L00044 Ryszard Majdzik

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Ryszarda Majdzika==

Opowieść o mojej przygodzie z Konfederacją Polski Niepodległej i w ogóle o wszelkiej, wcześniejszej i późniejszej działalności na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości, rozpocząć muszę od domu rodzinnego. W nim wszystko się zaczęło i zapewne gdybym nie był od dzieciństwa wychowywany w tak bardzo patriotycznym duchu, moje życie potoczyłoby się całkiem inaczej. Patriotyzmem, umiłowaniem Ojczyzny nasiąkałem dzięki mojemu Ojcu. Jego osobie poświęciłem osobną opowieść, ale nie mogę relacjonując swoje przeżycia nie wspomnieć o człowieku, który od najmłodszych lat kształtował mnie, wychowując w poczuciu umiłowania Ojczyzny.

Pochodzę z bardzo patriotycznej rodziny. Mój dziadek został zamordowany przez sowietów w Miednoje. Był on kolejno - legionistą, uczestnikiem wojny w 1920 roku, żołnierzem 5 Pułku Legionów i przez jakiś czas nawet komendantem Policji w Skawinie. We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany w Lwowskim Okręgu Woskowym i tamże w czasie działań wojennych zaginął bez wieści. Na początku 1940 roku moja babcia otrzymała kartkę pocztową wysłana przez niego 3 stycznia 1940 roku z obozu jenieckiego w Ostaszkowie. Dziadek zawiadamiał nią o swoim pobycie w niewoli, a przeczuwał chyba już wtedy, że nie będzie długo żył, gdyż napisał żeby zawsze, bez względu na wszystko o nim pamiętać. Do dzisiaj jestem w posiadaniu tej pocztówki, a stała się ona dla mojej rodziny najcenniejszym skarbem. Będąc dzieckiem oglądałem często ten najprawdziwszy dowód bolszewickich zbrodni, więc można by powiedzieć, iż antykomunizm „wyssałem z mlekiem matki”. To tylko przenośnia, ale prawdą jest, że Ojciec utwierdzał mnie w przekonaniu o okrucieństwie sytemu komunistycznego. On sam wstąpił jako nastolatek do podziemnej organizacji Wolność i Niezawisłość, za co został ukarany przez reżim wyrokiem, który odbywał w najgorszym stalinowskim więzieniu Wronkach. Jednak pobyt w komunistycznych kazamatach nie złamał jego ducha. Na zawsze pozostał nieprzejednany, a swojej niezłomności dowodził czynami oglądanymi przeze mnie od najmłodszych lat. Zapamiętałem jak w każdą rocznicę Zbrodni Katyńskiej wywieszał w oknie mapę Polski otoczoną, symbolizującym zniewolenie, drutem kolczastym, w środku na tej mapie umieszczał wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej i napis „Katyń 1940”. Był tam jeszcze zakazany przez komunistyczne władze Orzeł w Koronie. Także każdego 3 Maja i 11 Listopada w naszym oknie znajdowała się podobnie przedstawiona informacja o kolejnej rocznicy narodowego święta. Z tego powodu jako małe dziecko przeżywałem najścia ubeków. Pamiętam z jaką wściekłością wspinali się do okna i jak żeby wszystko pozabierać wpadali do mieszkania. Ojciec mówił mi wtedy, że oni najbardziej bali się prawdy. To od niego dowiedziałem się, że we wrześniu 1939 roku dokonano IV rozbioru Polski. O tym, że po wojnie nie było żadnej wojny domowej ani bratobójczej walki, ale obrona przed sowieckimi najeźdźcami i ich sługusami. Dostrzegałem wielką różnicę między tym czego nauczał mnie Ojciec, a kłamstwami słuchanymi na lekcjach historii. Ja już wtedy wiedziałem że wojna 1920 roku to było jedno z najdonioślejszych wydarzeń w historii Polski. Byłem bardzo dumny z mojego dziadka, który brał w niej udział jako żołnierz Marszałka Piłsudskiego, kiedy Polska Armia jako jedyna w historii pokonała niezwyciężoną bolszewicka nawałę. To też kiedy nauczycielka na lekcji historii zaczęła opowiadać o tym jak to niejaki Budionny w 1920 szedł z Armią Czerwoną na Warszawę wyzwalać lud pracujący miast i wsi, nie wytrzymałem. Wstałem i powiedziałem, że było całkiem inaczej, a nawet wręcz odwrotnie. Że to bolszewicy napadli Polskę, a Polacy dali im takiego łupnia po którym zmykali, aż się kurzyło. Dostałem dwóję i rozpłakałem się nawet, bo dwója z tego przedmiotu to była dla mnie jak plama na honorze. Przyszedłem do domu i powiedziałem Ojcu co się stało, a on nie zwlekając ubrał się i poszliśmy razem do szkoły. Pamiętam jakby to dzisiaj się stało, jego słowa wypowiadane wtedy do nauczycielki: „Mój syn mówi prawdę”. Pod naciskiem Ojca, ale także dzięki staraniom mojego wychowawcy zmieniono mi ocenę. Niestety chyba ten nauczyciel się naraził władzom, bo już niedługo przestał pracować w mojej szkole. Przekonywałem się na każdym kroku, że nie jest moją ta Polska, która miałem za oknami domu. Komunistyczna, stłamszona, zastraszona. Tak jakby ukradziona narodowi. Ja wtedy Prawdziwa Polskę miałem w domu i do takiej dążyłem przez wszystkie późniejsze lata życia. Tato dawał mi wiele przykładów i przekonywał, że warto bronić racji nawet wtedy, gdy można wiele stracić. Nie tylko przez swoje okno informował ludzi, ale i każdego roku w Święto Zmarłych ustawiał na skawińskim cmentarzu „Krzyż Katyński”. Pracował jako spawacz i zawsze przed pierwszym listopada przygotowywał krzyż ze stali nierdzewnej, a poparcie dla sprawy, której się tak poświęcał, widoczne było po ilości zapalonych pod nim zniczy. Ludzie podchodzili w milczeniu i zapalali świece oddając hołd Ofiarom Katynia. Czynili to, jakby na przekór kłamstwom oficjalnej propagandy i za każdym następnym razem tych zniczy było tam coraz więcej. To wtedy odbywała się prawdziwa bitwa o prawdę i mój Ojciec, chociaż walczył w pojedynkę ją wygrywał. Komuniści rozsiewali o nas najbardziej nieprawdopodobne plotki. Wmawiali ludziom, że rodzina Majdzików to wariaci, że zakłamują historię i żeby im nie wierzyć. Jakaś część dawała się nabierać na tą ubecką propagandę, ale bardzo wielu ludzi nas popierało. Nie okazywali tego wprost, bo panowała atmosfera totalnego zastraszenia i mówienie otwarcie, że „Majdziki mają rację”, było wtedy aktem niemałej odwagi.

Moje pierwsze bolesne zderzenie z tym bandyckim systemem nastąpiło już pod koniec lat siedemdziesiątych, o ile sobie teraz dobrze przypominam, w następnym roku po 1977, a tamten rok dobrze pamiętam, gdyż wraz z Ojcem brałem udział w proteście po zamordowaniu przez SB Staszka Pyjasa. Otóż pewnego majowego wieczoru wracałem dosyć późno z Juwenaliów i niedaleko od domu zaatakował mnie milicjant o nazwisku Stokłosa krzycząc: Majdzik ty.. Taki owaki. Nie dałem mu się tak bezwolnie okładać, wdałem się w normalna walkę i pewnie bym ją wygrał, ale nadleciało szybko kilkunastu mundurowych. Po dłuższej chwili obezwładnili mnie i zabrali na skawiński komisariat. Tam bili do nieprzytomności i pamiętam, że w ostatniej chwili zachowanej świadomości zarejestrowałem taką oto scenę. Otóż do pomieszczenia, w którym się nade mną znęcali wszedł jakiś porucznik i krzyknął: Przestańcie, bo go zabijecie, a wtedy stary Majdzik wam tego nie podaruje! Nazajutrz, kiedy ojciec dowiedział się od sąsiadów o tym całym wydarzeniu z samego rana przybiegł na komisariat. Skutecznie zainterweniował bo zaraz mnie wypuścili. Natychmiast poszliśmy do skawińskiego pogotowia, ale tam bali się zrobić obdukcje, więc pojechaliśmy do Krakowa. Tato miał znajomego lekarza, z którym siedział we Wronkach i on na prośbę Ojca zrobił mi obdukcję zapisując jako przyczynę powstania obrażeń – pobicie przez milicjantów. Z kopią obdukcji przyjechaliśmy do Skawiny i Ojciec poszedł wręczyć ją komendantowi milicji z żądaniem wyrzucenia Stokłosy. Chociaż bardzo chciałem nie mogłem wtedy rozpoznać pozostałych sprawców, ale pamiętam do dzisiaj ich jako zakazanych, wytatuowanych typów, normalnych kryminalistów. Tacy wtedy byli dla władzy najgorliwsi i najwierniejsi. Koniec końców, Stokłosa zniknął ze Skawiny, bo pewnie go gdzieś przenieśli, a nie chce mi się wierzyć, żeby go mieli wyrzucić z milicji, bo oni właśnie takich sadystycznych typów w niej najbardziej potrzebowali. Pozostali tez po też po jakimś czasie poschodzili ludziom z oczu. Tato udowodnił, że można z nimi walczyć nawet w ramach tego zbrodniczego, bandyckiego ustroju. Wygraliśmy taką małą bitwę z komunizmem na własnym lokalnym podwórku. Ten Stokłosa dawał się ludziom we znaki, więc wielu odetchnęło z ulgą gdy go już nie było. A cieszyłem się, że chociaż dostałem od nich ostry łomot to jednaj nie poszło to na marne.

Kolejna już poważniejszą potyczkę z komuną zaliczyłem w czasie kiedy odbywałem służbę wojskową. Od samego początku dałem im się poznać jako ktoś, kto nie będzie wychwalał panującego ustroju będąc na tamtejszą modłę i na rozkaz. Dowiedzieli się z kim mają do czynienia już pierwszego dnia mojego pobytu w armii, bo gdy dotarłem z kolegami poznanymi w trakcie lekko zakrapianej podróży pod bramę jednostki, przekraczaliśmy ją wspólnie z chóralnym śpiewem takiej oto piosenki: „Wróci Polska jak za dawnych lat, zabijemy tą czerwoną brać”. Pozamykali nas oczywiście do ancla, ale wcale długo nie trzymali, bo podobno w podróży wcale jeszcze nie byliśmy żołnierzami. Ale za to wszyscy oficerowie już wiedzieli, że ten Majdzik musi nie lubić sojuszniczej Armii Czerwonej. Przez długi czas miałem spokój, skończyłem szkółkę podoficerską, dostałem stopień kaprala i co dzisiaj może zaskakiwać odczuwałem ze strony dowództwa coś w rodzaju cichego poparcia. Większość moich kolegów na szkółce pochodziła z Gdańska i Szczecina. Oni dobrze pamiętali wydarzenia na Wybrzeżu w 1970 roku i dzięki ich postawie udało mi się uniemożliwić powstanie struktury ZMS w mojej kompanii. Dowództwo znalazło jednego sługusa i on na zebraniu kompanii w świetlicy zaczął namawiać żołnierzy do zorganizowania czegoś takiego, ale ja wstałem przy całej kadrze i zapytałem kolegów: - Czy pamiętając o ofiarach Grudnia 1970 zgadzają się na przyłączenie do jakiejś czerwonej, komunistycznej jaczejki? Czy wiedząc, że to komuniści mordowali robotników w ich miastach chcą naprawdę zostać młodymi komunistami? Dowódca siadł na mnie ostro, ale mogę powiedzieć, że odniosłem osobisty mały sukces w swojej pierwszej potyczce z tym zbrodniczym systemem.

Po szkółce trafiłem do jednostki wojskowej w Opolu. Tam panował już całkiem inny klimat. To był Śląski Okręg Wojskowy, w okolicy bardzo wiele sowieckiego wojska, a nawet dowódca jednostki miał takie z rosyjska brzmiące nazwisko – Romaniuk, jeżeli dobrze pamiętam, albo jakieś bardzo podobne. Kadra oficerska w tej jednostce była bardzo skomunizowania, a wśród żołnierzy pozbieranych z różnych stron Polski znajdowało się oprócz wielu całkiem porządnych także trochę sługusów i zetemesiaków. Koledzy pochodzący ze Śląska nie kryli się z wyznawaniem religii. I jak pamiętam na tle pozostałych odznaczali się prawdziwym przywiązaniem do wiary. Niby wszyscy żołnierze służby zasadniczej pochodzili z „wierzących” domów, ale Ślązacy będąc w wojsku tej wiary się nie wyrzekali. Wtedy nie było kapelanów wojskowych, mszy niedzielnych, a co niektórym nadgorliwym przełożonym przeszkadzały medaliki na szyjach żołnierzy, to też wielu ulegało naciskom i odchodziło od wiary w Boga, ale nie Ślązacy.

Moja pierwsze poważniejsze starcie w walce z komuną zaczęło się, kiedy cała Polska szykowała się do pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II w czerwcu 1979 roku. Wezwano mnie na zebranie podoficerów z dowództwem i nakazano przekazać żołnierzom informacje o udzielaniu przepustek w czasie pobytu Papieża w Polsce. Żołnierze, którym to mówiłem w większości pochodzili ze Śląska i bardzo cieszyli się, że będą mogli wziąć udział w Papieskiej Mszy. Wtedy zapowiadano odwiedziny Ojca Świętego w Piekarach Śląskich więc z całą moją drużyną wybieraliśmy się właśnie do Piekar. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że komuniści nie wpuszczą Jana Pawła II na Śląsk i msza Papieska najbliżej Opola będzie odprawiona na terenie Obozu w Oświęcimiu. Gdy tak się radowaliśmy na myśl o spotkaniu z Ojcem Świętym, nie wiedzieliśmy jeszcze o zamiarach dowództwa, bo dopiero pod koniec maja, tuż przed jej rozpoczęciem ogłoszono decyzję o odwołaniu urlopów i wszystkich przepustek w czasie Papieskiej Pielgrzymki. Powiedzieli nam tylko, że w zamian każdy kto tylko zechce, będzie mógł oglądać Papieża w telewizji.

Wtedy zaczęliśmy się burzyć, a ja powiedziałem, że „..Nie ma na to zgody! Chcemy urlopów, które się nam i tak prawnie należały!”. Dowództwo zaczęło na mnie patrzeć bardzo krzywo, a jeszcze w międzyczasie zorganizowano spotkanie, na którym wmawiali żołnierzom, że Katyń to była zbrodnia niemiecka!? Takich zebrań, na których próbowali nam robić pranie mózgu było wtedy w wojsku dosyć dużo, ale starania politruków nie na wiele się zdawały, bo jakoś nikt po nich nie zapałał nagle miłością do komunizmu. Jednak nachalna propaganda to nie to samo co obrzydliwe kłamstwo, więc na tym zebraniu oczywiście zabrałem głos i powiedziałem, że to kłamstwo, a polskich oficerów w Katyniu wymordowali sowieci! Od tego czasu stałem się bardzo niewygodny i wyczuwałem wokół siebie bardzo napiętą atmosferę. Co niektórzy z kolegów – żołnierzy służby zasadniczej zaczęli mnie unikać, kadra różnymi sposobami dawała do zrozumienia, że bardzo się tym wystąpieniem naraziłem. Bardzo szybko atmosfera wokół mnie tak zgęstniała i przeczuwałem, że moje dni w tej jednostce są już właściwie policzone. Nie myliłem się bo dowództwo zorganizowało prowokacje. Wysłano żołnierzy wartowników, którzy tylko po to mnie napadli, żebym wdał się z nimi w bijatykę. Byłem młody i jak to młody nie dawałem sobie w kaszę dmuchać, to też broniłem się przed napastnikami. Za to zamknęli mnie do aresztu pułkowego, a nazajutrz dowódca pułku zapowiedział mi, że jak odwołam wszystko co mówiłem o Katyniu i wyjeździe na Pielgrzymkę to zaraz mnie wypuszczą, a jak się będę dalej stawiał, to zrobią mi sprawę karną i trafię do więzienia! Ja na to, że „..Nigdy nie wyrzeknę się prawdy i nie odwołam słów, których wcale nie żałuję!”. Tego samego dnia trafiłem do aresztu garnizonowego w Opolu. Chociaż miałem w pamięci słowa Ojca o przesłuchaniach na UB i wiedziałem od niego, że nie należy niczego podpisywać, to jednak podpisałem protokół pierwszego przesłuchania. A to dlatego, że zarzuty jakie mi stawiano były polityczne z art. 270 kk., a stało w nich jak wół, że lżyłem i poniżałem władze PRL. Potwierdziłem tym samym prawdę, że tego systemu nienawidzę. W tym areszcie sam doświadczałem podobnych sytuacji, o jakich opowiadał mój Ojciec gdyż przeżywał je w czasach stalinizmu, kiedy był więźniem politycznym. Kiedy siedziałem, w jednostce rozpuszczali wśród moich kolegów plotki, że ja jestem synem byłego własowca, a nie polskiego patrioty – żołnierza WiN-u i więźnia politycznego. Żołnierze, których namawiano przeciwko przyjechali do mojego domu i zmienili zdanie dopiero jak Ojciec pokazał im rodzinne pamiątki. Zobaczyli Orła w Koronie, portret marszałka Piłsudskiego na ścianie, książki o prawdziwej historii Polski. Tato powiedział im także, że był po wojnie w Batalionie „Zająca”. Wiem, że oni po powrocie do jednostki opowiedzieli o tym pozostałych. Od Ojca wiedziałem czego w więzieniu się wystrzegać i rozpracowałem nawet celowego kapusia, który wdawał się ze mną w rozmowy, a jak go przycisnąłem przyznał, że kazali mu się ode mnie wszystkiego dowiadywać. Po kilku tygodniach przenieśli mnie do opolskiego aresztu śledczego. A tam już było o wiele gorzej. Klawisze wyzywali mnie od bandyty, któremu się ustrój nie podoba i.t.p. Napuszczali na mnie współwięźniów – kryminalistów, ale całe szczęście dzięki zapoznaniu z takim ciekawym człowiekiem, nazywał się Grzelak, (a miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i stanął w mojej obronie), wychodziłem cało z tych opresji. Szczery człowiek, jak twierdził okradał tylko bogatych, no i nie lubił komuny. Po tygodniu pobytu w tym areszcie odwiedził mnie Ojciec. Nasze spotkanie trwało jedynie pięć minut. Zdążyłem zamienić z Nim tylko parę zdań, ale dowiedziałem się, że będzie mnie bronił mecenas Siła-Nowicki. Tato powiedział mi wtedy też, że będzie głodował o to aby mnie jak najszybciej wypuścili, ale kazał mi się trzymać i napominał żebym godnie się zachowywał. Ja dobrze wiedziałem, że kontynuuję rodzinną sztafetę pokoleń, a miałem wówczas poczucie, że stoi za mną wielka moralna siła i że Ojciec będzie zawsze za mną.

Po miesiącu spotkałem się z adwokatem z urzędu, który okazał się byłym prokuratorem wojskowym. Nie chciałem z nim rozmawiać, ale o dziwo okazało się, że ten prokurator wojskowy zachował się bardzo przyzwoicie. Przekazał mojemu Ojcu informację, że po tym jak mnie zwolnią i wrócę do jednostki planowana jest prowokacja. Miała ona znowu polegać na zaaranżowaniu bójki. Bo chodziło im o to, żebym dorobił się zarzutów z kryminalnych paragrafów. Wtedy, gdy to się działo byłem jedynym w Polsce człowiekiem przebywającym w więzieniu z zarzutem o charakterze politycznym. Oczywiście byli też inni więźniowie polityczni, ale siedzieli z powodu sfingowanych oskarżeń o charakterze kryminalnym.

Po upływie trzech miesięcy, gdy skończył się termin sankcji prokuratorskiej przyszedł klawisz i kazał mi się pakować. Wypuścili mnie, a ja poszedłem do jednostki, żeby rozliczyć się, zdać mundur, pobrać cywilne ubranie itp. Gdy zbliżałem się do bramy pułku, czekał tam już Ojciec i ostrzegł mnie o tej planowanej prowokacji. Chyba dlatego, że obawiano się świadków tuż przed moim zwolnieniem, cały pułk 1200 ludzi wysłano ponadplanowo na poligon. Na terenie jednostki zostali tylko ci, którzy mieli brać udział w zamierzonej prowokacji.

Koniec końców, dzięki ostrzeżeniu przez Ojca nie dałem się sprowokować, chociaż zaatakował mnie jeden porucznik. Spotkałem go zaraz po przejściu przez bramę, a on, notabene obrzydliwy typ, zatwardziały komuch i nie dająca innym żyć kanalia, zaczął na mnie wyklinać pytając dlaczego mnie wypuścili. Puściłem mu tylko solidna wiązankę, ale posłuchałem Ojca i trzymałem ręce przy sobie.

Po zdaniu munduru i rozliczeniu się w jednostce razem z Ojcem pojechałem do domu. Po drodze wstąpiliśmy do Kazika Świtonia, żeby podziękować za poparcie jakiego udzielił mi podczas swojej głodówki. Otóż kolega z mojej drużyny - Norbert Reiss z Bytomia, jeden z tych, którzy odwiedzili mojego Ojca w Skawinie, zawiózł Kazimierzowi Świtoniowi wiadomość o moim uwięzieniu kiedy on prowadził głodówkę w Piekarach Śląskich. I wtedy Świtoń obok postulatu wpuszczenia na Śląsk Ojca Świętego umieścił także żądanie uwolnienia więźnia politycznego – Ryszarda Majdzika! Myślę, że dzięki temu rozgłosowi tak szybko mnie zwolnili. Gdyby nikt się o mnie nie upominał, nie nagłaśniał tej sprawy mogliby mnie trzymać znacznie dłużej. Wiedząc, że w znaczne mierze wcześniejsze zwolnienie zawdzięczam Kazimierzowi w drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się w Katowicach i poszliśmy na ulicę Mikołowską do jego mieszkania aby mu osobiście podziękować. Po raz pierwszy widziałem wtedy Kazimierza Świtonia - człowieka legendę, twórcę pierwszych Wolnych Związków Zawodowych. Ujął mnie swoją gościnnością, żył bardzo skromnie, ale ugościł czym chata bogata. Pamiętam, że poczęstował nas wtedy zupą i do dzisiaj nie zapomnę jej smaku, a był to pyszny żurek. W trakcie tej podróży cały czas śledziła nas ubecja, a Ojciec pokazywał mi wtedy nieporadność tajniaków. Miał spore doświadczenie i doskonale ich wyczuwał, gdyż przed laty był w wywiadzie WiN. Uczył mnie jak ich wypatrzyć, po czym można poznać i co najważniejsze - jak taką obstawę zgubić. Od czasu tamtej podróży ubecja towarzyszyła mi przez dziesięć kolejnych lat, a nauki odebrane wtedy od Ojca bardzo mi się w przyszłości przydały.

Po tym pierwszym więziennym doświadczeniu wezbrała we mnie normalna ludzka wściekłość. Przeszedłem egzamin dojrzałości i widziałem, że Ojciec był nawet trochę zadowolony z tego, że czerwoni dali mi lekki wycisk. A ja postanowiłem już im nie odpuszczać i zwalczać na każdym kroku. Ta pierwsza odsiadka zamiast osłabić, dodała mi siły i zdeterminowała do walki z komuną. Wiedziałem już, że trzeba przeciwko temu systemowi robić wszystko co było w mojej mocy.

To był czas, w którym rozgłośnie już informowały o funkcjonowaniu zorganizowanej opozycja i Ojciec postanowił, że nie będziemy odtąd działać sami i przyłączymy się do ludzi, którym leży na sercu dobro Polski. Szukaliśmy dojścia do jakiejś grupy i nawiązaliśmy kontakt z ludźmi z krakowskiego ROPCiO. Co prawda mieliśmy kontakt z SKS-em i KOR. Ludzie z Komitetu przyjeżdżali nawet do Ojca w czasie gdy siedziałem i również nagłaśniali moją sprawę, dzięki temu mówiła o moim uwięzieniu Wolna Europa. Ale jako, że ROPCiO mocniej akcentował sprawę Niepodległości Ojciec zdecydował o przyłączeniu się właśnie do Ruchu, a nie KOR-u, który dozwalał na finlandyzację Polski. Oczywiście wyznawał zasadę jednego wspólnego wroga i nie miał nic przeciwko ścisłej współpracy, lecz tradycja piłsudczykowska bliższa nam była niż tylko rewizjonizm nawróconych byłych członków PZPR z KOR-u. Owszem, bardzo często jeździliśmy do Warszawy, odwiedzaliśmy Henryka Wujca, zawsze też byliśmy serdecznie przyjmowani przez Jacka Kuronia, ale pamiętam jak dzisiaj, że Ojciec spierał się z nimi na temat dalekosiężnego może wówczas celu, jakim było odzyskanie pełnej Niepodległości. Jacek uważał nas nawet za Korowców, lecz Tato zawsze oponował mówiąc, że zawsze będziemy współpracowali, ale do KOR-u nie wstąpimy. I nie wstąpiliśmy. Za to po nawiązaniu kontaktu z ROPCiO i następnie utworzeniu Konfederacji Polski Niepodległej mój Ojciec podpisał się jako jeden z sygnatariuszy – założycieli.

Obecnie jeden z późniejszych członków, a nawet szefów krakowskiego KPN opowiada, że mój staż konfederacki wynosił trzy miesiące. Twierdzi to nie wiadomo na jakiej podstawie, gdyż w czasie kiedy przynależałem do KPN on był w całkiem innej partii - Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a do Konfederacji przystąpił dopiero w czasach zwanych Karnawałem Solidarności. Wyjaśniam, że wstąpiłem do Konfederacji równocześnie z moim Ojcem, ale nie jako sygnatariusz i zaprzestałem aktywności w ramach KPN w następnym roku z przyczyn, które wyjaśnię w dalszej części, ale zaznaczam, że wcale nie zaprzestałem działań w celu odzyskania przez Polskę niepodległości.

A wtedy krótko po tym jak powstał krakowski KPN odbyło się spotkanie u nieżyjącej już, wspaniałej i dzielnej pani Emilii Afendy, na którym zapadła decyzja o powołaniu młodzieżówki. Do konfederacji przystępowało wielu młodych ludzi i trzeba było ich jakoś zagospodarować więc stworzyliśmy organizację Niepodległość i Demokracja (NiD). Na pewno był w niej Zygmunt Łenyk, a ja ze zdziwieniem przyjąłem wiadomość, że on jeszcze niedawno był członkiem PZPR, bo mam naturalnie przyrodzoną nieufność nawet do byłych i nawróconych członków tej organizacji. Zresztą do dzisiaj wychodzę z założenia, że jak już raz tam ktoś był to nigdy się nie zmieni. Ale wówczas poza zaskoczeniem przeszłością Zygmunta z zadowoleniem przyjmowałem jego zaangażowanie, bo był z nami w strukturach i aktywnie działał dla sprawy. Szybko poznałem też Staszka Tora, który przyjaźnił się z moim ojcem. Tor zakładał z Kazimierzem Świtoniem Wolne Związki Zawodowe, a jak Kazika Świtonia aresztowali, to jeździliśmy na Śląsk rozdawać ulotki, domagające się jego uwolnienia. Jeździli tam też ludzie z SKS. Część z nich chodziła też na organizowane przez KPN manifestacje 11 listopada w latach 1979 i 1980 byli to Wojtek Sikora, Paweł Witkowski, Bogdan Sonik i Bronisław Wildstein.

Z kwietnia 1980 roku Pamiętam demonstrację po mszy w kościele Mariackim przy Studzience. Było na wszystkich może 20 – 30 osób. Prowadziła ją Roma. Ale nie pamiętam już dzisiaj co mówiła. Widać było, że jest w ciąży a z kierownictwa była tylko ona bo chyba wszystkich wtedy pozwijali.

Mój ojciec wielokrotnie podczas zebrań przestrzegał przed ujawnianiem członkostwa w KPN młodych ludzi i tym bardziej rozdawaniem im legitymacji. Argumentował to w ten sposób, że czym innym jest działanie starszych występujących jawnie np. sygnatariuszy, a czym innym powinien być udział ludzi, którzy w razie wyłączenia przez aresztowanie starszych, mogli podjąć się kontynuowania działalności. Chodziło mu o oszczędzanie sił na niepewne czasy. Nie wszyscy w KPN podzielali to podejście, a ostro na ten temat spierał się moim Ojcem Krzysztof Gąsiorowski ówczesny szef krakowskiego KPN. Ja po raz pierwszy w swoim życiu niestety nie posłuchałem ojca i na którymś ze spotkań przyjąłem legitymację. Uczyniłem to pewnie dlatego, że byłem młody i jeszcze wciąż niedoświadczony w porównaniu z innym wrogami ustroju, a posiadanie legitymacji z własnym zdjęciem znakiem KPN i Polski Walczącej wydawało mi się czymś bardzo nobilitującym. Byłem do tego jeszcze na tyle głupi, że na spotkaniu, na którym mi ją wręczono powiedziałem, że schowam ją u siebie w stojącej w moim pokoju kalwaryjskiej szafie. Wieczorem po dwóch godzinach od mojego powrotu wpadło do domu kilku ubeków i nie robili nawet specjalnej rewizji, ale skierowali się do tej szafy i od razu znaleźli to po co przyszli – legitymacje członka KPN Ryszarda Majdzika. Wiedziałem, że donieść musiał jakiś uczestnik spotkania na którym dostałem tą legitymację, ale na myśl mi wtedy nie przyszło, że mógłby to być Gąsiorowski. Mój Ojciec był pierwszym człowiekiem, który rozpracował Gąsiorowskiego ale niestety nikt Mu nie wierzył, kiedy przed nim przestrzegał. Dopiero po jakimś czasie, gdy stało się to oczywiste wszyscy już wiedzieli, że tak dokładnych informacji udzielał esbecji Gąsiorowski -współpracownik SB o pseudonimach „Rawicz” i „Ataman”. To brzmi nieprawdopodobnie, ale ten człowiek zaraz po wręczeniu nam młodym chłopakom dowodu przynależności do Konfederacji kapował o tym do SB. My otrzymanie tych legitymacji traktowaliśmy bardzo poważnie i przyjmowaliśmy je od niego w jak najlepszej wierze, a on o tym donosił za judaszowe srebrniki. Zwinęli mnie wtedy na czterdzieści osiem godzin, ale co było gorsze namierzyli jako członka KPN. Następstwem tej wpadki stały się oczywiście dociekania na temat prawdziwej roli niektórych osób działających w KPN. Mój Ojciec miał bardzo duże doświadczenie i chociaż wtedy wydawało mi się to nieprawdopodobnym, potwierdzało się wiele z Jego przypuszczeń. Mówił mi że trzeba zachować pełna dyskrecję nawet przy najbliższych kolegach, a to dlatego że ten system może mieć wszędzie ludzi. Komuniści zdolni byli nawet do tworzenia organizacji o charakterze „Niepodległościowym” tylko po to, aby mieć osoby o takich poglądach pod kontrolą. Wtedy, gdy byłem pełen młodzieńczego entuzjazmu wydawało mi się to trochę niewyobrażalne, ale oczywiście ufałem Ojcu i wierzyłem w jego intuicję popartą przecież tak wielkim życiowym doświadczeniem.

W maju 1980 roku Ojciec brał udział w głodówce w Podkowie Leśnej. Chodziło wtedy o uwolnienie Mirka Chojeckiego. Byli tam Bronek Wildstein, Kazimierz Świtoń, Jacek Kuroń. Głodówka trwała tydzień lub dwa. Niektórzy w KPN (jeżeli dobrze pamiętam, to Stański) mieli pretensje do ojca, że biorąc udział w tej głodówce współpracował z KOR. Ale Ojciec mówił, że bierze udział w każdej akcji na rzecz uwolnienia więźniów politycznych i mamy tylko jednego wroga, a jest nim komunizm a nie Komitet Obrony Robotników.

Ponieważ po kolejnych wpadkach KPN miał kłopoty z poligrafią, zająłem się zorganizowaniem drukarni. Mieściła się tuż przy osiedlu Podwawelskim w prywatnym domu u Bogusia Samborskiego, nieujawnionego członka KPN. Drukowałem tam przez jakiś czas względnie spokojnie m.in. .„Opinię Krakowską”, przedruki z innych pism i wreszcie informacje o lipcowych strajkach w Lublinie i Świdniku 1980 roku. Właśnie w lipcu Zygmunt Łenyk przyprowadził mi jakąś młodą kobietę, którą przez kilka dni miałem uczyć drukowania. Nie chciałem się na to zgodzić, bo wiedziałem, że im mniej ludzi wie o miejscu drukowania, tym mniejsze istnieje ryzyko wpadki. Zygmunt jednak bardzo nalegał więc ustąpiłem. Ta dziewczyna przychodziła tam tylko przez trzy dni, w trakcie których faktycznie nauczyła się drukować, ale na czwarty dzień, kiedy po pracy przyszedłem do tej drukarni pojawiło się tam naraz 15 ubeków. Zamknęli mnie i tego samego dnia w Wolnej Europie pojawiła się informacją, że aresztowano członków KOR-u m.in. Ryszarda Majdzika, a zamknięto ze mną też Bogusia Samborskiego, Adama Madeja ze Skawiny i Zbyszka, którego nazwiska dzisiaj już nie pamiętam. Ta drukarnia wpadła w najgorszym z możliwych momencie, bo właśnie zaczęło się w Polsce dziać coś na co czekaliśmy całe pokolenia. Drukowałem wtedy informacje z nasłuchu i z otrzymanych egzemplarzy różnej bibuły robiłem dodruki, w których znajdowały się bieżące wiadomości o sytuacji w kraju. Strajkował Lublin, Świdnik i Ursus, a komunistyczna prasa i telewizja nie informowała o tych wydarzeniach nawet jednym zdaniem. Informacja o tych strajkach, i wysuwanych w ich trakcie postulatach była tak bardzo ważna przede wszystkim dlatego, żeby dać przykład innym zakładom pracy, miastom i regionom. Nastroje w zakładach pracy były bardzo napięte, ale ludzie odcięci od informacji nie chcieli decydować się na rozpoczynanie samotnych protestów. Na przykład, kiedy na Wybrzeżu wszyscy już dowiedzieli się że, strajkuje największy zakład – Stocznia, w ciągu tygodnia dołączyło kilkaset kolejnych z całego regionu.

Właśnie ze względu na rozwijającą się w kraju zapalną sytuację, wpadka tej drukarni wydarzyła się w najgorszym z możliwych momencie. Wtedy po namyśle i naprawdę z ciężkim sercem, podjęliśmy wspólnie z Ojcem decyzje o zawieszeniu działalności w ramach Konfederacji. To był krok ostateczny, ale naszym zdaniem wtedy niezbędny. Wiedzieliśmy przy tym, że pracy w najbliższym czasie pracy nam na pewno nie zabraknie, a działać w strukturze tak przesiąkniętej agenturą było prawdziwym samobójstwem. Wtedy, wielu ludzi nie mogło pogodzić się z naszą decyzją, a szczególnie jej uzasadnieniem. Uważali, że przesadzamy, a mój Ojciec spotykał się z zarzutami, że rzekomo wszędzie widzi agentów. Po wcale niedługim czasie okazało się że Majdziki znowu miały rację! Ale, co mnie bardzo smuci, do dzisiaj co niektórzy nie chcą tego przyznać. To dziwi bo przecież to o czym mówiliśmy, że jest czarnym, naprawdę okazało się czarne. Wtedy to było mniej oczywiste, ale mój Ojciec miał rację i pamiętam, że zadzwoniłem do Romy Kahl-Stachniewicz i poinformowałem ją o naszej decyzji. Wybrałem właśnie Romę ponieważ była podobnie jak my nieufna w stosunku do ludzi, zwłaszcza jeżeli chodziło o sprawy naprawdę wymagające dyskrecji. Powiedziałem jej, że lepiej robić cokolwiek nawet samemu, niźli w tak infiltrowanej przez agenturę grupie. Te moje słowa nie oznaczały, że nie doceniam zaangażowania i należących do KPN szlachetnych i oddanych sprawie ludzi. Większość z nich to pełni poświęcenia i bardzo ideowi, patriotyczni - Prawdziwi Polacy. Roma rozumiała naszą decyzję i chociaż starała się od niej odwieść to jednak rozstaliśmy się z Konfederacją.

Z wieloma przyjaciółmi z KPN współpracowałem przez cały późniejszy okres swojej działalności opozycyjnej. Utrzymywałem ścisłe kontakty z Romą, Stanisławem Palczewskim, Adamem Macedońskim. Radkiem i Bożeną Hugetami. Na zjeździe „Solidarności” w 1981 roku na prośbę Bożeny i Radka Hugetów upomniałem się o uwolnienie Krzyśka Bzdyla. Później cały czas miałem kontakty z rodzeństwem Hugetów i Agatą Michałek. Jeszcze w trakcie stanu wojennego zimą na przełomie 1982 i 1983 roku Rysiek Bocian namawiał mnie, abym zszedł do podziemia i objął przywództwo II Obszaru KPN ale odmówiłem. Później jeszcze wielokrotnie spotykałem przy różnych okazjach i współpracowałem z członkami Konfederacji np. w trakcie głodówki na Bieżanowie, w której brałem udział wraz z moim Ojcem. Pamiętam, że wtedy drukowałem wraz z Maćkiem Gawlikowskim ulotki informujące o tym proteście. Wtedy w lipcu rozstałem się z KPN, ale nie z ideą Polski Niepodległej. Już 25 sierpnia zorganizowałem Strajk Solidarnościowy z robotnikami wybrzeża w Krakowskim „Elbudzie” a mój ojciec (występując jako członek Chrześcijańskiej Wspólnoty Ludzi Pracy) z Jankiem Franczykiem i Adasiem Macedońskim prowadzili głodówkę w Kościele Arka Pana w Nowej Hucie i w jej trakcie cały czas informowali o przebiegu naszego strajku. Chodziło wówczas o to, żeby ruszyć Hutę. Kombinat z 36 tysięczna załogą był prawdziwą potęgą, zwłaszcza w porównaniu z jednotysięcznym „Elbudem”. Jednak to nasz strajk, jedyny w końcu sierpnia w Krakowie był początkiem narodzin „Solidarności” w Małopolsce. Działaniu w ramach „Solidarności” poświęciłem kolejne lata swojego życia i po okresie działalności podziemnej, późniejszych podziałach w związku i ostatnim dwudziestoleciu wciąż jestem wierny jej ideałom, a uważam, że zostały one pogrzebane przez kolejnych przywódców. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem okrągłego stołu i w ogóle dogadywania się z komunistami, bo komunizm jest najbardziej zbrodniczym systemem i oni zasłużyli na karę, a nie nagrodę jaką otrzymali od pierwszych rządów mieniących się nazwą solidarnościowych. Można by powiedzieć, że ciągle krzyżowały się moje drogi z drogami Konfederacji. Ja również nie mogłem się pogodzić ze zgniłym okrągło stołowym kompromisem, który stał się mitem założycielskim III Rzeczypospolitej. Tak samo jak wielu przyjaciół z KPN uważam, że każdy kolejny rok „Nowej Polski” pogłębia dziejową niesprawiedliwość, a rzetelne rozliczenie przeszłości jest warunkiem budowania przyszłości. Trzydzieści lat temu znajdowałem się w gronie ludzi rzucających wyzwanie całej potędze totalitarnego państwa jakim był wtedy PRL. Razem z nimi głośno wypowiadałem słowo Niepodległość, nie bacząc, że wielu słysząc je pukało się w czoło. Niepodległość, tak samo jak, Bóg, Honor, Ojczyzna, Prawda i Sprawiedliwość to najważniejsze dla mnie słowa i pozostaję im wierny. W kolejnych latach po rozstaniu z KPN, spotkałem wielu szlachetnych ludzi. Zaangażowanych i oddanych sprawie odzyskania Niepodległości. Jednak Konfederaci pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Zapewne też dlatego, że byli pierwszymi.