L00048 Marian Nowak

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Mariana Nowaka==

Jastrzębie-Zdrój, 15 VII 2008

Jestem ze Śląska, pochodzę z Katowic. Całe dzieciństwo spędziłem w Mysłowicach, wychowywany byłem w rodzinie robotniczej. Edukację przeszedłem też w tym mieście. Moja mama była wspaniałą kobietą. Przekazała mi wiele wartości, zaszczepiła szacunek do historii. Często wspominała o dziadku, który był powstańcem śląskim i policjantem przed wojną. Zasłużył się, wedle mamy relacji, na rzecz Śląska. Wyszedłem z rodziny patriotycznej, kultywującej tradycję i zwyczaje ojczyste. Zawsze przekazywano mi, bym był przyzwoitym człowiekiem, rodzinnym i uczciwym. Zachowałem te dobre rady na całe życie.

W Mysłowicach, w 1963 roku uczyłem się w szkole zawodowej dla pracujących. Wtedy jeszcze nie myślałem, żeby przenieść się do Jastrzębia Zdroju, ale było to miejsce znane w rejonie, jako „śląskie eldorado”. Po ukończeniu 18 lat postanowiłem zatrudnić się na kopalni, by zarobić troszkę więcej pieniędzy i pomóc finansowo mamie, która szybko owdowiała. Początki pracy zawodowej były bardzo trudne - dostałem ciężką robotę na przodku. W 1970 roku, kiedy zaczęły się pierwsze negatywne nastroje społeczne informacje o tym docierały do mnie tylko szczątkowo. Propaganda społeczna hamowała dojście ich na Śląsk. Z Jastrzębiem Zdrojem związałem się w momencie, kiedy poznałem moją żonę, około 1969 roku.

Pamiętam, kiedy zaczął się budować kościół „na górce”. Zaczęła się wówczas budować przede wszystkim świadomość ludzi, społeczności lokalnej, która potrzebowała duchowego oparcia i w kościele znalazła azyl. Mieszkańcy solidarnie po ciężkim dniu pracy szli stawiać mury kościoła. Znosili represje i utrudnienia, jakie stwarzali pracownicy ówczesnych systemów władzy, milicji itp. W 1980 zaczęły się strajki na wybrzeżu i poczułem, że idzie coś nowego. Robotnicy powstali z kolan i zaczęli domagać się demokratycznych układów w swoim zakładzie pracy. To był wielki ruch społeczny, skierowany nie tylko na polepszenie swojego bytu socjalnego. Wielkim natchnieniem była pielgrzymka Jana Pawła II do Polski, do Warszawy. Powiedział wtedy: „Niech zstąpi duch Twój i odnowi ziemię tę polską ziemię”. To były ważne słowa.

W sierpniu 1980 roku stanęła praca w KWK „Manifest Lipcowy”, a za przykładem poszły wszystkie kopalnie w mieście. Byłem wówczas zwykłym uczestnikiem strajku. Dla mnie i innych robotników był to moment euforii, byliśmy wtedy zjednoczeni i mówiliśmy jednym głosem. Przeszliśmy ogromnie ciężkie warunki podczas strajku, ale znieśliśmy wszystko. Przewodzili nam między innymi Sroka, Repeć, Buszta, później Bożko. W tamtym czasie z ambony „na górce” padały apele, by zasilać szeregi robotników, strajkujących na kopalniach. Potem nastąpił okres „karnawału” Solidarności, który trwał do grudnia 1981 roku. Ciągle trwały prowokacje ze strony władz często dochodziło do strajków. Przez to społeczność zaczęła postrzegać Solidarność, jako element, który spowalnia pracę, przynosi straty i powoduje niepokoje społeczne. Podkreślała to wciąż nagonka medialna w ówczesnych, zniewolonych przez komunizm mediach. Tak dotrwaliśmy do 13 grudnia 1981r. Wiele osób zostało internowanych. W tym „czarnym” grudniu wytrzymaliśmy w okupacji do 15-go. Najpierw doszły nas słuchy o pacyfikacji KWK „Jastrzębie”, przekazał nam to jeden oficer wojskowy. Nas, na KWK Moszczenica było dużo, cała cechownia pełna ludzi. Wojsko jednak stanęło przeciwko narodowi i doszło do momentu, kiedy pod bramy podjechały wojskowe wozy. W ten czas zrozumiałem, że nie tylko tracimy szansę na normalne funkcjonowanie w swoim zakładzie pracy ale jednocześnie, że przegraliśmy znacznie większą walkę. Walkę o wolność słowa i myśli. Z pacyfikacji pamiętam tyle, że najpierw wlano masę wody na teren kopalni i wpadli rozjuszeni zomowcy. Zachowywali się okropnie, nie było w nich ani krzty ludzkich zachowań. Ludzie z pełną determinacją, odwagą i ze łzami w oczach patrzyli zomowcom w oczy. Dwóch z nich lub trzech weszło z karabinem maszynowym na balkony cechowni, żeby jeszcze bardziej wzbudzić w nas strach. Romuald Bożko nawoływał do zachowania spokoju. Oczywiście nie obyło się bez bestialstwa zomowców. Pałowali tych, którzy w jakikolwiek sposób stawiali opór. Krew się lała po każdym uderzeniu pałą. A zomowcy mieli pianę na ustach, zachowywali się niczym automaty jakby byli pod wpływem jakiś środków chemicznych.

Ja zacząłem swoją walkę opozycyjną podziemną krótki czas po strajku. Przez kilka miesięcy robiliśmy zbiórki dla Romualda Bożko, który był internowany. Miałem przyjaciela - Bolka Nowaka, który był oddziałowym, a jednocześnie wspaniałym człowiekiem. On znał dobrze Bożko i zaangażował się w pomoc finansową jemu i jego rodzinie. Romek nie chciał brać od nas pieniędzy, ale przekonaliśmy go, bo długo nie miał jeszcze szans na znalezienie pracy gdziekolwiek z „wilczym biletem”. Bożko przekonał nas, że warto dalej coś robić dla nas samych i „Solidarności”. Ostrzegł przed konsekwencjami współpracy z nim, chociaż to już było wiadomo z góry. Mogło być źle, jakby mnie złapali na działalności podziemnej. Ale coś mnie pchało do tego i dalej drążyłem, angażowałem się w aktywne działania.

Po raz kolejny spotkałem się z Bożko „na górce”, bo jego mieszkanie było pod obserwacją i nie było miejscem bezpiecznym. Gdzieś na jesień zapadły decyzje wstępne, co do współpracy. Nie bardzo wiedziałem, jak działać i nie miałem żadnych pomysłów, na co mogę się przydać. Musiałem się też uczyć konspiracji. Bożko był moim nauczycielem, a jednocześnie sprawdzał mnie, jak sobie poradzę. Miał jedną cechę, akceptowalną, ale trudną – nie chwalił nikogo.

Po kilku spotkaniach byłem już w pełni gotowy do roboty związkowej. Obowiązkiem było nie pić, żeby w żadnym wypadku i w żadnym stanie nie wygadać się i przypadkiem nie wpaść. Dostałem zadanie, żeby zebrać grupę działaczy. Najpierw zaangażowałem Bolka Nowaka, który też chciał coś zrobić na rzecz normalności. Później pogadałem z przyjaciółmi, zacząłem bliżej poznawać wszystkich współpracowników, obserwowałem ich. Szukałem cech, które mogą wskazywać na chęć współpracy i możliwości działania w konspiracji. Byłem bardzo ostrożny w doborze ludzi. Tak dołączył Smudziński Piotr – wspaniały człowiek. Miał upośledzone dziecko, ale nie zawahał się pomóc. Wzorce działania taktycznego braliśmy z lektur np. o Armii Krajowej. Budowanie organizacji było bardzo powolne i mozolne. Następnym był Antek Słonina, rekomendowany i spokojny człowiek, bardzo wartościowy. Kolejni to: Grabowski Józef (pasjonat historii), Mylak Józek, Łabor Alojz. Dziękowałem Bogu, ze trafiłem na odważnych ludzi, którzy nie bali się walczyć o wolną Polskę, pomimo trudnych życiowych sytuacji. Nie każdy, kto miał rodzinę i dzieci chciał się zdecydować na współpracę. A oni nie uchylili się od odpowiedzialności i nie tłumaczyli niczym.

Wszystko działało się na zasadzie łańcuszka: każdy kolejny człowiek w naszej konspiracji szukał następnych zainteresowanych. Na każdym oddziale w kopalni powstawały kolejne komórki. Nowi byli obserwowani - w jaki sposób podchodzą: do życia, do pracy i naszych spraw związkowych. Nigdy nie kontaktowałem tych ludzi z Romanem, wszyscy byli utajnieni i nikt nie znał żadnych nazwisk. Starałem się, żeby jedni o drugich nie wiedzieli za wiele. Trwało to do 1983 roku. Z drużyny zrobił się oddział. Potem wreszcie wszyscy spotkali się z Romanem, który wzruszył się tą naszą aktywnością. Zbieraliśmy pieniądze na działalność związkową. Ja osobiście dokumentowałem składki. Miałem pseudonim – „Jan”. Trzeba podkreślić, że spoczywało na nas ogromne niebezpieczeństwo i prawdopodobieństwo szykan i represji. Uczestniczyliśmy też w mszach za ojczyznę. Jako jeden z delegatów KWK Moszczenica prosiłem o zorganizowanie takiej mszy. Zostaliśmy ładnie przyjęci, ale ksiądz był ostrożny w podejmowaniu każdej decyzji. Na szczęście zgodził się.

Romuald Bożko zorganizował sieć kolportażu i zaangażował nas po jakimś czasie. Dał mi do rozprowadzenia czasopisma: „Ość”, „RiS”, „Robotnik”, „Tygodnik Mazowsze”, „Gazeta Podlaska”, „KOS”, „Manifestacja Gliwicka”, „Biuletyn Dolnośląski”, „PWA”. Do tego rozprowadzaliśmy książki, siatka kolportażu działała solidnie. Nasze sprawy zakładowe poruszane były w „OŚĆ”-i. Wyjeżdżaliśmy na pielgrzymki: do Warszawy na rocznicę śmierci ks. Popiełuszki, Częstochowy, do Piekar, do Mistrzejowic . Czesiu Kopczyński prowadził PTTK „Pielgrzym”, dzięki temu wyjeżdżaliśmy oficjalnie. Razem z nami jeździli pracownicy KWK „Wujek”, mieliśmy zawsze swoje transparenty. Był z nami Jacek Drogowski, bardzo wtedy młody, 20-letni człowiek. Tworzył przepiękne transparenty. Podkreślam, że to były czasy gdzie trudno było o materiał, farby, papier – jednak on zawsze wszystko przygotowywał na czas.

W 1984 roku powstała Tajna Komisja Zakładowa przy KWK Moszczenica na bazie mojej siatki konspiracyjnej. Oficjalnie nie byłem jej szefem, nigdy nie mogłem przecież tego powiedzieć. Byłem niepisanym liderem, ale dla bezpieczeństwa wiedział to tylko Bożko. Później wyklarowało się prezydium tej grupy. W 1988 roku zamyśliwaliśmy nad zorganizowaniem strajku. W maju próbował Manifest Lipcowy ale nie powiodło się. Waldek Kapłon, Czesiek Kopczyński, Nina Wolnikowska, Edek Bogdanik, Adolf Kaczkowski i inni spotkali się, jako delegatura RKW. Też tam byłem i rozważaliśmy możliwości zastrajkowania. Rozeznaliśmy sytuację i nastroje panujące na kopalniach, ale na ten czas zaniechaliśmy większego działania. Uważaliśmy, że ludzie byli nieprzygotowani i mogło skończyć się aresztowaniami i zniszczeniem naszych, z pieczołowitością, budowanych struktur. Później postawiono na siłę młodych. Bożko pozyskał Marka Bartosiaka „Bartka”, liczył na jego energię.

W sierpniu 1988 roku stanęła praca na kopalni Manifest Lipcowy. 15 sierpnia spotkała się cała nasza struktura u Antka Słoniny, omówiliśmy całą strategię strajku, przygotowaliśmy opaski, rozdzieliliśmy siły i zasoby ludzkie na poszczególne rejony kopalni i podzieliśmy zawczasu działania. Chcieliśmy zorganizować „masówkę”, ale solidnie, żeby nie było wpadki. Zaczęliśmy strajk na KWK „Moszczenica” 17 sierpnia 1988 roku. Bałem się strasznie podczas organizacji tego strajku, musiałem przekonać tysiące ludzi do zaprzestania pracy i zaryzykowania swoim spokojem, a może nawet życiem. Przygotowywałem się wcześniej do wystąpień publicznych, ale stres był wielki.

Tylnymi drogami dostałem się na cechownię, bo główne wejście było obstawione. Strajk rozpoczęli młodzi ludzie: na cechowni był Adam Kowalczyk, Adam Giera, Marek Bartosiak „Bartek”. Najpierw „Bartek” wprowadził wszystkich robotników w temat, a potem ja wyszedłem, jako przedstawiciel „Moszczenicy”. Determinacja górników była niesamowita. Ludzie byli przygotowani już do tego, dojrzeli do tej chwili. Wszyscy mieli dość tego terroru, ogłupiającego kieratu i marnych warunków finansowych.

Bardzo praktycznie i wręcz książkowo przygotowałem strajk organizacyjnie. Romuald Bożko był wówczas w szpitalu, ale później wypisał się na własne życzenie, by wspierać górników na kopalniach. Na jego apel przecież przyjechali lekarze z organizacji „Lekarze Świata”. Wracając do tego co się działo w tym czasie na Moszczenicy: wszystko toczyło się na początku dość szybko. Ludzie zabezpieczyli bramy, zorganizowali Komitet Strajkowy i rewelacyjnie podzieli się oddziałami do prac zabarykadowania się. Naszymi przedstawicielami i delegacją do rozmów z dyrekcją zostali: Bolek Nowak i Heniek Kryza. Pojawił się też Antoni Kaszak, którego poznałem dopiero podczas strajku on został naszym kronikarzem. Poszukiwałem ludzi pióra. Poznałem wówczas wielu młodych, aktywnych i rewelacyjnie odważnych ludzi, jak: Marek Kwiatkowski, Zbyszek Nadrowski, Kochut Rysiek, Kaszak Antoni, Pułgroszewicz Andrzej, Grzesiu Kolosa, Andrzej Hałabura. To byli „młodzi kolumbowie”. Wszystko toczyło się spontanicznie, ale czuwaliśmy nad zachowaniem logiki i spokoju w działaniach.

Dyrektorem kopalni był wówczas Bolesław Klucznik, to on prowadził rozmowy z Komitetem Strajkowym. Ostrzegłem przed rozmowami wszystkich młodych, żeby nie dali się zbałamucić obietnicami lub terrorem. Pierwszym naszym postulatem było zalegalizowanie wolnych związków zawodowych „Solidarność” i deklaracja pełnej solidaryzacji z KWK Manifest Lipcowy. Uzgodniliśmy, co dokładnie będziemy mówić i to, że nie wyjdziemy, jeśli postawią twarde warunki i sprzeciwią się nam. Byliśmy świadomi, że grożą nam ogromne konsekwencje, jak utrata pracy, inwigilacja lub więzienie.

W niedługim czasie kopalnia została otoczona przez milicję, a nad nią zaczął latać helikopter, który miał wywołać dezorientację i panikę wśród ludzi. Wiele osób zrezygnowało z udziału w strajku, bojąc się represji. W Jastrzębiu Zdroju wprowadzono wtedy godzinę policyjną. Żeby rozładować napięcie staraliśmy się ludziom zorganizować jakoś czas, nawet rozrywkowo (turniej tenisa). Był wśród nas Józek Maj, poeta - prowadził modlitwy i wszystkich jednoczył we wspólnym proszeniu o bezpieczny przebieg strajku. Niejednokrotnie rozładowywał sytuację.

Ludzie z zewnątrz dostarczali nam żywność: konserwy, chleb, inne produkty. Nie było tego wiele, ale zgromadziliśmy wszelkie produkty w jednym miejscu i dzieliliśmy między wszystkich strajkujących sprawiedliwie. Żywności było mało, ale zawsze pilnowałem, żeby nikt nie wykorzystywał wpływów, by mieć się „lepiej”.

Był taki moment, że wypaliłem się, zabrakło mi sił. Byłem zmęczony tym wszystkim, nie miałem znikąd pomocy i wciąż brakowało mi ludzi. Strajkowali tylko robotnicy, dozór nam nie pomógł. Pojechałem po Romana Bożko. Dotarłem „na górkę” poprosiłem Romana o pomoc, bo nie mogłem tego już sam ciągnąć. Potrzeba było ludziom czegoś nowego. Młodzi po tygodniu byli już solidnie zniecierpliwieni, zaczął panować strach. Jedynie Marian Bujalski był takim„generałem”, zabezpieczał całą kopalnię, szefował wartom i zdawał mi raporty. Ale reszta wątpiła już w osiągnięcie celu. Wiele było sygnałów wewnętrznych o donoszeniu i łamaniu strajku. Przekonałem Romana i pojechał ze mną na kopalnię, nie zważając na swój tragiczny stan po operacji.

Na jego widok – tego legendarnego Bożko, który nie zdradził Solidarności - wzniósł się aplauz. To było nowe tchnienie, kolejny przypływ euforii, jego obecność była niezbędna. Naładował nam baterie. W początkowej fazie strajku takim impulsem był ksiądz prałat Wiktor (nazwiska nie pamiętam), który też nas odwiedził i poparł.

Wyszła gazetka, (MIS-Moszczenicki Informator Strajkowy) która relacjonowała, jak wygląda u nas sytuacja. Informacje przekazywane były do Kościoła „na górkę”. Po przybyciu Bożko poszła dezinformacja, że na KWK Jastrzębie była okrutna pacyfikacja, że wielu ludzi jest pobitych. To, jak podejrzewam, był wynik wewnętrznego działania tajniaków. Fama poszła, że teraz wojsko jedzie do nas, na Moszczenicę. Roman podrzucił myśl, że schodzimy na dół. Wszyscy wzięli trochę żywności, zapasy wody i w tym popłochu, zeszliśmy po drabinach na dół. Decyzja była jednogłośna, ale zapanował chaotyczny ruch. Wzięliśmy lampy, nie pytaliśmy nawet, czy możemy zjechać, tylko poszliśmy do włazów, rozwaliliśmy kłódki i dotarliśmy do poziomu „O” (-360). Tam zabarykadowaliśmy w okolicy szybu. Tylko z jednej, naszej strony był dostęp do szybu. Heniek Pelc doskonale to zorganizował taktycznie.

Początkowo dozór zaproponował nam, że dostarczy żywność w termosach, ale obawialiśmy się tego, że mogą do zupek „czegoś” dorzucić. Nie zgodziliśmy się na taką podejrzaną pomoc. Po krótkim czasie musieliśmy oszczędzać światło, a Grzesio Kolosa zorganizował ze Zdziśkiem Pająkiem „wspaniałą kuchnię”. Z pięciu chlebów żywiliśmy się przez trzy dni, każdy do zakrętki dostawał soku i kawałeczek pieczywa. Wyczerpało nas to, byliśmy głodni. Drugiego dnia zaatakowali nas pracownicy dozoru, ale odeszli z fiaskiem, ponieważ byliśmy dobrze zorganizowani i zabarykadowani. Poszła plotka, że jesteśmy w komorze, gdzie wydzielają się niebezpieczne gazy. Ale to było kłamstwo - to była komora, przeznaczona do wydzielania znaczków. Roman Bożko stał przy nas dzielnie, chociaż otwarła mu się rana z której sączyła się obficie krew. Znosił ból, nie zważał na zagrożenie życia z powodu zakażenia. Trzeciego dnia brakło jedzenia i przede wszystkim wody. Determinacja młodych ludzi była jednak tak ogromna, nie chcieli wyjechać. Urwały nam się w tym czasie jakiekolwiek informacje z zewnątrz. Na początku jeszcze Zbyszek Okarma przesyłał nam opatrunki dla Romka - przecież on krwawił mocno. Później i z tym był poważny problem.

Zapytano nas, czy przyjmiemy księdza prałata Bernarda Czerneckiego. Zgodziliśmy się, na szczęście nie zgodził się zjechać do nas „z ochroną”, szybko wyczuł podstęp władz. Zjechał z księdzem Andrzejem Wieczorkiem. Heniek Pelc, Misiek Malik, Ryszard Hara i inni zrobili na szybko krzyż i ołtarz do modlitwy. Ten krzyż jest do dzisiaj w Kościele „na górce”, z zawieszonym obrazkiem Matki Boskiej, który trzymałem pod sercem. Wyrzeźbiliśmy na krzyżu napis „Solidarność”. Pomodliliśmy się z księżmi na takiej zaimprowizowanej mszy, a potem długo rozmawialiśmy. Ksiądz prałat Czernecki przekonywał nas, że dość już krwi zostało wylane i trzeba nas żywych do walki o Polskę. Porozmawialiśmy z ludźmi i chociaż byli zdeterminowani nie mogli oprzeć się mądrym argumentom księdza. Wyjechaliśmy 27 sierpnia 1988 roku.

Po wyjściu z kopalni poszliśmy w korowodzie, całą grupą, do kościoła na Moszczenicę. Przed bramą przywitał nas Waldek Kapłon i Euzebiusz Bogdanik. Nasze rodziny stały i płakały. Przebadała nas pewna pani doktor. A my pomaszerowaliśmy do kościoła, gdzie odbyła się msza w podziękowaniu nam za odwagę i poświęcenie. Później z Komitetem Strajkowym, jakiś czas po strajku spotkałem się „na górce” gdzie rozważaliśmy wszelkie aspekty naszych poczynań. Cały KS poszedł „na odstrzał” i zostaliśmy zwolnieni z pracy. Prokurator Grzywniok dał mi wyrok, ja nazwałem to sądem kapturowym. Nie miałem szans obrony i już przed rozprawą wiedziałem, że dostanę rok i sześć miesięcy oraz będę musiał zapłacić karę grzywny. Nałożono na mnie wiele kar, nawet z Urzędu Skarbowego. Jednocześnie bardzo szybko złożyliśmy do sądu wnioski o rejestrację związku Solidarność. Stworzyliśmy też, z innymi górnikami, których zwolniono z pracy rodzaj organizacji i protestowaliśmy, żądając, przywrócenia do pracy. Uważam, że musiał być szpicel między nami, bo każda kolejna manifestacja, która się odbywała była obstawiona przez milicję. Po około 3 miesiącach zostałem przywrócony do pracy. Potem działałem w Komisji Zakładowej, byłem przez jakiś czas przewodniczącym (później zostaje nim Henryk Kryza, a ja nadal jestem w prezydium). Nadal byłem aktywny: działałem w Komitecie Obywatelskim m.in. z Waldkiem Kapłonem, Poldkiem Sobczyńskim i Teresą Chorążyczewską.

Chociaż to był okres trudny, okrutny dla nas i nie szczędzący upokorzeń to miło go wspominam. Byliśmy młodzi, silni i waleczni. Odważni i mądrzy ludzie pokierowali nami, a my, robotnicy pokazaliśmy całemu światu na co nas stać w obronie własnej wolności i ojczyzny. Nie ma już teraz takiej determinacji w ludziach, nie ma tego samozaparcia, żeby Polska zabłysnęła na świecie. Nasza praca nie została zaprzepaszczona, ale czuję pewien niedosyt, nie wszystko jest tak jak sobie marzyłem walcząc o wolną ojczyznę.