L00042 Zygmunt Łenyk

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Zygmunta Łenyka==

Lata 70 były czasem tzw. małej stabilizacji, kiedy przeważająca część społeczeństwa dała się uwieść pozorom quasi wolności. Zapanował względny, a jak na realny socjalizm, całkiem odczuwalny dobrobyt. Można było wyjeżdżać za granicę, a samochód przestawał być dla Polaka niedoścignionym marzeniem i w tej sytuacji ludzie nie chcieli walczyć o Niepodległość. Samo to słowo było tak abstrakcyjnym, że na wypowiadających je patrzono wtedy jak na co najmniej niezrównoważonych. Przyczyn tego stanu rzeczy należałoby pewnie szukać nie tyle w atrakcyjności oferty składanej przez reżim, ale żywej w społeczeństwie pamięci o krwawej ofierze złożonej przez Polskę podczas wojny, ale też i losie jaki spotykał walczących o niepodległość tuż po wojnie. Walka o Niepodległość wydawała się wtedy czymś utopijnym i abstrakcyjnym i czymś niemożliwym do osiągnięcia. Dlatego chyba łatwiej było wszelkim rodzącym się wtedy opozycyjnym inicjatywom mającym na celu polepszanie tego systemu niźli takim, które występowały w celu jego obalenia. Bo co do tego, że jest to system zły nikt chyba nie miał żadnych wątpliwości, a już na pewno większości ten - ustrój się nie podobał. W kolejkach, wśród znajomych i przy rodzinnych stołach wymieniano krytyczne opinie o otaczającej rzeczywistości i ta powszechna krytyka była dobrym gruntem dla działalności opozycyjnej, ale nie dla rozwijania idei niepodległościowych.

Ja tak samo jak i całe społeczeństwo korzystałem z tych dobrodziejstw gierkowskiego dobrobytu. Miałem nawet wkładkę paszportową i wyjeżdżałem za granicę. Do pewnego momentu, żyłem tak jak większość ludzi ciesząc się małymi radościami i nie zdając sobie nawet sprawy z tego w jak bandyckim żyję kraju. Przełomem który otworzył mi oczy na otaczającą rzeczywistość było morderstwo Stanisława Pyjasa. Staszka znałem, ale była to bardzo luźna znajomość i nawiązała się przy okazji jego wizyt w moim domu, dokąd przychodził z grupa innych studentów spotykać się z moim kolegą Mietkiem Godyniem z którym wspólnie studiował filozofię. Byłem całkiem na marginesie ich relacji towarzyskich, a były one tylko towarzyskimi, bo podczas tych spotkań nie poruszano tematów politycznych, a do dnia w którym wspomniała o nim Wolna Europa nie wiedziałem nawet, że jest on zaangażowany w działalność opozycyjną. Było to na kilka dni przed tym tragicznym wydarzeniem. Ostatni raz widziałem Staszka 1 maja 1977 roku, a więc na tydzień przed zabójstwem. Tego dnia pozostawił u mnie kurtkę, której już nigdy nie miał odebrać i wisiała ona na wieszaku w moim mieszkaniu przez ponad dziesięć lat.

Ściganie, zaszczucie i wreszcie zamordowane Stanisława Pyjasa wstrząsnęło mną do głębi. Poczułem wtedy potrzebę zadziałania, przeciwstawienia się złu które było już tak jaskrawo widoczne. Chodziłem na ulicę Szewską 7 palić świece, przychodziło tam wielu ludzi. W niedzielę brałem udział w „Czarnej Procesji”. Zgromadziliśmy się na Szewskiej i stamtąd w bardzo licznym tłumie okrążyliśmy Rynek i kiedy pochód kierował się w stronę Grodzkiej byłem świadkiem próby rozerwania czołówki pochodu przez tajniaków. Trzymaliśmy się mocno pod ramiona i starania tej bojówki spełzły na niczym, ale wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Służbę Bezpieczeństwa w działaniu. Doszliśmy do placyku pod Kościołem Świętego Idziego pod Wawelem, a tam została odczytana proklamacja założycielska Studenckiego Komitetu Solidarności. Pamiętam, że wśród nazwisk założycieli wymieniono również moich znajomych, jednak nie zaangażowałem się w działalność SKS w równym stopniu co oni. Pozostałem bardziej wspierającym sympatykiem niż aktywnym działaczem. W następnym roku poszedłem na spotkanie z Jackiem Kuroniem, które odbyło się w mieszkaniu Bogusława Sonika. Uczestniczyłem na nim w dyskusji o przyszłości Polski i pociągającym w niej było to, że była całkowicie niezależnym od władz, prawdziwie wolnym forum wymiany myśli i poglądów. Brałem udział w czymś nie wykreowanym przez system, a pamiętam jak Jacek mówił, że działanie opozycji powinno pomagać PZPR w ten sposób, że pokazując zło i naciskając na władzę zmobilizujemy ją do usunięcia tego zła. Kuroń podkreślał, że tylko władza jest w stanie rozwiązywać problemy społeczne a niezależne od niej organizacje powinny odważać się na krytykowanie i wskazywanie tych problemów. Jacek relacjonował działania KOR i zachęcał nas do tego rodzaju aktywności zyskując odzew wśród zebranych, lecz mnie zainteresowała mnie relacja pewnego studenta, który opowiadał o odbytym w tym samym mieszkaniu dwa tygodnie wcześniej spotkaniu z Leszkiem Moczulskim, który twierdził, że jest już wiele podmiotów niezależnych i niech ich będzie jak najwięcej, ale ważnym jest aby mimo ich różnorodności połączyć się w jakimś quasi parlamencie. Tylko po to aby jednością wzmocnić znaczenie dzisiaj i myśląc perspektywicznie przygotować się na pełnienie roli przedstawicielstwa strony społecznej. Jednym słowem Moczulski zakreślał dalekosiężny cel jakim było wyzwolenie i pełna niepodległość. Za to Kuroń wyraźnie stwierdzał, że w dalekiej perspektywie może zostać osiągnięta demokracja, ale jest to kwestia kilku pokoleń i mówienie teraz o niepodległości jest niepotrzebne i wręcz szkodliwe. A do działania Leszka Moczulskiego odnosił się bardzo sceptycznie i nie ukrywał dezaprobaty. Za to mnie w relacji tego studenta fragment bardzo zaintrygował dotyczący powołania partii politycznej. Przemawiały do mnie argumenty o podjęciu równorzędnej walki z hegemonem jakim była PZPR. Nie wiem na ile wiernie ten człowiek odtwarzał poglądy i zamiary Moczulskiego, ale tak jak je wtedy słyszałem to bardzo mi się podobały. Nie miałem jednak kontaktu z Moczulskim i nie podjąłem wtedy jeszcze żadnej publicznej aktywności.

Pierwsza Pielgrzymka Papieża w 1979okazała się przełomem. Tłumy uczestniczące w mszach i spotkaniach z Nim, pokazywały wyraźnie za czym opowiada się społeczeństwo. Ludzie policzyli się i zobaczyli, że jest ich zdecydowana większość opowiadających za religią i wolnością. Zaraz po wyjeździe Papieża, bo jeszcze w czerwcu namówiłem kilku swoich przyjaciół i znajomych do zaangażowania się w działalność o charakterze niepodległościowym i utworzyłem grupę o nazwie „Niepodległość i Demokracja”. Najpierw spotykaliśmy się, aby dyskutować i wymieniać poglądy, a później już wydawaliśmy pismo i od czasu do czasu ulotki.

We wrześniu z Wolnej Europy dowiedziałem się o utworzeniu Konfederacji Polski Niepodległej i okazało się, że wśród jej założycieli jest Adam Macedoński, którego dobrze znałem. Po pierwszych mało owocnych próbach nawiązania kontaktu z Konfederacja czynionych przez Piotrka Gołąba, w czasie kiedy on postanowił już tylko studiować, a nie zajmować się polityką, poszedłem do punktu konsultacyjnego KPN, który mieścił się przy ulicy Meiselsa w mieszkaniu Dropiowskiego. Bardzo szybko zaangażowałem się w działalność w ramach Konfederacji. Z grupą młodych konfederatów utworzyliśmy Porozumienie Młodych Niepodległość i Demokracja, polegało to na poszerzeniu grupy z którą przyszedłem do KPN o młodych ludzi, którzy już w Konfederacji działali. Ludzi działających w Porozumieniu weryfikowały wpadki i kolejne represje, a ci którzy przetrwali w 1980 po rozwiązaniu tej młodzieżówki zasilili dorosły KPN.

W Konfederacji jawne było to co nie przeszkadzało w istnieniu partii politycznej: władze partii, struktury centralne i terenowe, nazwiska członków i adresy lokali kontaktowych podawane były do publicznej wiadomości. Utajniona była poligrafia, łączność i fundusze. Ta dwoistość bywała dziwaczna, ale jednak konieczna, gdyż SB będąc zbrojnym ramieniem rządzącej monopartii PZPR dowiadując się np. o drukarni natychmiast ją likwidowała utrudniając nam tym samym prowadzenie działalności. Partia polityczna nie może być organizacją konspiracyjną, gdyż musi działać oficjalnie jeżeli ma trafiać do społeczeństwa. Inni działacze opozycyjni mówili nam, że utworzenie partii jest przedwczesne i niepotrzebnie rozdrażniamy komunistów narażając się na represje. Wiedzieliśmy, że rzucamy jawne wyzwanie PZPR, o której przewodniej roli istniał zapis w Konstytucji PRL. Wiedzieliśmy jednak, że utworzenie i przeyrwanie niezależnej partii politycznej zapoczątkuje budowę nowego ładu opartego na wielopartyjnym systemie, jaki zresztą obowiązuje dzisiaj w niepodległej Polsce. Ponieważ KPN stanowił dla PZPR ogromne zagrożenie Służba Bezpieczeństwa otoczyła Konfederacje całą siecią agentów. Nie było to trudne, gdyż wstąpić do KPN można było dosłownie wprost z ulicy więc donosiciele również do nas trafiali. Osłabianie siły Konfederacji miały spowodować różnorakie represje: zatrzymywanie na 48 godzin, wyroki więzienia, grzywny, zwalnianie z pracy, wyrzucanie ze studiów itp. Za wyznacznik skali zainteresowania bezpieki Konfederacją niech posłuży informacja o tym, iż w sierpniu 1980 roku zatrzymano i aresztowano najaktywniejszych członków KPN. Niewielu z nas udało się uniknąć aresztowania, a nie zwijano wtedy opozycjonistów działających w KOR i oni mogli bez przeszkód dołączyć do strajkujących załóg. Wynika z tego, że tymi aresztowaniami SB neutralizowała prawdziwe zagrożenie, bo gdyby miejsca doradców komitetów strajkowych zajęli aresztowani wówczas działacze KPN wszystko potoczyłoby się może całkiem inaczej.

Po mnie w sierpniu również przyszli, ale jako że wybierałem się na głodówkę do kościoła Arka Pana i miałem spakowane rzeczy, powiedziałem esbekom, że w Polsce teraz niespokojnie i wybieram się do rodziny na wieś. Zabrali mnie do siedziby SB na placu Wolności, przeszukali plecak, na całe szczęście niezbyt dokładnie i nie znaleźli znajdujących się na jego dnie broszur z tekstem Moczulskiego o strajkach. Moja wersja o wyjeździe na wieś potwierdziła się chyba, bo ci esbecy postanowili odwieźć mnie na dworzec i wsadzić w pociąg. Tak też się stało, lecz ja wysiadłem w Trzebini i po natychmiastowym powrocie do Krakowa dotarłem do Arki, gdzie trwała już głodówka w której brali udział Adam Macedoński i Staszek Tor, a w nocy doszedł Mieczysław Majdzik powiadamiając o rozpoczęciu strajku w Elbudzie zorganizowanego przez jego syna Ryszarda. SB chciało za wszelka cenę przerwać tą głodówkę. Naciskano na Macharskiego, aby wpłynął na księdza Gorzelanego ale jednak bezskutecznie. Do mnie wysłano telegram od pani profesor Gierek z Śląskiej Kliniki Okulistycznej wzywający na zabieg operacyjny wstawienia sztucznej soczewki, po którym mógłbym normalnie widzieć. Wahałem się czy tam pojechać, ale namawiali mnie współgłodujący więc pojechałem do Katowic. Okazało się, że wcale tam na mnie nie czekano i trzeba było jakiegoś chorego wypisać, żeby mnie było przyjąć. A Pani Gierkowa zrobiła operację, to znaczy otworzyła oko i je zamknęła, ale żadnej sztucznej soczewki mi nie wstawiła, bo jak później tłumaczyła wcale nie było to konieczne. Po czym wypisano mnie do domu, a przez kilka kolejnych lat zmagałem się z pooperacyjna jaskrą. Mawiają o pani Gierkowej, że jest wybitną specjalistką a ja mam prawo mieć na ten temat całkiem inne zdanie.

Głodówka w Nowej Hucie osiągnęła swój cel i zakończyła się po rozpoczęciu strajku w kombinacie. Można powiedzieć, że stworzyliśmy ta naszą akcją jakiś zalążek tego co w krótkim czasie stało się potęgą. Solidarność w Hucie była najliczniejsza w całej Polsce i nadawała ton całemu Regionowi. Podczas Karnawału Solidarności kiedy nasi przywódcy przebywali w więzieniach w ramach Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania wspólnie z kolegami z NZS i Solidarności organizowaliśmy akcje w celu uwolnienia aresztowanych. Pamiętam doskonale wielki marsz pod budynek prokuratury krakowskiej. Wzięło w nim udział tysiące ludzi i był on chyba największą manifestacja uliczną w tamtym okresie. Tuż przed nim Kardynał Macharski zwołał do siebie przedstawicieli NZS i Solidarności, aby przekonywać ich o szkodliwości tego przedsięwzięcia. Mówił, że jeżeli będziemy upominać się o Moczulskiego wkroczą Rosjanie i dojdzie do rozlewu krwi, a jedyne co możemy robić to modlić się za nich i wspierać rodziny. Naciski Kardynała nie wpłynęły na postawę młodzieży z NZS ale Solidarność wycofała się z organizacji tej demonstracji i jedynie ograniczyła swoją aktywność do pilnowania czy nie będzie niesiony jakiś transparent KPN. Ponieważ KOWZP był agendą związkową i on firmował tą demonstracje zgodziliśmy się na ten warunek, ale za to NZS miał transparent z nazwiskami przywódców Konfederacji, których uwolnienia żądano w trakcie demonstracji.

Dzisiaj kiedy wychodzą na jaw fakty dowodzące intensywnej infiltracji Kurii krakowskiej, ówczesna postawę księdza Kardynała Macharskiego tłumaczę sobie możliwym działaniem współpracowników bezpieki w jego najbliższym otoczeniu. Muszę przyznać iż stosunek kardynała do mnie samego zawsze był serdeczny i życzliwy, a kiedy zostałem internowany zgodnie z obietnicą daną mi w Wiśniczu czynił on starania w celu szybszego zwolnienia.

Działalność agentury, nie tylko w KPN ale może i przede wszystkim w Solidarności bardzo wpływała na przebieg wydarzeń w trakcie tych kilkunastu miesięcy. Nie bez powodu „S” wcale nie artykułowała haseł niepodległościowych i tak właściwie nie zmierzała do odzyskania suwerenności, lecz zadawalała się poprawianiem systemu, który przecież z gruntu rzeczy był niereformowalny. Sprawa tego marszu jest jednym z wielu przykładów takiego samo ograniczania się organizacji mającej przecież ogromne poparcie społeczne i odpowiednie środki nacisku. Agentura SB bardzo skrupulatnie pilnowała, aby idee niepodległościowe nie przenikały do społeczeństwa. Co gorsze! Czyniła to bardzo skutecznie. Wyobraźmy sobie co by było, gdyby bezpieka nie zdołała uplasować w środowiskach opozycyjnych, kościelnych i wszelkich inicjatywach niezależnych od reżimu tak wielu tajnych współpracowników, czy też agentów wpływu? Jak wtedy potoczyłyby się losy naszego kraju? Wszędzie tam gdzie w Solidarności zwyciężały opcje pro niepodległościowe, esbecja nie przebierała w środkach, aby je neutralizować

Tego coraz powszechniejszego dzisiaj przekonania dowodzić może kolejny przykład. Tuż przed stanem wojennym w Radomiu odbył się zjazd Komitetów Obrony Więzionych za Przekonania. Tamtejszy szef Solidarności, który był również szefem radomskiego KPN i to głównie dzięki niemu udało nam się związać wszystkie działające w regionach Komitety w jedną silną ogólnopolską strukturę. Otóż ten dzielny człowiek, po najdłuższym w tym regionie pobycie w ośrodku internowania zmarł w niewyjaśnionych po dzień dzisiejszy okolicznościach. To samo spotkało księży Niedzielaka i Zycha, którzy byli kapelanami Konfederacji. Kolejnym elementem rozgrywania przez reżim opozycji, było przypięcie Konfederacji łatki awanturników, wichrzycieli i prowokatorów. Nie tylko propaganda, ale i działania agentów wpływu urabiały tą negatywną opinię. SB po mistrzowsku skłócała i napuszczała na siebie działaczy i całe środowiska. A KPN sam nie był wolny od tego brzemienia i pewnie dlatego sprawy potoczyły się w taki a nie inny sposób. Izolowanie Konfederacji trwało do samego końca i nawet przy doborze uczestników okrągłego stołu reżim stosował takie same jak wcześniej kryterium, czego efektem było wyniesienie tzw. konstruktywnej opozycji, z którą oczywiście władzy wygodniej było się porozumieć.

Na gruncie krakowskim na samym początku Karnawału Solidarności nie można było mówić o praktycznie żadnej współpracy, gdyż szefem Regionu był Zawada, jak się wkrótce okazało, tajny współpracownik SB. Potem też nie za bardzo, bo to odium awanturniczości KPN i odcinanie się od Konfederacji wcale nie przestało funkcjonować, ale za to mieliśmy bardzo dobre kontakty z działaczami Solidarności z Huty. Bardzo miło wspominam współpracę z Staszkiem Handzlikiem, Mieczysławem Gilem i Edkiem Nowakiem, zwłaszcza gdy udało się już otrząsnąć z wpływów agentury mającej na samym początku istnienia „S” tak duży wpływ na działalność Regionu.

Obchody Rocznicy Odzyskania Niepodległości w 1981 roku organizowaliśmy co prawda wspólnie z Solidarnością, jednak w większej części własnym staraniem nadaliśmy im bardzo uroczysty charakter. Odbył się przemarsz z pochodniami Droga Królewską z Wawelu pod Pomnik Nieznanego Żołnierza na Placu Matejki. Naszą służbą porządkową dowodził Michał Żurek szef Wydziału Robotniczego KPN i jednocześnie Przewodniczący Komisji Zakładowej Solidarności w MPK, dzięki sprawności służby porządkowej ta bardzo liczna manifestacja odbyła się bez żadnych zakłóceń. Odbywała się on na miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego i chociaż my działacze mieliśmy świadomość zbliżającej się jakiejś, nie do końca określonej, ale na pewno siłowej konfrontacji, to jednak zgromadzeni na niej tysiącami mieszkańcy Krakowa byli w nastrojach tryumfalnych. Tak samo zresztą jak członkowie Solidarności, uczestnicy tych obchodów nie przewidywali, że ten czas względnej wolności skończy się tak szybko. Panowało poczucie własnej mocy, uzasadnione liczebnością Związku a społeczeństwo pozostawało tym poczuciem jakby uśpione. Pamiętam swoje wystąpienie na strajku studenckim w Akademii Medycznej, na który zaprosił mnie Bogdan Klich, kiedy mówiłem o tym, że wkrótce władza postąpi z Solidarnością i NZS tak samo jak postępowała dotychczas z KPN. Tłumaczyłem, że spotkają ich takie same represje i że władza jest zdolna do zastosowania ich na masową skalę. A to, że przywódcy KPN przebywają w więzieniach, to nic innego tylko stosowanie przez reżim taktyki salami, odkrawania po kolei ogniw oporu społecznego. Na początku najbardziej radykalnych tylko po to, by w następnej kolejności zniszczyć pozostałe. Pamiętam dobrze niedowierzające reakcje młodych słuchaczy. Wydawało się im to nieprawdopodobne, gdyż organizowali się i działali całkiem jawnie. Nie napotykali na żadne przeszkody zajmując się poligrafią, tworzeniem struktur itp. Traktowali mnie trochę jak dziwaka, a wypowiadałem te słowa dosłownie na kilka dni przed pamiętną niedzielą, bo bodajże we wtorek 8 grudnia.

Stan wojenny zaczął się dla mnie już w sobotę 12 grudnia. Około 22.20 usłyszałem pukanie do drzwi. Pomyślałem, że to nie może być zwykła wizyta, gdyż nikt do mnie o tej porze nigdy nie przychodził dlatego też nie reagowałem. Spodziewając się uderzenia władzy podejrzewałem, że właśnie teraz ono następuje. Aby powiadomić o najściu kolegów i przyjaciół sięgnąłem po telefon, który okazał się już wyłączony. Byłem już wtedy przekonany, że to jakaś szeroko zakrojona akcja, a w tym czasie głos zza drzwi przemówił oznajmiając, że jest listonoszem i ma do mnie telegram. Powiedziałem żonie, aby poleciła wsunąć telegram pod wycieraczką. Chyba byli zaskoczeni taką odpowiedzią, bo od razu ujawnili się i jako milicja zażądali otwarcia drzwi. Postanowiłem wtedy jak najdłużej ich nie otwierać licząc na to, że zajmowanie tej ekipy przez dłuższy czas moim zatrzymaniem uchroni przed aresztowaniem innych. Chociaż moje drzwi były zwykłe nie wzmacniane na walce z nimi zmitrężyli prawie czterdzieści minut. Ustąpiły dopiero po wielu kopniakach i wtedy ci nieproszeni goście wtargnęli do mieszkania. Leżałem z trzyletnim synem w łóżku uspokajając go bo hałasy go rozbudziły i nie mógł przestać płakać. Nie chciałem wstać więc wyciągnęli nie siłą i zaczęli wlec w stronę windy. Powiedziałem, że sam pójdę, ale żeby pozwolili mi się ubrać. S[pędziłem w domu jeszcze kilka minut, a na koniec pożegnałem się jeszcze żoną i roczną córką, która zachowywała się, jak na tą sytuację, zadziwiająco spokojnie.

Do komendy przy ulicy Siemiradzkiego przywieźli mnie na chwilę przed północą. Były tam już jakieś samochody z aresztowanymi, ale ci którzy mnie zwijali załatwili u przyjmujących tam do aresztu obsłużenie mnie poza kolejnością. Zażartowali sobie, że jak jestem niewidomy to i tutaj powinienem mieć pierwszeństwo. Ponury to był żart, ponurych ludzi, w ponurym czasie. Trafiłem do celi, w której przez tylko chwilę byłem sam bo szybko zaczęła się zapełniać. Pamiętam, że wśród przybyłych do niej był Wiesiek Kukla nazwisk pozostałych nie mogę dzisiaj sobie przypomnieć. Nazajutrz milicjanci wyprowadzili nas do więźniarek. Nie bili, nie byli jakoś specjalnie agresywni ale groźnie na nas pohukiwali. W samochodzie poczuliśmy się raźniej bo w większej grupie, ale ogarnął nas niepokój, bo nie byliśmy pewni dokąd nas wywożą. Dopiero dniało i nie znaliśmy nawet kierunku jazdy, a najbardziej jednak obawialiśmy się wschodniego. Wydawało się że po takiej łapance możemy trafić na Syberię, jak to już nie jeden raz bywało. Lecz podróż nie trwała długo, gdyż dojechaliśmy do nie tak odległego od Krakowa Nowego Wiśnicza. Tam na początku przebywałem w bardzo obskurnej celi na parterze. Bez łazienki, ubikacji z dostarczaną w bardzo niewielkiej ilości ciepłą wodą. Dlatego też mycie misek po obiedzie polegało bardziej na ich wycieraniu, a że mieliśmy dużo czasu więc miski te zawsze lśniły czystością. Stosunek strażników do nas był bardzo zróżnicowany, w większości byli obojętni, ale zdarzali się też nam przychylni, a nawet i wyrażający sympatię. Jeden z takich „nielegalnie” wyprowadził nas na plac przed kotłownię, bo nie mieliśmy wtedy spacerów, gdyż nie było przygotowanego spacernika. Po jakimś czasie przenieśli nas do celi na wyższym piętrze, w której panowały znośniejsze nieco warunki higieniczne - tzn. była w niej ubikacja. Mieszkało nas w tej celi ze dwudziestu, to tez ta jedna muszla i umywalka z zimną wodą nie była jakimś luksusem, a w tym mniej więcej czasie słuchaliśmy w głośniku konferencji prasowej Urbana, który mówił, że internowani poczują się jak na wakacjach, gdyż będą poumieszczani w ośrodkach wczasowych. Ucieszyłem się więc, gdy nas wywozili z Wiśnicza, bo naprawdę spodziewałem się że jedziemy do miejsca w którym panują znośniejsze warunki. Niestety okazało się, że Urban jak zwykle kłamał, bo wylądowaliśmy w potężnym więzieniu w Rzeszowie – Załężu. Tamtejsi strażnicy zachowywali się o wiele gorzej niż ci w Wiśniczu. Przy przyjęciu pozabierali nam wszystkie rzeczy osobiste i pozwalali sobie na pokrzykiwania. Na samym początku to miejsce sprawiało bardzo przygnębiające wrażenie, jednak gdy już zapełniliśmy cele wrócił animusz bo szybko przystąpiliśmy do organizowania sobie zycia w nowych warunkach polegało to między innymi na wybiciu dziur w ścianach do sąsiednich cel. Mogliśmy się porozumiewać, a ja korzystając z tego udogodnienia grywałem z sąsiadami w szachy. Pomimo bądź co bądź niedoli, nie opuszczał nas tez dobry humor. W jego przypływie ulepiliśmy na spacerniku bałwana. Lepienie tego bałwana było zaplanowaną i przeprowadzoną wspólnie z kolegami z sąsiedniej celi akcją. Na spacerze trzeba było chodzić dookoła, więc aby się nie zatrzymywać każdy z kolegów przyłożył się do utoczenia dużych kul ze śniegu. Gdy już były gotowe, błyskawicznie ustawiliśmy je jedna na drugiej a na niej trzecią. Jeden kolega złożył bałwanowi ciemne okulary, a drugi generalskie pagony. Jak strażnicy zobaczyli bałwana – generała przylecieli na spacernik i zaczęli go kopać, żeby jak najszybciej rozwalić. A wtedy my krzyczeliśmy: Zostawcie generała! Co wami generał zrobił!? Oczywiście natychmiast zakończyliśmy spacer i długi czas spaceru nie mieliśmy. Strażnicy mieli z nami więcej kłopotów, bo nie tylko sabotowaliśmy regulamin więzienny, ale też urządzaliśmy chóralne śpiewy, które doprowadzały ich do szału. Nie pozostawali nam dłużni, bo próbowali dokuczyć różnymi sposobami. Jednym z nich miało być wsadzanie nas do cel z więźniami kryminalnymi. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy podjęliśmy protest polegający między innymi na czynieniu nieustannego hałasu. Po tym jak uderzałem miską o drzwi wywlekli mnie z celi, dotkliwie pobili i włóczyli za nogi po schodach aż na parter. Ni e trwało to długo bo szybko wróciliśmy do cel na górze, ale pamiętam, że ciągłe były z strażnikami jakieś utarczki. Odwiedziny odbywane w obecności takiego człowieka były bardzo upokarzające, a siedział przy nas niby po to aby kontrolować czy czegoś nie przekazujemy, albo nie przyjmujemy. Jednakże zawsze coś dało się przemycić. Strażnicy ze złością patrzyli na nasze paczki żywnościowe przysyłane przez Kurie Biskupią. Zachodnie produkty wzbudzały w nich zazdrość, a kiedy jeden z nich wydając mi paczkę niegrzecznie się zachowywał, powiedziałem mu, że gdyby działał w opozycji, to też by takie paczki dostawał. Ostatnie dni internowania spędziłem w więzieniu na Montelupich w Krakowie, skąd wypuścili mnie 15 marca. Tak wczesne zwolnienie zawdzięczam interwencji księdza Kardynała Macharskiego, który obiecał mi pomoc, gdy był w Boże Narodzenie w Wiśniczu. Zaczęto wtedy też powoli zwalniać, chorych, część kobiet, więc pewnie ze względu na niepełnosprawność na tą wczesną turę się załapałem.

Po wyjściu wezwano mnie na Mogilską, gdzie nakłaniano mnie do podpisania jakichś oświadczeń, że nie będę prowadził działalności i będę lojalny. Raz zmusili mnie do podpisu pisma w którym stwierdzone było że nie będę zajmował się „przestępczą” działalnością. Zagrozili mi, że jak tego nie podpiszę to zaraz wsadzą mnie do więzienia. Podpisałem, właściwie tylko po to żeby stamtąd wyjść, b jeszcze tak naprawdę nie nacieszyłem się spotkaniem z dziećmi a oni chcieli mnie z powrotem. Natychmiast, bo już nazajutrz napisałem oświadczenie unieważniające ten podpis, ponieważ był złożony pod przymusem. Opisałem jak mnie zmuszali i wysłałem jeden egzemplarz do komendanta wojewódzkiego Milicji, drugi do Kurii, a trzeci wywiesiłem na tablicy ogłoszeń w szpitalu, w którym byłem zatrudniony. Cała załoga, czyli tysiąc osób mogło zapoznać się z treścią mojego odwołania, a wywołało niemałą sensację, bo jako jedyny internowany ze szpitala stawałem się wtedy dosyć dosyć popularny. Już nigdy później nie udało im się zmusić mnie do podpisywania czegokolwiek. Zresztą po numerze, który im tym publicznym ogłoszeniem oświadczenia wyciąłem, raczej by mi chyba tego nie proponowali. Ale zdarzało się, że próbowali z innej strony. Przed 1 albo 3 maja przyszedł do mnie człowiek, przedstawił się imieniem Rysiu i powiedział, że jest moim przyjacielem. Wykrzykiwał jak opętany dlaczego ja dzwoniłem do Moczulskiej, że nie wolno mi się z nikim kontaktować. Wszystko co esbecja o nie wiedziała wykrzyczał do mnie zaznaczając, że mi tego robić nie wolno, a przede wszystkim nie wolno iść na żadna manifestację, bo jeżeli pójdę to zostaną zatrzymany i z więzienia nie wyjdę. Nie wiem skąd on to wszystko wiedział, część może z podsłuchu, a resztę pewnie od jakiegoś donosiciela. Rysiu takie miał służbowe imię ten zaangażowany ubek, a chyba wybrał sobie takie, bo usłyszał w filmie, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki są.

Nie posłuchałem Rysia i oczywiście poszedłem 1 maja na Mszę do Kościoła Mariackiego, a jak wyszliśmy po niej na Rynek całkiem spontanicznie udało nam się rozgonić komunistyczną maskaradę odbywającą się po stronie Ratusza. Ta impreza nazywała się wtedy capstrzyk. We wszystkich miastach były wtedy pochody, a w Krakowie tylko capstrzyk, który wtedy i tak w ogóle się nie udał.

Wtedy mniej więcej nawiązali ze mną kontakt ludzie z tajnego tymczasowego Kierownictwa Akcji Bieżącej oraz z Centralnego Kierownictwa Akcji Bieżącej. Na strychu mojego bloku do którego prowadziły wejścia z dwóch klatek schodowych odbywały się tajne spotkania i w ten sposób nawet nie wychodząc z domu kontaktowałem się z ludźmi z Tymczasowego KAB i CKAB. Niekiedy spotykałem się z Andrzejem Izdebskim i Żebrowskim w domu Janika w Zabierzowie. Na pierwszym spotkaniu oświadczyli że twporzą to Centralne Kierownictwo, ja jeszcze w więzieniu od Gąsiorowskiego dowiedziałem się, że przekazał pieczęcie Zebrowskiemu i nie miałem do ich działalności zastrzeżeń, ale zależało mi na zgodnej współpracy pomiędzy wszystkimi podmiotami Konfederacji działającym na terenia Krakowa. Potem, gdy działacze KPN opuszczali więzienia starałem się, żeby mieć z nimi dobre kontakty i tworzyć strukturę jawną wspomagającą tych, którzy działali tajnie. Chciałem też aby utajnione piony działały niezależnie i bez bezpośredniego kontaktu z ludźmi po internatach i odsiadkach będących namierzonymi przez SB. Było to tym bardziej konieczne bo wśród opuszczających internowanie był tez Gąsiorowski, całkowicie już wtedy załamany. Prawda o tym człowieku docierała już do nas, ale ja uważałem go bardziej za pleciugę niż świadomie szkodzącego, groźnego agenta. Miał problem alkoholowy i sądziłem, że może mieć długi język po wódce. Ale przez długi czas nawet na myśl mi nie przychodziło, że mógłby on być współpracownikiem SB biorącym za donosicielstwo pieniądze. Gdy prawda wyszła na jaw, członkowie jednej z grup młodzieżowych wydali na niego wyrok i nawet poszli w nocy do jego mieszkania. Rozlali płyn łatwopalny i podpalili. Gąsiorowski pewnie by zginął gdyby nie to że miał przy sobie dwie kołdry, które otrzymał kilkanaście godzin wcześniej z Kurii Biskupiej jako pomoc dla wracających z internowania. Nie spał tego wieczora, a kołdrami udało mu się zagasić rozniecony przez młodych ogień.

Byłem jednym z ostatnich którzy przekonali się o jego agenturalności. A tak swoja drogą to bardzo skomplikowana postać. Dzisiaj wiemy o niej coraz więcej i to co mnie w nim trochę dziwiło to, że nie donosił wszystkiego i na wszystkich. Tak jakby kapował kiedy chciał i na kogo chciał i właściwie nie „Jakby”, ale tak właśnie było, że prowadził z SB jakąś grę. Oczywiście ta wydawałoby się niezdecydowana do końca postawa wcale go nie rozgrzesza, ale nie można go jednak porównywać z Maleszką bo ten był zdeklarowanym przeciwnikiem opozycji i zadziwiająco gorliwym kapusiem. Natomiast Gąsiorowski w pewnych okresach urywał się ze smyczy SB. Tak było kiedy po skompromitowaniu w Krakowie działał na Śląsku i wiem, że odgrywał tam rolę pozytywną, był aktywny i przyczynił się do rozwoju Śląskiej Konfederacji. Za to wcześniej w Krakowie hamował i różnymi sposobami torpedował działania KPN, a miał możliwości bo był w końcu jej szefem. Po wyjściu z więzienia i tej próbie podpalenia mieszkania, już niemal jawnie opowiedział się po drugiej stronie. Jego przyjaciel Ryszard Zieliński należał do Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego i on jako były działacz KPN uważał, że powinniśmy się ujawnić i stworzyć jakąś organizacje, stowarzyszenie o katolickim profilu ideowym w ramach PRON, Był to rok 1983, a pomysł całkiem absurdalny, bo nawet dzieci na podwórkach mówiły wtedy brzydkie wierszyki o PRON-nie. Oczywiście nikt za nim tam nie poszedł, za wyjątkiem kilku zmęczonych zniechęconych, a może przekupionych? Gąsiorowski został wreszcie odsunięty od struktur KPN, nawet przyszedł do mnie i prosił o kontakty, ale domówiłem mu. Odszedł z zniechęconymi, zmęczonymi, a jego odejście znacznie oczyściło atmosferę. Kolejnym krokiem było skonsolidowanie struktur. Istnienie dwóch, a nawet trzech ciał nazywających się Kierownictwami wprowadzało zamęt, dlatego też dokonaliśmy reorganizacji struktur. Ja wspólnie z Krzyśkiem Bzdylem i Witkiem Tosiem stworzyliśmy jednolity organ decyzyjny, zarządzający wszystkimi podmiotami Konfederacji który przetrwał w niezmienionej formie, aż do wyborów 1991 roku. Zmiany te były niezbędne, gdyż w tamtej sytuacji potrzeba było ponieważ szybko i zdecydowanie kierować organizacją właściwie odradzającą się po wydarzeniach stanu wojennego. W skład kierownictwa nie wszedł Rysiek Bocian, gdyż nie uzyskał akceptacji Krzysztofa Bzdyla i Witka Tosia. Oni uznali, że chociaż Ryszard jest bardzo użyteczny i oddany sprawie, to niestety ma duży problem z podejmowaniem decyzji. Sytuacja niekiedy wymuszała natychmiastowe decydowanie o jakichś sprawach i nie bywało czasu na przemyślenia i konsultacje. Nie raz trzeba było czynić to energicznie i z pośpiechem, a takie postępowanie nie leży w naturze Ryszarda. A poza tym udział w kierownictwie przeszkadzałby mu w zadaniach związanych z poligrafią, a przyznać muszę, że wykonywał je z pełnym poświęceniem, oddaniem i skutecznością. Przez cały okres istnienia Krakowskiej KPN wydawane były niemal nieprzerwanie „Niepodległość” i „Opinia Krakowska” a poza nimi wychodziło w różnych okresach dwadzieścia kilka tytułów Konfederackich czasopism.

Jesienią 1983 Krzysztof Bzdyl został szefem krakowskiej Konfederacji. Uważaliśmy, że należy mu się ono jako najstarszemu stażem i najbardziej doświadczonemu działaczowi. Był wielokrotnie represjonowany i nikt z nas nie miał wątpliwości że ta nominacje bezie uhonorowaniem jego zasług i poświęcenia. Dlatego ciosem dla mnie była wiadomość o jego wyjeździe. Pamiętam, jak przyszedł do mnie w czerwcu 1984 i powiedział, że musi zdać mi kierowanie Obszarem gdyż podjął decyzje o emigracji, Nie ukrywam, że obawiałem się wtedy czy podołam temu zadaniu, ale Krzysztof zachęcał mnie i nawet wręczył mi 150 dolarów które pozostały mu ze sprzedaży mieszkania. Zapewnił, że będzie mnie wspierał z zagranicy i mówił, że żona już nie może w tym kraju wytrzymać. Krzysztof był najbardziej z nas wszystkich represjonowany, zaliczył dwie odsiadki, jego zaliczonych milicyjnych dołków nie można się było już chyba doliczyć. Tutaj nic nie zmieniało się na lepsze, więc można zrozumieć powody żony.

Zostałem szefem Obszaru, a gdy Moczulski wyszedł z więzienia spotkałem się z nim i zdałem relacje z sytuacji istniejącej w Krakowie. Udzielił mi rekomendacji dopełnienia tej funkcji. Chciałem zrobić wybory, ale gdy dowiedziałem się, że esbecja ma już wiedzę o tym zamiarze, poniechałem go. Natomiast aby przeprowadzić wybory bardziej wewnętrzne dokooptowałem do kierownictwa Andrzeja Izdebskiego i Radka Hugeta. We czwórkę spotkaliśmy się we wrześniu u Radka i przekazałem im informacje że tworzymy kierownictwo ale z naszego grona musimy wybrać szefa obszaru. Koledzy powierzyli mi pełnienie tego obowiązku. Później w październiku odbyło się spotkanie w znacznie szerszym gronie na pieczeniu barana w Tymbarku, Zjechaliśmy się tam na dwa dni i tam dowiedzieliśmy się, że ksiądz Popiełuszko nie wrócił z wyjazdu do Bydgoszczy. Wtedy jesienia 1984, kiedy wśród wielu zwolnionych dzięki amnestii na wolności znalazł się też Leszek Moczulski, mieliśmy wrażenie jakby lody już wkrótce miały zacząć topnieć. Dlatego porwanie i zabójstwo księdza Jerzego było dla nas ogromnym ciosem i zaskoczeniem. W styczniu 1985 zamknięto Michnika i kilku innych opozycjonistów, I wiedzieliśmy już, że tutaj prędko nie będzie żadnego większego ocieplenia, ani nawet małej odwilży. Jeszcze w grudniu odbyliśmy II Kongres KPN, na którym ponownie wybrano mnie do Rady Politycznej Konfederacji. Podczas pierwszego spotkania w Warszawie, na którym miano powołać Centralne Kierownictwo Akcji Bieżącej cały skład Rady został zatrzymany przez SB i następnie aresztowany. Tylko mnie zwolniono ze względu na stan zdrowia. Otrzymałem dozór milicyjny polegający na obowiązku regularnego zgłaszania się na komisariacie. Ale jednak byłem na wolności i powołałem CKAB, na którego czele stanąłem a włączyłem do niego Wojtka Pęgla, który został jednocześnie szefem Obszaru Poznańskiego. Ponieważ Adam Słomka przebywał w więzieniu mianowałem Sławka Skrzypka szefem oddziału Śląskiego, a po utworzeniu Obszaru we Wrocławiu jego szefem został Antoni Lenkiewic. Udało mi też utworzyć Obszary w Białymstoku, Lodzi i Toruniu. Zamiarem moim było stworzenie silnych ośrodków Konfederacji w każdym z 12 dużych miast Polski. Gdy w 1986 wychodzili z więzień przywódcy KPN, w dalszym ciągu rozwijali powstałe w czasie ich nieobecności struktury. Szczególnie do zdynamizowania pracy ośrodków przyczynił się Leszek Moczulski objeżdżając je w regularnych turach. W CKAB znalazł się wtedy Ryszard Bocian i Grzegorz Rosa z Warszawy.

W 1985 nie tylko Konfederację dotyka nasilenie represji. Poza uwięzieniem przywódców KPN, siedza też Michnik z współpracownikami, a w Krakowie w do dzisiaj nie wyjaśnionych okolicznościach ginie działacz Konfederacji Witek Toś. U nas odpowiedzią opozycji na postępowanie reżimu jest powstanie Inicjatywy Obywatelskiej w Obronie Praw Człowieka Przeciw Przemocy. Byłą to wspólna inicjatywa wszystkich środowisk, bo zabójstwo księdza Jerzego pokazało, że tamta strona zdolna jest do najcięższej zbrodni. Każdego z nas mógł spotkać podobny los, a co rusz słyszeliśmy o pobiciu przez nieznanych sprawców. Jak już wspominałem dwóch naszych Kapelanów zostało zamordowanych przez komunistyczny reżim, a trzeci ksiądz Adolf Chojnacki ocalał tylko dzięki przypadkowi.

W tym czasie zdecydowałem się w sposób jawny i otwarty informować o sytuacji w kraju zachodnią i polską opinię publiczną za pośrednictwem rozgłośni zachodnich. Najpierw zostałem rzecznikiem Inicjatywy Obywatelskiej i informowałem o jej przedsięwzięciach, zwłaszcza w trakcie trwania Protestu Głodowego zorganizowanego przez Inicjatywę w Kościele w Bieżanowie. Kiedy już aktywność Inicjatywy, z powodu zaprzestawania przez władzę represji zaczęła zamierać kontynuowałem przekazywanie informacji zagranicznym korespondentom, redakcjom zachodnich gazet i rozgłośni radiowych. W międzyczasie ponawiązywałem szereg kontaktów z różnymi środowiskami i dzięki tym kontaktom miałem szybkie i potwierdzone informacje o wszelkich przejawach działalności opozycyjnej oraz reakcjach na nie władzy. Powoli stawałem się jednoosobową instytucją, a starałem się rzetelnie podchodzić do rzeczy, aby nie stracić marki wiarygodnego źródła. Raz jeden zdarzyła mi się wpadka, kiedy przekazałem newsa, o skonfiskowaniu samochodu, którym jechali z Krakowa do Oświęcimia uczestnicy uroczystości z udziałem laureatów Pokojowej Nagrody Nobla w tym Lecha Wałesy. Wiadomość ta rozeszła się po całym świecie bo występowali w niej oprócz meritum sprawy – nazwa Oświęcim, Laureaci pokojowej Nagrody Nobla no i Wałęsa. Narobiło się dużo szumu, a prezydent Francji Mitterand powiedział na konferencji prasowej, że on odkupi samochód tym ludziom którym reżim w Polsce go skonfiskował. Później okazało się że wcale im tego samochodu nie zabrali, a tylko zatrzymano. Ale to był tylko jeden raz natomiast, za każdym innym razem podawałem rzetelne informacje. Starałem się też o szybkość przekazu, a była bardzo ważna, więc uczulałem swoich informatorów o błyskawiczne tempo. Przeczytałem nawet w jakiejś współcześnie wydanej książce opowiadającej o tamtych latach wypowiedź kogoś kto był rzecznikiem NZS albo „S” na AGH, i on skarżył się, że zawsze jak chciał coś przekazać powiedzieć, to Łenyk dawno już to zrobił. Oczywiście miałem astronomiczne rachunki telefoniczne, a i esbecja starała się, żeby mój telefon często był nieczynny z powodu awarii, ale i nie tylkoNo to ja wtedy przenosiłem się Do Witka Tukałły. Mój dziewięcioletni wtedy Syn często słuchał jak rozmawiam z zachodnimi dziennikarzami i dobrze słuchał bo kiedy zadzwonił korespondent wolnej Europy odebrał telefon i na pytanie co tam słychać w Polsce? Odpowiedział, że tatę zamknęli a w szczecinie Stoja Autobusy i Tramwaje.

Oczywiście informowałem o działaniach KPN, ale nigdy jako np. Biuro informacyjne KPN, bo wiadomość ta albo by nie weszła do serwisu, albo została podana jako ostatnia. W czasie gdy coś się działo starałem się znaleźć jak najbliżej telefonu , aby jak najszybciej przekazać informację w świat. Z tego względu nie chodziłem nawet na manifestację, albo uczestniczyłem na samym początku i szybko uciekałem żeby przekazać wieści, Napaść bandy Warykiewicza 3 maja 1987 relacjonowałem, polegając na szybkich telefonicznych wiadomościach od uczestników tej manifestacji.

W kolejnym roku władze, aby zachowywać pozory praworządności przed Zachodem, powypuszczały wszystkich więźniów politycznych. Już wtedy w 1986 roku mieliśmy świadomość, że nadejdzie chwila osłabienia komunizmu na tyle, że będzie można przystąpić do frontalnego ataku. Nie określaliśmy czasokresu kiedy to nastąpi, ale aby być przygotowanymi zajmowaliśmy się budową struktur. A z kolejnego roku pamiętam, spotkanie z Leszkiem Moczulskim który powrócił z kilkutygodniowego wyjazdu do Stanów i Krajów Zachodniej Europy. Leszek wtedy o wiele ściślej określił ten czas mówiąc, że chwila upadku komuny jest tuż, tuż! Pamiętam reakcje niektórych słuchaczy, którzy bardzo wątpili w rychłe rozwiązanie. To było spotkanie publiczne i my Konfederaci nie wątpiliśmy w słowa Leszka. Przyglądnął się tej sytuacji z odpowiedniego dystansu, nabył odpowiednia wiedzę na ten temat, gdyż w trakcie wizyty w USA spotkał się z ówczesnym wiceprezydentem G.Bushem. Poza tym poczyniona przez niego ocena pierestrojki w Rosji wskazywała na stopniowe wycofywanie się Sowietów z krajów Bloku wschodniego. Wiadomo było, że ta władza bez poparcia Rosji na ma żadnych szans na przetrwanie wariant prawdziwej konfrontacji wydawał nam się wtedy jak najbardziej realny. Przebieg wydarzeń w następnych kilkunastu miesiącach potwierdził co do joty przewidywania Moczulskiego.

Strajk w Hucie na przełomie kwietnia i Maja był zwiastunem tego co ma nastąpić jednak wybuchł za wcześnie, gdyby odbył się kilka tygodni później w sytuacji bardziej dojrzałej do wybuchu konfliktu. Dzisiaj sądzę, że przygotowaniach do tego strajku wiedziały służby i to one go w jakiś sposób wymodelowały. Naszym zdaniem trzeba było czekać, aż będzie można połączyć hasło Wolności i Chleba, a przywódcy tego strajku w zupełności wystarczało żądanie tylko chleba i gdyby nie przyjazd wspomagających strajk, haseł politycznych nie uwzględniono by w żadnym z postulatów. Kolejne strajki w sierpniu zostały spacyfikowane przez samą Solidarność w osobie Wałęsy, którego atutem w nieokreślonych jeszcze negocjacjach miała być zdolność powstrzymywania i neutralizowania nastrojów społecznych Nie była to droga, którą chciała iść do Niepodległości Konfederacja Polski Niepodległej, ale tą drogą w końcu jednak Niepodległość uzyskaliśmy. Od dwudziestu lat cieszymy się nią i pozostaje sobie tylko życzyć, abyśmy ją szanowali i nigdy nie utracili.