L00050 Adam Oziewicz

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Adama Oziewicza==

Jastrzębie-Zdrój, 8 IX 2009

Moi rodzice pochodzili ze Wschodu, zza Buga. Dwaj starsi bracia mojego ojca, za okupacji walczyli w partyzantce. O losach jednego z moich stryjów nic mi nie wiadomo, miałem natomiast okazję poznać drugiego z nich. Był żołnierzem Armii Krajowej i po wojnie, tak jak większość jego towarzyszy broni wpadł i został aresztowany przez NKWD. Wywieziono go na Syberię. Z zesłania wrócił po śmierci Stalina i to nie od razu, bo dopiero w 1958 roku. Osiedlił się na ziemiach ojców, które dzisiaj leżą na terenie zachodniej Białorusi. Tam założył rodzinę, ożenił się z Rosjanką i miał z nią trzech synów. Po wybuchu reaktora atomowego w Czarnobylu mieszkańców całej ich wioski władze sowieckie przesiedliły, gdzieś do Kazachstanu i tam mój stryjek zmarł. Ojciec pomimo tego iż bardzo się starał, nie zdążył jednak dojechać na pogrzeb brata.

Wrócę jednak do losów najbliższej rodziny. Po wojnie przesiedlono ich na tzw. Ziemie Odzyskane i ja się tam właśnie urodziłem, w małej wiosce, w pobliżu Gorzowa Wielkopolskiego, w obecnym województwie Lubuskim. Tam się wychowałem i tam ukończyłem Szkołę Podstawową. Muszę przyznać, że dzieciństwo miałem bardzo szczęśliwe. Ponieważ mój starszy brat pracował już tutaj na Śląsku, na kopalni, więc koleją losu, trafiłem za nim do Jastrzębia. Rozpocząłem naukę w Szkole Górniczej przy ul. Staszica w Jastrzębiu Zdroju. To był 1974 rok. W kwietniu 1977 roku rozpocząłem pracę na kopalni Manifest Lipcowy. Szczerze mówiąc nie myślałem wtedy o zarobkach, tak jak większość tutaj przyjeżdżających. Ja po prostu chciałem się wyrwać ze wsi. Byłem młody i chciałem zobaczyć kawałek świata.

Najpierw mieszkałem w hotelach robotniczych, ale takie życie nie bardzo mi odpowiadało, więc zacząłem starać się o własne lokum. Kawalerom , a ja wówczas byłem jeszcze kawalerem, trudniej było dostać mieszkanie niż żonatym, ale w końcu udało mi się wydeptać to swoje „M” w 1981 roku.

W sierpniu 1980 roku rozpoczęły się w kraju akcje strajkowe. Kiedy stanął Manifest Lipcowy, to od razu przystąpiłem do strajku. Dla mnie to było fascynujące. Byłem, przecież młodym człowiekiem i ten zryw mnie porwał. Ani razu przez cały okres strajku nie przyszło mi do głowy aby opuścić kopalnię. Byłem tam od początku do końca, aż do podpisania Porozumienia. Podczas strajku nie pełniłem żadnej ważnej funkcji, byłem szeregowym uczestnikiem protestu i uważnym jego obserwatorem. Na bieżąco uczyłem się historii uczestnicząc w jej tworzeniu, chociaż, wtedy nie do końca jeszcze zdawałem sobie z tego sprawę.

W okresie karnawału Solidarności byłem szeregowym członkiem związku.

Przyszedł ten feralny dzień 13 grudnia 1981 roku. Mój młodszy brat, z którym mieszkałem w Domu Górnika, i który już też pracował na kopalni miał akurat wolne, a ja byłem w pracy. On chciał wejść na teren zakładu, ale nie było już szans, aby mógł się przedrzeć. Nie powiem, z tego akurat byłem zadowolony, bo zawsze czułem się za niego trochę odpowiedzialny, a wiedziałem, że na kopalni może być różnie.

Podczas ataku ZOMO byłem na kopalni, byłem jednym ze strajkujących. Widziałem jak do nas strzelali. Widziałem padających ludzi i sam pomagałem przenosić rannych do punktu opatrunkowego. Potem kiedy wychodziliśmy z tego punktu, to wpadliśmy w szpaler zomowców i dostaliśmy niesamowicie po plecach, tak, że aż mi skóra popękała. Byłem wściekły. Byłem potwornie wściekły. Myśmy ratowali ludzkie życie, jak sanitariusze, a za to zostaliśmy zbici. Wjechali czołgiem. Widziałem twarz człowieka, który do nas strzelał. Patrzyłem mu prosto w oczy. Tych oczu nie zapomnę do końca życia! Miałem wrażenie, że on strzela prosto do mnie. Wokół świstały kule. My młodzi byliśmy podczas ataku najbardziej zdeterminowani. Starsi uciekali. Bali się i chowali się po łaźniach, a w nas młodych był duch walki. Może i my czuliśmy jakąś obawę aż do rozpoczęcia ataku, ale potem ten strach zaniknął. A kiedy zobaczyłem rannych ludzi to ogarnęła mnie wściekłość i chęć zemsty. Oni rzucali w nas petardami, a myśmy odrzucali je w ich stronę. Raz oni nas spychali, raz my ich. Stawialiśmy ostry opór. Oni mieli maski przeciwgazowe, a myśmy ich nie mieli. Najgorzej było kiedy ktoś sobie potarł oczy. Taki to już nic nie widział. Takiego już mieli. Ale ja potrafiłem to wytrzymać i wytrzymałem do samego końca.

Zepchnęli nas za cechownię i rozpoczęły się rozmowy między naszymi przywódcami, a dowódcami ZOMO. Została nas tam już zaledwie garstka i na dodatek otoczyli nas ze wszystkich stron. Wyszedł do nas jakiś pułkownik z dyr. Grzywą i zakomunikowali nam, że jeśli się nie poddamy, to zaczną do nas strzelać. Cóż było robić poddaliśmy się. Powiedzieli, że możemy opuścić kopalnię bez żadnych konsekwencji i rzeczywiście pozwolili tej naszej grupce spokojnie wyjść. Reszta załogi, czemu nie ma się co dziwić, porozbiegała się gdzieś. Mnie też pierwszy raz w życiu kule nad głową świszczały. Opuściliśmy tą kopalnię naprawdę źli. Kiedy znaleźliśmy się za placem autobusowym, to zaczęliśmy w stronę zomowców wznosić okrzyki: Gestapo! Gestapo!

Wróciłem do hotelu i przez okna zaczęliśmy z panem Koziebutem robić zdjęcia oddziałom ZOMO. Dokładnie sfotografowaliśmy jak wyglądała kopalnia po ataku. Te zdjęcia trafiły potem do kościoła „na górce” i niestety ślad po nich zaginął.

Potem zaczęła się działalność podziemna. Jarka Kolka i Edka Skonecznego znałem z widzenia. Myśmy pracowali, co prawda w jednym zakładzie, ale nie na jednym oddziale. Kiedyś zaczepił mnie Waldek Flasz, który Kolka znał bliżej. Poznał nas ze sobą. Kolk zaproponował mi współpracę i porosił mnie abym udostępnił swoje mieszkanie na drukarnię. Niedługo przedtem otrzymałem klucze do własnego mieszkania i powoli je sobie urządzałem. W każdym razie mebli miałem jeszcze niewiele. Zgodziłem się. Wtedy dowiedziałem się, że w tej grupie działają Wiesiek Radke i Edek Skoneczny. Drukarnię przyniesiono do mnie w walizkach od pana Wiktora Lorenza z ulicy Poznańskiej lub Wrocławskiej, ale może się mylę. Jeśli chodzi o ilość druków, to u mnie powieliliśmy tego bardzo dużo. Drugi numer „Kuriera wojennego” i mnóstwo ulotek. Robiliśmy to; mam na myśli druk i kolportaż, oczywiście bardzo ostrożnie z zachowaniem wszelkich zasad konspiracji.

Kiedyś zdarzyło się, że przewoziłem w autobusie kilkaset ulotek i do tego autobusu wpadł patrol milicyjno wojskowy i zaczęli kontrolę podróżnych. Młodych ludzi wręcz rewidowali. Jestem raczej niskiego wzrostu, a miałem na sobie sporo tej bibuły, więc wyglądałem nienaturalnie. Od razu zorientowaliby się, że coś jest nie tak. Zacząłem gorączkowo zastanawiać się co zrobić? Obok mnie stała dziewczyna. Niewiele myśląc, powiedziałem do niej: Pomóż mi. Ona objęła mnie za szyję, przytuliła do siebie i zaczęliśmy udawać, że się całujemy. Ominęli nas, ot tak, zupełnie bez kontroli. Po prostu zakochana para. Nigdy więcej tej dziewczyny nie spotkałem, a chciałem jej podziękować. Przecież ona wcale nie musiała, ale mnie uratowała.

Spotykaliśmy się u mnie w domu redagowaliśmy i drukowaliśmy „Kuriera wojennego” i omawialiśmy różne sprawy. Zastanawialiśmy się nawet jak zdobyć materiały wybuchowe, aby wysadzić w powietrze kilka obiektów, które nam do tego wyjątkowo pasowały. Na przykład chcieliśmy wysadzić ten komunistyczny obiekt, który stał przy naszej kopalni ( duże blaszane litry – PZPR) ale po przemyśleniu i obgadaniu sprawy zrezygnowaliśmy z tego, bo obok tego pomnika była przecież stołówka. Cała witryna stołówki była przeszklona, a na stołówce pracowały głównie kobiety, więc doszliśmy do wniosku, że w razie wybuchu szkody mogłoby ponieść zbyt wiele postronnych i niewinnych osób Zrezygnowaliśmy z eksplozji, ale potem próbowaliśmy podczepić linę do autobusu, opasać nią ten znienawidzony symbol i tak go obalić. Niewiele brakowało, a by się powiodło. No, ale jednak nie wyszło (bo lina okazała się za krótka).

Drukarnię musieliśmy często przenosić z miejsca na miejsce, ażeby esbecja zbyt szybko jej nie namierzyła. Przenosiny sprzętu z mojego mieszkania do mieszkania pana Koziebuta urządziliśmy tak, że obydwaj w tym samym czasie kupiliśmy sobie wersalki. Bagażówka przywiozła te wersalki do mojego domu. Jedna została u mnie, a do drugiej zapakowaliśmy drukarnię i w wersalce przenieśliśmy ją do domu p. Koziebuta. Druk jeszcze ciągle się odbywał, ale w tym czasie zaczęli nas już wyłapywać i zamykać. Wiedziałem, że zamykają naszych, ale szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się aresztowania. Myślałem, że ujdzie mi to na sucho. Ale kiedy po kolei aresztowali Wieśka Radke i Kazika Markowskiego, a z nimi pracowałem na jednym oddziale, wtedy zrozumiałem, że i po mnie przyjdą.

To się stało 21 grudnia 1982 roku. Wzięli mnie prosto z pracy. Najpierw zawieźli mnie do mojego mieszkania na ul. Katowickiej, gdzie przeprowadzili szczegółową rewizję, a następnie przewieźli mnie na Komendę Wojewódzką do Katowic.

Zdarzyła się taka historia. Mój młodszy brat, który mieszkał w Domu Górnika, a który często mnie odwiedzał, bo jego narzeczona mieszkała piętro wyżej nade mną, nie potrafił mnie zastać w domu przez dłuższy okres czasu. Zaniepokoił się i udał się zasięgnąć języka na mój oddział, na kopalni. Tam powiedziano mu, że istotnie od jakiegoś czasu nie przychodzę do pracy. Co prawda kierownik mojego oddziału wiedział, że jestem aresztowany, ale on nikomu tej informacji przekazać nie mógł. Tym razem mój brat zaniepokoił się już nie na żarty, więc zgłosił moje zaginięcie na Komendzie Miejskiej MO w Jastrzebiu. Muszę jeszcze wyjaśnić, że swojego brata nigdy nie wtajemniczyłem w to, że działałem w podziemiu. Milicjanci z naszej komendy, też nic nie wiedzieli o moim aresztowaniu i wszczęli normalne procedury poszukiwawcze. Tak więc esbecja to było państwo w państwie. Oni o swoich działaniach nikogo nie informowali.

Najpierw trafiłem do aresztu w Komendzie Wojewódzkiej w Katowicach przy ul. Lompy. Oficjalne postanowienie o aresztowaniu otrzymałem dopiero po Nowym Roku. Na Lompy, w areszcie przesiedziałem dwa miesiące, a lutym 1983 roku przewieźli mnie do Aresztu Śledczego także w Katowicach na ul. Mikołowskiej. Czyli, że do zakończenia śledztwa byłem w areszcie. Tam przesiedziałem do końca. W więzieniu siedziałem tylko z kryminalistami.

Najwięcej przesłuchań odbyło się w początkowym okresie aresztowania. Już pierwszego dnia przesłuchiwało mnie czterech esbeków, trzech młodszych i jeden starszy. Oczywiście wszystkiego, czego tylko mogłem, to się wypierałem. W końcu ten starszy stracił cierpliwość i powiedział do mnie: Jak nie chcesz mówić, to ja ci to synu wszystko przeczytam. Wziął kartkę i przeczytał z niej cały, rzeczywisty opis naszej działalności; nazwiska, fakty, miejsca, dosłownie wszystko. To nie mogła być fikcja. Doszedłem do wniosku, że już nie ma czego bronić, bo już się ktoś wysypał, więc tylko to potwierdziłem. Przedstawili mi gotowy opis prawdziwych faktów. Oni chcieli ten proces jak najszybciej skończyć, bo na świecie zaczęło się robić głośno o tym, że w Polsce jest zbyt wielu więźniów politycznych.

Jarek Kolk załamał się i zaczął nas sypać. Zresztą nie tylko on, bo Mirek Szymański też. Szymański nie chciał im na głos powiedzieć, gdzie ja mieszkam, więc narysował im plan terenu, na którym było zaznaczone moje miejsce zamieszkania. Potem mi to pokazali. O tych wszystkich faktach dowiedziałem się z akt sprawy, które dano nam do przeczytania przed rozprawą sądową.

Po wyjściu z więzienia spotkałem Jarka, ale nie pytałem go o to, dlaczego zaczął mówić.

Przesłuchania wyglądały różnie. Jedne były krótkie, inne znowu trwały po kilkanaście godzin. Bez jedzenia, bez picia, za to z ogromną ilością papierosów. Bez przerwy mnie nimi częstowali. Przesłuchania odbywały się i za dnia i w nocy. Usiłowali wycisnąć ze mnie nawet to, czego nie wiedziałem. Obiecywali, że za udzielenie informacji od razu mnie wypuszczą i inne tego rodzaju bajeczki. Tak więc najwięcej przesłuchań odbywało się w czasie śledztwa, bo później, to już miałem tylko spotkania z prokuratorem.

Pamiętam, że kryminaliści, z którymi przebywałem w jednej celi, do nas politycznych odnosili się z wielkim szacunkiem. Na początku uwięzienia bardzo się tego bałem, przecież ja nigdy wcześniej nie siedziałem i muszę powiedzieć, że ich stosunek do mnie, wtedy bardzo młodego człowieka, bardzo mnie zaskoczył. Kryminalni kryminalnych różnie traktowali, natomiast ja byłem dla nich kimś. Próbowałem rozgryźć tych swoich współwięźniów. Zadawałem sobie pytanie: Dlaczego oni ciągle do tego więzienia wracają? Większość z nich to byli pospolici złodzieje. Pytałem ich o to: Dlaczego tak postępujecie? Wszyscy oni zgodnie twierdzili, że co prawda siedzą tak sobie ze dwa, trzy może lata, ale potem jak wychodzą na wolność, to przynajmniej ze dwa, może trzy miesiące żyją jak królowie. I tak na okrętkę. Nie potrafiłem i nie potrafię zrozumieć, jak tak można marnować sobie życie. Nauczyłem się od nich grypsować, nauczyłem się tego ich języka migowego… no to była taka nauka, której człowiek z żadnych książek nie wyniesie.

Oczywiście pożywienie było kompletnie niezjadliwe. Poza tym w niewielkim pomieszczeniu, w którym znajdowały się dwa piętrowe łóżka siedziało nas dziesięć osób. W celi był sanitariat, stół i dwa taborety, ale za dnia nie wolno nam było usiąść, więc dreptaliśmy w kółko. Na Mikołowskiej na spacer wypuszczali nas za dnia, ale kiedy jeszcze byłem na Lompy (Pentagon) to mogliśmy spacerować tylko w nocy, tak około trzeciej lub czwartej nad ranem, kiedy jeszcze biura nie pracowały. Na spacerniaku nigdy nie zetknąłem się z nikim z naszej grupy. Izolowali nas od siebie.

Podczas procesu spotkałem się ze wszystkimi. Poznałem wtedy, również Poldka Sobczyńskiego, który przyjeżdżał na nasze sprawy. W trakcie tych rozpraw odniosłem wrażenie, że sędzia trzymał trochę naszą stronę. Części z nas pozwolił po zakończeniu procesu, a jeszcze przed odczytaniem wyroku, opuścić więzienie. Tak, że ok. 10 czy11 kwietnia 1983 roku wszyscy, oprócz bodaj trzech z nas opuściliśmy więzienie. Na to postanowienie sędziego prokurator złożył odwołanie do Sądu Wojskowego w Warszawie i mieliśmy z tego tylko taką przykrość, że kiedy przyjechaliśmy 21 kwietnia 1983 roku na odczytanie wyroku, to nie wypuszczono nas na wolność jeszcze tego samego dnia tylko 22 kwietnia rano. Ta ostatnia noc w więzieniu to była chyba najdłuższa noc w moim życiu. W Jastrzębiu czekali na mnie przyjaciele, a ja musiałem jeszcze tą jedną noc przesiedzieć.

Po powrocie do domu zajrzałem do skrzynki pocztowej, a tam znalazłem przesyłkę z kopalni, z decyzją o zwolnieniu mnie z pracy. Przede wszystkim próbowałem powrócić na swój zakład pracy, to znaczy na kopalnię Manifest Lipcowy. Odmówiono mi. Pojawiły się różne komplikacje. Byłem wtedy młodym chłopakiem i przed wojskiem reklamowała mnie kopalnia, więc w zaistniałej sytuacji pojawiła się i taka możliwość, że dostanę wezwanie do odbycia Zasadniczej Służby Wojskowej. Starałem się o przyjęcie do pracy na wszystkich kopalniach jastrzębskich i wszędzie spotkałem się z odmową, więc uznałem, że poza miastem też nie warto o nią zabiegać. W końcu otrzymałem wezwanie do stawienia się na WKU w Rybniku. Chcieli mi wręczyć wezwanie do wojska, więc ja temu oficerowi, który mnie przyjmował zadałem pytanie: Czy pan wie, kim ja jestem? Odpowiedział: Tak, wiem, jesteś ekstremistą. Chcieli mnie wysłać do Żar lub do Żagania. Odpowiedziałem mu tak: Więc tylko poczekajcie jak wjadę wam tu czołgami na ulice.

Po jakichś dwóch tygodniach otrzymałem decyzję z WKU, że zrezygnowali z moich usług. Ja sobie zażartowałem, a oni przyjęli to za dobrą monetę. Widocznie naprawdę się nas obawiali, a morale w wojsku nie musiało być zbyt wysokie.

Mieszkanie miałem zadłużone, bo przez te cztery miesiące kiedy siedziałem w areszcie nie byłem, przecież w stanie opłacać czynszu. Wtedy finansowo pomógł mi brat, ale i tak nie musiałem płacić odsetek od zadłużenia, bo pani w administracji spółdzielni mieszkaniowej przeczytała o mnie w „Dzienniku Zachodnim” i widocznie ją to ujęło. W każdym razie załatwiła to tak, że odsetek płacić nie musiałem. To był taki miły ludzki odruch.

Długo bezskutecznie szukałem pracy. W końcu spotkałem kolegów, z którymi kiedyś chodziłem w góry. Uprawialiśmy razem wspinaczkę i zajmowaliśmy się speleologią. Okazało się, że i oni szukają dla siebie jakiegoś zajęcia, podjęliśmy więc decyzję, że założymy prywatną firmę i zajęliśmy się myciem okien w obiektach przemysłowych i wszelkimi innymi pracami na wysokościach.

Wspomnieć tutaj muszę, że zajmowałem się również żeglarstwem i jeszcze w latach 70. stworzyłem przy kopalni klub żeglarski „Szkwał”. Żeglowaliśmy nie tylko po jeziorach, ale i po morzu, bo żeby móc zdobywać wyższe stopnie żeglarskie, to już same jeziora nie wystarczały. Zdobyłem stopień sternika morskiego. Marzyło mi się, oczywiście zdobycie stopnia jachtowego kapitana żeglugi, ale w tych okolicznościach stało się to niemożliwe.

Zapomniałem dodać, że w związku z moją sytuacją prawno finansową musiałem przerwać naukę w technikum górniczym, a w planach miałem po ukończeniu szkoły średniej, podjęcie wyższych studiów. Komuniści w bardzo krótkim czasie pozbawili mnie złudzeń, co do mojej przyszłości.

Po wyjściu na wolność w krótkich odstępach czasu, pięciokrotnie wzywany byłem na rozmowy w Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach. Każdorazowo rozmowa dotyczył ewentualnego podjęcia przeze mnie współpracy z SB. Proponowali mi za to możliwość wyjazdów zagranicznych, natychmiastowe przywrócenie do pracy, no i oczywiście pieniądze. Te rozmowy polegały tylko i wyłącznie na tym. Tylko to było wałkowane na okrągło.

Podczas tych pertraktacji udawałem po prostu, głupiego. Pytałem: Kogo ja mam wam denuncjować? Kogo sypać? I rozkładałem bezradnie ręce. Odpowiadali: Nie, no, nie o to chodzi. Będzie pan obserwował co się wokół pana dzieje. Będzie pan nas informował jakie nastroje panują na pańskim zakładzie pracy i co się mówi w pańskim środowisku, pomiędzy pańskimi kolegami.

Nachodzili mnie również w domu i ciągle szło im o jedno i to samo; abym podjął z nimi współpracę. Stosowali wobec mnie przenajróżniejsze sposoby psychologiczne, w końcu zaproponowali mi nawet przejście na „ty”. Przychodzili do mnie na niby przyjacielskie pogawędki. Zazwyczaj było ich dwóch, ciągle ci sami, w stopniu poruczników. Obydwaj byli z SB z Katowic. Pamiętam jak raz przyjechali do mnie z wódką. Piliśmy ją razem. Pomyślałem wtedy nawet, że będę czujny i jak oni się spiją, to postaram się z nich coś wyciągnąć, ale jednak byli ostrożni. Muszę im to przyznać, że byli inteligentni i w swoim fachu byli zawodowcami. Kiedy namawiali mnie na współpracę to myślałem, że potrafiłbym na to pójść. Czułem wewnętrznie, że nie mogę. Czułem, że nie mógłbym z tym żyć.

Zdarzyło mi się również dwa razy, że przed 1 Maja w 1983 i w 84 roku nasza miejska milicja zamknęła mnie na 24 godziny, bez jakiegokolwiek powodu. Nie podali żadnej przyczyna aresztowania. Ot po prostu zamknęli na 1 Maja, a po święcie wypuścili.

Jeśli idzie o dalszą działalność opozycyjną, to ja wiedząc, że ciągle jestem śledzony i inwigilowany, nie starałem się jakoś specjalnie spotykać z ludźmi z podziemia. Nie szukałem z nimi kontaktu, aby im nie zaszkodzić. Kilka razy byłem w kościele „na górce”… nie wiem… liczyłem na jakąś pomoc finansową, bo kiedy wyszedłem z więzienia, to pozostałem właściwie bez środków do życia. Kiedy jeszcze siedziałem to okradziono mi mieszkanie. Oczywiście sprawców nigdy nie odnaleziono.

Z kilkoma kolegami z „konspiry” spotkałem się, kiedy już ich powypuszczali z więzień. Pamiętam, że z Tadkiem Durakiem i z Jurkiem Kolkiem nawiązałem kontakt przed ich wyjazdem za granicę, bo jeśli mam być szczery, to ja też myślałem wtedy o emigracji i chciałem od nich dowiedzieć się jak się te sprawy załatwia. Znajdowałem się wtedy w naprawdę ciężkim położeniu. Poinformowali mnie gdzie znajduje się Ambasada Kanadyjska i jakie tam mam złożyć dokumenty. Wszystkich formalności dokonałem i otrzymałem nawet promesę, ale komuniści nie dali mi paszportu. W związku z tym zrezygnowałem ze starań o wyjazd. Oczywiście żadnej działalności z moimi kolegami już nie podjąłem, bo oni powyjeżdżali za granicę.

W 1988 roku nie byłem pracownikiem górnictwa, ale do strajku przyłączył się mój młodszy brat i wielu moich kolegów. Mój brat uczestniczył w strajku od początku do końca. To była taka kontynuacja rodzinnej tradycji. Starałem się wtedy pomagać protestującym jak mogłem. Byłem już wtedy żonaty, więc razem z małżonką i z teściami chodziliśmy pod kopalnię i przez płot dostarczaliśmy strajkującej załodze żywność i papierosy.

Po 1989 roku sam co prawda w politykę się nie zaangażowałem, ale bardzo żywo interesowałem się tym co się działo w naszym kraju. Z upadku komunizmu cieszyłem się bardzo.

Pamiętam, że kiedy mój ojciec dowiedział się o mojej podziemnej działalności, to z jednej strony mnie zrugał, ale tak naprawdę to był ze mnie bardzo dumny. Ale on zawsze mi powtarzał, że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie niż my obalimy komunę i kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz po wyborach z 1989 roku, to nie bardzo się kwapił z podaniem mi dłoni, bo stwierdził, że mu właśnie na niej rośnie kaktus. Mój ojciec nie mógł uwierzyć w to, że dożył upadku komunizmu.

Teraźniejszość dla młodego pokolenia jest na pewno lepsza od tej, której my doświadczaliśmy w ich wieku. Możemy podróżować bez ograniczeń. Korzystamy z wielu dóbr materialnych, o których za komuny nawet nie marzyliśmy. Mamy wolność słowa i wolne wybory. Cóż, politycy na ogół zawodzą, ale jesteśmy wolni i powinniśmy z tej wolności mądrze korzystać.

Spisał Andrzej Kamiński