L00046 Wiesław Matusiak

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Wiesława Matusiaka==

Jastrzębie-Zdrój, 1 III 2008

Urodziłem się w Woli Kiedrzynskiej (Woj. Śląskie) 18 sierpnia 1951 roku. Tamże ukończyłem szkołę podstawową oraz Szkołę Górniczą przy Zakładach Górniczo – Hutniczych „Sabinów” uzyskując zawód ślusarza – tokarza. W „Sabinowie” rozpocząłem pracę na stażu, a następnie podjąłem zatrudnienie w Przedsiębiorstwie Robót Remontowych w Knurowie. W latach 1972 – 1974 pracowałem na słynnej później KWK „Wujek” w Katowicach. W tamtych czasach jedną z najważniejszych spraw była kwestia uzyskania mieszkania. O ile w Częstochowie na takowe miałem szansę dopiero w roku 1982, o tyle w Jastrzębiu Zdroju okres oczekiwania był znacząco krótszy. W styczniu 1975 roku zacząłem pracować na KWK „XXX-lecia PRL” (dziś „Pniówek”). Kończyłem kolejne kursy i uzyskałem uprawnienia strzałowego oraz kombajnisty. Otrzymałem mieszkanie w Zdroju i tak związałem moje losy z Jastrzębiem.

Przed rokiem 1980 działałem w tzw. „starych związkach”. Byłem nawet przewodniczącym na oddziale. Nie działałem natomiast w opozycji. W pamiętnym sierpniu sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz bardziej napięta. Tak jak wspominał Ewald, z wakacji na Wybrzeżu wracało wiele osób i mówiło o tym, że w Gdańsku i Szczecinie robi się gorąco. W Jastrzębiu do pewnego czasu był spokój, natomiast jeżdżąc do rodziny do Częstochowy pamiętam, że tam już brakowało mięsa w sklepach. Stąd często woziliśmy tam różnego rodzaju deficytowe produkty. Na Śląsku było źle, ale nie tak tragicznie, jak w pozostałych regionach naszego kraju. Przyjechałem na kopalnię na 2 zmianę pierwszego dnia strajku. Pamiętam, że przemawiał Zbigniew Czuczman, a wokół niego skupiła się niewielka grupa ludzi. Czuło się, że coś „wisi w powietrzu”. Większość osób była za strajkiem, ale byli też tacy, którzy nie chcieli protestować. Jeden człowiek wspominał grudzień 1970 roku w Gdańsku. On tam był. Bał się, że tu może skończyć się podobnie. Zdecydował się wrócić do domu. My pamiętaliśmy, co stało się wówczas na Wybrzeżu, ale zostaliśmy. Żona oczywiście bała się o mnie, ale popierała moją decyzje. Wiedziała, jak wygląda sytuacja.

Ci, którzy zdecydowali się na protest, przeszli na Halę Zborną. Stare związki stanęły po stronie dyrekcji. Pamiętam sytuację, że pierwsza zmiana, która miała wyjechać na powierzchnię, została zatrzymana na dwie godziny pod ziemią. To wystraszyło niektórych, więc wracali autobusami do domów. Na Hali Zbornej padały różne postulaty. Do obecnych przemawiały kolejne osoby, m.in. właśnie Ewald Kudla, który nawiasem mówiąc był wówczas moim sąsiadem i do dziś jest bardzo dobrym kolegą. Mieszkaliśmy w jednej klatce, on na III, a ja na VII piętrze. Rozpoczęło się spisywanie osób, które miały reprezentować oddziały. Wytypowano także mnie. I tak znalazłem się w komitecie protestacyjnym. Wszystko działo się w obecności dyrekcji. Za stołem siedzieli Cofalik, Klimala i Juras. Z ust przemawiających padały różne argumenty za i przeciw strajkowi. Na pewno nie było tak, że wszyscy zdecydowanie popierali protest. Po jakimś czasie na kopalnię przyjechała nocna zmiana, m.in. Grzegoszczyk. Zaczął formować się ostateczny skład komitetu. Zdecydowano, że poszczególni delegaci przejdą do oddziałów, aby porozmawiać z pracownikami o postulatach. Po dyskusjach spisano wszystkie, a już na Hali Zbornej dokonano ich selekcji. Usunięto powtarzające się i skorygowano błędne. Z ostateczną wersją poszliśmy do gabinetu dyrektora, a ten zgodził się na wszystkie, które były w jego gestii. Jeśli chodzi o pozostałe, to obiecał, że skontaktuje się z odpowiednimi organami celem przedstawienia żądań załogi zakładu. Był tam chociażby postulat pięciodniowego tygodnia pracy, choć brano pod uwagę jeszcze inny system tak zwany 4 brygadowy w którym robota trwała 6 godzin, ale ostatecznie nie wprowadzono tego. Nie mieliśmy jeszcze wówczas przewodniczącego, więc o wszystkim decydowaliśmy kolegialnie. Naczelny inżynier Juras zaproponował nam podpisanie dokumentu, w którym mieliśmy wziąć odpowiedzialność za kopalnię. Opinie wśród nas były podzielone, ale po skontaktowaniu się z KWK „Manifest Lipcowy” otrzymaliśmy dyrektywę, że mamy absolutnie nic nie podpisywać. O tego typu sprawach miał decydować Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Z nimi kontaktował się Andrzej Bednarski. Niestety nie pamiętam, czy sprawa ta została załatwiona przez telefon, czy też Andrzej udał się na „Manifest” celem przedstawienia sytuacji.

Czym zajmowałem się w czasie strajku? Jako pracownik G3 (oddział wydobywcy) wraz z Ewaldem byliśmy odpowiedzialni za zabezpieczenie dołu kopalni. Byłem strzałowym i kombajnistą, więc musiałem chodzić na odprawy do dozoru. Ci tymczasem przedstawiali nam niemal katastrofalną wizję tego, co dzieje się pod ziemią (dozór wowczas nie strajkował). Oczywiście wszystko to było czynione na złość protestującym, gdyż dozór chciał, aby pomimo strajku praca odbywała się normalnie. Nie mieliśmy wyboru, więc pytaliśmy najbardziej doświadczonych członków załogi, czy rzeczywiście na danym oddziale sytuacja wygląda tak tragicznie, jak przedstawiają to przełożeni. Na szczęście to byli ludzie z dużym stażem pracy i wiedzieli, że nic złego się nie dzieje. W kilku przypadkach należało interweniować, ale dozór nie miał żadnego poważania u górników i jedynymi osobami, które mogły przekonać ich do pracy, byliśmy my. Nam wierzono i ufano. Moj ówczesny kierownik był człowiekiem bardzo narwanym. Miał pretensje, ponieważ gdy zażądał zjazdu to nikt nie chciał się ruszyć, ale gdy ja lub Ewald poprosiliśmy, to nagle znajdowało się dziesiątki ochotników. Cóż, pokutowały lata traktowania ludzi jak bydło. Ileż razy prosty górnik słyszał od niego „spierdalaj”.

Bodajże w drugi dzień strajku przeszliśmy z systemu rotacyjnego na okupacyjny. Pamiętam, że załoga była mocno zbulwersowana względem postawy naszej kopalnianej komórki partyjnej. Oni bali się wyjść do ludzi i przemówić. Siedzieli więc w komitecie zakładowym i tyle ich widziano. Ja jako odpowiedzialny za dół kopalni często byłem zmuszony zjeżdżać pod ziemię. Do tego dochodziły odprawy z dozorem i wspominam sytuację, jak chciano z zakładu wyrzucić jednego nadsztygara, bo po prostu zaczął siać zamęt. Wiele osób się bało i, jak już mówiłem, wspominało to, co działo się na Wybrzeżu dekadę wcześniej. Nie wiedzieliśmy, co się z nami stanie. Czy nas pozabijają, czy aresztują... Sam w 1976 roku, kiedy to miały miejsce wydarzenia w Radomiu, byłem na Wybrzeżu. Mówiono nam, że miejscowi niechętnie patrzą na ludzi ze Śląska. Na wagonach często widzieliśmy różne napisy adresowane do nas. Polecieliśmy samolotem do Gdańska i kierownik wycieczki przestrzegał nas przed afiszowaniem się miejscem pochodzenia. Tymczasem po przylocie zostaliśmy bardzo miło przywitani. Nie było absolutnie żadnych problemów i nic z tego, co mówiono, nie sprawdziło się. Tak starano się skłócić robotników z różnych części kraju. Propaganda władz celowała w ten punkt. Dobrze to pamiętam.

Tego drugiego dnia na kopalni miała miejsce Msza Święta. Odbyła się na wyraźne żądanie załogi zakładu. Odprawił ją nasz proboszcz, ksiądz Dyrda. W czasie nabożeństwa zbierano pieniądze, z których część przeznaczono na rodziny ofiar wypadku w KWK „Halemba”, który miał miejsce w tamtym czasie. Zginęło kilku kolegów... Z tej zbiórki zbudowano później również pomnik. Ksiądz Dyrda przywiózł figurę Świętej Barbary, która stanęła na cechowni. Kto chciał, zawsze mógł się pomodlić. Później namalowano także obrazy Swietej Barbary, które powieszono przy wejściu do szybu, pod ziemią.

O porozumieniach z Gdańska i Szczecina dowiedzieliśmy się od działaczy z „Manifestu Lipcowego”. Do tego momentu atmosfera była niesamowicie napięta i brakuje słów, aby to dziś opisać. Po otrzymaniu wiadomości o podpisaniu Porozumień Jastrzębskich na kopalni zapanowała euforia. Ludzie byli pełni nadziei, że teraz wszystko się zmieni i będziemy traktowani jak ludzie. Potem powstał Zakładowy Komitet Robotniczy. Ja zostalem przewodniczącym oddziałowym oraz członkiem plenum. Potwierdzam również sytuację, w której Grzegoszczyk zdecydował się publicznie podziękować Edwardowi Gierkowi. Była nawet przygotowana depesza do pierwszego sekretarza, ale została ostatecznie wstrzymana. Gierek był człowiekiem stąd, więc wiele osób, mimo, wszystko czuło do niego sentyment.

Gdy ochłonęliśmy to trudno było nie zauważyć, że wszystko powoli wraca na stare tory. Dyrekcja ciągnęła w swoją stronę, ale i my mieliśmy możliwości, by wyrażać swoje zdanie. Próbowano wywierać nacisk na ludzi, aby przychodzili do pracy w dni wolne. Kupowano górników za 200 zł, gdy tymczasem sztygar otrzymywał 500 zł. Pamiętam taką sytuację, gdy nasz przewodniczący Grzegoszczyk miał urodziny. Otrzymał wówczas od dyrektora kopertę, w której było bodajże 1000 zł. Dowiedziałem się o tym od Ewalda. Zdecydowałem, że nie można tego tak zostawić, bo nagroda dla przewodniczącego nie została przyznana przez dyrektora z jego własnej kieszeni, ale z funduszu zakładowego. Jakim prawem? Wystąpiłem z tym na plenum, choć przekonywano mnie, że lepiej nie dotykać tego tematu, bo może to się skończyć w niemiły sposób. Mimo to wystąpiłem z takim pytaniem do dyrektora. Ten początkowo był twardy, ale ostatecznie przyznał, jak wyglądała sprawa. Dziś można podejrzewać, że chodziło o pokłócenie nas. Tym bardziej, że na innych kopalniach robiono podobne rzeczy. Grzegoszczyk nie miał do mnie o to nigdy pretensji, choć narzekał, że Ewald powiedział mi o tym. Później nasz przewodniczący uciekł w czasie wyjazdu do Włoch... Wracając jednak do sytuacji po podpisaniu Porozumień, to trzeba powiedzieć, że siła głosu pracowników wzrosła. Z tym często nie potrafili sobie poradzić sztygarzy i kierownicy. Wcześniej mogli robić to, na co mieli ochotę. Wrzeszczeć na ludzi i przeklinać ich. Ile razy wymieniano szyby w okienku na cechowni poniewaz kierownik tak delikatnie je zamykał gdy ktoś się zwracał z jakąś proźbą o wolne. Po sierpniu musieli się hamować. Była taka sytuacja, że na moim oddziale kierownik złapał młodego chłopaka, który spał na zmianie. Chciał go natychmiast zwolnić. Zdecydowałem się wstawić za młodym, przecież można było dać mu naganę lub przenieść, ale nie natychmiast zwalniać. Kierownik był nieugięty, więc poszliśmy do Jurasa i tam osiągnęliśmy kompromis. Chłopak został na kopalni, a mimo to miał potem do mnie i tak pretensje, że został przeniesiony. Cóż, dziwna wdzięczność.

W maju 1981 roku nie byłem we Włoszech, gdzie udał się m.in. Ewald. W tym czasie pojechaliśmy do Szczecina wraz Władysławem Skowronem i Józefem Fludrem, Bronkiem Śliwowskim był też Andrzej Szymczyk i jszcze inni, na uroczystość poświęcenia sztandaru ziemi pomorskiej. Wyjazd miał charakter rewizyty, gdyż na Barbórkę 1980 roku na naszą kopalnię przyjechali pracownicy Stoczni Szczecińskiej, wtedy im. Adolfa Warskiego. Przed ich przybyciem często słyszeliśmy, że nasze zarobki w porównaniu z ich wypłatami są za wysokie, bo przy spawaniu kadłubów pracuje się równie ciężko. Cóż, przyjechali, weszli na przodek, zobaczyli jak wygląda praca górnika i... wyzbyli się jakichkolwiek wątpliwości. Jeden z nich był wręcz zszokowany. Mówił, że tu pracują jakieś czarne „diabły”, które tylko zęby i oczy mają białe. Kurz, dym, temperatura, po prostu warunki zupełnie nie do pracy. I już nikt z nich nie wspominał nic o żadnym spawaniu. 2 maja 1981 roku pojechaliśmy do Szczecina. Odbyła się tam uroczysta Msza Święta, poświęcenie sztandaru ziemi pomorskiej, a także spotkaliśmy się z działaczami związków zawodowych z Norwegii. Oni przekazali nam później specjalistyczną maszynę off-setową, z powodu której miałem w czasie stanu wojennego niemałe kłopoty. My na Wybrzeżu, a druga grupa pojechała do Włoch. Gdy dowiedziałem się o ucieczce Grzegoszczyka I innych byłem bardzo rozczarowany. Nikt się tego nie spodziewał.

Co do stanu wojennego, to nie powiem nic odkrywczego, że był on dla nas kompletnym zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się, że rząd może wprowadzić stan wyjątkowy, bo sytuacja stawała się zapalna. Ale nie wojenny! Wojna z narodem? Coś wisiało w powietrzu, a władze kopalni i dozór przestawały liczyć się ze zdaniem załogi. To poszło jak burza. W sobotę, 12 grudnia wróciłem z II zmiany i położyłem się spać. Rano żona poszła do kościoła. Obudził mnie syn, który chciał obejrzeć „Teleranek”, ale zamiast programu w telewizorze widoczny był czarny ekran. Sądził, że sprzęt się zepsuł. Sprawdziłem czeskie kanały, do których mieliśmy dostęp i okazało się, że nadają normalnie. Chwilę potem zapukał do drzwi mój kolega, Bogdan Bliźniak. Powiedział, że jest wojna moja rekcja byla spontaniczna powiedziałem do niego ze chyba zwarjował, wtedy powiedział do mnie wyjrzyj przez okno. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem wojskowe czołgi i skoty wojskowe. Następnie przyszedł po mnie Ewald Kudla, że mamy jechac na kopalnie bo Józek Fluder przyslal po nas. Mówił o tym, że aresztowano wiele osób. Poszła plotka, nieprawdziwa, że zatrzymano Zbigniewa Czuczmana. Później mówiono, że Bronisław Śliwowski obiecał prokuratorowi, że w naszym zakładzie nie będzie strajku, toteż wtedy dali nam spokój. Dziwne to wszystko było. Zostawiłem syna u sąsiadów na dziesiątym piętrze i pojechałem na KWK „XXX-lecia”.Rzecz działa się w niedzielny poranek, więc na kopalni nie było wiele osób. To przecież nie był dzień roboczy. Ludzie wyjechali z nocnej zmiany i autobusami dojeżdżali kolejni, gdy dowiadywali się, co się stało. Wszędzie było pełno czołgów. Nie mieliśmy pojęcia, jak to wszystko się zakończy. W zakładzie gęstniał tłum. W poniedziałek podjęto ostateczną decyzję o strajku. Pamiętam oczywiście spotkanie z pułkownikiem, który spokojnie tłumaczył nam, czym jest stan wojenny. Co nam grozi za niepodporządkowanie się. Prawdą jest też, że przysłał dla nas jedzenie z jednostki wojskowej. Z armią mieliśmy bardzo poprawne relacje. Mimo wszystko nie spodziewaliśmy się, że może dojść do pacyfikacji. To zagrożenie dotarło do nas dopiero w momencie, kiedy czołgi otoczyły zakład. Ludzie naprawdę się bali. Nas ponownie uczynili odpowiedzialnymi za dowodzenie strajkiem, jako że mieliśmy doświadczenie w tej materii. Przydzielono mi, tak jak w 1980 roku, zabezpieczenie dołu kopalni. To była powtórka z historii, gdyż znów dozór robił swoje, a my swoje. Nic nowego. „Jedynie” stan wojenny i czołgi były nowością. Przypominam sobie sytuację z telewizorem, który wstawiliśmy do Hali Zbornej, żeby ludzie widzieli, jakie głupoty o nich mówią w „Dzienniku”. Poszliśmy do sekretariatu, ale sekretarka za wszelką cenę nie chciała nas wpuścić. Przecież telewizor należał do dyrektora, więc jak tak można? Ano można, bo ten telewizor nie jest prywatną własnością dyrektora, tylko kopalni. Zabraliśmy go, ale oczywiście po strajku odnieśliśmy w nienaruszonym stanie. Mimo to później miałem duże problemy z tego powodu.

Sytuacja z esbekiem grożącym bronią, o której wspominał Ewald, miała miejsce w ostatni dzień strajku. Nasz ksiądz chciał pojechać na „Manifest Lipcowy”, ale go nie wpuszczono. Po powrocie opowiedział nam, że rozpoczęła się tam pacyfikacja. Dostaliśmy wezwanie do dyrektora, aby porozmawiać o zakończeniu protestu. Wszystko jakoś się toczyło i do omówienia została kwestia związana z podstawieniem autobusów pod kopalnię, które miałyby odwieźć ludzi do domów. Odczytano dziesięć nazwisk osób odpowiedzialnych za dowodzenie protestem. Wtedy ten ksiądz wstał i powiedział, że „na "Manifeście" oszukaliście i zaczęliście strzelać do strajkujących. Wspomniany esbek wpadł w szał i groził, że nas pozabija. Że „nie liczą się ofiary, że wjedzie czołgami i rozpierdoli całą kopalnię”. Pamiętam sytuację, kiedy ludzie jedli śniadanie. W pewnym momencie obok zakładu przejechały czołgi. W środku wszystko było przeszklone i zaczęło się trząść. To był jeden wielki huk. Wrażenie było, że to zaraz na nas poleci. Uświadomiłem sobie, jaki może być koniec. Powiedziałem do Ewalda, że lepiej, żeby nas dziesięciu odpowiadało za sytuację, niż za kilka lat przyszłaby do któregoś z nas matka czy żona zabitego górnika i powiedziała: „To przez ciebie, gnoju”. Ewald był bardziej radykalny niż ja, ale dał się przekonać. Lepiej, żeby na nas psioczyli, niżby miało dojść do tragedii. Oni byli zdolni do wszystkiego. Fluder zapytał, jakie mamy gwarancje, że wszyscy opuszczą kopalnię i nie zostanie użyta siła. Ostatecznie stanęło na tym, że esbek miał być „zakładnikiem”. Wściekł się, gdy usłyszał tą propozycję, ale przystał na nią. Wyszliśmy z gabinetu dyrektora, aby przedstawić załodze warunki, na jakich kończymy strajk. Był z nami Naczelny Inżynier Juras. Gdy weszliśmy na Halę Zborną usłyszeliśmy to, co spodziewaliśmy się usłyszeć. Że jesteśmy „zdrajcami, sprzedawczykami i chujami”. Najbardziej radykalni byli młodzi, którzy na kopalni odrabiali wojsko. Wielu z nich po zakończeniu protestu na „XXX-lecia” pojechało na kopalnie Borynia tam trwał jeszcze strajk. Pamiętam jednego młokosa, który z nożem doskoczył do Jurasa i Bóg jeden wie, co chciał zrobić. Stanąłem w jego obronie i na szczęście nic się nie wydarzyło. Później Juras nam pomagał, a w czasie rozprawy zachowywał się bardzo poprawnie. W „nagrodę” za to wstrzymano mu awans. Po opuszczeniu kopalni wróciłem do domu. Nie aresztowano nas. Zakład wznowił normalne wydobycie, ale następnego dnia po strajku pracowali tylko ci, którzy chcieli i czuli sie na silach. Większość po prostu nie miała siły. W następnych dniach wszystko wróciło do normy, choć obawiałem się zatrzymania. Spałem wówczas u kolegi Władka Skowrona, wprawdzie w tym samym bloku, ale jednak poza domem. Gdy 20 grudnia aresztowano Andrzeja Szymczyka, a potem zaraz Fludra, byłem pewien, że przyjdą i po mnie. Ale nie przychodzili. Uspokoiłem się, wróciłem do domu. Byłem niemal pewien, że jednak dadzą mi spokój. Przyszli 6 stycznia 1982 roku. Wróciłem z nocnej zmiany i położyłem się spać. Nie wiedziałem, że dzien wczsniej zabrali Ewalda. Żona wyprawiła syna do szkoły i udała się na zakupy. Z wizytą przebywał u nas teść, z którym rozmawialiśmy po moim przebudzeniu się. To było wczesne popołudnie. Ktoś zapukał do drzwi. Początkowo nie domyśliłem się, o co chodzi. Kiedy jednak zobaczyłem kilku facetów w panterkach i z pałami wiedziałem, w jakim celu przyszli. Wówczas nie przeprowadzili rewizji w mieszkaniu. Zrobili to później, gdy już siedziałem w areszcie. Kazali mi zabrać dowód osobisty i iść z nimi. Pożegnałem się z żoną. Spodziewałem się, że nie wrócę, ona zresztą też. Prosiłem ją po cichu, żebym jakoś przekazał wiadomość, że mnie aresztowali. Powiedziałem jej, aby poinformowała o tym kolegę Wladka Skowrona, u którego nocowałem zaraz po zakończeniu strajków. Oni słyszeli, że coś jej powiedziałem po cichu i potem nie dawało im to spokoju. Zabrali mnie na Komendę Miejską w Jastrzębiu i tam przesłuchiwali przez trzy dni. Ciągle pytali, co przekazałem żonie. Odparłem, że powinni ją o to pytać. Przesłuchujący zaczął mnie wyzywać od najgorszych, wrzeszczeć, że przeze mnie kopalnia nie stanie. Kazał mówić o strajkach i zdawać relację z tamtych wydarzeń. W końcu dowiedziałem się, że jestem aresztowany. Zabrali mnie do celi. Godzinę później ponownie wezwali mnie na przesłuchanie. Pytali o wspomnianą maszynę off-setową z Norwegii. Marian Szczepkowski powiedział im, że ja byłem odpowiedzialny za ukrycie tej maszyny, tymczasem ona była bezpieczna. Sądzili, że można na niej drukować ulotki. Wyzwiska od skurwysynów były tam normą, a przesłuchiwała mnie taka łachudra, sierżant Król. Później spotkałem go na mieście. Szliśmy z Ewaldem i Fludrem do kościoła i zauważyliśmy mężczyznę w płaszczu z postawionym kołnierzem. To był on. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wtedy coś we mnie wstąpiło. Chwyciłem go za ten płaszcz i gdyby nie Ewald I Fluder, którzy odciągnęli mnie od tej łachudry, to zatłukłbym na miejscu. Jeśli miałbym wówczas coś w ręce, to nie wywinąłby mi się. On zresztą z wrażenia zaniemówił. Potem w kościele ksiądz widząc, w jakim jestem stanie, nie wierzył w to, co miało przed kilkunastoma minutami miejsce.

Na Komendzie Miejskiej w Jastrzębiu byłem kilkakrotnie bestialsko i bezprawnie pobity. Przesłuchiwali mnie dwa razy dziennie. Król lubił bawić się pałką, podkreślał tym swoją władzę i wyżywał na aresztancie, wiedząc, że jest bezkarny. Dał mi kartkę, abym przygotował list do żony. Napisałem w nim, by przekazała synowi Rafałowi, jakim byłem człowiekiem, o co walczyłem i jakie miałem poglądy. Król wziął tę kartkę i zaczął czytać. Spytał, jakie mam poglądy. Odpowiedziałem, że powinien o to zapytać mojej żony. Wpadł w szał. Wyjął pistolet i magazynek. Wysypał amunicję na biurko i groził, że zabije. Dla niego byłem skurwysynem i nikim więcej. Oni wszyscy zresztą byli na „Solidarność” wściekli, bo istniała plotka, że będziemy ich wieszać na latarniach w Jastrzębiu. Potem przyszedł jakiś oficer w towarzystwie dwóch szeregowców. Odprowadzali go. On się ubierał i powiedział: „Masz noc na zastanowienie się. Potem będziemy rozmawiali my. I ta rozmowa będzie inna. Zaprowadzili mnie na tzw. dołek i tam znów wypytywali o tą maszynę z Norwegii i o inne sprawy. Nic im nie powiedziałem. Nie chciałem wyjść na idiotę. Nie po to robiłem, to co robiłem, żeby „sypać”. Zabrali mnie do celi. Tam też w nocy przywieźli Zenona Zandlera. Następnego dnia tradycyjnie zabrali mnie na przesłuchanie, ale z udziałem tego oficera. Otworzył kajet i powiedział: „Pracowałeś na kopalni skurwysynu, więc masz zdrowe serce, będziemy cię inaczej przesłuchiwać”. Poustawiali krzesła w charakterystyczny sposób, który nazywali „konfesjonałem”. Wyciągnęli węże ciśnieniowe i kasete magnetofonową. „A teraz skurwysynu, będziesz nagrywał”. A ja dalej swoje, że nic nie wiem i nie pamiętam. Bili mnie pałami pod kolanami. Po uderzeniu dotknąłem biurka butami i usłyszałem, że nie dość, że nie chcę gadać, to jeszcze niszczę sprzęt służbowy. Dostałem jeszcze kilka uderzeń palkami, więc byłem nieco otępiały z bólu. Nadal nie odpowiadałem na pytania, więc bili mnie dalej. Trwało to pół godziny, może dłużej. Oficer ponownie zapytał, czy mam zdrowe serce. Kazał przynieść kabel podłączony do prądu. „Odświeżymy mu pamięć”. Wtedy przyszedł Król. Kazał mi wstać z „konfesjonału” i powiedział do pozostałych, że mają dzwonić po samochód, żeby mnie wywiieżć do lasu. Podniósł słuchawkę, zadzwonił gdzieś i powiedział: „Zrobicie z tym skurwysynem to, co z tamtym”. Nie muszę mówić, co czułem i jaką miałem minę. To było popołudnie. Król kazał mnie wyprowadzić z pomieszczenia, ale na szczęście odstawiono mnie do celi. Następnego dnia kolejne przesłuchanie. Wtedy nie bili palkami, ale dostałem pięścią w twarz. Uderzył mnie szef jastrzębskiej Komendy Miejskiej. Ale nic ze mnie nie wydusili. Przyszedł Król i zaczął wrzeszczeć, że przeze mnie musi zjeżdżać pod ziemię na kopalni i szukać tej maszyny, a przecież „skurwysynu, co ja ratownikiem jestem?!”. Wtedy się zawziąłem. Byłem na nich wściekły za te tortury. Przyrzekłem sobie, że niech się dzieje co chce, ale nic nie powiem. Odprowadzili mnie do celi. Następnego dnia, 8 stycznia rano, zabrali mnie na ostatnie piętro komendy. A tam stolik, krzesła. Przyszedł mężczyzna, bardzo miły, spokojny i opanowany, zapytał czy nie napiję się kawy. Przyniesiono kawę, usiadłem przy stoliku. Pokazał mi zdjęcia z obchodów pierwszej rocznicy strajków i odsłonięcia obelisku na „Manifeście Lipcowym” i spytał, czy kogoś poznaję. Na jednym był Zenon Zandler, z którym siedziałem w celi. No to ja mówię, że „tego faceta skądś znam, ale nie kojarzę jego nazwiska”. On na to: „Ten skurwysyn to niezły pistolet, ale my go też dostaniemy”. A Zandler ze mną siedział (śmiech). Niezłą mieli komunikację między wydziałami. Ale takich sytuacji było więcej. Na przykład przywieźli człowieka, którego syn działał w związkach, ale w czerwcu dostal wlasne mieszkanie i nie mieszkał z rodzicami. Milicja o tym nie wiedziała. Wpadła do mieszkania, aresztowała Bogu ducha winnego człowieka i potraktowała tak, jak traktowano działaczy „Solidarności”.

Dopiero po paru dniach zorientowali się, że zabrali nie tego człowieka. Facet podał mi kartkę, abym napisał oświadczenie, napisalem, że działałem w komitecie strajkowym i że jestem członkiem związku. On to przeczytał i powiedział: „No, panie Matusiak. Myślałem, że jest pan mądrzejszy. Poszedłby pan do domu, a tak jest pan internowany”. Zmienił ton wobec mnie i kazał odprowadzić na celę. Gdy opowiedziałem Zandlerowi sytuację, to poinstruował mnie, abym zażądał warunków takich, jakie powinien mieć internowany. Powiedziałem to klawiszowi, a ten oczywiście zwyzywał mnie od skurwysynów i powiedział, że następnego dnia dowiem się, jak wygląda internowanie. 9 stycznia mieli odwieźć nas do Katowic. Pamiętam siarczysty mróz, który wówczas panował. Zapakowali Zandlera, mnie i paru innych do metalowej suki. Było niesamowicie zimno. Pojechaliśmy. W pewnym momencie suka stanęła, podobno celem zatankowania. Podszedł do nas kierowca i mówi, że teraz jedziemy do ruskiej granicy. Dobrze się bawili. W końcu zawieźli nas na Komendę Wojewódzką w Katowicach, nazywaną „pentagonem”. Umieścili nas w celi pod ziemią. Jedna żarówka, krzesła i stół przykręcone do podłogi, jakiś kibel obudowany starymi deskami. Zenek próbował się na nim przespać i zdrętwiały mu nogi. Po jakimś czasie przyszli po niego, a że nie mógł chodzić, to zciagnol go i kopali. Za chwilę przyszli także po mnie. Gówniarze, chłopaki po dwadzieścia lat. Kazali biegać między piętrami i meldować każdemu po kolei, gdzie idę. Gdy w końcu dotarłem do jakiegoś pokoju, kazano mi się rozebrać do naga i ćwiczyć. Musiałem robić przysiady i pompki. Myślałem, że trafiłem to jakiegoś wariatkowa. W Jastrzębiu była paranoja, ale to co było tam, było nie do opisania. Ale tam nie zostałem pobity. Po jakimś czasie odstawili mnie do czteroosobowej celi, w której przebywało dwanaście osób. Na zewnątrz panował mróz, ale tam było niewyobrażalnie gorąco. Nie można było otworzyć okna, a z kranu leciał tylko wrzątek. Nie można było się napić. Klawisz przynosił nam jedzenie w metalowych miskach wojskowych, więc braliśmy je i w nich studziliśmy gorącą wodę. Szybko jednak zorientował się co robimy, więc wpadł i porozwalał wszystko. Musieliśmy oczywiście posprzątać.

Następnego dnia odprowadzono mnie do prokuratora. To był 10 stycznia. Ten człowiek był kapitanem, nazywał się Andrzej Błaszczyk i pochodził z Koszalina. Ja mam dość dużą rodzinę koło Słupska i wielu chłopaków stamtąd służyło wtedy w wojsku. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o sprawie, a potem o tej rodzinie. Opowiedziałem mu, jak mnie katowano w Jastrzębiu. Błaszczyk wezwał lekarza i ten dokonał obdukcji. Dowiedziałem się, że zostanie przedłożona sprawa o nadużycie siły na Komendzie Miejskiej. Potem pokazał mi dokumenty, zeznania i akt oskarżenia. Miałem się z tym zapoznać i podpisać. Zrobiłem to. Zeszliśmy na temat mojej rodziny spod Słupska. Ten prokurator był wobec mnie bardzo w porządku. Spytał, czy nie chcę skorzystać z toalety i dał sygnał, że możemy być podsłuchiwani. Wyszliśmy do toalety i wtedy powiedział mi, że ma ogromny szacunek do takich ludzi jak ja i moi koledzy. Różni nas to, że on ma mundur, a ja jestem cywilem. Tłumaczył się, że nie mógł odmówić współpracy z reżimem, bo jest stan wojenny. Wiadomo, jaka wówczas kara ciążyła na wojskowych, którzy nie podporządkowali się rozkazom. Zapytał, czy chcę przenieść się do aresztu na Mikołowską i sugerował, że tam będę miał lepiej z uwagi na istniejący oddział dla więźniów politycznych. Zgodziłem się.

Po przewiezieniu do aresztu śledczego na Mikołowską ta sama procedura, co zawsze. Rozbieranie się, depozyt itd. Siedziałem w celi z chłopakiem z Huty Katowice - Wojtkiem Zimowskim, który dostał 3,5 roku więzienia za działalność w komitecie strajkowym w Hucie Katowice. Oni tam wymyślili niezły numer, bo tytuł Pierwszego Hutnika tego zakładu przyznano kiedyś samemu Leonidowi Breżniewowi. Gdy wybuchł protest, to oni wydrukowali telegram, w którym... zapraszali przywódcę Związku Radzieckiego na strajk! Ten chłopak kręcił korbą przy powielaczu. Gdy to usłyszałem, to przeraziłem się, że my, jako przywódcy strajku, dostaniemy minimum 15 lat. W Katowicach byłem od 10 stycznia do 23 lutego, czyli dnia rozprawy. Areszt w Jastrzębiu w dniach od 6 do 9 stycznia uznano za nadgorliwość miejskiej milicji, a ja w akcie oskarżenia mam wpisane, że zatrzymano mnie właśnie 10 stycznia. Po dwóch dniach przenieśli mnie do celi z Janem Bożkiem z „Manifestu Lipcowego”, Wiesławem Zawadzkim z „Piasta”, który kierował tam strajkiem i Staniskiem Saternusem z „Wujka”oraz Henkiem Zakiem z Huty Belldon. Przez te kilka tygodni nic się nie działo. Zwykła więzienna rutyna. Spacery, posiłki, rozmowy, raz w tygodniu kąpiel, strzyżenie. W celi mieliśmy głośnik, więc mogliśmy słuchać niedzielnej Mszy Świętej. Czekałem na widzenie z żoną, ale władze więzienia nie chciały do tego dopuścić z uwagi na moją poobijaną twarz i sine plecy. Argumentowali to brakiem adwokata. W końcu pod koniec stycznia przyjechała do mnie. To ona opowiedziała mi o Łobodzie, który został zwolniony, bo wygrał z esbekiem w szachy. Spytała, czemu ja wobec tego nie zrobiłem podobnie. Mówiła o problemach syna Rafała w szkole. Miał taką nauczycielkę, zaciekłą działaczkę partyjną, która odgrywała się na nim za wyczyny ojca. Takie to były czasy. Żona dała mi czekoladę, bo nic więcej nie można było wziąć. Po widzeniu miałem rewizję osobistą. Sprawdzała mnie taka młoda dziewczyna. Przejrzała wszystko, łącznie z tą czekoladą. Dosłownie wszystko. Byłem na nią wściekły, ale co mogłem zrobić.

W końcu doszło do spotkania z adwokatem. Poznałem akt oskarżenia i różne tego typu dokumenty. Sprawa zaczęła nabierać tempa. Najpierw była rozprawa ludzi z KWK „Wujek”. Pamiętam sytuację, gdy dla Saternusa prokurator zażądał dwanaście lat więzienia, a miał dwa lata do emerytury. Na szczęście uniewinili go. Potem przyszła kolej na nas. Sędzia był nam przychylny. Nazywał się kap. Józef Medyk, naprawdę porządny człowiek. Za postawę wobec oskarżonych też zapłacił swoją karierą. Mówił protokolantom, co mają zapisywać, a czego nie. Nawet prokurator w końcu powiedział, że nie może być tak, że sędzia jest adwokatem oskarżonych i wystąpił o jego zmianę. Na początku procesu zdarzyła się taka niemiła sytuacja, gdy prowadzono nas na salę rozpraw. Dowódca konwoju przy skuwaniu kajdankami powiedział, abyśmy nawet nie myśleli o ucieczce. Tam wszystko było tak obstawione, że nikomu to przez myśl nie przeszło. „Odparowałem” mu, żeby nam jeszcze powiedział, jak mamy to zrobić. I posypały się natychmiast tradycyjne wyzwiska. Wyciągnął pistolet: „Tylko spróbuj skurwysynu”. Zaczęła się rozprawa, a ja nie chciałem tej sprawy zostawić bez komentarza. Zażądałem prawa głosu, choć inni szarpali mnie, żebym siedział cicho, bo będą jeszcze większe problemy. Mimo to wstałem i stwierdziłem, że nie chcę, abyśmy byli tak traktowani i wyzywani, bo nie zasłużyliśmy sobie na to. Sędzia kazał nas wyprowadzić i na osobności porozmawiał z dowódcą konwoju. Nastepnęgo dnia zmieniono dowódcę konwoju. Rozprawa trwała pięć dni. W tym czasie były przemowy i przesłuchania. W międzyczasie zgłosił się jako świadek mój kierownik z KWK „XXX-lecia”. Jego zdanie też wzięto pod uwagę przy wygłaszaniu wyroku, który brzmiał: pieć lat pozbawienia wolności, ale... odstąpiono od wykonania kary! Podobnie uczyniono wobec kilku kolegów, a innym dano „zawiasy”. Niesamowita ulga i radość. W czerwcu mój syn miał iść do Pierwszej Komunii Świętej. Nie muszę mówić, jak cieszyłem się, że będę mógł ze spokojem uczestniczyć w tej uroczystości.

Sądziliśmy, że po całym tym przykrym zamieszaniu wrócimy do domu i do pracy. Myliliśmy się. Następnego dnia pojechaliśmy z Ewaldem na kopalnię. Tam dowiedzieliśmy się, że mamy czekać na wezwanie z zakładu. W końcu przyszedł telegram. Po dotarciu na „XXX-lecia” zdziwienie, bo znów chcą nas sądzić. Cała ława dyrektorów, komisarzy wojskowych i sekretarzy partyjnych. Dyrektor Twarogowski zapytał mnie, co zrobię, jeśli powtórzy się cała ta sytuacja. Odparłem, że byłem już raz sądzony i więcej nie muszę tego robić. „Takie jest pańskie zdanie?” - zapytał. Tak, takie jest moje zdanie i gdyby była potrzeba, to zrobiłbym to raz jeszcze. „To proszę wyjść i czekać na decyzję”. Po dwóch dniach dowiedziałem się, że wraz z Ewaldem wracamy na kopalnię. Jego przyjęli z uwagi na czwórkę dzieci, a mnie prawdopodobnie dzięki temu mojemu kierownikowi. Przynajmniej tak twierdził Juras. Dostałem stanowisko, na którym byłem popychadłem. „Przynieś, wynieś, pozamiataj”. Po jakimś czasie nadsztygar poinformował mnie, że zostałem przydzielony do przodka jako strzałowy. Zgodziłem się, ale postawiłem warunek, że ludzi do pracy wybiorę sam. Przecież mogli mi kogoś przydzielić, kto wyniesie jakiś materiał wybuchowy lub zrobi coś za moimi plecami! Na to nie chciano się zgodzić, więc zrezygnowałem. Zbyt wielkie ryzyko. Zresztą, dyrektor na samym początku mi zaznaczył, że przyjmują mnie warunkowo, a i tak prędzej czy później pozbędą się z kopalni. Potem nabawiłem się kłopotów z kręgosłupem. Przyznano mi trzecią grupę inwalidzką i dostałem rentę. Po miesiącu wezwano mnie do Rybnika na komisje. A tam lekarka informuje mnie, że jestem zdolny do pracy. Nawet nie zajrzała do dokumentów! Pytam, czy to kara za przynależność do „Solidarności”? A ona na to, że mam się wynosić, bo wezwie milicję. Tak nas traktowano. Pamiętam sytuację, gdy mieli naliczyć mi zasiłek chorobowy. Zrobili to, ale według stawki... pobytu w areszcie,a placona nam 50% stawki zaszeregowania a bylo to wowczas okolo 250zl a w akordzie zrabialo sie okolo 600zl.. A przecież liczy się za trzy ostatnie w pełni przepracowane miesiące. Odwołałem się od tej decyzji, ale wtedy dyrektor przypomniał mi sprawę z telewizorem i powiedział, że nie widzi powodu, aby mi pomagać. Mam „spierdalać”, bo teraz on tu rządzi. W końcu poszedłem do komisarza wojskowego. Ten nie miał wobec mnie złych zamiarów, ale jak sam przyznał, jest pułkownikiem lotnictwa i zna się na górnictwie, tak jak ja na gwiazdach. „Przysłali mnie tu do pilnowania porządku i tylko dlatego tu jestem”. Ostatecznie to Zakład Ubezpieczeń Społecznych w Rybniku uznał moją rację. Do tego doszły coraz większe problemy syna w szkole. Potem ktoś pomalował pewnemu ormowcowi z naszego bloku samochód i oskarżenie natychmiast padło na nas. Byliśmy po prostu zaszczuci. Ewald miał kolegę, który miał znajomego w milicjanta w komedzie, on zajmował się przestępstwami gospodarczymi. Ten milicjant powiedział mu, że „Matusiak szybko wróci tam, skąd wyszedł”. Nie mogliśmy spać po nocach. Stąd też podjęliśmy decyzję o opuszczeniu ojczyzny. Jeszcze w areszcie na Mikołowskiej w Katowicach rozmawiałem z Janem Bożkiem o ewentualnej emigracji. On miał kontakt ze związkami zawodowymi z Kanady i powiedział, że przy jakiejkolwiek decyzji o wyjeździe do tego kraju, mogę się na niego powołać w ambasadzie. Tam też udaliśmy się na początku. Do Niemiec nie chciałem jechać z różnych względów. Brałem pod uwagę Australię, ale żona nie chciała uciekać tak daleko. Ambasada kanadyjska przyjęła nasze dokumenty, ale wówczas jeszcze nie podjęto decyzji, czy przyjmują uchodźców politycznych z Polski. Poinformowano nas natomiast, że taką decyzję podjęła Szwecja. Jeśli zależy nam na czasie, to najlepiej byłoby zgłosić się właśnie tam. W szwedzkiej ambasadzie przyjęto nas bardzo miło. Po kilku dniach mieliśmy się zgłosić na tzw. interview. Wszystko poszło świetnie, więc wszyscy razem (z Fludrem i Kudlą) złożyliśmy w tym samym dniu wnioski o paszport. Dali, ale w jedną stronę. Bez prawa powrotu. Dodatkowo na początku dostali tylko Józef i Ewald, a ja musiałem czekać. Jeździłem do Warszawy, ale ostatecznie także mi przyznano. Być może chcieli nas rozdzielić. Potem pozostawały kwestie spakowania się i zamknięcia spraw związanych z opuszczeniem ojczyzny. Wyjeżdżamy. Z paszportami i biletami w jedną stronę.

Na lotnisku okazało się, że Ewald i ja lecimy do Szwecji, tymczasem Józef Fluder ma pozostać i polecieć innym samolotem do Danii, bo w naszym nie ma już miejsc. Nie chcieliśmy pozwolić, aby nas rozdzielono. Tym bardziej, że w Sztokholmie czekał tłumacz. Postawiliśmy sprawę na ostrzu noża. Albo lecimy wszyscy, albo nikt. Przyjechała milicja. Ostatecznie stanęło na tym, że my lecimy do Szwecji, a Fluder tam dotrze przez Kopenhagę. W Sztokholmie było zimno i padał śnieg. Zostaliśmy na lotnisku w oczekiwaniu na Józefa, który miał przylecieć pierwszym samolotem z Danii. Przybył pierwszy samolot, potem drugi i trzeci. A naszego kolegi ciągle nie było. To czekanie kosztowało nas wiele nerwów, ale w końcu przyleciał czwarty samolot, z którego wysiadł Józef z rodziną. W końcu byliśmy wszyscy razem. Zabrali nas do obozu dla uchodźców, o którym mówił Ewald. Byliśmy w szoku. Dostaliśmy trzypokojowe w pełni wyposażone mieszkania. Kiedy syn zobaczył lodówkę z bananami, pomarańczami i innymi tego typu rarytasami, rozpłakał się. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Przez pół roku tam mieszkaliśmy i uczyliśmy się miejscowego języka. Potem Ewald i Józef wyjechali do Kalmar, a ja Kävlinge. To miasta na południu Szwecji, niedaleko Malmo. Dostałem pracę w zakładach mięsnych.

Do Polski przyleciałem dopiero w roku 1988. Dziś mam jedynie szwedzkie obywatelstwo, bo chcąc odwiedzić ojczyznę, musiałem zrzec się polskiego. Szwedzi nie mogli gwarantować nam bezpieczeństwa, jeśli mielibyśmy podwójne obywatelstwo. Była taka sytuacja, że w 1985 roku zginęła w wypadku matka żony. Chcieliśmy jechać na pogrzeb. Małżonka dostała pozwolenie, a mnie konsul w Malmo wyrzucił z pokoju. Więc różnie to mogło być. Gdyby człowiek wiedział, że to tak szybko upadnie... Dziś podchodzę do całej sprawy tak, że papier to tylko papier. Ważne jest to, co człowiek ma w sercu. Nigdy nie byłem Szwedem i nigdy nie będę. Tak ułożyło się życie, a ja nie jestem z tych, którzy po pół roku pobytu za granicą zapominają języka polskiego. A z takimi też się spotkałem. Starałem się wychowywać syna w polskości i choć dziś zapomina niektórych słów, to wie skąd pochodzi. Obecnie noszę się z zamiarem powrotu i mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży. Chciałbym wrócić do Polski. Liczę, że prezydent przywróci mi obywatelstwo. Jeśli tak się nie stanie, to zachowam szwedzkie. Ale w sercu mam tylko Polskę.