L00034 Mieczysław Kościuk

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Mieczysława Kościuka

Mój życiorys jest dość typowy dla ludzi urodzonych w rodzinach górniczych. Zacząłem paracować jako młody chłopak w firmie budowlanej, która pracowała na potrzeby górnictwa. Pracę jako górnik rozpocząłem po odbyciu służby wojskowej. W 1974 roku przyjęto mnie na KWK Manifest Lipcowy. Od niej wszystko się zaczęło. W dalszy ciągu pracuję w górnictwie, ale teraz na KWK Krupiński.

Podobnie jak większość młodych ludzi byłem podekscytowany tym, co działo się w połowie sierpnia 1980 roku w Gdańsku i na całym wybrzeżu. Byłem zaciekawiony tym, że zaczął tworzyć się nowy ruch społeczny. Pamiętam to napięcie, jakie latem 1980 roku panowało między ludźmi. Najbardziej było to wyczuwalne w pracy. No i w końcu nastąpiła ta chwila, w której należało się określić i stanąć po właściwej stronie. Na ten moment czekaliśmy wszyscy. Przynajmniej w moim najbliższym otoczeniu.

Górnicy pracowali niejednokrotnie po 31 dni w miesiącu. Dyrekcje i różne komórki partyjne wymyślały soboty i niedziele, apelowe i wydobywcze. Byli na tyle perfidni, że tłumaczyli te dodatkowe dniówki jako ustanowione „na wniosek załogi”. Tony węgla były okupione litrami przelanej krwi, gdyż dochodziło do wypadków, nierzadko śmiertelnych. Wymyślali jakieś brygady pościgowe, potem nagradzali nas nic nie wartymi medalami, ale w wynagrodzeniu czy w karierze zawodowej to już nie znajdowało odzwierciedlenia. Inaczej było w przypadku działaczy partyjnych czy pseudozwiązkowych. Tylko oni zyskiwali na tej naszej katorżniczej pracy. Na pewno było to jedną z przyczyn wybuchu strajku w sierpniu 1980 roku. Ja akurat miałem to szczęście i zaszczyt pracować na tej kopalni i na tej zmianie, na której rozpoczął się strajk. A było to w nocy z 27 na 28 sierpnia 1980 roku na KWK Manifest Lipcowy.

Początkowo, podobnie jak 99,9% załogi byłem zaskoczony tym co się dzieje. Pamiętajmy, że to był 1980 rok, myśmy nawet nie wiedzieli, co to jest strajk i jak się go organizuje. Była oczywiście grupa, która to przygotowywała, natomiast cała załoga była wykonawcą tego zadania. Przyjechaliśmy do pracy. Nagle ktoś na bramie krzyknął: „Jest akcja strajkowa!”. Zgromadziliśmy się wszyscy na cechowni i tam były podejmowane decyzje co do dalszych losów strajku. Potem potoczyły się wypadki, które już wszyscy znamy. Zostałem wybrany przewodniczącym oddziałowym. Fakt, iż organizowaliśmy się na oddziałach był naturalny. Zabezpieczaliśmy po prostu nasze miejsca pracy. Miałem pod sobą oddział wentylacyjno-pyłowy. Był to oddział specyficzny, bo chodziliśmy po całej kopalni, a więc mieliśmy kontakt z wszystkimi grupami strajkującym. Wszyscy dokładaliśmy starań, aby wszystko poszło dobrze. Konsekwencje strajku z sierpnia 80 znamy i wszyscy z nich korzystamy.

W momencie wprowadzenia stanu wojennego byłem na trzeciej zmianie. Ówczesny przewodniczący KZ Jasiu Bożek kazał nam wyjechać z dołu. Byliśmy całkowicie zdezorientowani. Wyjechaliśmy na powierzchnię w środku nocy i zaczęliśmy się organizować. Zapadły decyzje o zabezpieczeniu sztandarów i dokumentów. Każdy z nas miał do wykonania jakieś zadanie. Na kopalni byłem do końca, aż do pacyfikacji przez oddziały ZOMO. Stałem wraz z kolegami naprzeciwko milicji i rzucaliśmy w nich śrubami i innymi żelaznymi narzędziami. Zomowcy najpierw zaczęli strzelać w powietrze, a potem do nas. Wielu kolegów odniosło wtedy rany.

Później nastąpiła delegalizacja. Powierzono mi fundusze związkowe. Pamiętam jak te pieniądze wynosiłem z kopalni. To było późnym wieczorem, gdzieś przed samymi świętami Bożego Narodzenia. Całą gotówkę, którą miałem przy sobie musiałem gdzieś ukryć. Ponieważ było już po 22.00, byłem po drugiej zmianie i żadne autobusy już nie kursowały, więc do Żor musiałem wracać na piechotę. Ponieważ godzina milicyjna obowiązywała w dalszym ciągu, więc wiadomo jak się to wszystko mogło skończyć. W Szerokiej natknąłem się na patrol ZOMO. Oczywiście zatrzymali mnie w celu wylegitymowania. Byłem przerażony, bo gdyby mnie przeszukali nie wiedziałbym jak wytłumaczyć się z takiej ilości gotówki. Dobrze, że miałem przy sobie przepustkę, która uprawniała mnie do poruszania się w terenie po godzinie milicyjnej. Puścili mnie wolno, ale jechali za mną powoli jakieś dwa kilometry. Obawiałem się, że gdzieś na odludziu dokładnie mnie zrewidują albo spałują. Zawrócili jednak, a ja pieszo poszedłem do domu.

W późniejszym okresie odczuwałem ciągłą niepewność i obawę. Prawie wszystkich kolegów, działaczy dotknęły jakieś represje. Jedni byli internowani, inni przebywali w aresztach, słyszało się o pobiciach. Potem zaczęły się zwolnienia z pracy, przenoszenia na inne, gorzej płatne stanowiska. Nachodzili nas w domach. Przeprowadzali rewizje. Mieszkałem w Żorach, na dużym osiedlu. Znałem swoich sąsiadów, a tu nagle okazało się, że niektórzy koledzy zostali wcieleni do służby w ZOMO. To budziło okropną odrazę. Wczoraj kolega, dzisiaj wróg. Zapewne za darmo tego nie robili.

Stan wojenny to był bardzo trudny okres, szczególnie dla rodzin internowanych i więzionych działaczy. Wszyscy spośród nas, którzy byli zaangażowani w pracę związkową, a przebywali na wolności starali się pomagać tym, którzy z powodu prześladowań cierpieli niedostatek. W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych wraz z dużą liczbą pracowników zostałem przeniesiony z kopalni Manifest Lipcowy na kopalnię Krupiński.

Trzeba się było mocno konspirować. Mimo to my, ludzie Solidarności, potrafiliśmy się porozumieć. W 1987 roku poznałem Józefa Gałuszkę, który pracował na moim oddziale. Powoli poznawaliśmy innych działaczy i zaczynaliśmy się organizować. Spotykaliśmy się w naszej parafii na Suszcu u ks. Hornika. Tam właśnie planowaliśmy nasze dalsze działania. Przychodził na te spotkanie m.in. Jasiu Huzarewicz. Musieliśmy mieć ludzi wśród dozoru, bo dyrekcja i administracja kopalni średniego i wyższego szczebla była nam bardzo nieprzychylna. Gdzieś na przełomie 1984/5 roku jednym z dyrektorów kopalni został cieszący się złą sławą Jarosław Sienkiewicz. Bardzo się zdziwiłem, gdy w świcie Sienkiewicza zobaczyłem Janusza Jarlińskiego, który działał w związku opozycyjnym do naszego OZZG. Trudno nam było w tych warunkach cokolwiek przedsięwziąć na zakładzie pracy. Było to powodem naszych spotkań na parafii. Organizowaliśmy kolportaż prasy podziemnej, a docelowo planowaliśmy w odpowiednim czasie wszczęcie strajku. Byłem na kopalni szefem takiej zakonspirowanej grupy na swoim oddziale G-2. Już podczas próby strajku była to grupa inicjatywna. Mięliśmy to już wcześniej wszystko zorganizowane. Wreszcie nadarzyła się okazja i myślę, że samą akcję przeprowadziliśmy zgodnie z oczekiwaniami.

Panował nastrój niezadowolenia. Najpierw niepokoje majowe potem brutalnie spacyfikowany strajk w Nowej Hucie. 15 sierpnia stanął Manifest Lipcowy, a my - o ile dobrze pamiętam - 17 sierpnia na nocnej zmianie. Początkowo trudno było zapalić ludzi do akcji strajkowej. Dyrekcja robiła co w jej mocy aby storpedować nasze działania. Sienkiewicz i Jarliński odegrali w tym momencie zdecydowanie negatywną rolę, albowiem to najprawdopodobniej oni byli inicjatorami posiedzeń dozoru na zapleczu szybu IV, na których to przydzielano im zadania mające na celu wygaszenie strajku. Do strajku ludzie przyłączali się bardzo powoli. Najpierw mój odział G-2 nie zjechał na dół na trzeciej zmianie. Następnie zjazdu odmówił oddział wydobywczy G-5. Przyłączyła się do nas również grupa z powierzchni, z zakładu przeróbczego. Tam działali Eugeniusz Krosny i Andrzej Hoszek. Na to ludzie z dołu też zaczęli wyjeżdżać i do rana było nas już kilkuset strajkujących. Przez następne dni sukcesywnie przybywało nam uczestników strajku, ale część ludzi ciągle się bała. Chodziło chyba o położenie kopalni, która była położona na całkowitym pustkowiu. W razie czego mogli z nami zrobić, co by im się podobało. Nie mieliśmy początkowo żadnej komunikacji ze światem zewnętrznym. Na szczęście, docierali do nas ludzie z zewnątrz. Pomagali nam nawet działacze z zarządu regionu, ale nazwisk już dzisiaj nie pamiętam. Staraliśmy się ten strajk utrzymać.

Aprowizowały nas głównie rodziny, ale również obcy ludzie przynosili jedzenie. Trzeba przy tym pamiętać, że do naszej kopalni nie było łatwo się dostać, bo leży w szczerym polu jakieś 7 kilometrów od Żor. Wszystkie przejazdy zostały wstrzymane, więc komunikację ludzie organizowali sobie sami. Również nasz lokalny kościół bardzo pomagał w realizowaniu pomocy dla strajkujących górników. Byliśmy otoczeni przez siły ZOMO, helikopter nieustannie krążył nad nami. Podobnie było i na innych kopalniach, z tymże my byliśmy praktycznie bez wsparcia z zewnątrz i dlatego ludzie odczuwali tak silną presję psychiczną.

Strajk zakończył się 25 sierpnia. Dyrektor zaprosił na teren kopalni prokuratora Hopa, który straszył nas wszelkimi możliwymi konsekwencjami. Z miejsca wręczał wezwania na przesłuchania. Józefowi Gałuszce dał wezwanie na przymusowe badanie psychiatryczne. Siłą zawieźli go do Rybnika i musiał tam przesiedzieć kilka dni na obserwacji. Były też oczywiście zwolnienia z pracy. Strajk rozwiązał się dość dramatycznie, bo do głosu doszły osoby, które nie tworzyły Komitetu Strajkowego, a te które w nim zasiadały częściowo uległy załamaniu. Przykro powiedzieć, ale jeden z przywódców strajku, Gienek Krosny przeszedł do innego związku, oczywiście po zakończeniu strajku. Według mnie powodem tego typu zachowań była frustracja. Oczekiwania były bardzo wielkie. Mieliśmy swoje postulaty zakładowe, ale przyjęliśmy również postulaty MKS. Naszą kopalnię w MKS reprezentował Józef Gałuszka. Ludzie oczekiwali szybkich działań, a tu przynajmniej w pierwszym okresie po strajku była tylko niepokojąca cisza.

Podsumowując. Na koniec strajku na kopalni zostało kilkaset osób. Strajk z kopalni wyprowadził ks. Hornik. Przeszliśmy z zakładu do naszego kościoła parafialnego na Suszcu, gdzie cała akcja zakończyła się mszą świętą. Potem zaczęła się zwykła praca. Sprawy potoczyły się bardzo szybko. Ja zostałem przewodniczącym KZ NSZZ „Solidarność” i jestem nim do dzisiaj.

Trudno oceniać ten okres naszej wolności, naszej niepodległości. Wszyscy Polacy są w tym względzie podzieleni. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno, że przy okrągłym stole, a także potem popełniliśmy grzech zaniechania. Nie rozliczyliśmy przeszłości i do dzisiaj się to za nami wlecze i z pewnością jest powodem wielu kłopotów. A przede wszystkim powodem nijakości naszego życia.

Opracowanie: Andrzej Kamiński