L00041 Antoni Łatko

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja ks. Antoniego Łatko

Szeroka, 1 V 2008

Podczas stanu wojennego zająłem się internowanymi, wcześniej nie wiedziałem, że tak się robi z ludźmi w więzieniach. Ktoś przyszedł do mnie na zakrystię i poinformował, że w szerokiej są internowani. Podjechałem tam z ks. wikarym Kwapiszewskim. Pod zakładem karnym stała kolejka kobiet, które miały tam swoich mężów. Nie wiedziałem na początku ile osób jest zamkniętych. Do więzienia wpuszczali pojedynczo jedną kobietę, zamykali drzwi i reszta czekała, aż przyjdzie jej kolej. Dzwoniłem, żeby mnie wpuszczono poza kolejką, ale na początku nikt nie reagował. W końcu podszedłem do jednego ze strażników, który był w mundurze, prosząc o rozmowę z naczelnikiem. Odmówił mi udzielania informacji, tłumacząc się paniami, które czekają na widzenie z mężami. Kobiety w międzyczasie zaczęły mi opowiadać, jak wyglądają takie widzenia. Jedna z nich powiedziała, że spisywanie danych było obowiązkowe przy wejściu na zakład, a ją potraktowano bezczelnie – po spisaniu jej danych poinformowano, że męża nie ma w zakładzie w Szerokiej. Wszystkie kobiety najpierw dowiedziały się, że tam nie ma ich mężów, ale wiedziały z innych źródeł, że to kłamstwo. Za drugim podejściem znów wypytałem o naczelnika, którego ponoć nie było, ale zwróciłem uwagę, że stoi jego samochód pod zakładem. Wcześniej już odprawiałem tam msze, więc wiedziałem, który to jego wóz. Dość stanowczo się zachowałem mówiąc, że trudno będzie mi drzwi po raz kolejny zamknąć. Uparłem się, ale znów odszedłem z kwitkiem. Kolejnego dnia znów byłem pod bramą i znów ta sama sytuacja – umundurowany strażnik, który nie chciał mnie wpuścić. Zakład karny był przeznaczony dla więźniów, a internowani nie byli więźniami tej kategorii i mieli swojego naczelnika. Ja nie mogłem porozmawiać ani z jednym, ani z drugim z naczelników. Kolejnego dnia było to samo. Było to tym bardziej dziwne, że byłem kapelanem więziennym i powinienem mieć tam normalny dostęp, a nie zakaz wstępu. Ale to absurd stanu wojennego, kiedy wszystko było wywrócone do góry nogami. Przecież podczas pasterki płaciliśmy kary, że zgromadzaliśmy się o północy, a wtedy nie wolno było o tej porze przebywać na dworze. Ludzie płacili kary, ale szli do kościoła. To były dziwne czasy…

Wracając: spotykałem się z internowanymi, którzy byli oddzieleni od swoich rodzin i doprowadzono ich do stanu takiego, że chcieli popełniać samobójstwo. Jednego takiego wypuścili, bo był już w takiej depresji, że mogło dojść do takiego zdarzenia. Ludzie wysyłali paczki do więzienia, ale nie wiadomo, czy one docierały do internowanych. Po rozmowach z naczelnikiem wiedziałem, że dzieją się tam rzeczy przerażające. Po wypuszczeniu internowani od razu dostawali papiery, na podstawie których mieli opuścić Polskę już na zawsze. Wielu zdecydowało się. Może z 15 osób z tej Szerokiej podpisało takie zrzeczenie się obywatelstwa. Zabrano im dowód osobisty i wręcz wyrzucono z kraju. Nikt z nich już nigdy nie wrócił, nawet po odzyskaniu wolności przez Polskę. Chyba jeden kiedyś przyjechał na urlop do kraju, ale po tylu latach za granicą rzeczywiście już nie wracają.

Organizowałem mszę w zakładzie specjalnie dla internowanych. Poza tym załatwiałem im paczki, ale nie z Komitetem na rzecz Więźniów Internowanych i Mają Komorowską. Nie widziałem z jej strony żadnej woli, tylko chęć pokazania się. Zresztą, nie ona jedna nie wykazała dość dobrej woli. Sami internowani nie potrafili zebrać się do strajku głodowego, tylko zakomunikowali taka akcję, a ciągle coś podjadali na boku. Pamiętam, że jeden rzeczywiście przymierał głodem, chociaż inni koledzy normalnie jedli. On się tym strajkiem tak przejął, że był gotów umrzeć za wolność i ojczyznę. Do Szerokiej na parafię przywożono rożne dary, by przekazać je internowanym. Ile mogłem to przemycałem do zakładu karnego, ale wiem, że nie wszystkie trafiły do potrzebujących, że nie raz strażnicy je przejęli. Zwracałem się jednak do ludzi, żeby przywozili co mają. Zwłaszcza w okresie świątecznym. Przez niecałe trzy miesiące, kiedy przebywali tu internowani to wiem, że jak na początku były problemy, żeby dostać się do nich, to potem już właściwie mogłem na zakładzie przebywać prawie bez ograniczeń. Przyjeżdżało trzech księży z darami poza mną.

Arcybiskup Bednorz był wtedy biskupem i nie było wówczas archidiecezji. Ale Bednorz przyjechał do nas, odwiedzić więźniów. Nie miał zielonego pojęcia, jak wygląda więzienie i jakie tam panują warunki. W okresie, kiedy byli internowani wyłączyli ogrzewanie - żołnierze grzali się przy piecykach na zewnątrz, a więźniowie siedzieli w zimnych murach, gdzie od ceglanej podłogi ciągnęło zimno. Przez wiele dni w mokrych prześcieradłach siedzieli w celach. Nie było ani jednego, który się normalnie zachowywał. Żaden internowany nie miał możliwości o cokolwiek prosić. Ale Bednorzowi specjalnie zasłaniano ten obraz.

Kardynał Machalski przyjechał odwiedzić swoich parafian, w tym internowanych. Też nie miał zielonego pojęcia, jak wygląda życie w baraku. Jeden ksiądz przeczytał ewangelię, ale po co? Przyjechał kardynał, żeby mękę Pańską czytać? Potem jeszcze wygłosił jakieś swoje zapiski, ale nie było to tym, czego więźniowie oczekiwali. Chcieli podpisywania biblii przez kardynała, ale czekały jeszcze dwa kolejne baraki. On nie znał realiów: nie trzeba było czytać, tylko kazanie zachęcające wygłosić. Poza tym przywieźli 300 Pism Świętych i rozdali strażnikom, a nie więźniom. Kardynał chciał się spotkać z funkcjonariuszami, którzy nie tylko nie byli wierzący (poza jednym) to jeszcze do wizyty mogli się przygotować i wszystko z ich strony wyglądało bardzo pięknie. A przecież mijając mnie na ulicy traktowali, jak powietrze. A koło kardynała stanęli bliziutko, wyglądało to tak, jakby nagle strażnicy byli ważniejsi niż więźniowie. Kardynał nie był też przygotowany do wizyty merytorycznie. Internowani przebywali w Szerokiej do wizyty kardynała, kilka dni potem zostali powywożeni do innych Ośrodków. W nocy wszystkich przetransportowali, a o poranku wrócili zwykli więźniowie.

Ja się ciągle upominałem o internowanych, walczyłem o to, żeby mieli się jak najlepiej. Zwracałem uwagę na to, że są tu internowani ze Szczecina i ich rodziny mają duży problem, żeby ich odwiedzić. Jednak nigdy nie byłem z tego względu prześladowany. Rzeczywiście miałem dużą odwagę cywilną, chociaż nigdy nie byłem niegrzeczny. Może tam prywatnie, przez rożne okoliczności miałem jakąś styczność z policją.

Kilka razy odprawiałem też msze na kopalniach, miedzy innymi podczas trwania strajków. Byłem wśród górników w momencie wprowadzenia stanu wojennego. Pamiętam te „straże”, która pilnowała bramy, latający helikopter ponad jej terenem. Przez trzy dni wtedy odprawiałem mszę i prowadziłem spowiedź na KWK „Borynia”. Chociaż spowiedzi nie można było przeprowadzić normalnie, pomagał mi ks. Kwapiszewski. Nic nie mogłem w tamtym momencie więcej dla górników zrobić. W 1989 roku już chyba nie odprawiałem mszy już na kopalniach, ale nie powiem już na pewno. Pamiętam komunistę zażartego Borowego (dyrektor kopalni) - jemu po stanie wojennym pozwolili wyjechać za granicę, więc uważam, że był wysoko postawiony. Wiedział też, że będzie stan wojenny, nawet co do dnia. Gdy kopalnia nam zalała kaplicę i musieliśmy ją remontować, przeszkadzali nam w tym funkcjonariusze. Przyszedł Borowy, on był powiązany z milicją, załatwił nam dzięki temu budowanie kaplicy „na lewo”.

Tamten okres to był bardzo dziwny czas, kiedy nic nie było normalne. Ludzie nie byli traktowani z godnością i wszystko to jedno wielkie oszustwo, albo przekręty. Nie wszystko sobie dobrze przypominam, ale zawsze są emocje, kiedy o tym mówię.