L00053 Urszula Połeć i Ryszard Maćkowiak

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Urszuli Połeć i Ryszarda Maćkowiaka==

Relacja nt. działalności Grzegorza Połcia

Rybnik, 8 X 2009

Urszula Połeć – Jeśli idzie o działalność związkową, o walkę o prawa pracownicze, to trudno znaleźć kogoś bardziej zaangażowanego od mojego męża Grzegorza. Był zupełnie nieprzekupny. Nigdy nie załatwiał żadnych spraw na boku.

Poznaliśmy się z mężem w 1973 roku. Grzegorz mieszkał w Warszawie, więc musieliśmy do siebie dojeżdżać. Współpracę z KOR - em nawiązał przez ojczyma Tadeusza Kucharskiego, który mieszkał na Żoliborzu.

Ryszard Maćkowiak – Jacek Kuroń zaproponował Grześkowi współpracę z KOR. Grzegorz był pierwszym działaczem KOR na Śląsku. Miał legitymację nr 1 na tym terenie ( w/g. Ich relacji). Ludzie tutaj jeszcze za bardzo nie wiedzieli, o co z tym KOR – em chodzi. Ja też czasami jeździłem na te spotkania razem z nim, kiedy Grzegorz wybierał się do rodziców. Pamiętam, że spotykał się z Jackiem Kuroniem i Janem Lityńskim… Trudno już teraz przypomnieć sobie wszystkie te nazwiska.

Poznałem Grzegorza w 1976 roku, kiedy przyjął się do nas, na hutę Silesia do pracy. Zakolegowaliśmy się. Mieliśmy wiele wspólnych tematów do rozmów. Początkowo Grzegorz trudne tematy polityczne „owijał w bawełnę”, ale potem powoli i mnie wciągnął w działalność „korowską” i zaczęliśmy razem jeździć do Warszawy. Nasza robota polegała głównie na kolportowaniu pism wydawanych przez KOR.

U.P. – Mocno na rzecz KOR pracował ojczym męża. To był powstaniec warszawski i wielki patriota. Teraz już nie żyje. Pojechał do córki mieszkającej we Włoszech i tam zmarł. Grzegorz miał w nim dobry wzorzec.

Ślub cywilny wzięliśmy w czerwcu 1976 roku, a ślub kościelny we wrześniu tutaj w Rybniku. Ja również uczestniczyłam w działalności opozycyjnej męża i to właściwie od samego początku.

R.M. – Działalność opozycyjna na Śląsku dopiero raczkowała. Musieliśmy być bardzo ostrożni.

U.P. – Bibuły nie mogliśmy przekazywać zbyt otwarcie. Te gazetki paliły ludzi w ręce. Po prostu rozkładaliśmy po kilka egzemplarzy pod zakładami pracy i ci co odważniejsi zabierali je sobie do poczytania.

R.M. – Żeby uniknąć wpadek musieliśmy tą bibułę chować w różnych przemyślnych miejscach. Z upływem czasu zebrała się wokół nas grupa ludzi, którym mogliśmy zaufać.

U.P. – Ale i tak były przecieki.

R.M. – No były, ale to nie z naszego najbliższego otoczenia. Podczas naszych spotkań rozmowy wyglądały rozmaicie. Często dochodziło nawet do kłótni. Ostatecznie mieliśmy różne poglądy na różne sprawy… chociaż wszystkim nam chodziło o wolną Polskę. Zresztą wtedy tak naprawdę nasze przekonania się dopiero krystalizowały. Bardziej w tym wszystkim chodziło o swobodną wymianę myśli, dlatego tak wielką rolę odgrywała dystrybucja niezależnej prasy czyli bibuły.

U.P. - Kiedy przyszedł sierpień 1980 roku, wtedy mój mąż poczuł się naprawdę w swoim żywiole. On czuł, że cała jego działalność w KOR zaowocowała tymi wystąpieniami i sprzeciwem powszechnym wobec systemu.

R.M. – U nas na Silesii Grzegorz był głównym organizatorem strajków. Na początku było ciężko, bo nie wszystkie wydziały huty chciały się przyłączyć. Biegaliśmy z wydziału na wydział i motywowaliśmy i przekonywaliśmy, aby wszyscy się do nas przyłączyli. Grzegorz starał się inspirować ludzi z wszystkich sił. Huta zatrudniała wówczas 6 tyś. ludzi, a zakład był dosyć rozległy, tak, że sporo się nabiegaliśmy. Został przewodniczącym Komisji Strajkowej, prowadził wiece, wygłaszał przemówienia i starał się trzymać cały ten bałagań w garści. Potem, przed rejestracją związku był jeszcze przewodniczącym Tymczasowej Komisji Zakładowej „Solidarności”, a po rejestracji wszedł w skład prezydium KZ.

U.P. – Grzegorz zrezygnował z przewodniczenia, gdyż on wolał kontrolować sytuację z boku.

R.M. – Pamiętam, że za sprawą Grześka zdjęto ze stanowiska dyr. Pawłowicza.

Potem była normalna działalność związkowa, tak jak na innych zakładach pracy. No, a w końcu Jaruzelski ogłosił stan wojenny.

U.P. – To było jeszcze 12 grudnia przed północą. SB rzeczywiście dobrze tą akcję przygotowała.

Siedzieliśmy przy stole, na którym leżała książka Ossendowskiego pt.: „Cień ponurego wschodu”, aż tu nagle walenie do drzwi. Zapytałam: „Kto tam?” Odpowiedzieli: „Milicja.” Postanowiła, że nie otworzę im tych drzwi, więc oni je wyważyli. Spojrzałam przez okno; cały teren przed domem był otoczony. Zrozumiałam, że nie mamy żadnego ruchu. Córka się przebudziła i zaczęła płakać. Kiedy tylko wpadli do domu, to oznajmili, że zabierają męża. Było ich czterech. Pozwolili mu się tylko ubrać, poza tym nie mógł wziąć ani pieniędzy, ani papierosów. Wzięli go z marszu. Nie wiedzieliśmy gdzie go zabrali.

Rano w niedzielę pobiegłam do Ryśka Maćkowiaka. Przecież w domu było małe dziecko, bo nasza córka Kasia miała wtedy sześć lat, drzwi do mieszkania były wyważone. Nie wiedziałam co robić, nie wiedziałam, gdzie jest mój mąż. Nic nie wiedziałam.

R.M. – Dobrze, że Urszula wtedy do mnie przyszła, bo ja miałem w domu pełno bibuły, więc zdążyłem to jeszcze zakopać pod balkonem.

U.P. – Do Wigilii nie wiedziałam, co się z mężem dzieje. Dowiadywałam się na Komendzie, ale tam wszyscy nabrali wody w usta. W końcu dowiedziałam się od kogoś, że wszystkich aresztowanych wywieźli do więzienia w Szerokiej w Jastrzębiu Zdroju. Ale jak tam jechałam, to i tak nie miałam zielonego pojęcia czy Grzegorza tam zastanę.

Sceneria była straszna; czołgi, te „koksioki” wokół których grzały się patrole. Na szczęście odnalazłam męża. Wyczekałam się trzy godziny w oczekiwaniu na widzenie, a pozwolili nam być ze sobą tylko pół godziny. Podczas tego widzenia Grzegorz powiedział mi, że na pewno będą ich wywozić, i że da znać gdzie i kiedy.

Z Szerokiej wywieźli go do Strzelec Opolskich. Tam chyba mieli największy rygor. W Strzelcach byłam u niego raz. Kiedy po wielkich perypetiach z przepustką udałam się tam drugi raz, to okazało się, że już go tam nie było. W takim razie, pytaliśmy: „Gdzie jest?” Odpowiedź padła: „Nie wiemy. Szukajcie sami.” Jakaś pani z Krakowa, nie pamiętam jej nazwiska, poinformowała mnie, że mąż jest w Rzeszowie.

R.M. – Stosowali tam wobec nich straszny terror psychiczny. Wywoływali ich po kolei z cel, potem było słychać strzały, a tych wywołanych przenosili do innych cel. Reszta, która pozostała w celi nie wiedziała co się dzieje. Domyślali się najgorszego.

U.P. – W jednej z kartek, którą otrzymałam od Grzegorza ze Strzelec, pisał, że prawdopodobnie wywiozą ich do Rosji. To było okropne. Strasznie ich wtedy niszczyli psychicznie.

Potem, kiedy był z innymi internowanymi w Uhercach i w innych obozach, w Zagórzu i w Łupkowie, to oni organizowali tam sobie pocztę obozową, a Grzegorz był utalentowany plastycznie, więc projektował i drukował znaczki i koperty obozowe. Poza tym drukował odezwy i biuletyny. W obozach internowania panowała trochę luźniejsza atmosfera. Mogli się tam już jakoś organizować i mieli większe możliwości działania.

Te pamiątki po mężu oddałam do muzeum w Rybniku i mam nadzieję, że zrobią z tego właściwy użytek.

R.M. – To są cenne rzeczy, bo oni drukowali co najwyżej sto sztuk danego egzemplarza, a potem matrycę komisyjnie niszczyli.

U.P. – Na początku grudnia 1982 roku mąż wrócił z internowania, jako jeden z tych 613 – tu był na internowaniu do końca. Oczywiście esbecja namawiała go na współpracę, a potem chcieli go zmusić do emigracji.

R.M. – Grzesiek był twardy. Oni wiedzieli, że go nie złamią.

U.P. – Od razu po powrocie mąż zaczął szukać kontaktu z innymi działaczami podziemia solidarnościowego. Odwiedzali go również, czasami koledzy z obozu. Na święta Bożego Narodzenia w 1982 roku pojechaliśmy do Warszawy i wtedy mój mąż miał kolejne spotkanie z Jackiem Kuroniem. Zresztą mieszkanie matki Grzegorza w Warszawie przez cały ten okres było lokalem konspiracyjnym. Niejednokrotnie ukrywała w nim poszukiwanych studentów, a także przetrzymywała materiały konspiracyjne. Grzegorz aż do 1989 roku spotykał się z działaczami opozycji z Warszawy. Przywoził stamtąd między innymi „Robotnika” i inne pisma i wydawnictwa podziemne.

W naszym mieszkaniu również odbywał się druk bibuły. Oprócz Grześka i mnie drukowali i kolportowali Rysiek Maćkowiak, Wiesiek Dziarski i Rysiek Bohwa. Za dnia się drukowało, a wieczorem roznosiliśmy ulotki po mieście; przed zakładami pracy, po przystankach autobusowych; tam gdzie najwięcej ludzi się przewijało.

R. M. – Nieraz milicja nieźle nas po mieście przegoniła.

U.P. – Do pracy w hucie mąż powrócił w styczniu 1983 roku i przez cały ten czas aż do 1989 roku i tam również próbowali go uspokoić, a czasami wręcz kupić. Obiecywali mu różne przywileje, ale on był nieugięty.

R.M. – W 1988 roku sytuacja na hucie była dużo bardziej trudna niż w 1980 roku. Znaczna część załogi należała do PZPR, a reszta była mocno przestraszona. Wyszło na to, że połowa załogi chciała strajkować, a reszta nie. To przypominało raczej strajk włoski. Grzegorz znowu starał się całą załogę zmobilizować do działania, ale tym razem nie do końca się to udało. Właściwie to co działo się wtedy u nas w hucie należałoby określić mianem akcji protestacyjnej.

U.P. – Jak zaczęły się organizować struktury Solidarności, to mąż ponownie wszedł w skład Komisji Zakładowej, ale rękami i nogami bronił się przed stanowiskiem przewodniczącego. Grzegorz zawsze twierdził, że woli kontrolować sytuację z boku. Taki już był.

Nie było łatwo żyć z takim człowiekiem. Należało nam się mieszkanie, a on się go zrzekł. Należała mu się renta, a on się jej zrzekł. Ideałom Solidarności poświęcił i dom i rodzinę. To była dla nas niezwykle trudna sytuacja i niestety nie podołaliśmy jej. W 1992 roku doszło między nami do rozwodu. Zresztą on później sam przyznał mi rację. Przyznał, że ogromnie zawiódł się na tych , którzy wypaczyli idee solidarnościowe i na całym kształcie naszej wolności. Cóż, on był typowym idealistą i romantykiem.

R.M. - Grzegorz od 1991 do 1993 roku był ławnikiem w sądzie w Rybniku. W tym czasie wiele osób zwracało się do niego ze swoimi problemami w pracy. Grzegorz pomagał tym ludziom pisać pozwy do sądu i inne pisma procesowe. W tym okresie był bardzo zabiegany. Miał mnóstwo pracy. Przecież on prawie z tego sądu nie wychodził. Przyszedł w końcu taki czas, że i on się w tym pogubił, a właściwie pogubił się w życiu. Nie potrafił wyhamować.

U.P. – Wszedł w to za głęboko i przegrał całe życie. Jego wydział na hucie został sprywatyzowany, a nowy właściciel korzystając z tego, że Grzegorz był oddelegowany do KZ doprowadził do zlikwidowania jego stanowiska pracy. To dla nich wszystkich była znakomita okazja, żeby się go pozbyć. Zaoferowali mu posadę stróża. Musiał ją przyjąć. Związek, któremu poświęcił całe życie nie przyszedł mu z pomocą.

R.M. – No, trzeba to powiedzieć głośno, że jego, że nas wszystkich paskudnie wykorzystali.

U.P. – Potem stało się tak, że stracił nawet tą posadę stróża. Jego druga żona wyeksmitowała go z mieszkania, nawiasem mówiąc to mieszkanie należało do niego. No i w ten sposób zmuszony został aby zamieszkać na ogródkach działkowych.

Załamał się wtedy zupełnie. Zdrowie zaczęło mu odmawiać posłuszeństwa (w czasie internowania brał udział w wielu głodówkach). Cała jego sytuacja życiowa miała wpływ na jego stale pogarszający się stan zdrowia. Nie miał pomocy znikąd. Jego koledzy na stanowiskach odwrócili się od niego. Grzegorz zmarł pod koniec 2003 roku i do dnia dzisiejszego, żaden ważniak, który zdobył pozycję „po plecach” Grzegorza, nawet wiązanki kwiatów na jego grobie nie złożył. To jest bardzo gorzkie.

Spisał Andrzej Kamiński