L00051 Piotr Płonka

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja ks. Piotra Płonki==

Wilchwy, 21 VI 2008

Dostałem w młodości przesłanie od ojca, który był górnikiem, zwykłym robotnikiem. Kiedy poprosiłem go o poradę i opinię, kim powinienem być w przyszłości powiedział coś bardzo ważnego: „Najważniejsze abyś kochał Boga i ojczyznę, reszta nie jest już taka ważna”. W czasie okupacji tata pracował na kopalni, został określony przez rząd, jako obywatel „bez narodowości”. Wynikało to z tego, że był poznaniakiem, który przyjechał na Śląsk. Założył tutaj rodzinę, ale nie otrzymał narodowości, co wiązało się z mniejszym wynagrodzeniem za pracę. Jednak uchroniło go przed wcieleniem do armii niemieckiej, pod koniec II Wojny Światowej. Pamiętam też, że pomagał Ukraińcom po wojnie. Pracował na kopalni w Siemianowicach, gdzie pracowali jeńcy wojenni z Ukrainy, prawdopodobnie internowani (znajdował się tam obóz dla internowanych). Tata przynosił im jedzenie, chociaż nie rozmawiał nigdy o tym publicznie. Obawiał się kłopotów, gdyby któreś z dzieci powiedziało cos nieopatrznie. Nie znam więc wielu szczegółów. Były to wczesne lata okupacji rosyjskiej.

Po skończeniu liceum poszedłem do seminarium i zostałem wyświęcony na kapłana. W tym czasie biskup Bednorz miał takie założenie, że księża powinni żyć blisko robotników i znać ich środowisko, a także pomagać im. Było to przesłanie, które miało także uwrażliwić księży na ciężko pracujących ludzi i ich problemy. Pomysł zaczerpnięty był z francuskich wzorców „księży robotników”. Studenci teologii przerywali więc naukę teologii po trzecim roku i szli do pracy fizycznej, którą załatwiało się po tzw. „znajomości”. Oczywiście fakt, że byli klerykami musiał być ukryty przed szerszym gronem, zwłaszcza przed pracodawcą. Ja nie pracowałem fizycznie, wówczas byłem już katechetą. Ominęła mnie zatem wczesna integracja z tym środowiskiem, chociaż współpracowało mi się z robotnikami w późniejszym czasie bardzo dobrze. To był rok 1965 do 1968 – okres zagorzałego komunizmu w Polsce.

Dobrze pamiętam jedną wigilię w seminarium, w 1972 roku. Zmienił się rządzący – z Gomułki na Gierka, co przyczyniło się do tego, że owa wigilia była okropna. W radio słuchaliśmy, jak dochodzi do strategicznych zmian. Nasze seminarium znajdowało się przy al. Mickiewicza 3 w Krakowie, koło AGH i Muzeum Narodowego. Podczas kolacji świątecznej przejeżdżały tamtędy czołgi. Dudnienie gąsienic o asfalt, napięta atmosfera…To była bardzo cicha wigilia.

Później zostałem księdzem. Najpierw przydzielono mnie do parafii w Pszczynie, a później w Rybniku. Tam zastał mnie 1980 rok.

W tym roku (1980) zostałem przeniesiony do Jastrzębia Zdroju. Na parafię trafiłem w listopadzie, czyli po okresie strajkowym. Jednak poznałem wielu walczących robotników, którzy w tzw. „podziemiu” organizowali MKR. Dowiedziałem się wówczas, jak te strajki wyglądały naprawdę. Wcześniej znałem tylko fakty, podawane w mediach, w Jastrzębiu po raz pierwszy usłyszałem relacje naocznych świadków i uczestników. Proboszczem na parafii był Bernard Czernecki, mocno zaangażowany w pomoc strajkującym i ruch opozycyjny. Myślę, że dzięki niemu nie załamały się rozmowy pomiędzy stroną rządową, a stroną manifestującą na kopalni „Manifest Lipcowy”. Przecież zebrało się tam wielu poważanych i wykształconych ludzi, a proboszcz Czernecki był doradcą górników. W żaden sposób nie chcę obrazić górników, ale w tym środowisku kładziono w latach 80-tych nacisk na wykształcenie robotników, a nie inteligentów. Parafia na Bożka liczyła 47 tysięcy ludzi, z czego katechizacją mieliśmy objętych 11,5 tys. dzieci. Dla tego środowiska była otwarta tylko jedna szkoła średnia, dwie zawodowe i jeden oddział liceum w Zdroju. Nie było kina, żadnych rozrywek kulturalnych. Chodziło o to, by wychować wykwalifikowanych pracowników, którzy nastawieni będą na ciężką, monotonną pracę fizyczną. Kiedy chodziłem po kolędzie w wieżowcu 10-piętrowym małe 6-letnie dziecko dało mi obrazek, wykonany własnoręcznie, obrazujący szopkę bożonarodzeniową. Dziecko nudziło się i wykonało to w czasie oczekiwania na księdza. Widziałem, że miało talent i zwróciłem na to uwagę matce. Ona przyznała się, że jeździła do Wodzisławia ze swoim dzieckiem, bo w mieście nie było zajęć plastycznych dla utalentowanych najmłodszych. Matka kilkoro dzieci, opiekunka domu nie miała jednak szans i możliwości dalej rozwijać talentów swego dziecka, które mogło by być w tej chwili wielkim artystą. Ale nikt nie przykładał wtedy do tego uwagi, system zabijał, a wręcz odstręczał od rozwijania swoich indywidualnych umiejętności. Miał wychować robotników, nastawionych na jednoznaczny tor: jeść, spać, pracować do ostatku sił, a przede wszystkim nie mając sił dyskutować z systemem. Utrudniano ambitnym zdobywanie wiedzy, zwłaszcza dzieciom i młodzieży. A model rodziny był jednoznaczny, obarczający bardzo rodziców, pozostawiając ich bezsilnych, nawet pomimo chęci. Dlatego sposobem władzy było mydlenie im oczu danymi, badaniami, metrykami…Ksiądz Czernecki okazał się być bardzo pomocny w negocjacjach, tłumaczył górnikom wiele zawiłości, przedstawianych przez stronę rządową. Ksiądz Bernard kazał im formułować swoje słowa tak, jak je znają, czyli gwarą i swoim tokiem myślenia. Kiedy przekonywano robotników do zjazdu na dół kopalni, uzasadniając taki przestój pracy możliwością wybuchu metanu Jasiu Czerwionka, jeden z górników wstał i powiedział: „Panie rektor, ja się na tym nie znom, ale już tyla dni siedzimy i to nie pierd…i już nie pierd…”. Strona rządowa po tym zdaniu ogłosiła pół godziny przerwy, a podczas kolejnej tury rozmów już tego profesora, którego teorie obalono takim oto argumentem Jasia Czerwionki już nie było w szeregach negocjujących. Ten przykład doskonale obrazuje, jak chciano omamić górników, sprytnie ich oszukać. Dlatego tak ważna była pomoc księdza Czerneckiego podczas negocjacji.

Kolejnym przykładem niech będzie osoba Jarosława Sienkiewicza, którą przyjęto w szereg związkowców, a po czasie okazało się, że nie była to dobra decyzja personalna. Ks. Czarnecki ostrzegał ludzi przed nim, ponieważ wiedział, że skończył on w Moskwie Wyższą Szkołę Leninizmu i Marksizmu. Ale był wówczas inżynierem, na stanowisku kierowniczym, dobrze znał środowisko pracy i warunki górników, a jednocześnie potrafił rozmawiać z władzami. Ludzie potrzebowali reprezentanta. Później okazało się, że był to zagorzały zwolennik komunizmu. Zwróćmy uwagę, że Kościół „na górce” był mózgiem życia podziemnego „Solidarności”.

Po tym okresie wiele osób zachłysnęło się wolnością. Zajmowałem się młodzieżą oazową i… hippisami. Byli pacyfistami, ale chcieli postępować „po bożemu”. To była bardzo dobra młodzież, w wieku, w którym potrzebna jest akceptacja grupy. Jedyną, jaką znaleźli wówczas była ta pacyfistyczna, szerząca ideę wolności. Nie można im jednak zarzucić braku pobożności. Jednak krótko się spotykaliśmy, bo tylko do okresu stanu wojennego. Muszę zwrócić uwagę na to, że nawet tą grupę młodych ludzi milicja chciała infiltrować.

W tym czasie też poznawałem coraz więcej ludzi z „Solidarności”, ściśle współpracuję z księdzem Henrykiem Białasem, Stefanem Drożdżem i Kszysztofem Ryszką. „Na Górce” powstała symboliczna „Arka”, w której znalazła się ekipa kapłanów bardzo zaangażowanych w pomoc robotnikom. Księża i robotnicy razem od podstaw budowali kościół, z wielkim zaangażowaniem. Wręcz walczyli o budowę poszczególnych elementów kościoła i kapliczki. Chociaż władze starały się to na wszelkie sposoby utrudnić, np. tarasując dojazd do budowy, to księża i ludzie stanęli na wysokości swoich możliwości i wiele ryzykowali, by jednak uwieńczyć dzieło. Jastrzębie Zdrój miało być miastem bez Boga, tylko przemysłowa i wydobywcza „sypialnia” w kraju. Nie zakładano, że powstaną kościoły. Jednak kapłani z ludźmi byli zżyci i razem przechodzili wszelkie przeciwności losu.

Zacznę od tego, że końcem sierpnia nastąpiła zmiana wikariuszy na parafii: odchodzi ksiądz Białas, Drożdż, odchodzi też ks. Antoni Stych. Ja pozostałem „na górce”. Ksiądz Stych dostał swoje probostwo w Radlinie, przed samym stanem wojennym został tam przeniesiony. Decyzję tą podjął bp. Herbert Bednorz w obawie o życie ks. Stycha, ponieważ władze zaczęły się bardzo interesować jego osobą. Przyszli nowi kapłani: ksiądz Ryszka, ks. Gołąb. Zaczęliśmy współpracę.

Można było podejrzewać, że nadchodzi coś niedobrego. Pojawiały się sygnały większej aktywizacji władz kraju, które niosły za sobą konsekwencje. Poniekąd spodziewałem się niedzielnych wydarzeń… Przyszliśmy z innymi księżmi na śniadanie, wtedy zauważyliśmy, że radio nie działa. Chwilę później usłyszeliśmy przemówienie Jaruzelskiego, ogłaszające stan wojenny. W naszej parafii w niedzielę rozpoczynaliśmy rekolekcje adwentowe, z udziałem księdza Kartanowicza (zakonnik, ale nie wiem z jakiego zgromadzenia). Był to zbawienny fakt dla środowiska, które tą decyzją władz było „wzięte w kleszcze”. Rekolekcje były dla nich pociechą duchową, formą wspólnego przeżywania, dawały Ducha Bożego. Myślę, że dodało to wielu osobom otuchy w tym okresie stanu wojennego. Zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy o poranku okazało się, że wielu ludzi zabrano z domów. Miedzy innymi Jasia Czerwionkę, którego potraktowano wyjątkowo brutalnie. Na oczach jego małych dzieci rzucono go na ziemię, a następnie wzięto go z domu w kalesonach boso. Później, gdy internowani stali w szeregu na placu to współwięźniowie trzymali go za ręce, by nie stał boso na śniegu.

W rekolekcje, 13 grudnia wszyscy duszpasterze mieli całodzienne dyżury, podczas których spowiadaliśmy. W konfesjonale siedziało dwóch księży, w kościele było pusto. W godzinach przedpołudniowych przyszedł dziadek, około 60-letni, siwiutki, siedział sam w pustym kościele. Dla nas, księży nasunęło się jednoznaczne skojarzenie, że nie potrafi zdecydować się na spowiedź. Dawaliśmy sobie sygnały, że podejdziemy, może chociaż jednym słowem zachęcimy go do mówienia. Czasem wystarczy jedno dobre słowo, by zdecydować się na krok, który postanowił. Trwało to długo, wydawało nam się, że siedzi i rozlicza swoje sumienie. Więc podszedłem do niego i zacząłem go zachęcać. Wyznał, że nie chce się spowiadać, ale jedynie posiedzieć. Mówił, że nie może znaleźć sobie w domu miejsca. Opowiedział mi historię, że jeden z jego synów strajkuje, a drugi jest zmobilizowany w wojsku i nie wie, czy jeden brat nie będzie strzelał do drugiego. To było straszne, odebrałem tego pana, jak zbitego psa. Jak postać, która jeszcze nie jest zabita, a nie potrafi oddychać. Był zdruzgotany, wykończony już sytuacją na Śląsku, a do tego dotknęła go tragedia w rodzinie. Obawiał się najbardziej drastycznych rozwiązań. Na pewno niejedna rodzina przeżyła tragedię. Często stawiano synów przeciwko rodzicom, czy braciom.

Kiedy indziej przybiegli na parafię ludzie, informując, że w kościele są zomowcy. Wtedy księża szybko ubrali się i pobiegli to sprawdzić. Oczywiście byli ubrani w moro, zmobilizowani. Przyjechali z województwa przemyskiego, ich zadaniem było obstawianie wjazdu do kościoła. Ale to byli religijni zomowcy i zwyczajnie przyszli się pomodlić. Proszę zauważyć te rozdarcie, te paradoksy. Oni przecież nie mogli nic na to poradzić, że są tym, kim są. Przecież mieli taką służbę, byli w wieku mobilizacyjnym i tak zostali powołani, a za odmowę groziły im surowe restrykcję. Pamiętam jeszcze kilka takich sytuacji, które ukazywały tę okropność tamtych czasów i sposób, w jaki władza doprowadziła do wewnętrznych lęków, rozdarcia społecznego.

W niedzielę, po południu przyjechał Komisarz na miasto Jastrzębie Zdrój. On od poniedziałku miał rządzić miastem, tę „dobra nowinę” oznajmiał wszystkim probostwom. Rozmawiał z księdzem Bernardem. Z nami, pozostałymi księżmi siedział Tadeusz Jedynak (uciekł w nocy od internowania) i przedstawił go, jako jednego z księży. Siostry nakarmiły oczekującego na dole kierowcę Komisarza, który dwie doby nie jadł. Był bardzo wystraszony, jadł w pośpiechu na korytarzu, łypiąc cały czas na swojego „szefa”. Nastał czas strajków i internowania strajkujących. Był to okres przedświąteczny. Odrabiano wtedy wolne, które robotnicy dostawali na wigilię. Strajki zaczęły się od tego, że nocna zmiana nie wyjechała na powierzchnię w poniedziałek, po ogłoszeniu stanu wojennego. To było 14 grudnia, a 15 kobiety poszły po wypłaty, bo ich mężowie strajkowali. I tu się zaczęło…

Spacyfikowano kopalnię „Jastrzębie”. Wtedy na kolędzie spotkałem człowieka, który powiedział mi, że tylko dwa razy w życiu naprawdę się bał: kiedy był na Syberii, a drugi raz gdy uciekał po taśmociągu na hałdę przed milicją. Pół godziny zajęło mu oddalenie się aż na ul. Turystyczną, na drugi koniec miasta. Od 15 grudnia także nie można było poruszać się samochodami po mieście. 15 przybiegli też górnicy do księdza Bernarda i donieśli, że biją ludzi. Zdano mu relację z tego, jak przebiegła pacyfikacja tej kopalni. Pojechał do biskupa, by podjąć interwencję. Relacje do nas przepływały bezpośrednio, wiedzieliśmy o wszystkich poczynaniach ZOMO. Zaplanowano to dobrze: gdy kobiety przyszły po wypłaty, zrobił się chaos i postawiono ultimatum strajkującym. Zażądano opuszczenia kopalni w ciągu 15 minut, a następnie weszli automatycznie i bili wszystkich, nie patrzyli czy to mężczyzna, czy kobieta. Zachowywali się, jak po środkach odurzających. Były relacje, że pobili nawet swoich, jeśli stanęli im przypadkiem na drodze. Niektórzy zeznali, że toczyli pianę z ust. To jest pewne, że mieli zawyżony poziom adrenaliny i zachowywali się bestialsko. Wręcz nienaturalnie.

Dowiedzieliśmy się tego samego dnia od Romualda Bożko, że dwóch strajkujących pojechało parowozem (lokomotywa do przetaczania wagonów) na KWK „Moszczenica”, by powiadomić tam strajkujących, by nie dyskutowali, tylko jak najszybciej opuszczali kopalnię. Chcieli ich ostrzec, do czego może dojść w razie konfrontacji. Z relacji Bożko wiedzieliśmy, że w KWK „Moszczenica” górnicy opuścili dobrowolnie kopalnię. Ale nie ominęło ich pobicie przez ZOMO. Mundurowi stanęli, tworząc tzw. „suchy las”. Wokół bramy, którą górnicy wychodzili stało ich zaledwie kilku, ale kilka kroków dalej czekał już zwarty szereg ZOMO-wców, którzy bili strajkujących. Walili pałami robotników gdzie popadnie.

Wszystko dzieje się 15 grudnia: wypuszczeni górnicy z „Moszczenicy” pobiegli szybko „na górkę”. Ale proboszcza nie było, więc powierzono mi i księdzu Krzysztofowi Ryszka powiadomienie w jakikolwiek sposób KWK „Manifest Lipcowy” o zajściach podczas strajków. Chcieliśmy ich ostrzec, jakie mogą być konsekwencje oporu, względem ZOMO. Wsiedliśmy w „malucha”, zabrałem ze sobą wiele liturgicznych elementów na dowód, że jesteśmy prawdziwymi księżmi. Chciałem przekonać ZOMO, że jedziemy do chorego. To wyjaśniłoby też, dlaczego pomimo zakazu używaliśmy samochodu. .Nie wziąłem najświętszego sakramentu. Nie mogłem znieważyć świętego sakramentu, ani go zbezcześcić. Ale kościelny pan Antoni miał o tym pamiętać, by w razie wypadku śmiertelnego powiedzieć moim przełożonym, w tym wypadku księdzu Bernardowi, że nigdy nie zbezcześciłem sakramentu, a jedynie wykorzystałem dostępne środki, by zapobiec tragedii. I pojechaliśmy…

Mieliśmy zamiar dotrzeć do „Manifestu lipcowego”. Na skrzyżowaniu ul. Pszczyńskiej i ul. Średnicowej stał milicjant w ciepłej, ortalionowej kurtce i milicyjną czapą na głowie. Zatrzymał nas, wspominając o zakazie poruszania się. W tym momencie wymyśliliśmy, gdzie jedziemy do chorego. Przekonywaliśmy go długo, chociaż ani razu milicjant nie wspomniał o tym, dlaczego nam zabrania jechać w kierunku Pszczyny. Dopiero, kiedy zobaczył naszą determinację zaniepokoił się i zdradził rąbek „tajemnicy” - „a co, jeśli będą tam do was strzelać?” – zapytał. Mimo to puścił nas dalej. Na poziomie KWK „Manifest Lipcowy” były zasieki, blokada i pełno żołnierzy. Poustawiano „Zomobusy”, czyli stary do przewozu ludzi. Wiedzieliśmy, że objeżdżając jakimiś objazdami dotrzemy do KWK „Borynia”, nie spodziewałem się, że jeszcze po drodze jest KWK „30-lecie”. Zazwyczaj poruszałem się autobusami, wiec znałem tylko z tej perspektywy topografię miasta Jastrzębie Zdrój.

Na prostej drodze spotkaliśmy kilka lub kilkanaście czołgów, stojących na skraju jezdni. Przy nich stali żołnierze, ale nie zatrzymywali nas. Byli tam chyba tylko po to, by zabezpieczać ZOMO, w razie czego pewnie mieli interweniować. Tak z przypadku trafiliśmy do KWK „30-lecie”. Spotkaliśmy się z załogą, najpierw z panami w inżynierskich marynarkach. Jeden z nich był kierownikiem wszystkiego, chyba kierownikiem kopalni. Wówczas odbyła się kolejna narada i jeszcze jeden etap negocjacji z pracownikami. Ja chciałem porozmawiać i dyskretnie dać znak pracownikom, zwłaszcza przewodniczącym strajku, by jak najszybciej opuścili kopalnię. Szeptałem Szymczykowi, przedstawicielowi strajkujących do ucha, żeby szybko wycofali się ze swoich działań i uciekali do domów. Powiedziałem, że biją. Obawiał się o załogę, jak zaakceptuje takie postanowienia. Dlatego zaoferowałem, że wystąpię razem z kierującymi strajkiem przed załogą i przedstawię relację z pierwszej ręki. Rzeczywiście stanąłem na scenie, przekazałem nawet słowa księdza prymasa, skierowane do górników: „Najważniejsze jest w tym cierpieniu, by żadna głowa nie zginęła”. Dodało to autorytetu moim wypowiedziom, bo przecież mnie nikt nie znał i byłem dla nich nikim. Esbek, kierujący kopalnią zaakceptował to, że pracownicy wyjdą przed przyjazdem ZOMO, chociaż nie było mu to w smak. Na „30-leciu” stanąłem pomiędzy zarządem kopalni a strajkującymi. Nie mogę jednak potwierdzić plotki, że wyniosłem pod sutanną sztandar. Byłem tak poubierany w swoje szaty, że było to nawet fizycznie niemożliwe. Ksiądz Krzysztof chyba też nie zrobił tego, bo wiedziałbym o tym. Poza tym my cały czas byliśmy wśród ludzi, a czas rozgrywania się tych wydarzeń był stosunkowo krótki.

Po opuszczeniu KWK „30-lecie” udajemy się spowrotem na parafię. Widzimy, że zasieki są już zlikwidowane, a w okolicach KWK „Manifest Lipcowy” nikogo nie ma. Później dowiadujemy się, że doszło tam do użycia broni palnej, że strzelano do górników. Naruszono ustawę, którą wprowadzono krótko przed stanem wojennym, o hymnie, godle i fladze państwowej. Ustalono kiedy można tych symboli godnie używać. Ponieważ ludzie z opozycji nosili oznakowania na ubraniach w postaci naszywek czerwono-białych, wiec łatwo było ich rozpoznać. Pobito jednak mężczyznę, który miał oznakowanie z wyszytym orłem na ramieniu, stał w umundurowaniu na bramie (był strażnikiem kopalni i tego dnia pełnił swoją służbę). Mało tego – został potem internowany. Dlatego górnicy z KWK „Manifest Lipcowy” byli inaczej sądzeni i skazywani, niż ich koledzy z innych kopalń. Przecież jeden z robotników zaraz po strajkach został oskarżony wyłącznie o to, że mieszał zupę! Na własne uszy słyszałem, jak prokurator powiedział, że ten człowiek należy do strajkujących bo…mieszał zupę! Naprawdę! Żądał za to 4,5 roku więzienia!

Górnicy z „Manifestu Lipcowego” mieli bardzo późno rozprawę. Ten strażnik, który został pobity był w strasznym stanie, a potem był internowany do więzienia w Strzelcach Opolskich. Nie był w stanie zeznawać, nawet jego rodzina nie wiedziała bardzo długo co z nim jest, ani gdzie się znajduje. Podczas wigilii nie wiedzieli, gdzie znajduje się ta osoba, dzieci nie wiedziały nawet, czy jeszcze mają ojca. Wtedy ktoś przyszedł do ks. Bernarda, mówiąc dyskretnie, że on żyje i jest zdrowy. Ja domyślam się, dlaczego tak długo ukrywano ten fakt oraz opóźniano rozprawy internowanych z „Manifestu Lipcowego”. Uważam, że władze i ZOMO chciały utajnić ten fakt, że pobito prawie śmiertelnie człowieka, który nie strajkował, a jedynie odbywał swoją służbę na bramie. Do tego znieważono symbol narodowy i także „czyszczono” to w papierach. Tego człowieka wypuszczono, a dopiero potem rozpoczęły się sądy nad internowanymi z „Manifestu”. Dostał on dokumenty, po wyjściu z celi, w których widniało, że 12 grudnia dostał nakaz internowania, a 13 został internowany. Zwrócił on uwagę, że jeszcze 15 był w pracy, więc zaszła pomyłka. Jednak stanowczo zbyto go. Sfabrykowano dokumenty tak, że rzekomo świadczyły o tym, że tego dnia nie było go w pracy (15 grudnia). Czyli nikt nie mógł zarzucić pobicia, ani znieważenia symbolu narodowego, ani nawet brutalności ZOMO… Podziękował on księdzu Bernardowi za troskliwość nad nim i jego rodziną. Precyzja kłamstwa była dalece przemyślana przez władze kraju i mundurowych.

Pogrom na kopalniach 15 grudnia był przerażający. Chodząc po kolędzie 1981 roku, na przełomie z rokiem 1982 dostałem dwa zaświadczenia od pań, które jasno wykazują, że poroniły w wyniku pobicia. Zostały uderzone pałką w brzuch, kiedy stały w kolejce po wypłaty w KWK „Jastrzębie”. To bardzo ważne! Te kobiety nie urodziły swoich dzieci, bo poszły po wypłaty małżonków, a zostały potraktowane, jak strajkujący mężczyźni. Jak wrogowie ludu.

Ksiądz Bernard prowadził dokumentację różnych sytuacji i zdarzeń z okresu strajków 15 grudnia, jak też wszelkich działań podziemia. Miałem między innymi w rękach zeszyty, gdzie były nazwiska mężczyzn, którzy strajkowali 15 grudnia w KWK „Borynia”. Na tej liście byli internowani, ale nie tylko. Znajdowało się tam ponad 900 nazwisk, a wiem, że to nie był jedyny zeszyt, z nazwiskami pracowników „Boryni”. Wszyscy z tej listy byli bezrobotni – zwolniono ich z kopalni za udział w strajkach. Tym samym stracili poważne zastrzyki finansowe w postaci barbórki, czternastki i trzynastki. Ci, którzy byli ponownie przyjęci zaczynali pracę niejako od nowa, na nową umowę. Dlatego stając opozycją względem władzy pozbawili swoje rodziny pieniędzy na święta. A ksiądz Bernard wynotował ich sobie i obiecał postarać się, by ich rodziny miały godziwe święta. Poświęcił na to ogromne fundusze, które były przeznaczone pierwotnie na remont kościoła.

W KWK „Borynia” zwolniono najwięcej pracowników. Chociaż oni szybko rozwiązali strajk, dzięki temu nie było tam pogromu. Jednak 15 grudnia nocna zmiana zawiązała ponownie strajk oraz umocniła zabezpieczenia. Wówczas wśród górników było wiele kadetów wojskowych, którzy w taki sposób odpracowywali na kopalni drugi rok wojska. To oni porozkładali materiały wybuchowe, zabezpieczenia w postaci „koktajlów Mołotowa”, okopali się solidnie i zorganizowali, niczym mała armia. 16 grudnia do ks. Bernarda przyszło dwóch panów, którzy poprosili o rozmowę z tymi górnikami z KWK „Borynia”. Przyznali, że to młodzi ludzie, którzy nie chcą za żadną cenę rezygnować. Podczas wieczornej mszy świętej podwieziono nas do prezydenta miasta. Przedstawiliśmy mu sytuację, prosząc o możliwość dojścia do KWK „Borynia” i pomocy strajkującym, a przede wszystkim przekonaniu ich o rezygnacji. Wówczas prezydent Krypczyk zadzwonił do Komisarza Rybnickiego Okręgu Węglowego i zaprosił go do siebie. Komisarz zaproszenie przyjął, a ja zostałem przedstawiony jako persona, która dogada się z górnikami na KWK „Borynia”. Wtrącę fakt ważny, związany z „moimi hippisami”, nazywanych potocznie „szumowinami”. Pan Krypczyk wykorzystał ten fakt, sugerując wszystkim, że skoro z nimi miałem taki dobry kontakt to z górnikami też sobie poradzę. Zwróćmy uwagę, że górników nazywano także wówczas szumowinami w towarzystwach rządowych. Z tej rozmowy wynikło tylko jedno – gdyby doszło do ataku, to krew polałaby się po obu stronach. Wywnioskowałem, że ani ZOMO, ani inne władze nie wiedzą, jak ugryźć ten górniczy bastion, który zaminowano. Nastała noc, a decyzji nadal nie było i nie wiedziałem, czy mogę pojechać na negocjacje z górnikami, czy nie. Myślałem, że jeśli nie wyrażą zgody, to jest to sygnał, że mają zamiar interweniować zbrojnie. Jednak zezwolono mi na wejście na kopalnię. Podstawiono mi autobus, który zawiózł mnie na samą kopalnię. Wszedłem tam sam, o mało nie wdepnąłem w minę. Rozmawiałem tam z Józefem Grębowskim i Ryszardem Będkowskim, który kierował strajkiem. Prosiłem ich o odwrót… Ludzie byli zdeterminowani. Wyczerpani, ale mieli spokój ducha. Byli tam górnicy, odrabiający służbę wojskową, studenci i nawet pracownicy innych zawodów. Na kopalni było pełno ubeków, którzy nawzajem poświadczali za ludzi z zewnątrz, wprowadzając osoby nie z opozycji, a popierający stronę rządową. Obawiano się prowokacji z ich udziałem, które mogły zakończyć się śmiercią dla strajkujących, przy tak dużych zapasach prymitywnie skonstruowanej broni. Górnicy jednak nie popuścili, bo byli zdecydowani na śmierć. Mówili o tym ze spokojem, byli pogodzeni nawet z ewentualnością utraty życia. Przemawiałem wówczas przez megafon, powołując się ponownie na prymasa. Nie widziałem żadnej twarzy, tylko ciemną masę ludzi. Ale ja czułem ich tam, ich napięcie. Poprosiłem górników o rezygnację ze strajków, podałem przykłady innych kopalń i jak to się tam skończyło. Na tym moje przemówienie się skończyło. Udzieliłem tego samego dnia wszystkim absolutorium. Wsiadłem w ten autobus, który mnie zawiózł na Bożka. Dopiero około 24.30 wróciłem spowrotem na parafię. Później ksiądz Bernard się dowiedział, że pozytywnie oceniono moje wystąpienie, a władze, które odsłuchały nagranie (przemówienia) były z niego bardzo zadowolone. Ponownie pojechałem do górników na „Boryni” dwa dni później, w piątek. Towarzyszył mi ks. Jan Wiśniowski. Już nie potrafię sobie przypomnieć z jakiego powodu wydelegowano nas tam ponownie. Kolejna wizyta wyglądała już inaczej, przebiegała w innej atmosferze – radości, a wręcz euforii. Rozmawiałem wówczas z komitetem strajkowym w godzinach południowych. Padła decyzja o zakończeniu strajku, ale nie byłem czynnikiem, który miał na to większy wpływ. Jak się dowiedziałem strajkujący obawiali się prowokacji wewnętrznych, ze strony tajniaków, których wielu przemknęło do ich szeregów. Jak mi tłumaczono, nie tylko groziło to zagrożeniem życia górników, ale też puszczeniem w media informacji o tym, że strajkujący nie pozwalali nikomu opuścić kopalni i zrezygnować z protestów.

Wszystkich kierujących strajkiem na „Boryni” aresztowano, mieli stanąć przed sądem wojskowym. Dla nas było to dość zaskakujące, zwłaszcza dlatego, że kojarzyło nam się z jeszcze większym rygorem i zaostrzonymi procesami sądzenia. Relacje, które przychodziły później od zatrzymanych zaprzeczały tym wyobrażeniom. Wręcz obarczały największym okrucieństwem i brutalnością prokuratorów i milicję. W wyznaniach można było przeczytać, że straszne są akty oskarżenia, wyciąganie zeznań na posterunkach, same aresztowania nawet! Sąd wojskowy obchodził się z więźniami łagodnie, zachowując wszelkie zasady prawa. Ja byłem na jednej takiej rozprawie w Katowicach, w której sądzeni byli uczestnicy strajków na KWK „30-lecie”. Napisaliśmy wówczas pismo do sądu z księdzem Krzysztofem. Wyraziliśmy się mniej więcej tak: w czasie trudnym dla ludzi, gdzie ani kopalnie, ani związki zawodowe, ani rada pracownicza, ani partia nie potrafią rozwiązać problemu społecznego zajęli się tym górnicy, którzy bezpiecznie wyprowadzili ludzi z kopalni. Im należy się odznaczenie za to, że szybko i sprawnie opanowali bojownicze nastroje, a nie aresztowania i prześladowania. Zaoferowaliśmy się, jako świadkowie tych wydarzeń. Wówczas zostaliśmy wezwani jako świadkowie, zeznawaliśmy po stronie obrony. Myśleliśmy, że to będą straszne chwile. Okazało się, że z górnikami obchodzono się dość delikatnie. Obserwatorzy procesów przyznali, że sędzia do jednego ze strajkujących, który był partyzantem w latach poprzednich i miał odznaczenia wojskowe mówił „panie oficerze”, a nawet wyraźnie okazywał szacunek jego randze wojskowej. Innemu, starszemu przesłuchiwanemu udzielał otuchy pocieszenia, uspokajając go. Z tych relacji wynikało, że sądy jednak miały ludzką twarz. Natomiast prokuratura, a zwłaszcza same akty oskarżenia były okrutne. Wydawałoby się, że to tylko formalność, a stawały się prawdziwym piekłem dla przesłuchiwanych.

Ja tuż przed stanem wojennym, w grudniu zostałem przez biskupa delegowany, jako kapelan więzienny. W tym czasie byłem wikarym w kościele „na górce”. Dostałem podpisaną przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Kiszczaka przepustkę, akceptację tej decyzji. Strona rządowa wyraziła wtedy zgodę na obecność kapelanów więziennych. Po stanie wojennym powstała nawet ustawa o stosunku państwa do kościoła rzymskokatolickiego, która była daremną próbą ratowania własnego poparcia przez Jaruzelskiego (przed 1989 rokiem) – myślał, że to uchroni go przed niezadowoleniem społecznym.

Służąc, jako kapelan więzienny miałem bardzo dobry kontakt z internowanymi. Absurd polegał na tym, że już 12 grudnia miałem zacząć posługę, ale nie mogłem wejść na teren ośrodka karnego. Dopiero po nowym roku arcybiskup krakowski Franciszek Macharski i biskup Czesław Domin odprawiali tam, jako pierwsi mszę świętą. Ja nie mogłem z kolei odprawiać mszy dla osadzonych, tylko dla internowanych. Zacząłem służyć na ośrodku w drugą niedzielę stycznia i uczęszczałem tam co dwa tygodnie. Więźniowie osadzeni byli w trzech, osobnych blokach i nie mogli spotykać się ze sobą. Dlatego msze odprawiałem trzykrotnie, w każdym bloku osobno. Każda z nich trwała godzinę. Salka, w której odbywały się msze była pełna po brzegi. Nie byli to tylko jastrzębianie, ale ludzie z całego Śląska.

Nie pamiętam, żeby międzynarodowe organizacje monitorowały ten ośrodek. Być może takie dane znajdują się w kronikach kościelnych, w parafii na Szerokiej. Do końca mojego pobytu w Jastrzębiu Zdroju, czyli do 1983 roku byłem kapelanem więziennym. Z czasem odprawiałem już msze święte dla skazanych. W 1982 internowanych przewieziono do Uherc. Pamiętam, że jeden pan (Józef Kula przyp. aut.) pisał pamiętniki w formie wspomnień z czasów internowania, on pochodził z Suszca. Zostało to wydane, a zawarł tam wiele szczegółów z życia internowanych, ich drogi więziennej, wszelkie fakty z podejmowanych przez władze decyzji.

„Na górce” byłem związany z ludźmi, którzy tworzyli pierwsze oddziały opozycyjne. Nie brałem osobiście udziału w kolportażu, ale pomagałem w redagowaniu pism podziemnych. Był to „GROS”. Całe wydawnictwo tej gazety działało na zasadzie trójek, które w różnych miejscach pracowały nad kolportażem gazetek. Zmniejszało to ryzyko tzw. „wpadki”, jednocześnie większe rozproszenie dawało szersze pole manewrów i możliwości rozpowszechniania tej prasy. Starali się jak najmniej ze sobą kontaktować. Materiały pisane były na maszynie do pisania – matryca białkowa a następnie powielane – wałek. Pewnego razu wyniknął problem: był namierzony powielacz, i trzeba było go szybko schować. Moim skromnym udziałem było jedynie ukrycie tego powielacza. W sprawę mocno zaangażował się Adam Kowalczyk i Marian Szczepkowski. Musieliśmy odegrać pewne sceny, skomplikowane i dość teatralne. Wszedłem do samochodu, w którym był powielacz, a następnie przesiadłem się do taksówki i pojechałem do Gliwic, by zmylić trop i udawać bezstronność działań. Powielacz owinięty był w koce, razem z nim zapakowane było też trochę blach, potrzebnych do powielania. Jakiś czas temu poinformował mnie Kowalczyk, który miał dostęp do swoich zasobów personalnych w Instytucie Pamięci Narodowej, że w jego zbiorach znajduje się informacja o powielaczu i mojej w tej roli. Tam jest to ładnie opisane. Jak widać władze wszystko o tym wiedziały i monitorowały. Dowiedziałem się z kolei, że Szczepkowski był agentem, wtyką. W tym momencie dobre było posunięcie przesiadki do taksówki, ale Szczepkowski wiedział o tym, gdzie jest powielacz. Ta akcja odbyła się w 1983 roku, jakoś jesienią, czy wczesna wiosną – było dość chłodno. Muszę dodać, że powielacz dobrze się ma i nadal jest. Może dlatego nadal jest, bo był pilnowany przez esbeków. Nie zabrali go, nie zwinęli, by wiedzieć, jakie będą jego dalsze losy i kto go potem zabierze. Chodziło o to, by zmonitorować, w jakie ręce później trafi. Śledząc trasę powielacza mogli dotrzeć do kolejnych struktur, wziąć na celownik kolejne osoby. Ale nikt nie zapytał już o powielacz i nie chciał go zabrać. Jedynie ja o nim wiedziałem i esbecy. We wrześniu 1983 roku przestałem pracować, jako wikary.

W 1983 roku kończę misję w Jastrzębiu Zdroju. Dekretem jestem skierowany do Mikołowa, ale na bardzo krótki czas. Jeszcze tego samego roku jestem w Piekar Śląskich. Tam służę przez trzy lata, jako wikariusz w Kościele Najświętszej Marii Panny i Świętego Bartłomieja. Tam prowadziłem katechezę dla mężczyzn, z polecenia proboszcza. Spotykali się tam robotnicy, kobiety miały osobne spotkania. Te zajęcia obejmowały tylko dorosłych, ale głównie miałem styczność z pracownikami kopalni, górnikami. Uczestnicy często byli aktywnymi działaczami Solidarności. Bracia Polmańscy nawet swojego czasu napisali o tym artykuł. Byłem duszpasterzem ludzi pracy. W cotygodniowych spotkaniach omawialiśmy poszczególnych świętych i błogosławionych, których w tym czasie ogłasza papież Jan Paweł II. Czyli rozmawialiśmy o ludziach, którzy kończyli swoje życie jako siostry zakonne, zakonnicy lub kapłani, ale w czasach, gdy Polska była w niewoli lub nie było jeszcze Polski, czy dopiero odzyskała niepodległość. Byli mocno zaangażowani politycznie, dlatego ta katecheza miała wymiar symboliczny. Dowiadywali się np. o uczestniczących w powstaniach: Kalinowskim i Chmielowskim. O siostrze Urszuli Leduchowskiej, która zajmowała się dziećmi i młodzieżą na Litwie, w czasach, gdy należała ona jeszcze do Kraju Obojga Narodów, a działała także wśród Polonii w Rzymie, a potem w Oslo. Każda katecheza miała wydźwięk polityczny i społeczny, prowadzący do praktycznych wniosków. Ci ludzie zobaczyli, że wiele osób dzięki swojej wierze potrafiło zrobić wiele dla ojczyzny, dla społeczeństwa i środowiska, w którym żyli. Potrafili ponieść wszelkie ofiary, by nie tylko bronić swoich przekonań, ale przede wszystkim stanąć dzielnie obok walczących o sprawiedliwość i wolność.