L00055 Zofia Pozimska

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Zofii Pozimskiej==

Jastrzębie-Zdrój, 27 VI 2009

Urodziłam się w 1938 roku, tuż przed wybuchem II Wojny Światowej w Strochcicach blisko Sandomierza, a więc w centralnej Polsce. Jeden z moich dziadków był piłsudczykiem. Służył w wojsku pod rozkazami marszałka Piłsudskiego jako koniuszy. W naszej rodzinie nie kultywowało się tradycji patriotycznych na jakiś bardzo wzniosły sposób, ale pamięć o wolnej Polsce zawsze się tam jakoś w naszym życiu przewijała; no i nikt z mojej rodziny nie należał do PZPR.

To dziwne, bo kiedy kończyła się wojna ja miałam 5 lat, a tak doskonale pamiętam te wszystkie okropieństwa, które najpierw wyczyniali Niemcy, a potem Ruscy. Trudno to opowiadać - takie straszne. Pamiętam jak mordowano Żydów, jak Ukraińcy mordowali Polaków. Jako małe dziecko byłam świadkiem takich rzeczy.

Dom dziadków stał jakieś 100 metrów od drogi. Prowadzili Żydów w konwojach. Bili ich, a jak któryś nie domagał, to go zabijali na miejscu. Obok naszego domu były więzienne pola i w zależności od sytuacji na froncie, przetrzymywali tam Polaków i Ruskich, albo Polaków i Niemców. No, oczywiście pomiędzy okupantami też byli przyzwoici ludzie. Niektórzy Niemcy dawali nam czekolady i jakieś inne zaprowiantowanie, a potem jak przyszli Ruscy, to też byli tacy, którzy starali się nas chronić; przestrzegali nas przed Kałmukami. Mówili nam jak postępować aby uniknąć gwałtów i represji. Tak, że skutków totalitaryzmu doświadczyłam już jako dziecko.

Do Jastrzębia, razem z mężem przyjechaliśmy za mieszkaniem, podobnie jak większość ludzi. W Nowej Rudzie, gdzie wcześniej mieszkaliśmy, zarówno mąż jak ja pracowaliśmy na kopalni, ale na własne „M” nie mieliśmy żadnych widoków. Jastrzębie było w budowie, tutaj były mieszkania, więc tutaj się przenieśliśmy. Mąż rozpoczął pracę na kopalni Manifest Lipcowy i tutaj otrzymaliśmy na ulicy Turystycznej własne lokum. W tym okresie ja nie pracowałam. Nieco później przenieśliśmy się do Żor na większe mieszkanie, ale mąż z Manifestem zawodowo związany był aż do renty, a potem działał jako związkowiec. Po wypadku męża w 1978 roku i po jego przejściu na rentę, ja podjęłam pracę zarobkową w ZOZ – ie, w Żorach. Mój mąż zawsze był zażartym antykomunistą. Zupełnie zrezygnował ze zrobienia jakiejkolwiek kariery w PRL-u, a otrzymywał różne propozycje, ale one wiązały się z koniecznością wstąpienia do PZPR.

W momencie wybuchu strajków sierpniowych w 1980 roku mój mąż całym sercem poparł protest i aktywnie, pomimo tego iż był na rencie, zaangażował się w pracę ze strajkującymi kolegami. To właśnie mąż zaszczepił we mnie idee solidarnościowe. To mąż namówił mnie do tego, abym spróbowała założyć Solidarność w naszym ZOZ – ie. Służba zdrowia zachowywała się wtedy w ogóle bardzo dziwnie. Cały kraj ogarnęła euforia wolności, a oni ciągle się bali i długo przestrzegali mnie, że spotkają mnie, Bóg wie jakie konsekwencje mojej działalności. Ale ja jednak wykazałam zdecydowaną postawę. Oczywiście strajk w służbie zdrowia nie może wyglądać tak jak w innych zakładach. My musimy pracować stale, bo ludzie stale potrzebują pomocy medycznej. Ale oflagowaliśmy zakład i karetki pogotowia. Utrzymywałam stały kontakt z MKS w Manifeście Lipcowym (mój mąż aktywnie wspierał strajkujących) a następnie z MKR jastrzebskim.

W Żorach mieliśmy wtedy taki stary szpital. Był tam tylko oddział chirurgiczny i pogotowie ratunkowe. Zostałam szefową Komitetu Strajkowego. Mój mąż powiedział o tym Tadkowi Jedynakowi, który był naszym sąsiadem kiedyśmy jeszcze mieszkali w Jastrzębiu. Później rozpoczęłam pracę w siedzibie Solidarności w Rybniku, bo Rybnik był w naszym rejonie główną siedzibą ZOZ – u. Pracowałam tam jako sekretarka, jako skarbniczka, a jak było potrzeba to w zastępstwie przewodniczącego jeździłam na zebrania Zarządu Regionu.

Na samym początku budowa zrębów organizacji związkowej, szła jak po grudzie, ale jak pierwsi zaczęli podpisywać deklaracje, to poszło to jak lawina. Podpisali wszyscy, nawet ci najbardziej oporni. Pamiętam, że blisko współpracowała ze mną wtedy Mirka Ustowska, pielęgniarka. Z uwagi na to, że ja wtedy miałam dostęp do całej „wierchuszki” rybnickiego ZOZ – u, poczęłam czynić starania o powstanie w Żorach osobnego ZOZ – u. Liczba ludności uprawniała już miasto do tego, aby miało swój własny szpital. Przyjrzeliśmy się możliwym do zaadoptowania na placówkę medyczną budynkom. Akurat budowano „Dom Partii”. Pomyśleliśmy, nie bez złośliwej satysfakcji, że PZPR nie potrzebuje przecież, takiej pięknej, nowej i wielkiej siedziby, natomiast miasto rozpaczliwie potrzebuje lokum na szpital. Postanowiliśmy sprawić, aby przekazano nam ten budynek na nasze potrzeby. Z mojego poruczenia do Komitetu Wojewódzkiego PZPR i do wojewody jeździli: dr Konieczny, dr Śliź, Mirka Ustowska i Janka Szymanowska. Jeździli i uparcie przekonywali. Oczywiście opory były. Władze nie chciały tak łatwo zrezygnować z nowej, wspaniałej siedziby dla PZPR – u. W końcu jednak ulegli. Budynek przebudowano. Szpital powstał i to powstał za sprawą Solidarności. Dla całej społeczności miejskiej. Dzisiaj przed wejściem widnieje tylko napis NFZ. To trochę boli. Wcześniej chore dzieci woziliśmy po całym województwie. Żorzanki rodziły w domach albo w karetkach pogotowia.

Wywalczyliśmy ten szpital. To Solidarność go zbudowała, a nie żaden NFZ. Mam takie pragnienie, ażeby zostało to jakoś upamiętnione. Weźmy choćby WOŚP. Każda akcja, każdy sprzęt zakupiony przez Wielką Orkiestrę jest sygnowany serduszkiem i to jest w porządku. Musimy coś zrobić w tym kierunku, aby to dzieło naszej Solidarności również zostało jakoś upamiętnione.

Ale wróćmy do jesieni 1981 roku. Jak już wspominałam, czasami w zastępstwie naszego przewodniczącego jeździłam na zebrania Zarządu Regionu i przyznać muszę, trochę niepokoił mnie radykalizm niektórych działaczy. Spontaniczne zachowania są zrozumiałe, a czasami wręcz pożądane, ale taki kompletny brak dyplomacji jakim wykazywali się niektórzy działacze zakrawał trochę, na delikatnie mówiąc, brak rozsądku. Śpiącego tygrysa nie ciągnie się za wąsy, a „komuna” była jeszcze wtedy dla nas za silna i pod koniec „karnawału” czuło się już tą aktywizację władzy. Pomimo tego, jednak samo ogłoszenie stanu wojennego było dla mnie wydarzeniem szokującym. Byłam po prostu zaskoczona.

Pamiętam, że jadąc do Rybnika 14 grudnia miałam, krótko mówiąc, duszę na ramieniu. Nie wiedziałam, co z nami zrobią. Widziałam, że na Jedynaka czekali całą noc. Tak, że jadąc do naszej siedziby miałam bardzo niewesołe myśli. Ale, o dziwo obeszli się z nami bardzo łagodnie. Zarekwirowali tylko dokumenty i kazali przewodniczącemu zamknąć biuro. Był straszny żal. To wszystko było strasznie upokarzające. Bardzo się bałam, o to co będzie z tym naszym szpitalem, ale jednak prace przygotowawcze na placówkę medyczną były już tak zaawansowane, że najwidoczniej nie opłacało im się wycofywać już z tej inicjatywy.

Przypomnę taki dość istotny, chociaż mało znany epizod z tego okresu. Wiadomo powszechnie, że pierwsze strzały w okresie stanu wojennego padły na kopalni Manifest Lipcowy, ale do dzisiaj chyba nie wiadomo ilu górników tak naprawdę otrzymało rany postrzałowe, a to dlatego, że lekarzom opatrującym rannych, komisarz wojskowy zabronił w historii choroby wpisywać, jako jednostki chorobowej ran postrzałowych. Mogli wpisywać co im się tylko chciało byleby tylko nie było wpisu, że odniesione rany są ranami postrzałowymi.

Nie mogliśmy jako działacze solidarnościowi odżałować jednej rzeczy. Wiadomo służba zdrowia biedna była, jest i chyba będzie zawsze, ale mieliśmy na koncie związkowym około miliona złotych i komuniści nam te pieniądze zajęli. Pamiętam jak mówiłam naszemu przewodniczącemu, że lepiej by było podjąć wszystkie te środki z konta i rozdać je najbiedniejszym. No, ale cóż stało się tak jak się stało.

Wróćmy jednak do mojego oczka w głowie, do żorskiego szpitala. Udało mi się to zrealizować, zresztą nie tylko mnie, bo jak już wspominałam cała grupa działaczy i lekarzy była w tą sprawę zaangażowana, ale przy okazji straciłam dużo zdrowia.

Karetką pogotowia za bardzo jeździć nie mogłam, bo SB miało mnie na czarnej liście, więc dyrekcja naszej placówki w ramach obrony mnie przed jakimiś niespodziewanymi represjami przeniosła mnie do pracy w przychodni. Ja wiem, że dla niejednego dziwne jest to, że dyrekcja chroniła związkowca, ale tak naprawdę było. Kilka miesięcy przepracowałam na nowym miejscu pracy, a potem kiedy sytuacja się nieco uspokoiła, wróciłam z powrotem na pogotowie.

W okresie stanu wojennego myśmy działali raczej niewiele. Wiadomo, że moralnie i duchowo wspierało się ta naszą, tymczasowo stłamszoną sprawę, ale aktywnie działać nie było za bardzo jak. Nie mięliśmy kontaktów z ludźmi z podziemia. Oni działali w warunkach konspiracji i dotarcie do nich dla szarego człowieka z ulicy było prawie niemożliwe.

W 1985 roku przeszłam zawał serca, a potem pięć operacji z nim związanych. No i w tym momencie stan zdrowia wyłączył mnie, niestety z działalności opozycyjnej.

Sytuację po okrągłym stole oraz współczesną rzeczywistość określiłabym kolokwialnie; pół na pół. Wobec niegdysiejszych oczekiwań pozostaje duży niedosyt. Służba zdrowia jaka jest każdy widzi, a tu od czasu wprowadzenia gospodarki rynkowej minęło już przecież 20 lat. Rządzący są raczej słabymi lekarzami skoro przez tak długi okres nie potrafią uzdrowić pacjenta. W innych dziedzinach gospodarki również panuje zapaść. Ludzie nie potrafią korzystać z darowanej im wolności. Widuję czasami tych, którzy pobrali pakiety górnicze, a to było przecież sporo pieniędzy i dzisiaj ci ludzie zbierają odpadki po śmietnikach. Żal mi ich bardzo. Sama mam nędzną rentę po mężu, ale staram się jakoś tymi niewielkimi środkami gospodarować. Jest mi ciężko, ale jeszcze sobie jakoś daję radę.

Za demokrację, za wolność słowa, za to że swobodnie mogę wspominać tamte czasy; Brawo!, ale dlaczego kraj nie potrafi podnieść się gospodarczo i finansowo, to już trudniej zrozumieć. A właściwie wiadomo, że jest to uzależnione od dobrej lub złej woli rządzących. Polacy są narodem pracowitym, ale w elitach władzy jakimś cudem skupili się ci najbardziej pazerni, którym nie chodzi o rację stanu, tylko o własne interesy. W tym kraju nie pamięta się o ludziach słabych i starszych, a to wystawia nam wszystkim, niestety raczej złe świadectwo.

Spisał Andrzej Kamiński