „Alek” poprosił mnie o podanie takich adresów, bo podobno była to inicjatywa Regionu. Byłem przeciwny tej akcji, ponieważ od dawna wiedziałem, że np. na Poczcie Głównej w Warszawie funkcjonował specjalny dział, w którym czytano zagraniczną korespondencję (pracowała tam pani Wytrykus z Wołomina) oraz osobny dział do przeglądania paczek. Oba działy zostały rozbudowane w stanie wojennym. Na zasadzie odczepnego i jednocześnie próby podałem adres mojej bliskiej kuzynki Joanny Niemiatowskiej-Wapińskiej. Mąż jej pracował we Francji i przysyłał do domu paczki, więc wydawało się, że UB-cja powinna być oswojona z takimi przesyłkami. Pomimo to Joanna została wezwana do Pałacu Mostowskich, gdzie usiłowano od niej wydobyć dane o adresacie. Powiadomiono ją o tym, że w paczce znajdowały się zakazane książki i usiłowano zastraszyć. Zaproponowano jej przed odejściem zabranie poprzewracanej odzieży. Joanna jej nie zabrała dodając, że prywatna paczka powinna być rozpakowana w jej obecności na podstawie orzeczenia sądu. Po tej próbie nie podawałem więcej adresów, bo obawiałem się, że podczas przesłuchań kolejnych odbiorców paczek UB-cja mogła podstępem dojść do inicjatorów takich przesyłek w Polsce.

Latem 1982 r. „Alek” poprosił mnie o ulokowanie ukrywającego się kolegi w jakiejś leśniczówce, ponieważ był on mocno zmęczony ciągłym ukrywaniem się. Akurat w tym czasie mój kolega z Instytutu Janusz Sawoniewicz otrzymał pracę w leśniczówce nad Biebrzą, gdzie miał powstać park narodowy i wydawało się, że jest to zupełnie pewne miejsce. Jednak kiedyś przyjechali tam na ryby pracownicy KW z Białegostoku i wtedy ten ukrywający się nieznajomy (okazało się potem, że był to Teoś) został przedstawiony jako pracownik jednego z komitetów dzielnicowych PZPR w Warszawie. Dzięki temu Teoś mógł spokojnie, podczas łowienia ryb, dyskutować o tym jak zwalczać „Solidarność”. Po powrocie z wypoczynku Teoś odwiedził mnie z „Alkiem” w Otrębusach i tak rozpoczęły się nasze regularne spotkania. Podczas tych spotkań ustaliliśmy m. in., że poszczególne Grupy powinny być „samowystarczalne” (tj. posiadać przynajmniej ramkę i wałek, farbę oraz konstruktora „gadały”), bo umożliwiało to działanie nawet przy bardziej rozległych aresztowaniach. Niestety, nie zawsze było to możliwe ze względu na wiadomości, jakie mieli w tym zakresie członkowie poszczególnych Grup. O ile mi wiadomo, tylko jedna Grupa „Mariusza” osiągnęła taki stan przygotowania. Dlatego zaistniała potrzeba dostarczania „towarów” do Grup i tym zajmował się już Teoś.

Przed 1 sierpnia 1982 r. nastąpiły przygotowania do akcji nagłośnieniowej w związku z rocznicą Powstania Warszawskiego. Zawiodła grupa techniczna, bo otrzymaliśmy „gadały” bez baterii, których brak było w sklepach.

Zbierając baterie od sąsiadów udało się wykorzystać tylko jedną „gadałę”, która została umieszczona początkowo pod stertą kwiatów na świeżym grobie. Przed rozpoczęciem akcji czekała nas nowa niespodzianka, bo Zbyszek, który miał przyprowadzić obstawę z Ursusa przybył w towarzystwie kilkunastu harcerek, które mogły być wykorzystane jedynie do robienia sztucznego tłoku. Pomimo to akcja udała się i nie ponieśliśmy strat. W momencie kiedy żołnierze pełniący wartę przy Pomniku Powstańców Warszawy zaczęli odchodzić zrobiliśmy żywą drabinkę („Alek”, Andrzej Rotowski, ja i Jacek Cibor na górze) i „gadała” została uruchomiona na wierzchołku pomnika. Rozległ się sygnał Radia Solidarność; było przemówienie Zbigniewa Bujaka, a jeden z aktorów (kto?) odczytał przemówienie gen. Bora-Komorowskiego.

Podczas planowanej manifestacji w rejonie Starego Miasta (3 V lub 31 VIII – nie potrafię odtworzyć w czasie) „Lotny” i „Lopek” polecili mi prowadzenie nasłuchu MO i ZOMO – najprawdopodobniej nagrania te miały być dostarczone do podziemnej prasy. W pewnym momencie, gdy „zadyma” zaczęła się na dobre, padł rozkaz jakiegoś oficera – jak zobaczycie jakąś k... z brzuchem, albo starą babę, to nie bić ich na ulicy, ale wciągnąć do bramy i tam spuścić im porządny p.... Znamienna była wtedy reakcja mojego ojca – w chomącie chamowi chodzić, a nie w białej koszuli.

Uzupełnieniem działalności z tego okresu jest relacja Andrzeja Rotowskiego spisana przeze mnie 16.IV.2008 r.: „Chodziłem na treningi karate do „Alka”. Dałeś mi kiedyś ulotki (treści nie pamiętam) w lecie; były to lata największego terroru, więc chyba w 1982 lub 1983. Zrobiłeś mi przeszkolenie: z okna – nie z ręki, bo może ktoś zauważyć z dołu, ale stojąc za ścianą, wypchnąć ulotki szybą podczas wiatru; w pociągu – paczka na nitkach przyciśniętych do ramy okiennej, gdy pociąg wjeżdża na peron. Powiedziałeś, aby w Pruszkowie wybrać „newralgiczny punkt”. Wybrałem wysoki budynek przed komitetem PZPR przy ul. Drzymały. Partyjniacy szybko powiadomili MO i zablokowano część ulic, ale ja spokojnie wyszedłem od podwórka i poszedłem do stacji PKP. Podobno przez kilka godzin MO urządzało pokaz siły (kto tu rządzi) i jeździli samochodami po mieście na sygnałach. Potem rozsypałem ulotki „z nitki” na peronach w Brwinowie i Milanówku. Pojawiły się więc na sygnałach samochody MO na szosie od Pruszkowa do Grodziska i w rejonach stacji, gdzie posypały się ulotki”. Te pokazy siły mialy zastraszyć społeczeństwo; ja obawiałem się o Andrzeja, a okoliczni mieszkańcy uważali, że nastąpiła fala masowych aresztowań. Czerwoni zatrudniali psychologów (był wśród nich nawet docent – nie pamiętam już jego nazwiska). Wiem, że w koszarach ZOMO koło ul. Ratuszowej przygotowywali oni ludzi do akcji. I tak np. ładowali ZOMO do samochodów, gdzie „zapiewajło” opowiadał o tym, jak rozrabiają studenci i obserwował reakcję podwładnych. Jeżeli ktoś siedział obojętnie, to brano go do drugiego rzutu tłumienia manifestacji, a jeśli wykazywał zacietrzewienie, to do pierwszego. Psycholodzy reżyserowali też początki akcji: najpierw puszczano na tłum cherlawych ZOMO-wców, a kiedy oni oberwali, wtedy do akcji ruszali ich koledzy, którzy mieli za zadanie pomścić ich. Podczas zajęć teoretycznych korzystano też z książki (skryptu?), w której znajdowało się takie stwierdzenia – „do tłumu nie strzela się ogniem pojedynczym, lecz salwami, lub z broni maszynowej”. Andrzej przypomniał mi o tych sprawach, bo mu kiedyś dokładnie o tym opowiadałem. Przypomniał jeszcze kilka innych zdarzeń:

a) ktoś z Grup Oporu „Gruby” (?) wstrzyknął do samochodu jakiejś szczególnie podłej pani prokurator (sędzinie?) „skunksa”. Obaj nie pamiętaliśmy, kiedy to było, ale na pewno przed 1984 rokiem;

b) dałem Andrzejowi wkładki do telefonów przeciwdziałające podsłuchowi. Od kogo one pochodziły i dla kogo ? – nie potrafiliśmy tego odtworzyć;

c) Andrzej zlokalizował budynek PKP, w którym prowadzono podsłuchy rozmów pracowników węzła warszawskiego od strony zachodniej (przy lokomotywowni przy stacji WKD Reduta Ordona). Przekazałem tę informację Zbyszkowi Lewandowskiemu i niezależnie od tego Witkowi Zielińskiemu zaprzyjaźnionemu ze środowiskiem konspiracyjnym w Podkowie Leśnej, bo wiedziałem, że pracownicy WKD przewożą do Warszawy „bibułę”.

Innym uzupełnieniem historii naszej działalności są dane pochodzące od Czesława Kropielnickiego przekazane mi 6.IV.2008. Jego syn Hubert zrywał przed różnymi wyborami plakaty wyborcze od Tworek do Podkowy Leśnej. Czesław przypomniał mi też, że w styczniu 1982 r. zarekomendowałem mu trzech chłopaków z konspiracji, którzy pracowali u niego przez 1,5 – 2 lata (kto to był?). Zajmowali się oni przewożeniem papieru i farb. Kiedyś na wskazany przez nich adres (gdzie?) pojechał z „towarem” Jerzy Werniewicz i długo stał, bo ludzie wyglądali przez okna. Żeby zwabić odbiorców otworzył bagażnik i wtedy posypała się na niego zawartość; ponownie, lecz w mniejszym stopniu został „White-black”. Czesław umawiał się też z zatrudnionymi chłopcami także w kawiarniach, oddawał im samochód i czekał pijąc kawę. Pewnego razu samochód został najprawdopodobniej namierzony, bo na szosie nadarzyńskiej patrol MO powyjmował wszystko z wnętrza (podobno trwało to dość długo, bo wyjęli dużo skrzynek po jajkach).

We wrześniu 1982 r. Zbyszek brał udział w jakiejś akcji na terenie Ursusa i przypuszczał, że zrobiono mu zdjęcie i dlatego ogolił bujną brodę dla tzw. BHP. Od tej pory pojawiał się w Otrębusach rzadko. Przysłał kiedyś do mnie zastępców: nauczyciela z Podkowy Leśnej – Skowrona i starszego z braci Gołąbów. Miałem z nim potem osobisty kontankt przy wręczaniu sprawozdań z jakichś wyborów (chodziło o frekwencję) oraz 2 tygodnie przed delegalizacją „Solidarności”. Przekazałem mu wtedy informację o tym, że na spotkaniu czerwonych na Krymie Breżniew powiedział – prikratit i rozgromit. Ze strony Regionu nie było żadnej reakcji, a po delegalizacji nie można było się z nikim porozumieć (po prostu zapadli się, a jedyny kontakt to „Alek” i Teoś).

We wrześniu „Alek” pokazał mi tablicę upamiętniającą ofiary stanu wojennego z kopalni „Wujek”, której projektantem był „Łysy” (nazwisko?). Miałem negatyw tej tablicy u siebie w domu i przekazałem go „Alkowi” wraz z negatywami anten (prawdopodobnie w 1984 r., kiedy „Alek” ujawnił się i zacierał ślady). Tablica została wmurowana na murach obronnych Starego Miasta na tyłach kościoła św. Marcina wcześniej niż planowaliśmy, bo Zbigniew Bujak powiedział o tym komuś z Radia Wolna Europa. Potraktowaliśmy ujawnienie tej akcji jako przejaw głupoty lub wręcz dywersji. Nie pamiętam kto tablicę wykonywał, wmurowywał i odsłaniał. Mój udział ograniczał się wtedy do zorganizowania kolców (zajął się tym mój sąsiad – Andrzej Bacia z Politechniki Warszawskiej) i przekazania ich chłopcu z Grupy zorganizowanej na Targówku, który miał je rozrzucać na rogu ulicy Długiej i Miodowej. „Alek” dał mi też telefon (kogo?) z którym miałem się połączyć z mieszkania rodziców na ul. Długiej 24 w sprawie części do rowerów po otrzymaniu sygnału od „Alka”; było to hasło, że tablica jest odsłonięta i należy rzucić ulotki informujące mieszkańców Warszawy o tym wydarzeniu. Wśród uczestników akcji był też Jacek Cibor oraz Andrzej Rotowski obstawiający z kolcami wjazd od strony Barbakanu i pomnika Kilińskiego (innych nie pamiętam, ale przy murze było 5 ludzi). I chociaż nie odpaliła „gadała” ustawiona na murze, to manifestacja trwała do wieczora.

Z innych akcji chciałbym przypomnieć wprowadzenie do kotła agenta UB Sławomira Miastowskiego. Główny organizator tej meliny Wojtek Macioszczyk otrzymał po tym wydarzeniu pseudonim „Kocioł”. Nie potrafię umiejscowić tej akcji w czasie, ale działo się to jeszcze przed śmiercią „Lotnego”, bo pomagał mi układać pytania zadawane podczas przesłuchania. Byliśmy wtedy niepotrzebnie karni wobec Regionu. „Alek” informując władze Regionu o tym, że Miastowski jest w „kotle” otrzymał kartkę skierowaną do Miastowskiego, której treść można sprowadzić do tego – jeśli jesteś ubolem to odejdź od nas i daj nam spokój(!). Do przesłuchania nie doszło! Nie rozumiem dlaczego tak długo mógł mieć kontakt z naszą warszawską konspiracją Miastowski?! Drukując z Zbyszkiem Lewandowskim broszurę o Powstaniu Warszawskim (wiosna 1982) zwróciłem mu uwagę na tego człowieka i poprosiłem o przekazanie tej informacji do Regionu! Wobec braku odpowiedzi sądziłem, że moje informacje o Miastowskim są mylne.

Podczas kłopotów „Alka” z Ubecją przyszedłem na spotkanie do ciotki Jadwigi Strzemżalskiej, aby przekazać kolejny raport dla moich starszych przyjaciół z KeDywu. Byli już „Łysy”, „Lotny” i „Lopek”. Wspomniałem im o kłopotach „Alka”, ale dodałem, że czuję się bezpieczny, a tylko na wszelki wypadek poprosiłem Andrzeja Rotowskiego o przekazanie moich kontaktów Witkowi Zielińskiemu lub Jackowi Gołąbowi. Władysław Siła-Nowicki zaproponował mi, abym zniknął na miesiąc, a on w tym czasie załatwi ucieczkę do Szwecji, skąd będę mógł wspierać konspirację w Polsce. Nadmienił, że powinienem poprosić moich znajomych ornitologów ze Skandynawii, aby włączyli się do tej pracy. Powiedziałem wtedy, że zostanę jednak w Polsce, bo teraz są takie czasy, że po procesach politycznych nie rozstrzeliwują. Rozchodziliśmy się wg stałego schematu: najpierw ciocia z siatką na zakupy w celu zorientowania się, czy nie „śmierdzi” ubiakami, potem kolejno najważniejsi – „Lotny”, „Łysy” i „Lopek” , a po około 20 – 30 min. ja. Podczas odczekiwania swoich minut zadzwonił do drzwi „Lotny”, a zaraz potem „Lopek”. Uściskali mnie serdecznie, gratulując decyzji pozostania w Polsce. „Lotny” powiedział wtedy, że oni też mogli uciekać po wojnie, ale pozostali, chociaż byli bardziej zorganizowani i liczniejsi. Dodał też, że Polska nie odzyska niepodległości wyłącznie dzięki ludziom na emigracji, bo najpierw musi się zacząć coś dziać w kraju, a zadaniem emigracji będzie dopiero czynne włączenie się podczas zmian w polityce światowej.

Z okresu ścisłej współpracy z „Lotnym” utkwiło mi w pamięci jeszcze jedno zdarzenie, a mianowicie: przed 1 sierpnia 1984 r. czerwoni przygotowywali obchody z racji rocznicy Powstania Warszawskiego, które miały odbywać się przed pomnikiem koło kościoła garnizonowego przy Pl. Krasińskich. W ramach tych przygotowań zaostrzono środki bezpieczeństwa. Kilka dni przed uroczystością tajniacy pełnili całodobowe dyżury, a dwóch regularnie spacerowało od włazu kanału do drugiego włazu. Opowiedziałem o tym „Lotnemu” na cmentarzu podczas spotkania 1. sierpnia, kiedy odbywało się tradycyjne składanie kwiatów na grobach. Zapamiętałem wtedy dobrze reakcję „Lotnego”; najpierw zadumał się, a potem powiedział: „Ciekawe, ciekawe – to bardzo dobrze, bo to znak, że się was boją” W okresie intensywnej współpracy z „Alkiem” pozostały mi w pamięci jeszcze następujące zdarzenia:

a) beztroskie zorganizowanie przez władze Regionu lokalu (na Powiślu?), w którym spotykali się w tym samym czasie bardzo różni ludzie (był tam m.in. pracownik zajezdni tramwajowej, z którym potem spotykałem się na zebraniach w jego domu przy stacji WKD w Rakowie – nazwisko?, pseudonim?), a w szafie wisiały mundury milicyjne oraz wojskowe. Po moich krytycznych uwagach „Alek” zlikwidował ten lokal. Nie pamiętam kto w tym brał udział.

b) drugim przejawem beztroski było nocne zebranie, na które zaprowadził mnie „Alek” z Anką Lasocką (wieżowiec w rejonie ul. Grzybowskiej?). Znowu tłum ludzi w jednym miejscu i w tym samym czasie. Zaproponowałem wtedy rozbudowę działu informacji defensywnej i intensywnej dla potrzeb tzw. „szeptanej propagandy”. Prowadzącemu zebranie pomysł spodobał się (nie pamiętam pseudonimu?), ale do realizacji nie doszło. Przy poparciu Regionu można było zrobić wiele w tej materii, bo i bez tego poparcia udało się dokonać takich inspiracji, jak np. przekonanie pułkownika, aby terroryści z Bliskiego Wschodu, szkoleni k/Nowego Miasta nad Pilicą, złożyli wieniec z okazji Powstania w Gettcie Warszawskim, czym skompromitowali rząd Jaruzelskiego.

c) przypuszczam, że przywódcy Regionu chcieli za wszelką cenę doprowadzić do strajku generalnego i ten pomysł przysłonił im możliwość innych działań. Poderwanie ludzi do strajku nie było łatwe, bo społeczeństwo było zastraszone i obawiano się różnorodnych form represji. Postanowiłem wykorzystać wiadomości zawodowe Andrzeja Rotowskiego z zakresu zasilania trakcji elektrycznej w rejonie węzła warszawskiego, aby był to strajk wymuszony. Ustaliliśmy w terenie miejsca wyłączenia prądu: 3 na trasie WKD oraz w Gołąbkach (jedno), w rejonie Zielonki (dwa) oraz po jednym k/Tłuszcza, Rembertowa i Wawra. Przekazałem te dane do Regionu (przez „Alka”?, Zbyszka Lewandowskiego?) i czekałem na podanie terminu wyłączeń przygotowując z Andrzejem Rotowskim odpowiednie ekipy. Niestety, nie doczekaliśmy się odpowiedzi (nawet negatywnej).

d) podczas współpracy z „Alkiem” byliśmy zdegustowani odebraniem nam akcji wyprowadzenia ze szpitala przy ul. Banacha rannego drukarza, Janka Narożniaka, którego pilnowali UB-cy. Nie byłem zorientowany ile osób miało być zaangażowanych w tej akcji, ale „Alek” otrzymał plan szpitala; „Alek” wykonał fotografie całego budynku, na których oznaczyliśmy wyjścia. Zdobyłem też perukę bruneta i okulary dla charakterystyki pacjenta. Rano, w dniu akcji „Alek” miał zamówić taksówkę po chorego pod szpital, a ja na dalszy kurs pod dawnym Dworcem Głównym, ale nie znałem dalszego miejsca przeznaczenia. W dniu akcji „Alek” pojawił się w moim Instytucie z informacją, że zadanie uwolnienia przekazano innej grupie. Wydawało mi się to o tyle nielogiczne, że o tak trudnej akcji powinno wiedzieć jak najmniej ludzi ze względu na konieczność zachowania tajemnicy. Z uwagi na udokumentowanie tej akcji powinno się przewertować akta IPN, aby zorientować się, jacy lekarze brali w tym udział i jakie były w konsekwencji represje. Taki sam bałagan zaistniał podczas stawiania „gadały” koło Kolumny Zygmunta (czy też na Starym Mieście na Rynku – nie pamiętam już). Może po zebraniu wspomnień innych kolegów z Grup Oporu i danych z IPN uda się wyjaśnić te nieporozumienia lub celową dezinformację. e) wiosną lub latem 1982 roku służba więzienna znęcała się nad więźniami w Bydgoszczy. Udało się ustalić ok. 10 adresów oprawców i dokonać wizji lokalnej; były kupione już bilety. W dniu wyjazdu pojawił się u mnie „Alek” z bardzo ponurą miną; nic się nie odzywał tylko machnął ręką. Pomyślałem, że zdradził ktoś z informatorów. Dopiero po paru kieliszkach nalewki powiedział, że Region odwołał akcję, która według nich była przejawem terroryzmu. A mieliśmy za poradą „Lopka” tylko ogolić głowy żonom oprawców wraz zapewnieniem, ze będziemy golić je regularnie, dopóki ich mężowie nie przestaną się znęcać nad więźniami.

W okresie współpracy z „Alkiem” naraziłem się memu przyjacielowi ze studiów (Maciejowi Gromadzkiemu, kierującemu Stacją Ornitologiczną PAN w Górkach Wschodnich pod Gdańskiem), do którego posłałem młodego człowieka. A było to tak: „Alek” zapytał czy mam w rejonie Trójmiasta pewnych ludzi, którzy przenocują kuriera od Zbigniewa Bujaka do stoczni. Nie podałem adresu Marty Piszczatowskiej (w Gdyni k/starego kościoła), bo wiedziałem, że w jej lokalu odbywają się spotkania konspiracyjne. Lepszym miejscem na nocleg (noclegi) wydawała się stacja ornitologiczna, do której mogli przyjeżdżać ornitolodzy obrączkujący ptaki. Maciej przyjął tego kuriera, ale po czasie powiedział mi, żebym nie przysyłał takich ludzi. Miał on czerwoną kurtkę, więc ubiór niepotrzebnie rzucał się w oczy; pochwalił się tym, że ma pistolet gazowy i udaje się do stoczni – czego nie powinien robić. Takie zachowanie wskazywało na „Wariata”, ale sprawdziłem i nie był to on. Maciej sprawdzał swoimi kanałami konspiracyjnymi w Stoczni tego człowieka i okazało się, że nikt w tym czasie do nich z Warszawy nie przyjeżdżał. Może to moje zbytnie przeczulenie na punkcie bezpieki, ale odebrałem ten fakt jako próbę inwentaryzacji ludzi, którzy są potencjalnymi konspiratorami.

Pewnego dnia przyjechał do mnie Teoś i analizowaliśmy poruszane tu problemy. Doszliśmy do wniosku, że z uwagi na słaby przepływ informacji między „górą” Regionu a Grupami Oporu i wynikające z tego nieporozumienia istnieje konieczność większego uniezależnienia się Grup Oporu od władz Regionu. Powstała wtedy koncepcja utworzenia Oficyny Wydawniczej (Teoś nazwał ją „Rytm” – od rytmu serca normalnego człowieka, który chce pogrzebu komuny). Pieniądze pochodzące z darowizn i publikacji miały być przeznaczone nie tylko na utrzymywanie Oficyny Wydawniczej, ale również wspomagać działalność Grup Oporu, bo dotacje z Regionu były znikome. Początkowo mieliśmy umieścić drukarnię na peryferiach Milanówka u mojego przyjaciela z Instytutu – Zbyszka Świrskiego. Podczas podjęcia ostatecznej decyzji i rozpytywania o sąsiadów, okazało się, że jeden z nich jest niepewny i może stanowić zagrożenie. Wprawdzie Teoś zaproponował mi wcześniej prowadzenie archiwum zawierające działalność Grup Oporu oraz informację defensywną dla potrzeb tych Grup, ale wobec braku lokalu na drukarnię zgłosiłem chęć ulokowania jej w moim domu. Akurat w tym czasie maszyna do druku „Tygodnika Mazowsze”, którą otrzymałem z Podkowy Leśnej nie wróciła do mnie po remoncie i wstawiono ją bez poinformowania mnie do Milanówka (potem okazało się, że obawiano się przecieku ze strony moich najmłodszych synów). Teoś też początkowo wahał się, bo najmłodszy syn miał wtedy 5 lat. Lokalizacja domku wolno stojącego z garażem przy małej ulicy była jednak argumentem, który zadecydował o wyborze miejsca na drukarnię w moim domu.

Działalność w Oficynie Wydawniczej „Rytm” (1983-1989)

Od wiosny 1983 r. Teoś (wtedy ps. „Rafał”) przekazał wszelkie sprawy z drukowaniem i kolportowaniem w „Rytmie” Marianowi Kotarskiemu (ps. „Tadeusz”), który wielokrotnie przyjeżdżał do Otrębus z „Alkiem” i „Rafałem”. „Tadeusz” wstawiając maszynę pojawił się z Tomkiem Kubalskim ps. „Wariat”. Tomek posiadał niesamowite zdolności techniczne – np. potrafił ustawić bardzo szybko obroty maszyny, ale pracowała ona tylko wtedy gdy naciskał on w wiadomym sobie miejscu palcem). Dla zabezpieczenia pracy drukarni zorganizowałem dodatkowe „czarne skrzynki” niezależnie od istniejącej już u Andrzeja Grabickiego: u p. Marii Dziewońskiej oraz u państwa Romanowskich (to miejsce dzięki pozyskaniu do pracy p. Jadwigi Stokowskiej). Pani Stokowska okazała się nieocenionym pracownikiem wykazującym ogromną inicjatywę: sama zbierała papier, kolportowała wydawnictwa i dostarczała cennych informacji defensywnych. Nieocenionym współpracownikiem okazał się też Eugeniusz Wojtysiak z Kań. Pracowaliśmy bowiem na starych maszynach, więc zdarzały się takie sytuacje, że występowały ubytki w zębach na kółkach trybów. Można było przyjść do niego w środku nocy i zawsze udzielał pomocy (był on więc jedną z niewielu osób wtajemniczonych, które pracowały w drukarni = pralni). Od momentu kiedy „Tadeusz” załatwił matryce „Tygodnika Mazowsze” (mieliśmy chyba nr 12?) zaczęła się uciążliwa i regularna praca. W piątki Barbara Hrebenda (koleżanka żony z Instytutu im. Nenckiego na Pasteura 3) otrzymywała matryce ok. godz. 17, które odbierał „Wariat”. Barbara telefonowała do żony i prowadziła rozmowę na temat ogrodu, co oznaczało, że matryce są odebrane. Aby uniknąć podejrzenia, że takie rozmowy mogą stanowić szyfr (zwłaszcza w zimie, kiedy w ogrodzie się nie pracuje), obie panie rozmawiały też przez telefon na inne tematy w pozostałe dni tygodnia. Wobec konieczności oszczędzania papieru wydrukowane strony wędrowały z pralni-drukarni, do pokoju w celu weryfikacji. Żona i synowie odkładali osobno niezadrukowane przerzuty, palili w kominku strony źle wydrukowane, a odkładali w przeliczone pakiety kartki dobrze wydrukowane. Dzięki temu wiedzieliśmy ile stron i jakich należy jeszcze dodrukować.

Pracowaliśmy z „Wariatem” zazwyczaj do późnych godzin w sobotę, ale czasami – przy dodatkowych zamówieniach do Katowic, Krakowa i Szczecina kończyliśmy druk w niedzielę przed południem. Żona pakowała z synami „Tygodnik” w paczki z odpowiednimi oznaczeniami dla odbiorców. Niekiedy zdarzały się nietypowe trudności. Kiedyś wyłączono światło, więc przenieśliśmy maszynę do pokoju i tam przy świeczkach kręciliśmy ręcznie (po kilkadziesiąt obrotów na zmianę!). Kręciliśmy potem w ciągu dnia, bo inaczej nie dotrzymalibyśmy terminu odbioru, a na wydruk czekali ludzie, którzy specjalnie przyjeżdżali do Warszawy. Tak bardzo chcieliśmy dokończyć druk w terminie, że zdesperowani nie przerwaliśmy pracy, kiedy do żony przyszły dwie zakonnice i siedziały za ścianą kuchni. Zakonnice te były zaprzyjaźnione z naszym domem, więc machnęliśmy ręką na to, że muszą przez ścianę słyszeć maszynę. Innego razu mogliśmy doprowadzić do dekonspiracji, bo dostaliśmy zły papier i było dużo przerzutów (rozmywała się farba) i źle wydrukowane strony pakowaliśmy do pieca CO. Co pewien czas rozgarniałem pogrzebaczem palenisko, ale za każdym razem pozostawało sporo papieru. Ktoś z nas na zakończenie pracy dolał do paleniska olej od „Trabanta”. Płomień buchnął mocno w górę komina, a my położyliśmy się spać. Rano, mój syn Witek, który zazwyczaj był śpiochem, wstał bardzo wcześnie i pobiegł do ogrodu. Całe szczęście, bo na śniegu leżało dużo niedopalonych stron. Obudził on pozostałych braci i wszyscy zajęli się sprzątaniem. Po zakończeniu sprzątania rzucali się śnieżkami, aby uwiarygodnić wczesny pobyt w ogrodzie. Po posprzątaniu niedopalonych stron wyłonił się poważny problem, a mianowicie: co zrobić z zapasem kilkudziesięciu pozostałych ryz papieru? Nieoczekiwanie pomógł nam w tym Andrzej Bacia, któremu zwierzyłem się z kłopotów. Zaproponował on wymianę papieru przez znajomych, którym dostarczał prasę. Wymiana papieru mogła stanowić zagrożenie dla drukarni, bo oznaczała, że Andrzej ma z nią bezpośredni kontakt. Andrzej należał jednak do nielicznego grona osób, do których miałem pełne zaufanie i wiedział, że w moim domu jest drukarnia, bo w czasie nieobecności Gienia Wojtysiaka dorabiał jakieś elementy do maszyny. Od stycznia 1982 r. należał on do moich najbliższych współpracowników – był człowiekiem do wszystkiego: pracował w informacji defensywnej, robił najlepsze kolce w Warszawie (z bardzo dobrego materiału, które po każdym położeniu utrzymywały ostrze kolca zawsze w górze), kolportował bibułę, a jak było trzeba, to plakatował lub rozsypywał ulotki. Jak przystało na inżyniera, charakteryzował się dużą precyzją w podejmowaniu decyzji – więc wierzyłem, że zorganizuje dobrze wymianę papieru. I tak też się stało. Zabierał z mojego mieszkania po kilka ryz i przynosił takąsamą ilość już dobrej jakości. Pracował jak przysłowiowa mrówka i po 3. lub 4. tygodniach mieliśmy suchy i dobrej jakości papier. Przypuszczam, że ze względu na rozmiary tej wymiany, musiała ona przekroczyć mury Politechniki Warszawskiej przy ul. Narbutta.

Kiedyś w połowie wydruku pierwszej strony została naderwana matryca elektrostatyczna akurat w miejscu, gdzie umieszczone było zdjęcie Ewy Kulik. Tylko dzięki umiejętnościom „Wariata” udało się matrycę skleić i wprawdzie Ewa nie została upiększona, ale można było na wolnych obrotach ukończyć druk pierwszej strony wg zamówienia. Wolno drukowaliśmy też drugą stronę i dzięki temu nie było strat. Innym razem zdarzyła się zabawna historia. Zaczęło się od tego, że brakowało farby. Przygotowany na takie awarie wyjąłem olej i pigment; rozmieszaliśmy farbę bardzo dobrej jakości mikserem wyjętym z kuchennej szafki. Druk zakończyliśmy przed południem w sobotę. Tego dnia były imieniny mojej żony i przygotowywała popołudniowe przyjęcie. Podczas robienia masy tortowej okazało się, że mikser był źle umyty i masa do tortu miała szary kolor. Było już za późno by robić nową masę. Szara masa tortowa wzbudziła duże zainteresowanie pań i na liczne pytania żona odpowiadała, że to na skutek jakiegoś proszku do posłodzenia, który przywiozłem z Brazylii. Żona robiła też korekty książek „Rytmu”. Zapamiętała dobrze korektę „Drogi nadziei” Lecha Wałęsy, bo książka miała 2 tomy, a czasu na nią było bardzo mało. Korekty robił też mój syn Olgierd (m.in. „Pod znakiem Lwa i Syreny”; tę korektę zapamiętałem, bo Olgierd był bardzo dumny z otrzymanego autografu od autora).

Do czasu otrzymania nowej maszyny dwa razy niewiele brakowało, aby nasza drukarnia wpadła. Ostrzeżenie otrzymałem od pani pracujące na poczcie (nazwiska nie pamiętam), której sygnał ostrzegawczy przekazał ktoś z jej rodziny; był to pracownik MSW pozyskany do informacji defensywnej (nazwisko trudne do ustalenia wobec łańcuszka ludzi pozyskiwanych do współpracy). Dzięki szybkiej ewakuacji przy pomocy Andrzeja Grabickiego mieszkanie było „czyste”. W czasie ładowania maszyny, farb, matryc i gilotyn mój syn Olgierd wyczuł sytuację i jeździł rowerem ulicami Sygietyńskiego i Toeplitza dla ochrony. W pewnym momencie powiedział, że na ul. Sygietyńskiego stoi samochód, ale to nic groźnego, bo on zawsze tam stoi. Dzieci potrafiły więc same oceniać zagrożenie. Zagrożenia zakończyły się „dołkami” w Grodzisku Maz. i Brwinowie. Nie przyznałem się „Tadeuszowi” do tych kłopotów, bo bardzo chciałem kontynuować pracę w drukarni uważając, że każda ulotka, gazeta i książka to gwoździe do trumny czerwonego. Dzięki tej samej informatorce udało się uniknąć wpadki „Nowej” u p. Magdaleny Barańskiej w Otrębusach.

W związku z nieustającymi kłopotami, które wynikały z pracy na starej maszynie oraz ograniczonymi możliwościami w pozyskaniu farb i matryc nawiązałem kontakt z Joanna Pilarską w Brukseli. Poznałem ją podczas wyprawy antarktycznej w roku 1979; znała ją również koleżanka z Instytutu Elżbieta Wegner. Tą drogą przekazałem jej swoją prośbę. Otrzymałem odpowiedź dość szybko. Joanna pisała, że cieszy się, iż nie siedzę i bardzo podoba jej się to co robię, bo to są konkretne działania, a nie przysłowiowe „bicie piany”. W liście tym znalazło się też znamienne stwierdzenie, które sprowadzało się do tego – bardzo cię lubię, ale nie mogę posłać transportu na twój kontakt w Polsce. Zrozumiałem wtedy, że w Brukseli jest wtyka i przestałem się z nią kontaktować. Sprawa ta wywołała u mnie duże rozczarowanie i zaniepokojenie. Wprawdzie w środowisku taterników panowała negatywna opinia o panu z Biura Solidarności (brak lustracji nie upoważnia mnie do wymienienia jego nazwiska), ale nie mogłem pojąć, jak wobec takiej oceny władze podziemnej Solidarności lekceważą takie informacje. Dowiedziałem się też, że z tym panem kontaktuje się Mirosław Chojecki oraz Marian Kaleta, a to działało uspokajająco. Michał Faltzman wyraził jednak negatywną opinię o ośrodku w Brukseli. Zasięgnąłem więc też opinii taterników z Wrocławia ze środowiska Solidarności Walczącej za pośrednictwem „Wujaszka” i ta opinia była również negatywna. Dlaczego Joanna Pilarska siedziała w tym „szambie” i dlaczego Chojecki i Kaleta współpracowali z biurem w Brukseli? Tego nie mogłem pojąć! Ze względu na bezpieczeństwo transportów, podzieliłem się moimi rozterkami z Zbyszkiem Lewandowskim, ale on uspokoił mnie twierdząc, że moje rozterki informacyjne mogą wynikać z przeczulenia na punkcie agentury.

Niezależnie od drukowania ulotek i „Tygodnika Mazowsze”, drukowaliśmy „Kurier Mazowsza” – ulotkową formę gazety informującą o bieżących wydarzeniach oraz różne broszury. Przyznam, że czasami licho mnie brało na ich treść, bo autorami byli niekiedy byli komuniści i nie dotyczyły one historii Polski. Przykładem tego był list Stefana Bratkowskiego do pierwszego sekretarza KPZR. Można było wprawdzie potraktować go jako element dywersji w szeregach naszego KC i KW PZPR (bo docierał on tam dzięki starym znajomym Bratkowskiego), ale nadrzędną koncepcją – możliwość porozumienia się z władzami ZSRR można było też potraktować jak szerzenie zamętu w szeregach „Solidarności” ze względu na kompletny brak realizmu. Do tego wszystkiego nie miałem sentymentu dla ludzi, którzy byli kiedyś budowniczymi socjalizmu, a którzy ten socjalizm potem burzyli, bo to zachowanie przypominało niewdzięcznego psa, który gryzie własnego pana. Prócz tego ludzie ci mieli w tych latach szczególny status: za kolportowanie 100 książek studenci mogli się dostać do więzienia, a Stefan Bratkowski podpisywał się pod tym opracowaniem, puszczał w nielegalny obieg tzw. gazety na taśmie magnetofonowej i nic mu się nie działo. Pragnąłem, aby „Rytm” drukował głównie książki dotyczące historii Polski. O pomoc zwróciłem się do Romana Rybickiego, który miał rozległe kontakty w środowisku emigracyjnym na terenie USA. Udało nam się przekonać „Tadeusza” o potrzebie takich publikacji, a ich wydawanie możliwe było dzięki ogromnemu zaangażowaniu Romka i Mariusza Zb. Zielińskiego ps.”Mariusz”.

„Rytm” wydał też wiele znaczków pocztowych, w tym bloczek wydrukowanych na złotej apli p. t: „Madonny Polskie”. Wizerunek Matki Boskiej Uwięzionego Narodu szczególnie spodobał się moim przyjaciołom z AK, a że przygotowywali oni pielgrzymkę byłych żołnierzy AK do Rzymu, więc poprosiłem, aby wręczyli znaczki Janowi Pawłowi II. „Tadeusz” zorganizował unikalny wydruk na srebrnej apli i zakupił specjalną okładkę do listu. W czasie spotkania z „Lopkiem” napisałem odręcznie list, którego treść została zaakceptowana przez jego kolegów, a po wydrukowaniu go został dołączony do znaczków. Uzgodniłem też z „Lopkiem”, że ze względu na tzw. BHP, on podpisze list dopiero po dotarciu do Rzymu. Autokar z jadącymi wzbudził duże zainteresowanie w Rzymie, bo umieszczono na nim transparent „Solidarności”. Podczas spotkania z Janem Pawłem II „Lopek” wręczył nasz upominek, który był znakiem łączności z Papieżem i wdzięczności za to co zrobił dla Polski.

W drugiej połowie lat 80. dostrzegliśmy potrzebę uruchomienia kolejnej drukarni w moim rejonie ze względu na możliwości wykorzystywania do transportu Andrzeja Grabickiego oraz istniejących w Otrębusach „czarnych skrzynek”. Poprosiłem o znalezienie lokalu kolegę z koła łowieckiego, Andrzeja Zelczaka, który przez wiele lat mieszkał w Komorowie i znał dobrze mieszkańców. Pozytywną odpowiedź otrzymałem bardzo szybko i dzięki temu mieliśmy drukarnię w pobliżu kościoła u p. Ani (obecnie wiem od „Mariusza”, że chodzi o plastyczkę, panią Anielę Kasprowicz).

W momencie rozpoczęcia drukowania książek o tematyce historycznej i „Dwadzieścia Jeden” pojawił się w moim domu „Janeczek” – Witek Łuczywo, który dzięki ogromnemu doświadczeniu prawie bez awarii drukował na bardzo różnej jakości papierze. „Janeczek” przebywał w naszym domu od dostarczenia matryc do ukończenia druku. Druk okładek odbywał się pod koniec konspiracji w Nadarzynie w oficjalnej drukarni u Walka Strojeńskiego i jego kolegi (nie pamiętam nazwiska). Na początku lat 90. przenieśli oni drukarnię do Warszawy na ul. Konopnicką. W ramach rewanżu za współpracę w okresie konspiracji przekazałem im do wystroju wnętrza stary powielacz z lat 20. zrzucony dla KeDywu w 1943 r. Powielacz ten przekazał mi ze swojego mieszkania „Lopek” (odebrałem go jeszcze w 1982 r. z Czesławem Kropielnickim – dla zamaskowania posiadał on obudowę ze starej maszyny do szycia).

Bigowanie okładek odbywało się początkowo w moim domu przy pomocy widelca z wyłamanymi na odpowiednią odległość zębami. W tym okresie zszywałem też wydrukowany tekst i przycinałem na gilotynie, do której noże ostrzył bezinteresownie znajomy - Jerzy Bieńkowski, który miał warsztat w sąsiedztwie mojego Instytutu na ul. Wilczej 64 (kontakt za pośrednictwem Zbyszka Świrskiego). Później składanie odbywało się w nowej drukarni w Komorowie, a Jerzy do końca konspiracji ostrzył noże do gilotyn bez opłat. Druk odbywał się nie tylko w nocy, ale i w czasie dnia. Staraliśmy się wtedy nie izolować od otoczenia i kiedy przychodził ktoś ze znajomych, żona przepraszała gościa mówiąc, że musi zejść do pralni, aby zobaczyć czy dobiega końca pranie, a kiedy pojawiał się ktoś nieznajomy lub niepewny, wtedy maszyna była wyłączana.

Parę razy zdarzyło się, że nie było nikogo z domowników podczas pracy „Wariata”. Przybyłych przepraszał on za brudne ręce, wyjaśniając, że składał silnik do łodzi. Po takich zdarzeniach pozostały do tej pory na ścianie przy wyjściu z pralni i z domu czarne odciski dłoni. Remontowana łódka oraz kajaki stanowiły dobrą „legendę”, bo prace te były wykonywane często przy otwartych drzwiach garażowych lub na podwórku i sąsiedzi przyzwyczaili się do podjeżdżających samochodów oraz przybywających ludzi, którzy przeprowadzali remont i przywozili deski oraz listwy.

Najwięcej problemów mieliśmy z przechowywaniem papieru. Przywoził go A. Grabicki z pilotującym go „Tadeuszem”. Wjeżdżał on gazikiem do garażu, gdzie rozładowywaliśmy ryzy na paletach, aby papier nie chłonął wilgoci. Kiedyś Andrzej wjechał daleko do garażu, bo transport był bardzo duży i rozładowywanie trwało długo. Po rozładunku okazało się, że dach pustego „gazika” zawadzał o górną część framugi od drzwi. Nasze, z „Tadeuszem”, obciążenie okazało się za małe i musiałem obciążyć samochód moimi synami. Latem, kiedy nie działało ogrzewanie, papier przechowywany był w pokojach, lub w jednym pokoju wyłączonym z używania. W związku z tym nie zawsze synowie mogli przyprowadzać do domu kolegów, lub kierowali ich do „wyczyszczonego” pomieszczenia. Były jednak takie okresy (nawet przez 2-3 miesiące), że można było przyjmować znajomych tylko w kuchni, a synowie kolegów na podwórku lub w jednym pokoju.

Odbiór prasy i ulotek odbywał się zazwyczaj samochodem „Tadeusza” lub „Wariata”, a książek dodatkowo „gazikiem” Andrzeja Grabickiego. Kiedyś jednak wszystkie samochody były popsute (łącznie z awaryjnym „Tarpanem” Czesława Kropielnickiego), a mój samochód musiał być wyłączony z dalszych transportów ze względu na bezpieczeństwo drukarni. Zapakowałem więc cały nakład „Tygodnika Mazowsze” przeznaczony dla odbiorców spoza Warszawy do dużego plecaka, przywiązałem na górze zwiniętą linkę zjazdową, dałem „Wariatowi” czekan i takiego „alpinistę” zawiozłem w późnych godzinach do stacji w Brwinowie. Na peronie zachowywaliśmy się swobodnie rozmawiając głośno o drogach wspinaczkowych w Tatrach.

Innym razem wykorzystałem z braku transportu moich synów; było to w okresie ferii zimowych. Wyładowałem ich plecaki „bibułą”, chłopcy założyli na ramiona narty oraz kijki i tak dotarliśmy kolejką WKD do Warszawy do mojej „skrzynki” w Al. Jerozolimskich u cioci Strzemżalskiej.

Większe paczki „Tygodnika Mazowsze” dostarczał „Tadeusz” odbiorcom do Warszawy, a także ludziom, którzy dowozili prasę do Krakowa, Katowic, i Szczecina; okazjonalnie również do Łodzi i Poznania. Przez pewien czas oddawałem w poniedziałki „Tygodnik Mazowsze” w kościele przy ul. E. Plater najprawdopodobniej dla Grup Oporu (odbierał Marek Wiśniowski). Żona zawoziła prasę, ulotki oraz książki do Instytutu im. Nenckiego, gdzie przekazywała paczki Teresie Zabłockiej, a od niej przywoziła wydawnictwa „Nowej”, „Kosa” i przez jakiś czas „CDN” i „Wolę”. Teresa część bibuły przekazywała także Krystynie Golińskiej dla środowiska Antoniego Macierewicza. Ta współpraca mogła zakończyć się wpadką drukarni „Kosa”. Zabłocka poprosiła mnie więc o znalezienie lokalu na nią. Dostałem adres od ludzi z kręgu ks. Kantorskiego na krawędzi Otrębus i Podkowy Leśnej (szczupły pan w okularach, który pilnował tam domu, a związany był z podziemiem działającym w Pruszkowie – nazwisko?). Skontaktowałem go z dwoma znajomymi Teresy, ale potem okazało się, że „pociągnął on ogon” jeszcze przed wprowadzeniem maszyny.

W swoim rozdzielniku miałem jeszcze następujących odbiorców: Andrzej Bacia z Politechniki Warszawskiej (300 szt. „Tygodnika Mazowsze” i inne wydawnictwa – zapomniałem go wymienić przy sporządzaniu notatek z okazji rocznicy „Tygodnika” i „Nowej”); Czesław Kropielnicki (dostarczał „bibułę” szwagrowi do środowisk zbliżonych do KPN – też nie był wymieniony); Witek Zieliński – do Podkowy Leśnej i Warszawy (gdzie?); Jadwiga Stokowska (teren Otrębus i Kań); Barbara Bierzyńska (z mojego Instytutu – gdzie?); „Lopek” (lub J. Strzemżalska do środowisk AK – w pewnym okresie odbierał je ich znajomy z okresu wojny, lekarz ginekolog – dostarczałem paczki do przychodni lekarskiej w rejonie Al. Jerozolimskich między ul. Kruczą a Bracką. Gdy wychodziłem z gabinetu, zawsze pocieszał mnie głośno, że jeśli żona będzie brała regularnie leki, to poprawa nastąpi szybko).

W latach 1983-1986 dostarczałem wydawnictwa „Rytmu”, „Nowej”, „Kosa”, „Woli”, „CDN” oraz „Tygodnik Mazowsze” do środowisk „Wujaszka” – Józefa Teligi w Kielcach, gdzie w Instytucie Geologii pracował Zbigniew Rubinowski i przekazywał „bibułę” w teren podczas wyjazdów służbowych. Wykorzystując wyjazdy służbowe do Świętokrzyskiego Parku Narodowego rozkładałem te wydawnictwa w sąsiedztwie moich baz terenowych w Kakoninie i na Św. Krzyżu. Pomimo, że wydrukowana prasa składała się niekiedy z numerów wydrukowanych miesiąc wcześniej, była dosłownie rozchwytywana przez wycieczki z różnych regionów Polski. W pewnym okresie zabierał różne wydawnictwa Kazimierz Wojtaniec (nauczyciel mego najstarszego syna ze szkoły im. Zana w Pruszkowie) związany z ks. Indrzejczykiem. „Bibułę” i książki dostarczałem też nieregularnie w grójeckie (Andrzej Kincel – k/Błędowa i Dariusz Jakubczyk z Lipia) oraz za Małkinię (Edward Skłodowski).

Przed okrągłym stołem widoczny był już koniec rządów komuny i dlatego przyjąłem propozycję „Tadeusza” aby brać udział w obradach Niezależnego Forum Kultury, które odbyło się na Uniwersytecie Warszawskim.

Drukarnia w Otrębusach działała jeszcze po wyborach czerwcowych. Z „Rytmem” byłem związany do momentu, kiedy z Pawłem Smoleńskim nie udało się przekonać „Tadeusza”, że drukowanie książki Grzegorza Jaszuńskiego jest niewłaściwe. Na G. Jaszuńskim miał być bowiem wykonany wyrok tak jak na „Martykę” (wg „Lopka” i „Lotnego” – nie dowiedziałem się od nich dlaczego wyroku nie wykonano).

Inne zajęcia

- Między 1983-1985 otrzymywałem od Teosia paczki do Krakowa, bo jeździłem tam do redakcji Acta Zool. Crac. Niektóre z nich zawierały „skunksy” (Teoś uprzedzał mnie o ich obecności w paczkach), o zawartość innych nie pytałem. Przewiezienie jednej z paczek zostało wstrzymane przez „Alka” (lato 1983?), a jej zawartość miałem „zadołować”; znajdowało się w niej 6 petard o długości ok. 30 cm. Izolowane od wilgoci przeleżały dwa lata pod psią budą i zabrał je potem „Wariat”.

- Współorganizowanie z Małgorzatą Barbasiewicz, moim najstarszym synem i jego kolegami z oazy przy naszej kaplicy w Otrębusach spotkań patriotyczno-religijnych (np. Polskie Sierpnie – Śmierć R. Traugutta, Cud nad Wisłą, Powstanie Warszawskie, utworzenie „Solidarności”). Spotkania te odbywały się w naszej kaplicy, dzięki współpracy z ks. Andrzejem Lepianką.

- Razem z „Lopkiem” porządkowałem archiwum „Lotnego” z jego upoważnienia przed śmiercią.

- W drugiej połowie lat 80. wyjeżdżałem do środowisk polonijnych i katolickich z „bibułą” i książkami z drugiego obiegu oraz Pismem Świętym, katechizmami, książeczkami do nabożeństwa i medalikami (Ukraina, Białoruś, Rosyjska Republika Federalna, Litwa). W Wilnie spotkałem się z opozycją w katedrze św. Kazimierza, ponieważ niektórzy przywódcy „Solidarności” usiłowali się porozumieć z Litwinami ponad głowami tamtejszych Polaków i moim zadaniem było zebranie dla Polaków interesujących wiadomości.

- W roku 1988 byłem współzałożycielem, a następnie też drukarzem niezależnego biuletynu o stanie ochrony środowiska (SOS – Serwis Ochrony Środowiska). Biuletyn miał nie tylko informować o stanie środowiska w Polsce, ale także przygotować kadry pracowników w ramach tzw. „gabinetu cieni”. Biuletyn drukowany był z naszych prywatnych pieniędzy jeszcze w roku 1994, bo byliśmy srodze zawiedzeni sytuacją po okrągłym stole. Brak możliwości przekazania naszej wiedzy oraz czynnego włączenia się w przemiany zachodzące w Polsce, a także niepowodzenia w działaniach zatrzymania niekorzystnych dla społeczeństwa prywatyzacji, wreszcie moje dwa pobyty na oddziałach kardiologii, śmierć Michała Falzmana i utrata pracy – spowodowały, że wycofałem się zarówno z redagowania S.O.S. jak i wszelkich innych działań.

Na zakończenie pragnę wymienić osoby, których nie wymieniłem wcześniej, a które pomagały w pracy konspiracyjnej. Czasami świadczyły one tylko jednorazowe uprzejmości, ale kontakt z nimi umożliwiał rozbudowę struktur podziemnych i pozwalał trwać w oporze. Lekarz z wypraw wysokogórskich Jan Serafin, ortopeda ze szpitala na ul. Lindleya. „Alek” dostarczył do niego Huberta Kropielnickiego, któremu założono gips na zdrową rękę, aby zwolnić go z jakiejś prorządowej uroczystości szkolnej i umożliwić rzucanie ulotek dr Ewa Kopicz-Kamińska ze Szpitala Psychiatrycznego w Tworkach. zbierała ona dane o zgonach ludzi, do których nie mogła dotrzeć pomoc lekarska na skutek wyłączenia telefonów i braku komunikacji na początku stanu wojennego. Ukrywała ona chłopców z Grup Oporu, którym groził pobór do wojska, a którzy byli mocno zaangażowani w pracę konspiracyjną (np. Tomek – „Wariat”). Mnie do niej też ktoś skierował dla zapewnienia BHP (wariat, więc może mu się ustrój nie podobać!). Przez jakiś czas musiałem się u niej meldować raz w miesiącu na badania. Kiedyś byłem bardzo zmęczony po nocnym drukowaniu, a do tego pogoda była senna, bo padał śnieg z deszczem, więc podczas badań zasypiałem. I wtedy dr Ewa kazała mi myśleć o tym, że Urban się śmieje z nieudanej akcji ulotkowej, aby wywołać uczucie gniewu. Kiedy motyw Urbana zadziałał, wtedy poleciła wyobrazić sobie, że leżę na plaży pod palmą i wsłuchuję się w szum morza, aby wywołać odwrotną reakcję błogiego spokoju. Wyjaśniła potem, że konieczne jest wywołanie huśtawki nastrojów typowej dla ludzi z zachwianą psychiką.

Mirosława Rybicka (żona Romana) przechowywała mnie przez kilka nocy po delegalizacji „Solidarności”, kiedy obawialiśmy się aresztowań. Na wszelki wypadek uzgodniłem z nią „legendę” mej obecności, by nie ponosiła konsekwencji mego pobytu: mąż dawno wyjechał, a córka też ma swoje lata... To do UB-ków przemawiało; tak obronił się „Gruby” (Piotr Izgarszew) po zadenuncjowaniu go przez sąsiada. Mirka pomagała mi też składać kolejne strony broszury Stefana Bratkowskiego. Nie było wtedy nikogo do pomocy i miałem już dość chodzenia wokół stołu jak w kieracie i układania kolejnych stron nakładu, a do tego zbliżał się termin oddania broszury.

W czasie pogrzebów „Lotnego” i „Lopka” złożyłem na ich grobach zamiast wiązanki kwiatów duży znak Grup Oporu z szarfami, na których widniał napis – Grupy Oporu „Solidarni”. Wykonanie takiego napisu można było zlecić tylko zaufanej osobie. Pomogła mi w tym Danuta Radzikowska, założycielka koła „Solidarności” w Instytucie w Skierniewicach, która pracowała dla mnie w defensywie. Właściciele kwiaciarni (chyba z Milanówka?) dekorowali wcześniej bezinteresownie kwiatami miejsca pobytu Jana Pawła II podczas Jego wizyt w Warszawie, więc kontakt wydawał się pewny. Kotwicę z literą „S” zrobiła moja żona ze świerczyny podarowanej z tej kwiaciarni; nic nie zapłaciłem też za wykonanie napisów na szarfach. Danka otrzymała przy tym informację, że jak wam kiedyś będzie trzeba coś pomóc to przychodźcie. W roku 1987 lub 1988 (w każdym bądź razie było to zaraz po wizycie gen. Jaruzelskiego w Katyniu, bo stał tam już drewniany krzyż) znalazłem się w grupie ludzi, głównie z Podkowy Leśnej, którzy złożyli wieńce z szarfami Solidarności i brali udział we Mszy Św. Ja przewiozłem wtedy w częściach nasz znaczek wykonany przez żonę ze świerczyny. Na miejscu połączyłem kotwicę oraz literę „S” i dopiąłem szarfy z napisem: „Grupy Oporu Solidarni”. Przypuszczam, że napis na szarfach wykonali właściciele tej samej kwiaciarni. Następnego dnia rano (było jeszcze ciemno!) w drodze powrotnej poszliśmy sprawdzić, czy coś nie ubyło na grobach. Okazało się, że z przywiezionych wieńców oraz zniczy nic nie zostało. Byliśmy „ubezpieczeni” od strony prawnej i materialnej w kościele św. Marcina (wiadomość już po śmierci ks. Tomasza Bojasińskiego, więc nie znam łańcuszka nazwisk ludzi, którzy się tym zajmowali). Wiem, że pośrednikiem od nas była młoda niewiasta i że najprawdopodobniej adwokatem miał być późniejszy nasz premier Jan Olszewski. Z kronikarskiego punktu widzenia celowe jest też ustalenie przebiegu akcji i osób, które w nich uczestniczyły, a nie znam ich nazwisk i pseudonimów. rozpięcie na dużych parasolach (bo żadnych patyków nie wolno było wnosić) długiego transparentu podczas jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Warszawy oraz transparentu „Ręce precz od Afganistanu” przekazanie wiadomości z papierni w Jeziornie, że przewieziono tam akta MSW. Kto nam „wrzucił” wiadomość? Kto przekazał do Ministra Kozłowskiego? Jaką drogą? Dlaczego nie zatrzymano likwidacji tych dokumentów?

Również po Okrągłym Stole były skuteczne starania o zablokowanie prywatyzacji lodowiska na Stegnach. Miał je kupić jakiś pułkownik lub podpułkownik (chyba UB?), który chciał przekształcić tez sportowy obiekt na gigantyczną lodówkę mięsa i innych artykułów spożywczych. Usiłował on nawet dokonać transakcji „wymiennej”, tj. za zaniechanie torpedowania tego pomysłu oddać swój udział (czy też załatwić udział?) w handlu na Stadionie Dziesięciolecia. Zdaję sobie sprawę z tego, że stosowane wtedy były bardzo różne formy inspiracji i nacisku na urzędników i bez dokonania powszechnej lustracji wszystkiego się nie wyjaśni.

Uważam jednak za stosowne przypomnienie tej sprawy oraz sprawy w Jeziornie, bo były to ostatnie działania ludzi z Grup Oporu i do tego już po Okrągłym Stole, i świadczą one, że dokonujące się przemiany nie były przez nas akceptowane.

1 czerwca 1990 r. byli członkowie Grup Oporu wraz z osobami współpracującymi w czasie konspiracji byli współorganizatorami zebrania w sali wykładowej Instytutu Fizyki UW przy ul. Hożej dla wypromowania na prezydenta RP prof. Zbigniewa Brzezińskiego (tzw. inicjatywa „Zbignet”). List intencyjny w tej sprawie podpisały 52 osoby. Prof. Brzeziński był naszym zdaniem najlepszym kandydatem na to stanowisko, bo znał doskonale kulisy polityki międzynarodowej i mógł sprowadzić konkurujący z krajami Europy Zachodniej kapitał z USA. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Polska będzie w przyszłości kandydowała do Unii Europejskiej i w czasie przyszłych rozmów w tej sprawie zaistnieje korzystniejsza dla nas sytuacja „przetargowa”. Liczyliśmy więc, że prof. Brzeziński będzie skutecznie bronił interesów Polski, a USA staną się też gwarantem naszego bezpieczeństwa wobec ciągle istniejącego zagrożenia ze strony ZSRR (w tym czasie stacjonowały jeszcze w Polsce jednostki wojskowe ZSRR).

Zdaję sobie sprawę z tego, że wspomnienia moje są niepełne, pomimo, że w odtworzeniu wielu zdarzeń pomogli mi znajomi. Mam jednak nadzieję, że wspomnienia innych uczestników minionych wydarzeń pozwolą uzupełnić historię Grup Specjalnych – Grup Oporu, które stanowiły najbardziej radykalną część podziemia kronikarskiego Warszawie, kronikarskiego których działalność została zapomniana po „okrągłym stole”. Z kronikarskiego punktu widzenia uważam też za celowe zestawienie adresów osób, z którymi współpracowałem. Lista tych osób jest również niepełna (dotyczy to zwłaszcza tych, którzy zajmowali się informacją), ale pragnę pozostawić chociaż ślad ich uczestnictwa w konspiracji, bo i oni zostali zapomniani, a w środkach masowego przekazu wspomina się jedynie o przywódcach. W moim przekonaniu dowódcy bez armii niewiele mogliby zdziałać!!!

Bolesław Andrzej Jabłoński, ps. „Brok II”, „Omega”, „Profesor”