L00056 Janusz Ramotowski

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Janusza Ramotowskiego==

Janusz Ramotowski, ps. „Karol” „Przem”, ur. 28 VII 1950. Technik nukleonik, przed VIII 1980 pracownik Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego

„Antypaństwowo” wystąpiłem po raz pierwszy wcześnie, miałem wtedy trzy lata.

Ojciec – Józef Ramotowski „Rawicz” - zastępca dowódcy obwodu łomżyńskiego WiN, schwytany przez UB w 1951 roku siedział w więzieniu, ja z mamą mieszkałem u ciotki w Rawie Mazowieckiej. Regularnie składali nam wizyty ubowcy, próbując dowiedzieć się czy nie zjawił się w Rawie ciągle ukrywający się dowódca ojca – major „Bruzda” – Inspektor Inspektoratu Łomża – Grajewo.Byłem dla nich potencjalnym źródłem informacji, a nawiązanie kontaktu miały ułatwić przynoszone przez nich cukierki. „Bruzda”, co prawda nigdy się w Rawie nie zjawił, ale mama tak czy inaczej tłumaczyła mi, że są to źli ludzie i nie trzeba z nimi rozmawiać. Nie bardzo wiedziałem co z tym zrobić - jednej strony te cukierki, a z drugiej przestrogi mojej mamy. Wreszcie zdecydowałem się. W czasie kolejnej wizyty odmówiłem przyjęcia cukierków, zsunąłem się z kolan ubowca, poszedłem na podwórko, zwolniłem z łańcucha sukę Azę, która natychmiast zaatakowała naszych „gości”. Uciekli, nie wiem dlaczego jej wtedy nie zastrzelili, ja zaś raz na zawsze rozwiązałem dylemat kontaktów z bezpieką.

Chyba bardzo przeżywałem to zdarzenie, skoro zostało mi w pamięci do dzisiaj.

Ojciec wyszedł z więzienia w 1956 roku. Jedynym miejscem, w którym mógł wrócić do zawodu nauczyciela były „ziemie odzyskane”. Przy pomocy kolegi ojca osiedliliśmy się w Ławicach koło Iławy wreszcie razem – ojciec, mama, moja siostra Grażyna i ja. Wszystko wskazuje na to, że wieś nie została nam wybrana przypadkiem. Sołtysem wsi był niejaki Maraszek, przesiedlony z okolic Ryk, prawdopodobnie ten sam, który zadenuncjował i doprowadził do śmierci „Orlika” – Mariana Bernaciaka, Referenta Bezpieczeństwa przy Inspektoracie WiN „Pułtusk” (Inspektorat Puławy). Już mieszkając w Otwocku dostaliśmy wiadomość o tym, że syn tego właśnie Maraszka skończył studia w Moskwie, co jak na ucznia z małej szkoły wiejskiej było wydarzeniem. Zachowane w IPN materiały na temat mojego ojca, pozwoliły bardziej zrozumieć te wszystkie „przypadki”.

W roku 1960 przenieśliśmy się do Otwocka.

Otwock był obciążony pewnym syndromem. Niedaleko dworca stoi duża figura Jezusa Chrystusa. Wychodząc z pociągu i idąc do miasta trzeba koło niej przechodzić. W latach 50- tych to było dla władz straszne. Trudno byłoby ją usunąć jako element kultu, no bo to jednak nie ten kraj, zrobiono więc plany rozbudowy miasta i zaprojektowano nową ulicę przechodzącą akurat przez to miejsce gdzie stał Jezus Chrystus. Były protesty, sprawa się ślimaczyła, aż wreszcie któryś z kolejnych I-ch sekretarzy KP PZPR, wygłosił z trybuny pierwszomajowej zdanie „niech mnie szlag trafi, jeśli ja tej ulicy nie przeprowadzę”. No i stało się. Szlag go trafił i to natychmiast. Dostał ataku serca. Żaden z następnych sekretarzy o figurze już nie mówił.

Dwa czy też trzy lata po naszym przyjeździe Otwock odwiedził kardynał Wyszyński. Z tej okazji władze oświatowe postanowiły zorganizować sobotnio-niedzielny obóz dla dzieciaków ze szkół otwockich. Wybrano teren – polanę przylegającą do ośrodka kempingowego w Pogorzeli i w sobotę rano ściągnięto uczniów. Byłem i ja –obecność obowiązkowa. Szczere chęci zapewnienia nam godziwej rozrywki wyprzedziły zdolności organizacyjne. Nie było ani żarcia, ani namiotów. Ba, nie było nawet wody do picia. Z tym problemem poradziliśmy sobie cedząc przez chusteczki do nosa wodę z przepływającego strumienia. Za to straże ustawiono jak trzeba. Na wszystkich ścieżkach, którymi mogliśmy „odzyskać wolność” ustawiono patrole nauczycieli. Wszystko bardziej przypominało internowanie, niż piknik, (kto wtedy znał takie słowa). Pierwszy zbuntował się Jerzy Zieliński. Ruszył w kierunku domu, (a właściwie w kierunku domu dziecka prowadzonego przez siostry zakonne, którego Jerzy był wychowankiem) dotarł do linii straży. Ślepy los chciał, że trafił na nauczyciela z naszej szkoły – pana Kapuśniaka. Jerzy widząc straże wciągnął głowę w ramiona, wsadził ręce w kieszenie i z determinacją ruszył naprzód. - - Zieliński, a ty, dokąd !!!! – Zawołał Kapuśniak. Jerzy przeszedł jeszcze dwa czy trzy kroki. Zatrzymał się, odwrócił i patrząc na Kapuśniaka powiedział – a ja to pier........ panie Kapuśniak - i poszedł dalej. Był dla nas bohaterem, ja na ten przykład uciekłem dopiero następnego dnia rano.

Po skończeniu szkoły podstawowej zdałem egzaminy do mieszczącego się w Otwocku Technikum Nukleonicznego.

Technikum – „oczko w głowie” władz, kierowało się swoimi zasadami. Jedną z nich była obowiązkowa przynależność do ZMS, po prostu zapisano całą szkołę. Byłem w tym ZMS i ja, mało tego zacząłem z tego korzystać. Obozy „młodych racjonalistów” organizowane w Łącku były jakąś „szkołą ustawiania żagli”. Tak naprawdę jedynym obowiązkiem było odśpiewanie gdzieś około godziny 9 rano hymnu ZMS, którego fragment „Jesteśmy młodą gwardią proletariackich mas” zapamiętałem do dziś. Poza tym „Młoda Gwardia” miała prawo do wielu rzeczy, zwykle dla młodzieży zakazanych. Przez palce patrzyła kadra na nasze na wieczorno-nocne, podlane winem marki „Wino” kontakty z „gwardzistkami” i na wynikającą z tego słabą koncentrację na zajęciach i odczytach organizowanych w ciągu dnia.

Pamiętam zorganizowane „manewry”. Przywieziono nam trochę karabinów i ślepej amunicji i wypuszczono wieczorem w krzaki. Diabli nadali, że postanowiłem wspólnie z innymi zaatakować autobus linii Płock – Gostynin. Wyleźliśmy na szosę i strzelając w górę zmusiliśmy kierowcę do zatrzymania. Wybuchła panika, uciekliśmy w krzaki, ale kierowca zawiadomił milicję, która rozpoczęła obławę na „gwardzistów”. My już byliśmy na terenie obozu, kierownik uspakajał milicjantów, że wszystko już jest pod kontrolą, kiedy w lesie huknęło jeszcze dwa razy. Milicja rzuciła się w kierunku strzałów i wyciągnęła z krzaków jeszcze dwóch strzelców. Oczywiście skończyło się niczym, byliśmy w końcu „młodą gwardią proletariackich mas”, no i jak się tu miało nie podobać.

Żyłem dosyć wygodnie w dwóch światach, korzystałem pełnymi garściami z przynależności do ZMS, będąc jednocześnie daleko od ich ideologii, jedym zgrzytem były krzywe spojrzenia i złośliwe uwagi mojego ojca.

Może dlatego wdałem się w „akcję sabotażową” przed 1maja 66 lub 67 roku. Jeden z moich szkolnych kolegów Janusz Laskowski, zapalony big-beatowiec organizował zespół muzyczny, no a władza powywieszała na trasie pochodu wspaniałe głośniki, akurat jak trzeba. Koleżka poprosił mnie o pomoc. Pieniędzy nie chciałem, ale przyjemne z pożytecznym skusiło. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja ściągnęliśmy ze słupów ileś tych głośników, wymontowaliśmy to, co istotne, no a pudła wciągnęliśmy na stare miejsce, pracowicie podłączając kabelki. Rano byłem na stanowisku, naprzeciw trybuny honorowej. Ktoś tam zaczął dmuchać w mikrofon, a tu nic - cisza, żadnego dmuchania nie słychać. Ekipa biegała od słupa do słupa, sprawdzała podłączenia kabelków, ale nikt nie wpadł na pomysł, żeby zobaczyć, co jest w środku. No i pochód był „niemy”, a sprawców nie wykryto.

Przynależność do „młodej gwardii” nie przeszkadzały mi bić się z Julkiem Szymańskim, który brał ideologię systemu na poważnie.

Byłem wzorowym uczniem historii. Lucyna Kukla – nasza nauczycielka historii traktowała mnie jak pupilka, no i piątkę miałem zapewnioną. Padłem na 17 września 1939. Powiedziałem głośno na lekcji, że właśnie wtedy zaatakowali nas Rosjanie. Później już było tylko źle. Lekcje wychowania obywatelskiego spędzałem na korytarzu. Schemat był ciągle ten sam. Kukla wchodzi do klasy, podaje temat zajęć, podnoszę rękę mówiąc, że w związku z tematem chciałbym powiedzieć ... Ramotowski za drzwi ... No i wychodziłem.

Błąkałem się około 5 do 10 minut, do czasu wyjścia z klasy inż. Tadeusza Rydzewskiego, który uczył nas elektroniki, i znowu schemat – Lekcja wychowania obywatelskiego – stwierdzał Rydzewski – no tak – odpowiadałem. Idź zapal sobie spokojnie, mówił Rydzewski dając mi papierosy. Reszta lekcji w zależności od pory roku w WC albo w parku.

(Mój ojciec, specjalista od znajomych-nieznajomych twierdził, że Rydzewski bez wątpienia pochodzi z Łomżyńskiego i jego rodzina była w AK. Wtedy daleki byłem od poszukiwań historyczno-genealogicznych, teraz sobie myślę, że pewnie tak było, ale no cóż – nie ma już ojca, nie ma i inżyniera Rydzewskiego).

Nasze technikum było miejscem werbunkowym dla wojska. Przyjeżdżali oficerowie z WAT i namawiali nas do rozpoczęcia nauki na tej uczelni, kilka osób się skusiło, a jeden z nich Marek Dukaczewski skończył swoją karierą jako generał, „prasę” to już ma i nie mnie o nim pisać.

Przyszedł rok 1968, no i marzec. Byłem w klasie maturalnej, no, ale matura była jeszcze daleko, mieliśmy, więc czas żeby podjeżdżać do Warszawy, bez większego pożytku włóczyłem się między Politechniką a UW, aż wreszcie trafiłem na demonstrację i na schodach kościoła Świętego Krzyża, dostałem w końcu taką składną pałką po głowie, tajniak chciał mnie chwycić, wyrwałem się, ale zdążył mi urwać kieszeń w mojej ulubionej kurtce, jakoś tam połatałem tą dziurę i paradowałem się w niej dalej – ot taki prawie mundur partyzancki.

Jednemu z naszych kolegów (nazywał się Julek Turek) poszło gorzej, chwycili biedaka, no i afera była gotowa. Po szkołach średnich Otwocka miał jeździć nasz dawny nauczyciel tow. Solak, w tym czasie jakiś sekretarz w komitecie powiatowym PZPR w Otwocku i tłumaczyć młodzieży działania syjonistów. Jako członek „młodej gwardii” zdobyłem wiadomości o programie jego wizyty w naszej szkole. Uczniów podzielono na dwie grupy, klasy maturalne miały być zebrane w sali kinowej (nawet taki „wodotrysk” miała nasza szkoła), reszta zaś na sali gimnastycznej, najpierw my maturzyści, później reszta. Towarzysz Solak miał wyjaśnić, co i jak, Irek Majkowski, nasz sekretarz ZMS miał odczytać dostarczoną mu rezolucję potępiającą syjonistów, mieliśmy ją poprzeć i koniec, to samo miały zrobić młodsze klasy.

Zacząłem organizować spisek. Namówiłem kilku kolegów, aby we wskazanych przeze mnie momentach pełnili rolę klakierów, młodsze klasy zostawiłem mojemu serdecznemu koledze Zbyszkowi Ostrowskiemu, który co prawda rozpoczął szkołę ze mną, ale dogłębniej zdobywał wiedzę i znalazł się gdzieś nieco niżej. To potknięcie zapewniło nam jednak swoistą łączność pokoleń szkolnych. W szeptanej propagandzie mówiliśmy o możliwości wyrzucenia Turka ze szkoły, no i konsekwencjach dyplomatycznych tego wydarzenia – interwencji ambasady tureckiej.

Wreszcie Solak przyjechał, wygłosił nam przygotowane przemówienie, klakierzy zaczęli klaskać, Irek już sięgał po rezolucję, kiedy poprosiłem go, aby wstrzymał się na moment. Podziękowałem tow. Solakowi za tak ciekawe i wyczerpujące wyjaśnienie aktualnych wydarzeń a moi klakierzy znowu rozpoczęli oklaski. Towarzysz Solak wyraźnie pęczniał pod ich wpływem, no, ale gdy się skończyły zacząłem mówić. Po pierwsze poprosiłem Irka, aby schował rezolucję, bo treść takowej ustala się w czasie zebrania, a nie przywozi się w teczce.

Jeszcze raz podziękowałem Solakowi i poprosiłem naszego dyrektora p. Buczka, aby ściągnął nam do szkoły kogoś ze strajkujących studentów, aby ten wyjaśnił jak oni widzą przyczyny tych wydarzeń.

Dopiero po tych spotkaniach, jako ludzie już praktycznie dorośli podejmiemy w sposób świadomy decyzję, kogo poprzeć, a kogo potępić.

Klakierzy zaczęli klaskać i wykrzykiwać, że chcą koniecznie widzieć studentów. Solak i Buczek wściekli wyszli z naszej sali, ale sala gimnastyczna przywitała ich gwizdami.

Skończyło się dla tow. Solaka paskudnie, a mnie Buczek i nauczycielka wychowania obywatelskiego p. Kukla przysięgli zemstę.

Długo nie musieli czekać, przyszły matury, a jednym z egzaminów był ustny egzamin z wychowania obywatelskiego.

Komisja egzaminacyjna składała się z dyrektora Czesława Buczka, Lucyny Kukli i mojego wychowawcy - nauczyciela przysposobienia obronnego p. Piotra Siennickiego.

Kukla znalazła temat – wydarzenia marcowe. Sytuacja była prosta – albo pęknę i zacznę gadać to, czego ode mnie oczekują i będę miał szansę na maturę, albo nie zdam. Ciężko było, ale zacząłem mówić to, co myślę. Wyraźnie to ucieszyło Kuklę i Buczka, ale przerwał mi Siennicki mówiąc, że nie bardzo wie skąd to ja mam takie dziwne informacje, ale że jest przekonany że czytam również prasę, słucham radia i oglądam telewizję i prosi mnie żebym powiedział co się z tych źródeł dowiedziałem. Otworzył mi furtkę, z której skorzystałem, ratując honor mogłem powiedzieć to, czego oczekiwali. Efekt – trója no i matura.

W międzyczasie wyleciałem z hukiem z ZMS-u.

Skończył się okres technikum, pozostała przyjaźń ze Zbyszkiem Ostrowskim.

Niektórych z ludzi z tego okresu spotkałem w czasie rocznicowego zjazdu absolwentów.

Spotkałem Lucynę Kuklę, znowu tokowała na temat wyższości myśli komunistycznej nad jak to nazwała prawicową. I znowu muszę pani zaprzeczyć powiedziałem – no tak ty ciągle byłeś taki – byłem i zostanę, odpowiedziałem.

Wypiłem parę kiekiszków z panem generałem Markiem Dukaczewskim, no, ale w sumie to czas stracony, maska, którą nosi na twarzy nie mięknie po kilku kieliszkach, w końcu w dobrej był szkole.

Przeszedłem na ty z moim dawnym wychowawcą – Piotrem Siennickim. Teraz rozumiem jego reakcję z tamtego okresu. Piotr po prostu był sybirakiem i poznał system wcześniej nim ja się urodziłem. Wrócił do kraju z LWP, skończył szkołę oficerską, ale wyszedł z tego wojska tak szybko jak tylko mógł, no i żył z tego, co umiał, przygotowując nas do obrony ludowej ojczyzny.

Rozpocząłem poszukiwania pracy. Ktoś wprowadził mnie na Wydział Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Złożyłem papiery i zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną do dyrektora Katedry Jądra Atomowego profesora Zdzisława Wilhelmiego. Mój dyplom technika nukleonika prawie go nie zainteresował, za to zadał mi pytania, które mnie trochę zszokowały. Czy jest pan członkiem partii ? - Nie, nie jestem odpowiedziałem. Czy jest pan członkiem organizacji młodzieżowej - Nie, czy ktoś z rodziny jest członkiem partii? - Nie, i byłem pewien, że trafiłem na jakiegoś zaciętego czerwonego no i roboty nie dostanę.

No to ja pana przyjmuję, zdębiałem, ale robotę dostałem. Wróciłem do domu i opowiedziałem ojcu o tej rozmowie. Ojciec natychmiast stwierdził, że ten Wilhelmi musi pochodzić z Łomży i że prowadził wywiad na szczeblu Obwodu Łomżyńskiego AK.

Ojciec miał talent w wyszukiwaniu znajomych-nieznajomych i nie bardzo potrafiłem mu uwierzyć. Dalsze lata pracy i towarzyskie rozmowy z prof. Wilhelmim prowadziły jednak tym tropem. Przy okazji różnych okolicznościowych kieliszków koniaku profesor czynił aluzje do swojej partyzanckiej przeszłości, choć czujnie uciekał od konkretów. Wreszcie, kiedyś tam później w roku 1981, kiedy wiedziałem, że do Instytutu już nie wrócę poprosiłem o rozmowę z profesorem. Podziękowałem mu za lata pracy, powiedział, że miał o mnie zawsze dobrą opinią. Zrewanżowałem się tym samym i trochę « wkurzyłem » profesora, bo w końcu, co mu jakiś techniczyna będzie wyrażał opinię o nim – profesorze fizyki. Wyjaśniłem, że nie jestem w stanie do końca ocenić jego osiągnięć naukowych, ale cenię go za przeszłość.

Powiedziałem mu, że wiem, że był porucznikiem w AK u majora « Bruzdy ». Zbladł, szybko wyjaśniłem, że mój ojciec też był u « Bruzdy », zapytał się czy wiem, co stało się z majorem. Opowiedziałem mu historię jego śmierci. Profesor powiedział, że jest mu wstyd, że ode mnie dowiaduje się, co stało się z jego szefem, a jego dzieci nie mają nawet pojęcia o jego przeszłości. Nadrobił to w sposób znakomity, jest, zdaje się przewodniczącym koła żołnierzy AK Obwodu Białostockiego. Nikt nie potrafi mi jednak uwierzyć, że pracę na fizyce dostałem z ulicy, a nie z poparcia prof. Wilhelmiego. Z drugiej znów strony profesor bez wątpienia wiedział, że moje nazwisko ma swoje korzenie w Łomżyńskiem, a pytania o partię miały na celu wysondować, z których to Ramotowskich mogę być, bo byli różni.

W roku 1969 wspólnie z moimi kolegami z Otwocka Zbyszkiem Ostrowskim i Przemkiem Kociszewskim obsmarowaliśmy i oblepiliśmy zrobionymi przez nas ulotkami kilka plakatów wyborczych. Ulotki drukowaliśmy przy pomocy czcionek gumowych, które „wyprowadziłem” z Instytutu Fizyki na Hożej. Domagaliśmy się wolnych wyborów, umieszczenia na listach wyborczych ludzi z marca 1968 roku, lub też, jeśli władza się nie zgodzi proponowaliśmy bojkot tychże wyborów. Wieczorem zrobiliśmy akcję lepienia, którą jeszcze raz powtórzyliśmy, nie zdając sobie sprawy z pościgu za nami.

Całą tą sprawę najcelniej skomentował po latach Zbyszek Ostrowski, mówiąc, że jest w tym „coś ze Szwejka, kiedy to muchy obs...... portret cesarza”, a jakie były tego konsekwencje.

Chodziliśmy bladzi i dumni, nie zdając sobie sprawy z „pościgu” za nami. Wreszcie po paru miesiącach atmosfera zaczęła się zagęszczać. SB w Otwocku zaczęło wzywać młodych ludzi z naszego miasta, powoli zagęszczając krąg wokół działającego w tym mieście Środowiskowego Klubu Studenckiego „Pod Sosnami”. Wreszcie za którymś razem spotkaliśmy się na przesłuchaniu całą trójką w otoczeniu jeszcze kilku osób z klubu „Pod Sosnami”. Niby nic się nie stało, ale jak następnego dnia w drodze do pracy zauważyłem towarzyszącego mi tajniaka, zrozumiałem, że nas mają. Nie bardzo wiedziałem co robić, uciekać, ale gdzie i po co? W efekcie dotarłem w towarzystwie „anioła stróża” na Hożą.

Nie brałem się do pracy, bo i po co. Rzeczywiście, jakieś pół godziny później portierka dała mi znać, że na portierni czekają na mnie koledzy. Powiedziałem jej, że takich kolegów to ja nikomu nie życzę no i poszedłem na portiernię. Dowodzący ekipą tajniak – kapral o fajnym nazwisku Pudło (później zmienił na Zawadzki) wyskoczył i ściskając mi rękę głośno przywitał mnie wylewnym „Cześć”. Dzień dobry, odpowiedziałem grzecznie. Już dyskretnie powiedział mi, że mają nakaz zatrzymania mnie, ale nie chcą mi robić krzywdy, więc powinienem powiedzieć mojemu szefowi, że jestem wzywany w sprawie wypadku samochodowego. Odmówiłem, Pudło paskudnie wyraził się o mojej mamie, ale poszedł ze mną do mojego szefa Julka Srebrnego i przedstawił się jako funkcjonariusz SB, mówiąc, że ma nakaz zatrzymania mnie. Biedny Julek skulił się w swoim krześle, jakoś tak zapadł się w biurko – no.... no, jeśli musicie - powiedział. Zostałem więc zatrzymany bardzo oficjalnie, co jak pokazała przyszłość wcale mi nie zaszkodziło, a wręcz przeciwnie pomogło.

Wsadzili mnie do „Wołgi” między dwóch tajniaków i pojechaliśmy na ul. Okrzei. Byłem jakiś taki otępiały. Miasto, które dobrze znałem zza szyb „Wołgi” jawiło mi się jak coś, co oglądam na ekranie. Niby znam, ale dotknąć się nie da. Przesłuchiwało mnie dwóch facetów z Okrzei, nie znałem ich. W naszych sprawach postanowiłem „iść w zaparte”, pytali o inne sprawy, tu było łatwo, bo rzeczywiście nic nie wiedziałem. Pytali się czy czytam „Kulturę”, czy znam Krzysztofa Szymborskiego. Miałem moment zachwiania. Zabrali mnie bez papierosów, obydwaj palili, w pokoju było ciemno od dymu, a ja nic a nic. W końcu za tego papierosa byłem gotów na bardzo wiele. Przesłuchujący poczuł moment i podsunął mi paczkę. I wtedy zrozumiałem, podziękowałem mówiąc, że nie palę. Od kiedy ? Padło pytanie. Ano właśnie w tym momencie rzuciłem, i było już łatwo. Znalazłem też jakiś punkt oparcia. Myślę, że nie przez przypadek wszystkie pokoje przesłuchań są takie puste i szare. Należy skoncentrować się na tym, co mówi przesłuchujący. Ja obserwowałem dwie gołębice i gołębia na parapecie okna. Pochłonęło mnie, którą to z gołębic jurny samczyk posiądzie jako pierwszą. Było to tak fascynujące, że prawie zapomniałem gdzie i po jestem. Zebrałem « ochrzan », no, ale metoda była dobra. W końcu było jasne, że nie da się zrobić sprawy o kontakt z « Taternikami », nasza zaś sprawa objęta była amnestią. Następnego dnia zostałem dowieziony do prokuratora w Otwocku, spotkałem Zbyszka Ostrowskiego i jeszcze jakiegoś trzeciego chłopaka o nazwisku Aleksandrowicz. (Okazało się, że na jakimś plakacie domalował wąsy Gomułce.) Nie było Przemka Kociszewskiego. Było to dla mnie dowodem, że to on nas wsypał, szczególnie, że nie było go w aktach sprawy, odczytanych przez prokuratora Przemek nie występował. Przyznaliśmy się ze Zbyszkiem do zarzutów, no i zostaliśmy zwolnieni z obowiązkiem meldowania się na komendzie MO w Otwocku.

W jakiś czas później dopadłem Przemka i paskudnie go obiłem. Wylądował w szpitalu i co mnie bardzo zdziwiło, nie wskazał milicji, kto go pobił.

Pracowałem w Warszawie, Otwock traktowałem bardziej jako sypialnię, a nasza przygoda z bezpieką powoli przechodziła do historii.

Ze zdziwieniem odebrałem na wiosnę 1972 roku telefon od Zbyszka Ostrowskiego, że zdobył on wiadomość o tym, że będę przesłuchiwany w związku z przyjazdem Richarda Nixona prezydenta USA do Polski. Tak też się i stało. Dostałem wezwanie i stawiłem się na SB w Otwocku. Funkcjonariusz, znany mi z naszej sprawy z 1969 roku miał na biurku jakąś potwornie grubą teczkę (pomyślałem, że pocięli wiele gazet żeby zrobić tą inscenizację) ale rozmowę ze mną prowadził prawie że towarzyską. Co słychać, jak mi się pracuje itd., ponieważ znałem powód wezwania trochę mnie to nawet bawiło, zastanawiając się jak przejdzie do sprawy, no i co tu może chodzić – co ja mogę mieć wspólnego z przyjazdem prezydenta USA. Wersal trwał do momentu, kiedy mój rozmówca stwierdził, że moja nieobecność w Otwocku związana jest z dziewczyną, którą mam w Warszawie. Próbowałem zaprzeczyć, a wtedy mój rozmówca przewrócił kilka kartek i ze spokojem powiedział „wszak się nie mylę – Bronisława Matusiak zamieszkała w Warszawie ul Gdańska 39. Wściekłem się, wszystko się zgadzało, tylko skąd to bydle o tym wiedziało. Nie chciałem dalej rozmawiać, zapytałem się, w jakim charakterze zostałem tu wezwany. A nic tak specjalnego, chciałem z wami pogadać. Wstałem, i powiedziałem, że ja dla odmiany nie mam chęci z nim gadać. Byłem przy drzwiach, kiedy zapytał się czy wiem, że do Warszawy przyjeżdża Nixon, więc wreszcie weszliśmy w temat. Wiem – odpowiedziałem, czy wyjdziecie go witać ? - Zapytał. Jeszcze nie wiem – no, bo jak byście poszli to mamy do was prośbę. - ????? - Nie rzućcie w niego kamieniem. – Panowie, pomyliliście się, wzywajcie komunistów. Może i tak – powiedział.

Tak wyglądał mój ostatni, bezpośredni kontakt z SB w Otwocku.

Kilka lat później, już w stanie wojennym przejeżdżałem moją „Warszawą” przez Otwock i pod koła wylazł mi Pudło, już Zawadzki. Hamować? – Dodać gazu? – Oczywiście zahamowałem, ale otworzyłem okno i ochrzaniłem typa. Poznał, a nawet jakby się ucieszył.

Już po wszystkim w nowym XXI wieku zapałałem chęcią posiadania zdjęcia pułkownika Gałązki (w tamtych czasach majora) szefa SB w Otwocku. Podjechaliśmy ze Zbyszkiem pod jego dom w Świdrze, podlewał kwiatki. Wysiadłem z aparatem w ręku. Gałązka rzucił wąż do podlewania i szybkim krokiem zaczął się oddalać. Nie opanowałem się na tyle, aby ustawić ostrość, no i mam rozmytą plamę – ducha Gałązki – taki to ze mnie podstarzały dywersant.

Wystąpiłem do IPN o moje papiery. Sprawa 1969 roku doczekała się obfitych akt.

Zdumiałem się ilością sił i olbrzymim zaangażowaniem w końcu w drobnej sprawie.

Powołana grupa dowodzenia składała się z czterech oficerów i jednego pooficera (kapral Pudło). Dwóch było z Departamentu III MSW, jeden z Biura Śledczego i dwóch z komendy w Otwocku.

Cytuję dokument

Warszawa 19.05.69
Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej woj.warszawskiego
Celem realizacji zadań zmierzających do ustalenia sprawców.....powołuję grupę operacyjno-śledczą w składzie:
1.por............insp.opr.Wydziału III
2.ppor......... insp.opr.Wydziału III
3.ppor.......... insp.opr.Wydziału Śledczego
4.por........... insp.opr.Ref.SB w Otwocku
5.kapr......... insp.opr.Ref.SB w Otwocku

Po naszej pierwszej „akcji” urządzono na mieście kilka „zakrytych punktów obserwacyjnych”, w tym jeden „na świeżym powietrzu” w krzakach !!!!!. Nocne życie miasta śledziło systematychnie 23 funcjonariuszy. Jak w tej sytuacji udało się nam powtórzyć akcję?. Cytuję dokumenty:

Otwock 2.05.69
Rozmieszczenie punktów zakrytych w dniu 2 na 3 maja 1969
Punkt 1 Liceum Pielęgniarskie
Punkt 2 PMRN Teatr „Jaracza”
Punkt3 Klub Studenta
Punkt 4 ul Dzierżyńskiego.......
Punkt 5 Park Miejski

Otwock 28.05.69
Plan zabezpieczenia terenu miasta Otwocka przed ewentualnymi faktami wrogiej propagandy pisanej w związku z wyborami do Sejmu i Rad Narodowych
W nocy z 30 na 31 maja i z 31maja na 1 czerwca planuje się zorganizować zakryte punkty obserwacyjne.......
Posterunek nr 1 w Szkole Pielęgniarskiej przy ul Armii Czerwonej .....
Posterunek nr 2 na terenie Prezydium Miejskiej Rady Narodowej.....
Posterunek nr3w budynku Liceum Ogólnokształcącego przy ul.22Lipca.......
Posterunek nr.4 w lesie u zbiegu ulic Matejki i Dzierżyńskiego ......
Posterunek nr5 w gmachu UTP 1.......
Posterunek nr6 – punkt dowodzenia w gabinecie I Zastępcy Komendanta powiatowego d/s Bezpieczeństwa

Prowadzono wielowątkowe śledztwo, czepiano się masy zupełnie niewinnych ludzi. Popełniali też błędy. Ktoś, jakiś nie odkryty do dzisiaj wróg ludu napisał na plakacie wyborczym „wszystko równo – jedno g....” Mimo, że inny był charakter pisma a i ekspert ocenił, że tekst różni się od naszych – ideologicznych tekstów, przypisano ten akt nam. No, ale cóż – życzyliśmy ci dużo szczęścia nieznany przyjacielu. Zabezpieczono gipsowe odciski butów Zbyszka, szukał nas pies tropiący.

Skończyło się jak zwykle. W klubie „Pod sosnami” SB miała już TW Andrzeja Wojdasiewicza ps. „Sorell”, nie ustalił, kto i jak, ale dał obraz środowiska. Zwerbowano jeszcze dwóch „Tomaszewskiego”, niestety nie dostałem jego danych, Zwerbowano jeszcze jednego „Lotną” Leszka Seremaka. Leszek, starszy od nas o kilka lat był dla nas autorytetem. To on założył ten klub i był jego kierownikiem. Ileż to różnych rzeczy śmiesznych i poważnych robiliśmy razem. Ale coś się w nim zmieniło. To ja sam pośrednio przyznałem się w obecności Leszkowa. Następnego dnia meldunek był już na biurku.

Oto fragmenty meldunku.

Otwock 30.06.1969 źródło „Lotna”

Do „Adrii” najpierw przyszedł Ramotowski......rozmawialiśmy o przyszłej współpracy......Po przyjściu Ostrowskiego Ramotowski wprowadził go w plany klubu na co Ostrowski powiedział”nie wiem czy po tym wszystkim jest możliwe istnienie klubu.........Ramotowski zapytany stereotypowo „co słychać”przez dosiadającego się ........ powiedział „stary od przeszło miesiąca 5 siwych włosąw mam na głowie, ledwie żyję .......

Nie miałem oczywiście o tym pojęcia, Leszkowi wierzyłem. Na szczęście dla mnie „wsiąkłem” w Warszawę, a „Lotna” dalej rozpracowywał Otwock. Donosił na ukrytych w naszym środowisku Żydów, waluciarzy i jeszcze diabli wiedzę na kogo.

Kiedyś poprosił mojego ojca o postawienie u nas na placu w Świdrze swojej przyczepy kempingowej. Ojciec odmówił.

Spotkałem go przypadkiem (jeśli to był przypadek nad czym zastanawiam się po marcowej roku 2008 roku lekturze akt w IPN) już po sierpniu 80 roku. Zaprosił mnie do siebie do pracy. Pracował w CRZZ. Gabinet, biurko, kawa itd. Co ty tu Leszku robisz?. Nic, palmę podlewam. Miał coś do wypicia, opowiadał, że zajmuje się kulturą w CRZZ. Był na strajku w Stoczni. Pytał co robię, a już wtedy warsztat budowałem, chcąc zostać rzemieślnikiem.

Jak tam się umówiliśmy, ale już się nie widzieliśmy.

Pan Bóg strzegł. Leszka bez wątpienia wciągnąłbym do podziemia, no a wtedy ..........

Obecnie, po lekturze akt Teosia zastanawiam się, czy „Lotna” spotkał się ze mną przypadkiem, czy też była to ostateczna próba wyjaśnienia mojego ewentualnego zaangażowania w opozycję. Jeśli tak, to wygrałem bardzo dużo.

Wiem, że mieszka w Warszawie, pracuje w jakiejś firmie od wynajmu samochodów. Kuleje, miał wypadek samochodowy. Nie szukam go specjalnie. Jeśli się kiedyś spotkamy mam tylko jedno pytanie. Dlaczego?

Pozostała sprawa Przemka Kociszewskiego. To nie on nas wsypał, pobity przeze mnie też nic nie powiedział. Wydaje się, że w jego przypadku zadziałał jego ojciec. Miał skład materiałów budowlanych i miał za co kupić bezpiekę. Spotkaliśmy się na zjeździe technikum. Przeprosiłem go jak tylko umiałem. Zapytał się kto to zrobił – Leszek - powiedziałem. O k..... o nim bym nigdy nie pomyślał.

Cała ta historia dotknęła naszych rodziców.

Pana Kociszewskiego finansowo.

Matka Zbyszka, wdowa po sierżancie milicji pobiegła do I sekretarza komitetu powiatowego PZPR tow. Wilka z prośbą o pomoc. Głupio zaczęła – no, bo on (Zbyszek) to tak trochę zrobił jak towarzysz Dzierżyński. Wilk wściekł się na taką profanacją towarzysza Dzierżyńskiego i wywalił ją za drzwi. (Mam nadzieję, że towarzysz Wilk, obecnie najbardziej pobożny i oczywiście pierwszy parafianin jednej z parafii w Otwocku wyspowiadał się z tego grzechu.) Ojczym Zbyszka kapitan Trzciński był w tym czasie oficerem polityczno-wychowawczym w prestiżowej jednostce WP w Wesołej. Właśnie skończył studia na WAP w Warszawie, miał zapewnienie, że zostanie wysłany do Moskwy. Awans na majora już był podpisany, a tu nagle taki wstyd.

Co gorsza okazało się, że pan kapitan jest ukrytym sowietożercą. Mianowicie, wynajmował on jakieś mieszkanko pracującej w Polsce Rosjance, a ta nie płaciła. Wreszcie pan kapitan się wściekł i poprosił o pieniądze. Rosjanka nie zapłaciła i wtedy usłyszała, że przyjdzie jeszcze czas, kiedy on - kapitan Trzciński „ będzie Ruskich na łańcuchach prowadzał” no i wszystko jasne – jaki ojczym taki syn. Awansu nie cofnięto, ale nowo upieczony major stał się „żelaznym majorem” w jakiejś jednostce OTK koło Celestynowa. Był tam świetlicowym – formalnie oficerem kulturalno-oświatowym. Stoik z charakteru przyjął to zrządzenie losu ze zrozumieniem i nie miał do nas pretensji – zresztą sam był ukrytym wrogiem ludu.

Mój ojciec w tym czasie dostał wreszcie po latach podchodów miejsce w Ośrodku Metodycznym Kuratorium w Otwocku.

Jego dla odmiany wezwał na rozmowę tow. Wilk. Ojciec nie poszedł, odpowiadając, że do ich partii nie należy, więc nie będzie z nimi rozmawiał.

Rozmawiał z nim Kurator Powiatowy. Wypomniał ojcu, że ludowa władza zapomniała mu jego zbrodnie, a on nawet syna wychować nie potrafi. Ojciec dostał cholery. To, co robił, to robił dla Polski, i ktoś, kto chował się po kątach nie będzie mu tego wypominał, a syn ? – nie podobało mu się jak zapisano mnie do ZMS, nie podobało mu się jak jeździłem na obozy szkoleniowe, nie podobało mu się, że to oni mu syna wychowywali, ale teraz mają to, co sami zrobili. Ale z ośrodka wyleciał.

Sprawa ta miała też swój element pozytywny.

Instytut Fizyki Doświadczalnej UW konspirował już wtedy mój ówczesny szef Julian Srebrny zaproponował mi w jakiś czas później wstąpienie do ZNP, tworzyli oni wtedy grupę, która miała w odpowiednim momencie skierować ten związek w „dobrą stronę”.

Był to też okres, kiedy rzeczywiście byłem związkowcem. Byłem w komisji mieszkaniowej, jeździłem „po ludziach” sprawdzając, w jakich warunkach żyją i wykłócałem się o mieszkania. Jednym z niewielu zasobów mieszkaniowych Uniwersytetu Warszawskiego było osiedle akademickie na Jelonkach – baraki, które pozostały po radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. Znałem je niejako z autopsji, jako dziecko przyjeżdżałem tam nieraz z ojcem, w czasie, kiedy po odzyskaniu wolności robił studia zaoczne na UW. To, co było dobre pod koniec kat 50-tych nie było już do przyjęcia w latach 70-tych. Nikt, mimo katastrofalnej sytuacji mieszkaniowej nie chciał tam mieszkać. Remonty kosztowały UW majątek, a skromna brygada remontowo-budowlana po prostu sobie z tym wszystkim nie radziła. Zaproponowałem pozbycia się tego balastu i przekazania terenu i baraków władzom miasta – i okazało się, że znowu uderzyłem w podstawy socjalizmu. Baraki te jak zostało powiedziane otrzymaliśmy „w spadku po budowniczych Pałacu Kultury, którzy to spisując ten swoisty testament przekazali je ludziom nauki”, zaś próba podważania tego testamentu jest działaniem antysocjalistycznym. No i tyle. Należało rotacyjnie upychać tam jakichś nieszczęśników no i w miarę możliwości pamiętać, aby ich później wyciągnąć.

Praktykę, którą zdobyłem w walce o mieszkania wykorzystałem i prywatnie – zupełnie dla siebie. Mało tego działałem „ręka w rękę” z PZPR.

Było tak: Mieszkaliśmy na Marymoncie w domku postawionym po wojnie na gruzach ich domu spalonego w czasie powstania. Jak na Warszawę warunki były spartańskie. „Sławojka” na podwórku a woda w hydrantu miejskiego odległego o około 100 metrów. Mało tego, lepianka nie była już własnością teściów. Niedopatrzenie w pilnowaniu papierów doprowadziło do tego że państwo położyło łapę na tej działce i domek stał się własnością miasta. Po śmierci teścia, bardzo przywiązanego do miejsca zacząłem walczyć. Po pierwsze poprosiłem Zarząd Dzielnicowy Budynków Mieszkalnych (tak się chyba ta instytucja nazywała) o remont naszego domku. Usłyszałem, że nie jest to celowe, ponieważ jest on przeznaczony do wyburzenia. Pomysł mi się podobał, ale władza miała czas, przeznaczyli, ale bez wyznaczenia terminu – ot, kiedyś tam. Musiałem działać, zagrożenie życia wydawało mi się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Trochę przygotowałem nasz domek do ewentualnej ekspertyzy. Umocowałem lewar z jakąś belką między dwoma ścianami, pokręciłem, coś huknęło i trzasnęło i między dwoma ścianami powstała piękna szczelina. Byłem zachwycony, moja teściowa mniej. Szczelina powstała dokładnie koło jej tapczanu. Upchałem dziurę gazetami i szmatami i udałem się do Dzielnicowego Wydziału Architektury z prośbą o ekspertyzę. Niestety im spieszyło się mniej niż mnie. Architekt dzielnicowy pani Długoborska stwierdziła, że nie jest w stanie pracować, ponieważ upchano ją w jakimś zastępczym pomieszczeniu, a remont jej biura trwa bez końca.

Zapytałem czy zajmie się moją sprawą, jeśli ja załatwię sprawę remontu. Potwierdziła, a ja napisałem pismo do naczelnika dzielnicy z prośbą o ten remont i poprawę warunków pracy pani Długoborskiej. Efekt był natychmiastowy. W kilka dni później pani Długoborska już była u mnie, ale w stanie „ostatniej cholery”. Stwierdziła, że domek jest w dobrym stanie i nic nam nie grozi. Przegrałem i nie bardzo wiedziałem co robić dalej.

Któregoś razu przechodziłem koło budynku KC PZPR. Akurat myślałem o naszym problemie no i przyszło olśnienie. To oni rządzą w tym kraju, więc nich oni zajmują się moim problemem. Z marszu wszedłem do środka. Długi i dostojny korytarz, ale zaraz przy wejściu biuro przepustek. Nie wiem, czy było to niedopatrzenie budowniczych, czy też świadomy wybór, ale okienko było umieszczone tak nisko, że aby poprosić o przepustkę należało się schylić i to bardzo, czy też może – nisko się ukłonić. Ot tak na dzień dobry, żeby znać swoje miejsce. Przede mną kłaniał się jakiś starszy człowiek. Słyszałem rozmowę. „Dzień dobry poproszę o przepustką do wydziału skarg i wniosków – W jakiej sprawie ? – No bo mój syn wyjechał do Kanady, ja teraz wystąpiłem o paszport, żeby go zobaczyć i dostałem odmowę. – I tak paszportu nie dostaniecie” – padła odpowiedź. Następny proszę. Następny byłem ja. „Dzień dobry poproszę o przepustką do wydziału skarg i wniosków – W jakiej sprawie ?” dokładnie ta sama scena. Ja ......... schyliłem się głęboko. – Czy tutaj mieści się biuro skarg i wniosków ? – nie, w jakiej sprawie ? Czy tutaj ............... znowu to samo. Dwóch przechadzających się korytarzem dobrze zbudowanych i krótko ostrzyżonych facetów wyraźnie zaiteresowało się wymianą zdań i podeszli bliżej. Na szczęście mój rozmówca jednak sięgnął po mój dowód osobisty. Obejrzał i spytał – z Warszawy – to widać – skwitowałem. – Może w sprawie mieszkaniowej – a jeśli tak to co ? – zapytałem. Wyrzcił z siebie jak karabin maszynowy – „W sprawach mieszkaniowych, dla mieszkańców Warszawy mamy otworzone biuro przy Komitecie Wojewódzkim Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na ulicy Rutkowskiego 15 ”. Byłem uratowany. Nie chwyciło mnie dwóch smutnych, no i pewnie jako jeden z nielicznych dostałem adres. Tym razem do wizyty przygotowałem się starannie. Zrobiłem sporą kupkę zdjęć, ze szczególnym uwzględnieniem „mojej” szczeliny. Okazało się, że tam na Rutkowskiego nie było już żadnej kolejki, cieć z KC dobrze robił swoją robotę. Zostałem przyjęty przez wyraźnie znudzonego dyżurem towarzysza Grzeczkowskiego. Wykładałem mu moją sprawę i miałem wrażenie że jest myślami zupełnie gdzie indziej. W którymś momencie przerwał mi. – Panie, albo to prawda, to wszystko, co pan mówi – wyrzuciłem zdjęcia na biurko, zaczął przeglądać, a następnie segregować na dwie kupki. Dobra nasza. Wreszcie zdecydował – no to ja was umawiam na spotkanie z prezydentem Warszawy. Podziękowałem i powiedziałem że już jestem umówiony – za 10 miesięcy. No nie, bądziecie u niego jeszcze w tym tygodniu – obiecał. Nie było aż tak dobrze, czekałem z półtora tygodnia i zostałem wysłany do trzeciego sekretarza prezydenta – towarzysza Zielińskiego. Ten miał już moje zdjęcia i tylko jedno pytanie – Czy znam toaysza Grzeczkowskiego. (zapis słowa towarzysz jest próbą odtworzenia tego słowa – hasła. Normalny człowiek mówił towarzysz i ...... już go mieli. Obcy. Z kolei mówiąc „dzień dobry toayszu” dawało się znak skąd się pochodzi). Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że z toayszem Grzeczkowskim się znamy, na szczęście nie pytał skąd i od kiedy. Przekazał mnie toayszowi Węglarzowi, który był szefem Stołecznego Biura Spraw Mieszkaniowych. Przyjął mnie kawą przy stoliku, a nie przy biurku. Wiedział, że przychodzę od toaysza Zielińskiego, którego z kolei powiadomił o sprawie toaysz ....... Powiedział - Nie rozumiem toayszu, dlaczego wystąpiliście o M3 – no to dlatego wiecie toayszu że jest nas tylko troje – ja żona i córka. – Nie macie pomocy domowej ? – no nie – ale mogli byście mieć - . Nie chciałem i nie mogłem mu tłumaczyć, że tak naprawdę to nawet nie mamy na wkład na M3. Zostało na M3 i zostałem wysłany do toaysza Łosia – naczelnika dzielnicy Żoliborz, tego samego, do którego już pisałem w sprawie pokoju pani Długoborskiej. Ten wyczuł mnie od razu. Nie pomogły żadne toayszu. Wiecie co ja z wami zrobię ? zapytał. – Dam wam lokal zastępczy, a wiecie co to jest lokal zastępczy ? – widziałem. Lokal nie gorszy niż zajmowany. Trzeba było grać „va bank”. Spróbujcie powiedziałem i wyszedłem. Pękł, dostaliśmy M3 na Wawrzyszewie.

Kilka miesięcy później dostaliśmy klucze i weszliśmy do naszego nowego M. Rozejrzałem się po ścianach, a Bronka patrząc na mnie wszystko zrozumiała i zapytała – no co nowego już wymyśliłeś?

W wirze pracy w komisji mieszkaniowej wkroczyłem w czerwiec 1976 roku. Znało mnie trochę ludzi, łatwo więc było namawiać do składania datków na aresztowanych w Ursusie i Radomiu. Zebrane pieniądze przekazywałem Julkowi Srebrnemu. Wydawało mi się wtedy, że rzeczywiście warto było wejść do ZNP, i że mamy jeszcze coś do zrobienia.

Zatrzymanie Andrzeja Celińskiego w Ursusie na początku 1977 roku i jego pierwsze wyrzucenie z UW spowodowało naszą reakcję. Ponieważ Andrzej był członkiem rady zakładowej i nie mógł być wyrzucony z pracy przed pozbawieniem go funkcji związkowej, rektor zwołał posiedzenie Rady Zakładowej z jedynym punktem – wyrzucenie Celińskiego z funkcji związkowej. Zaproszonym gościem był przewodniczący PZPR na UW.

Celiński zaimponował mi wtedy – ręce mu się trzęsły, ale odczytał przygotowane ostre wystąpienie i – kazano mu opuścić salę. Chciałem wstać i wyjść z nim, ale się po prostu bałem. W momencie kiedy rozpoczęła się „dyskusja” miałem już dosyć. Zaproszony gość z PZPR między innymi zarzucił Andrzejowi nielegalne kontakty z klasą robotniczą, Ironizując zapytałem „gościa”, na czym polega legalność i nielegalność kontaktów z klasą robotniczą. Dowiedziałem się, że legalne kontakty nawiązuje się w czasie wspólnych świąt i festynów organizowanych przez odnośne organizacje. Poprosiłem w związku z tym o ekspertyzę w sprawie legalności mojego małżeństwa. Moja żona pochodzi bez wątpienia ze środowiska robotniczego, nie poznałem jej na żadnej z wymienionych masówek, tylko tak sobie - zupełnie prywatnie. Sekretarz się wściekł, zaczęło się robić wesoło i chwyciło. Poparł mnie bardzo ładnym wystąpieniem prof. Andrzej Stelmachowski, mówiąc już o wykładni prawnej sprawy Andrzeja, a następnie koledzy z wydziału Wiesław Dobosz i Andrzej Rzewuski. Zagroziłem, że nasza organizacja wydziałowa wystąpi z ZNP, podobnie zareagowały Wydziały Psychologii i Resocjalizacji Stosowanej, Biologii i Matematyki. Celiński chwilowo ocalał, a ja kontynuowałem bunt. Jako „naczelny buntownik” udałem się nawet do centrali ZNP, formalnie po to, aby dowiedzieć się jak statutowo wystąpić z Rady Zakładowej ZNP Uniwersytetu Warszawskiego. Dziwne, ale już tam na mnie ktoś czekał. Chciałem w czytelni poczytać sobie statut, a tu przyjął mnie jakiś „działacz”, twierdząc ze wie jak się nazywam, dlaczego i skąd przychodzę, a zawiłości statutowe to oni tłumaczą. Statutu nie dostałem.

Przed ponownym spotkaniem z kierownictwem Rady Zakładowej, tym razem na naszym wydziale zostałem wezwany do dyr. Instytutu prof. Jerzego Pniewskiego, który powiedział mi, że nie będzie w stanie mnie osłaniać. Mimo to nie miałem chęci zmienić stanowiska. „Zmiękli” jednak moi koledzy i zebranie zakończyło się w „miłej pełnej zrozumienia atmosferze”.

W efekcie w marcu 1977 roku Andrzej Celiński wyleciał z ZNP, a następnie z pracy na UW. Wyrażając swoje oburzenie wystąpiłem z ZNP, przysięgając sobie, że już nigdy nie będę działał w większej grupie.

Nie spotkały mnie represje, bo jak myślę nie mieli oni chęci zaczynać następnej wojny „o muchę, która ob...... portret cesarza”

W maju 1977 roku został zamordowany Stanisław Pyjas. Ciągle miałem bliski kontakt z Julkiem Srebrnym i to on poprosił o zrobienie klepsydr zawiadamiających o jego śmierci.

Robiliśmy je wspólnie z i zaprzyjaźnionymi z nami Elżbietą i Jerzym Zielińskimi, znowu tą starą i wypróbowaną przeze mnie techniką „stempli kauczukowych”. Pamiętam nasze paskudnie usmarowane tuszem ręce i obydwa „zapaprane” mieszkania. Część oddawaliśmy Julkowi, a część lepiliśmy skrycie na prawo i lewo na mieście, nie było zresztą tego aż tak dużo.

Od czasu do czasu zupełnie prywatnie poprzepychałem się z systemem, najczęściej przy okazji wyborów. Pierwszy raz w sławetnym 1969 roku. Miałem prawo głosować po raz pierwszy, dywersję już zrobiliśmy, należało więc zamaskować się, zresztą ojciec też nalegał, żeby tą kartkę wrzucić, ledwo co dostał miejsce w Ośrodku Metodycznym przy Kuratorium. Poszedłem, ale jak zobaczałem tą salę ubraną w czerwień i biel, tą urnę i gęby komisji, zawróciłem ze środka sali i wyszedłem. Drugi raz odbyło się to na Marymoncie. Przy okazji kolejnych wyborów wpadły do nas dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej namawiając nas do wrzucenia głosów. Wytłumaczyłem dzieciakom że jest niegrzecznie zawracoać ludziom głowę w niedzielę, dałem parę złotych i wysłałem na lody. Pod wieczór podjechała pod naszą lepiankę „Wołga” i jakiś dobrze odpasiony jegomość przypomniał mi że nie głosowałem. Wytłumaczyłem mu, że kontrolują moje uczynki i wiem co się ze mnią dzisiaj działo, a głosował nie będę, bo i tak wiem kogo wybiorą. Mogę się nawet z nim tą tajemnicą podzielić. Odwrócił się i poszedł.

Następnym razem na Wawrzyszewie pewnie w stanie wojennym. Władza wymyśliła, że wszyscy udekorują balkony na rocznicę 22 lipca. Admonistracje nabyły odpowiedni materiał wg. zasad dwie czerwone i jedna biało-czerwona, a ślusarze wykonali odpowiednie uchwyty.

Administracja mocowała je na balkonach. Nasz został umocowany pod naszą nieobecność (mieszkaliśmy na parterze). Po powrocie do domu odkręciłem to dzieło i rzuciłem w kącie przedpokoju. Na dzień czy dwa przed „świątem” zjawiła się administratorka z „ustawowymi” flagami – dwie czerwone, jedna biało-czerwona. Zapytałem grzecznie cóż to za okazja na wieszanie flag. Wytłumaczyła mi że jest to rocznica wyzwolenia !!!!.Odpowiedziałem, że nie o wyzwolenie tu chodzi a powołanie komitetu tymczasowego, który jakoś przetrwał do dzisiaj i jako antykomunista nic wieszał nie będę. Jeśli chce to niech mi przyniesie flagi – ale bez czerwonych na 3 Maja. Oniemiała, a ja zamknąłem drzwi. Przypomniał mi się ten niszczęsny uchwyt, otworzyłem drzwi i cisnąłem nim za nią. Mój przyjaciel Jerzy Zieliński pracował wówczas w administracji osiedla. Opowiadał, że administratorka była wściekła. 22 lipca obejrzałem mój blok. Na około 400 mieszkań dwa nie były udekorowane.

Wywieszanie flag było zmorą mojej koleżanki Janeczki Brzuchowskiej. Pracowała jako intedentka czy coś w tym rodzaju w banku w Gdańsku. Na pierwszego maja miała obowiązek powiesić flagi w grupach po trzy. Dwie czerwone – jedna biało-czerwona. 2 maja flagi należało usunąć. Później zasady się zmieniły 1 maja dwie czerwone i jedna biało-czerwona a rano 3 maja dwie biało-czerwone jedna czerwona. Złamanie zasad okólnika było wystąpkiem przeciw „najlepszej władzy”.

Na początku lat siedemdziesiótych moim bezpośrednim przełożonym został inż. Jurek Ławrynowicz.

Pensja, którą dostawał za pracę w Instytucie tak mniej więcej starczała na wynajem jakiegoś mieszkanka. (Jurek pochodził z Ostrowi Mazowieckiej i nie miał zaczepienia w Warszawie.)

Prowadził przy tym malowniczy, „cygański” tryb życia i ciągle poszukiwał pieniędzy. Wciągał mnie w niektóre ze swoich przedsięwzięć. A końcu Jurek machnął ręką na to wszystko i wyjechał do Austrii. Przed wyjazdem tłumaczył mi, że jeśli stać by go było na swoje M 3 w Warszawie to nigdzie by się nie ruszał.

Na wiosnę 1977 roku dostałem od niego list, że jest nieźle, że można zarobić, i że mnie potrzebuje. Postanowiłem jechać. Przeszedłem przez te wszystkie przygotowania.Walkę o zdobycie 130 dolarów, paszport i bllet kolejowy do Wiednia. Wreszcie znalazłem się w pociągu relacji Warszawa - Wiedeń. Nocą dojechaliśmy do granicy czesko-austriackiej, i tu przeżyłem pierwszy szok. Po starannej odprawie paszportowo-celnej na czeskiej stacyjce granicznej pociąg przejechał kilkaset metrów i zatrzymał się w polu oświetlony reflektorami. Dookoła były druty kolczaste, a gdzieś dalej barak i szereg żołnierzy przed nim. Tak właśnie wyobrażałem sobie obóz koncentracyjny. Padł rozkaz, i żołnierze podbiegli do pociągu, część sprawdzała pociąg pod spodem, część biegała po dachu, inni trzaskali drzwiami przedziałów, świecili w oczy, ponownie sprawdzali paszporty. Straszne.

Wreszcie pociąg ruszył i znaleźliśmy się na pierwszej stacji austriackiej. Cisza i spokój, do pociągu weszli celnicy i żołnierze straży granicznej. Pociąg ruszył, otworzyły się drzwi przedziału i .......... na kilka centymetrów od mojej głowy znalazła się lufa pistoletu maszynowego trzymanego przez żołnierza straży granicznej. Dopiero wtedy celnik poprosił o dokumenty, na tym zresztą się to skończyło. Tak, dosyć mało sympatycznie pożegnał mnie realny socjalizm a przywitał kapitalizm. Jeszcze jeden szok przeżyłem na dworcu w Wiedniu. Nasz peron był otoczony policją z psami, i część podróżnych została przez nich otoczona.

Później dowiedziałem się, że tak odbierano obywateli radzieckich pochodzenia żydowskiego wysyłanych na zachód bez dokumentów, a tylko z jakimiś listami zbiorczymi. Austria w ten sposób zabezpieczała się przed infiltracją.

Myślałem, że mam coś „zaklepane” w Austrii. Bardzo szybko Jurek wyprowadził mnie z błędu, widział mnie w Budapeszcie a nie w Wiedniu. Montował przedsięwzięcie przemytnicze między Wiedniem a Budapesztem. Stało się, zostałem przemytnikiem.

Cały ten okres wymaga osobnego opisu, ale zazębił się z działalnością opozycyjną, i tym chcę pisać.

W którymś momencie mojej nowej „kariery zawodowej” przekraczałem granicę między Węgrami i Austrią w samochodzie człowieka, z którym łączyliśmy duże nadzieje na przyszłość. Zostaliśmy zaaresztowani przez służby węgierskie. Sprawa była „gruba” i znalazłem się w węgierskim areszcie śledczym w Budapeszcie. Wywijałem się jak mogłem starą metodą „idąc w zaparte”, ale było krucho. W którymś momencie śledztwa, czekałem na kolejne przesłuchanie w towarzystwie tłumacza - Węgra. W dotychczasowych kontaktach był on bardziej zacięty niż śledczy, aż tu nagle.......... Szeptem powiedział mi, że tłumaczę się dobrze i wyjdę z tej sprawy. Na Węgrzech nic mi grozi, ale w Polsce !!! Poinformował mnie, że odbyła się w Polsce rewizja, i że w moim mieszkaniu znaleziono pliki druków antyrządowych. Szeptem powiedziałem mu, że nie ma sprawy, bo to ma każdy Polak. Spojrzał się na mnie jak na odmieńca. Dodał jeszcze żebym bardzo uważał w czasie tego przesłuchania, bo będzie uczestniczyło w nim dwóch oficerów z Polski i on nie będzie mógł mi pomóc. Uważałem, no i wyszedłem z tej afery.

Po powrocie do kraju miałem napisać, jak to ładnie powiedziała pani funkcjonariusz na komisariacie na Żoliborzu wypracowanie domowe. Napisałem ze dwie strony, rozpisując się o pracy przy roznoszeniu ulotek reklamowych w Wiedniu itp. O Budapeszcie ani słowa. Pani przeczytała i zapytała się czy nie mógłbym tak szerzej napisać. Szerzej no to szerzej. Rozstrzeliłem litery i wyszło natychmiast cztery strony tego samego tekstu. Tym razem wypracowanie pani przyjęła, ale z miesiąc później dostałem wezwanie na Kruczą. W jakimś takim szarym pokoiku, w którym było biurko i dwa krzesła przyjął mnie taki jakiś skulony, szary facet. Jedyną rzeczą, która rozjaśniała ten pokój był kalendarz LOT. Może to szaremu brakowało tych podróży, a może w tych, co tu trafili miał ten kalendarz wzbudzić żal po raju utraconym. A ja, po staremu wlepiłem się w kalendarz i na nim skoncentrowałem swoje myśli. A „szary” pytał. Pytał od kiedy, do kiedy byłem na zachodzie, gdzie pracowałem no i w końcu gdzie mieszkałem. Podałem adres. Skrzywił się tak jak bym mu ból sprawił i stwierdził że „jest to ten adres”. Teraz ja zdziwiłem się pytając czy i on tam mieszkał. Powiedział, że mi to wyjaśni. Ale pytał dalej, w tym ani słowa o Budapeszcie. W końcu przeszedł do ataku twierdząc, że było u mnie w tym Wiedniu trzech panów, zabrali mnie na kawę i coś zaproponowali. Aż się podniosłem z krzesła mówiąc, że chylę czoła przed źródłem informacji. Jak to, teraz on się zdziwił. - No, jeśli mówi pan o trzech panach to jest to informacja precyzyjna, nie jacyś tam panowie tylko trzech to jest w tym jakiś konkret. Zaproponowali kawę, to też bardzo precyzyjne, tak, że myślę sobie, że pański informator podał konkrety, pomylił się tylko z nazwiskiem i adresem – wytłumaczyłem mu. Pogadaliśmy jeszcze trochę, zapytał się czy wybieram się na zachód. Powiedziałem że nie. A to i dobrze, bo i tak paszportu byście nie dostali. A to, to ja wiedziałem jeszcze przed przyjściem tu do pana. Tak się skończyła ta rozmowa.

W 2004 roku dostałem się do części moich akt w IPN. Akta zakończyły się notatką z tej rozmowy.

Okazało się, że facet był funkcjonariuszem SB, a rozmowę zakończył konkluzją, że nie kwalifikuję się jako „materiał operacyjny”. Jest to jakiś dowód nobilitacji.

Pozostawałem w błogiej nieświadomości burzy która przetaczała się nade mną i moją rodziną. Nie wiedziałem na kogo to miał bym ewentualnie donosić – na Julka Srebrnego i jego kolegów, czy też może na moich kolegów przemytników. W marcu 2008 z akt Teosia Klincewicza dowiedziałem się że znalazłem się w zainteresowaniu Wydziału VI departamentu II MSW, a w mieszkaniu założono mi podsłuch. W teczce Teosia są tylko ślady tej operacji. Mam nadzieję, że uda się w końcu odszukać mikrofilmy z mojej teczki z lat 1977-1991.

Cytuję dokument

30.07.85
19.notatka
Teodor Klincewicz utrzymuje stały kontakt z działaczami „Unii” Józefem Bobkiem pozostającym w zainteresowaniu operacyjnym Oddział III Zarząd III Szef WSW i Piotrem Mazurkiem. Wydz VI dep II MSW „Ziutek” mieszka w mieszkaniu należącym do Janusza Ramotowskiego. Ramotowski w maju wyjechał z rodziną na stałe do Fancji.. Adres: Dantego 7m292. Podczas przekazywania materiałów z Wydz VI dep II MSW ustaliłem że jest tam zaistalowany PP. Jednakże wypięto komunikaty.
W sprawie mieszkania kontaktował się z tutejszym wydziałem major Kowalczyk Oddzial III Zarząd III Szefostwa WSW w czerwcu br.

Próbuję sobie zrekonstruować to wydarzenie. Otwarta obrona Andrzeja Celińskiego mogła bezpiekę zdenerwować. Wyjazd za granicę w parę miesięcy po tym zdarzeniu mogli uznać za ciekawy operacyjnie – może pojechałem tam aby nawiązać kontaty z wiadomymi siłami. Tak mogłem „dorobić się” podsłuchu. Skutki niewielkie, pozostała więc próba sprawdzenia czy nadaję się na TW. Nie wyszło. Kiedy zlikwidowali podsłuch? Mikrofon może jeszcze gdzieś tam tkwić w murze. W listopadzie 1980 roku, przed stanem wojennym zwrócono mi ni z tego i z owego moje listy skonfiskowane w czasie rewizji w 1977 roku. Teraz myślę sobie, że czyścili sprawy przed nowymi wielkimi zadaniami. Ja nie byłem zbyt intresujący – budowałem warsztat – moje nowe miejsce pracy.

Jest praktycznie pewne, że podsłuch nie działał w okresie stanu wojennego.

Na początku stanu wojennego wpadało do mnie trochę ludzi. Rozmawiało się w oparach dymu tytoniowego bez specjalnych skrępowań. Od czasu zajęcia się transportami znacznie ograniczyła się lista osób które mnie odwiedzały, ale odwiedziny były. Systematycznie wpadał Teoś, zaglądał parę razy Czesław Bielecki. Na jakieś trzy tygodnie przed wyjazdem zaprosiłem na pożegnanie Ewę Kulik i Konrada Bilińskiego i ...... nic się nie stało. Nie ma śladów tych wizyt w papierach Teosia. Tak jak by ten podsłuch nie działał.

Inaczej patrzę na moje przypadkowe spotkanie jesienią 1980 z „Lotną” Leszkiem Seremakiem który wykończył mnie w 1969 roku. Może było to ostateczne sprawdzenie co robię, a ja murowałem.

Wróciłem do pracy na Wydziale Fizyki i tam zastał mnie sierpień 1980.

Zapisałem się do powstającej „Solidarności”, ale wiedziałem, że popracuję niedługo, chcąc tym razem rozpocząć działalność rzemieślniczą. „Fortuna”, którą dysponowałem wystarczała na materiały budowlane, nie starczało już na robociznę. Postanowiłem zbudować warsztat sam. Ominął mnie cały okres „Festiwalu”. Murowałem. Zatrzymałem się dopiero w czasie strajku w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa. W szkole byli elewi, dookoła ludzie, a dookoła ludzi ZOMO. Z okna Seweryn Jaworski nawoływał ludzi, żeby zostali na noc pod WOSP i nie pozwolili na atak ZOMO. Zostałem do rana, ale rano pojechałem spać.

Jak wróciłem pod WOSP, sytuacja już się zmieniła. W szkole byli zomowcy, ludzie dookoła i tym razem Henryk Wujec nawoływał ludzi, żeby nie wyłamywali bramy, aby dostać się na teren WOSP. Prosił o pomoc. Pomagałem jak umiałem. Uspakajałem ludzi, czy potrzebnie nie wiem do dzisiaj.

Niedzielę 13 grudnia rozpocząłem od próby naprawy telewizora. Nie miałem ani dźwięku ani obrazu. Ale to w moim „Szmaragdzie” zdarzało się często. Zdjąłem tylną pokrywę i próbowałem coś zrobić. Sukces – pojawił się dźwięk i obraz. Premier generał no i ogłoszenie stanu wojennego. Rzuciłem się do okna – w kierunku Huty Warszawa jechały transportery opancerzone. Nim zdążyłem pomyśleć co robić wpadł do mnie Jerzy Zieliński z zapytaniem, czy w zaistniałej sytuacji da się przemycić aparaturę do pędzenia bimbru, no, bo on miał przejąć aparaturę właśnie dzisiaj i pędzić. I tak to wkroczyłem w stan wojenny bardzo po polsku. Przerzucałem aparaturę do bimbru. Jerzy napędził, popił no i narobił awantur, walcząc z wyimaginowanym „czerwonym”, tak jak by prawdziwych nie było. Pookaleczał się przy tym, no i następnego dnia zjawił się na pogotowiu. Diabli nadali, że był wtedy pracownikiem brygady remontowo-budowlanej MSW. Długo czekał na interwencję, aż w końcu lekarz, który go opatrywał no i widział jego książeczkę ubezpieczeniową stwierdził –na akcji się było - Jerzy wyszedł czerwony, ale ze wstydu. Zresztę w parę dni później już stracił pracę.

14 grudnia zgłosiłem się na „mobilizację” z chęcią zrobienia czegoś. Twierdzę, że bezpośrednim powodem było to, że znalazłem na jednej z pierwszych list internowanych Sławka Kretkowskiego. Szlag mnie trafił, że Sławek siedzi no i zacząłem.

Pierwszy kontakt złapałem przez mojego dawnego szefa z pracy Julka Srebrnego i to z nim i dwoma przyprowadzonymi przez niego kolegami zacząłem „knuć”. Pomysły wtedy wszyscy mieli jednakowe – gazeta. Zaczęliśmy tworzyć „Solidarność Walczącą”, która ze swoją wielką imienniczką z Wrocławia tylko jedno miała wspólne – tytuł. Oni - Julek „Bartek” i „Darek” – Dariusz Zawrotny tworzyli redakcję, ja zaś – przyjmując pseudonim „Karol” i korzystając z pierwszej podarowanej nam przez kogoś ramki i pomocy moich przyjaciół Ewy i Krzysztofa Kuranów zgłębiałem tajniki sztuki drukarskiej. Były próby zdobycia powielacza białkowego, taka maszyna została na Politechnice Warszawskiej po strajkach i można ją było „zagospodarować”, kłopot polegał na tym, że nie miała bębna, ale byłem optymistą, że ten problem rozwiążę. Wtedy poznałem Grześka Jaczyńskiego, we dwóch transportowaliśmy ten powielacz. Było śmiesznie. Jak to wspomina Grzesiek dwóch brodatych facetów w zielonych kurtkach uginało się pod ciężarem pudła kartonowego z napisem „papier toaletowy”. Jakoś to pudło dowlekliśmy do dworca Śródmieście i pociągiem dostarczyliśmy do Falenicy, a z produkcji bębna i tak nic nie wyszło.

Urobek wyrzucaliśmy do pani Płońskiej byłej żony naszego kolegi Jana Płońskiego. „Bartek” dawał jakieś kontakty na kolportaż i wtedy poznałem Piotra Izgarszewa „Grubego Piotra”, „Pawełka” – używał dwóch pseudonimów. Miałem kontakt z Jankiem Narożniakiem, który drukował „Syrenkę”, ale nie potrafił mi pomóc ani ja jemu – oni też drukowali na ramce. Spotkania redakcji „ odbywały się u Elżbiety i Jerzego Zielińskich na Reymonta. Matryce pisała p. Beata Gniazdowska. Julek był bardzo wyczulony na ewentualny podsłuch. Wolał spotkania na ulicy i omawianie spraw w czasie spacerów, ile to ja się wtedy nachodziłem. Czy było to bardziej bezpieczne? Nie wiem, bo „wahadłowe” chodzenie tą samą ulicą bez wątpienia też rzucało się w oczy, poza tym „konspiratorów” wyczuwało się z daleka.

„Darek” przewinął mi się w teczce Teosia.

Odpis z dokumentu:

04.03.83
153..Donos
Gugalski, Teodor Klinewicz i Dariusz Zawrotny pracują w poziemiu przy „TM” i „Wiadomości”. Klincewicz i Zawrotny przygotowują radio „S” ukrywają się Włościańska 10a
Napiał A Leszczyński Leśna 55.5

Nic z tego donosu nie wynikło, ale „życzliwy” miał jakiś żal do jednego z tych trzech, albo i do wszystkich.

„Pawełek” znał całe miasto i to przez niego dotarłem do Adama Karwowskiego z „Kręgu”.

Potrzebowałem pomocy technicznej, no i wymienialiśmy się „bibułą”. W tym czasie Adam drukował u siebie w pokoju za szafą, przełaził do tej drukarni jakoś tak przez wierzch tej szafy. Przychodziłem do Adama, dzieciaki pokazywały palcem na tę szafę, no i po chwili wyłaził zza niej Adam. Pamiętam jakieś takie śmieszne zdarzenia z jego kolportażu. Zostawili na noc na jakimś osiedlu mieszkaniowym „Fiata” Waldka Wysokińskiego z bibułą. Rano okazało się, że boczna trójkątna szybka jest wybita, ale samochód jest pełny. Znaleźli karteczkę od włamywaczy, że nie wiedzieli, że przepraszają, no i czego bardzo żałują, że nie mają pieniędzy na pokrycie strat.

Innym znowu razem zatrzymał Waldka i Adama patrol wojskowy, a kufer był pełen bibuły, przykrytej tylko kocem. Żołnierz otworzył kufer i zobaczył bibułę. – I co będzie jak zamelduję – zapytał. Adam ze spokojem zamknął kufer i powiedział – A co będzie jak nic nie zauważysz – szerokiej drogi – padło w odpowiedzi.

Adam wpadł w czasie drukowania w domku letniskowym u Mariusza Dmochowskiego.

Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej Adam był u mnie. W dniu wpadki Adama po powrocie do domu zobaczyłem płaczącą moją żonę, Bronkę. Byłem przekonany, że coś złego stało się w rodzinie. Wreszcie płacząc, moja żona powiedziała, że pokazali Adama w telewizji i że dzisiaj on a jutro ja. Ano Pan Bóg strzegł i nic się nie stało. Na szczęście Bronka powiedziała mi, że w ramach „czyszczenia” mieszkania wyrzuciła do pojemnika na śmieci ramkę, którą akurat miałem w domu. Pogrzebałem w śmietniku i ramkę odzyskałem.

W okresie późniejszym starałem się trzymać mieszkanie „czyste”, no, ale ciągle musiałem korzystać z różnych „kwitów”. Jakoś nie mogłem popracować nad jakąś sensowną skrytką i „kwity” lądowały wieczorem w krzesłach. Tapicerka między siedzeniem a oparciem tworzyła małą i dosyć dyskretną „dziuplę”. Tam też upychałem moje kwity. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy sięgając do „biura” znalazłem tan kawałki zasuszonego mięsa. Skrytka miała dwóch właścicieli. Korzystałem z niej ja i równolegle moja córka Łucja upychając tam kawałki mięsa, do którego jedzenia próbowaliśmy ją zmuszać.

W tym okresie czasu „Pawełek” poznał mnie z Magdą Roszkowską osobą związaną ze środowiskiem od Św. Marcina, która zorganizowała wspaniale działający „serwis socjalny” działający później dla Grup Oporu aż do końca istnienia podziemia. Zapewniała pomoc żywnościową, ubraniową, medyczną i prawną. To u niej w okresie późniejszym podpisałem upoważnienie „in blanco” dla adwokata na wypadek wpadki.

Atmosfera domu u Magdy, jej pomoc wymagają osobnego długiego opisu. Była cała masa spraw poważnych i trudnych, były i śmieszne – i te pamięta się najbardziej.

Któregoś razu ( już w okresie transportów) Dorota Lachowicz opowiedziała mi historię swojej koleżanki, która zakochała się „zaocznie” w Janku Narożniaku. Postanowiła mieć z nim dziecko. Uznałem sprawę jako dobry dowcip, no, bo najpierw trzeba by Janka znaleźć.

Zaskoczony byłem tym, że temat wrócił po jakimś czasie. Koleżanka miała dziecko z Jankiem, ale ten wyparł się ojcostwa i na nas spadł obowiązek alimentacyjny. Opowiedziałem wszystko Magdzie, ta zaś z kolei uruchomiła księdza Małkowskiego, obrońcę życia poczętego. Ksiądz chwycił temat, no, bo to i dziecko znanego działacza podziemia i dzielna matka, która mimo przeciwności losu zdecydowała się je urodzić. Dziecko (płci nie pamiętam) rosło pod naprawdę dobrą opieką, a ja miałem problem z głowy. Po latach, już we Francji spotkałem Dorotę i zapytałem również o tą sprawę. Koniec był równie ciekawy. Matka, po latach doszła jednak do wniosku, że to nie Janek jest ojcem.

Druga historia dotyczy Sławka Kretkowskiego. Znałem go jeszcze z okresu poprzedzającego „Solidarność”, był jednym z pierwszych, którego nazwisko zobaczyłem na lepionych po cichu listach internowanych. Ucieszyłem się więc bardzo, kiedy spotkałem go na placu Wilsona. Poszliśmy na małą wódeczkę i przy kolejnych wódeczkach Sławek poprosił mnie o pomoc żywnościową – konkretnie o kartofle i warzywa. Zapytałem się jeszcze czy naprawdę potrzebuje tylko kartofli, Sławek potwierdził. Magda wysłała więc jakiegoś rolnika z „Solidarności Wiejskiej” z zamówioną przez Sławka pomocą, a ten odmówił jej przyjęcia.

Magda miała zorganizowany serwis pań, u których przechowywano żywność, ubrania, lekarstwa i wszystko, co tam było jeszcze potrzebne. Jeden z tych lokali mieścił się w Łomiankach w domku zamieszkałym przez „skonspirowaną” przez Magdę panią lekarz i jej wiekową już matkę. Polska przeżywała akcję „dzielnicowy w każdym domu”. Dzielnicowy trafił też do domku pani lekarz. W domu była tylko jej wiekowa mama. Przyjęła dzielnicowego z ciekawością wypytując się o jego szarżę. Jestem sierżantem, wyjaśnił dzielnicowy. Ano tak, no, bo ja wie pan to tych stopni nie znam, ja to jeszcze pamiętam, jak za carskich czasów był „starszyna”. Po wymianie grzeczności sierżant zapytał się czy może obejrzeć dom. Zajrzał do jednego i drugiego pokoju, aż wreszcie trafił na zamknięte pomieszczenie, poprosił więc starszą panią, aby je otworzyła. – A nakaz rewizji to pan ma panie sierżancie? – padło pytanie, no dzielnicowy zrozumiał kto tu, kogo przechytrzył.

„Gruby Piotr”, „Pawełek” łapał się za wszystko, co tylko możliwe. Włączył się w akcję pomocy internowanym. Chłopi poprzez Magdę dostarczyli mu zabitą oprawioną świnię a Piotr miał ją przerobić. Nie starczyło czasu i umiejętności i świnia zaczęła cuchnąć. Psujące się „zwłoki” pochował Piotr anonimowo na działce swojego znajomego na ulicy Gdańskiej.

Po jakimś czasie drukowanie zaczęło tracić sens, na „rynku” zaczęły się zjawiać pisma, które technicznie i redakcyjnie były o niebo lepsze od naszej gazetki i mocno zastanawiałem się czy jest sens ciągnąć to dalej. Moi drukarze – Kuranowie, ogłosili strajk, powiedzieli, że będą dalej drukować naszą SW pod warunkiem, że dodamy motto do tytułu. „Przez żołądek do serca”. Faktem jest, że nasze pismo bardzo często odwoływało się do tej podstawowej dla ludzkości plagi – głodu.

Jakoś tak w czasie tego drukowania miałem propozycję wstąpienia do innej organizacji. Z tą propozycją przyjechał do mnie syn jednego z dawnych podwładnych mojego ojca z czasów okupacyjnych i pookupacyjnych. Umówiliśmy się na rozmowy w kawiarni „Słoneczna”. Nasze spotkanie to był teatr. Ja ubrany w zieloną prawie kawaleryjską kurtkę, czarny beret na głowie i oficerki na nogach, on w walonkach, w wiejskim kożuchu do połowy uda, przepasany wojskowym pasem. Szatniarz odbierał od nas okrycia jak relikwie narodowe.

Rozmowa natomiast zmroziła mnie. Mój kolega powiedział, że tworzy się organizacja, której celem jest wnikanie do struktur „Solidarności”, wykrywanie działających w niej Żydów i denuncjowanie ich bezpiece, ponieważ jak to się wyraził „nie powinniśmy być Kiemliczami u Żydów”. Wymówiłem się strachem i brakiem kontaktów, w końcu w czasie „Festiwalu” murowałem.

Wczesną wiosną 1982 roku „Bartek” zaproponował mi kontakt z „kimś ważnym” – i tak poznałem „Teosia”.

Nie wiem dlaczego „Teoś” wyselekcjonował właśnie mnie. Być może był to wynik mojego uporu, z jakim „przepychałem” tą sławetną gazetkę. Dosyć że poproszono mnie o wyznaczenie lokalu kontaktowego i tam wiosną 1982 roku poznałem „Teosia”, oczywiście u Zielińskich. Jakoś mnie nie zachwycił – inaczej wyobrażałem sobie tego „kogoś ważnego” – chudy i raczej nijaki fizycznie, długie włosy, ale jak zaczął mówić, co i jak ma zamiar zrobić – kupił mnie od razu.

Zaimponowało mi też, że „Teoś” już wtedy posługiwał się „lewymi” dokumentami. Pamiętam do dziś nazwisko z tych dokumentów – Ludwiczak. Była w nim jakaś wielka siła przekonywania i pewność, że to musi wyjść. Znalazłem się - zmieniając przy okazji pseudonim na „Przem” - w zespole powstających „Grup Oporu” wraz z moim skromnym „majątkiem” lokalami Zielińskich na Reymonta i Kuranów w Falenicy i kilkoma współpracującymi ze mną osobami i Piotrem Izgarszewem „Grubym Piotrem” no i niezastąpioną Magdą Roszkowską.

„Teoś” kompletował zespół i wkrótce odbyliśmy pierwsze spotkanie organizacyjne w całym składzie. Byli to - szef grup „Teoś”, jego kolega z Politechniki „Grzesiek” Grzegorz Jaczyński, „Długi Piotr” Piotr Mazurek, „Alek” Andrzej Niedek, „Janusz” Wojciech Fabiński ja, czyli „Przem” Janusz Ramotowski i jeszcze jeden „Grzesiek” Jacek Juzwa.

„Teoś” rozdzielił funkcje i tak odpowiedzialnymi za grupy miejskie zostali „Alek” i „Janusz”, „Długi Piotr” zajął się poligrafią, ja dostałem sprawy techniczne, Grzegorz Jaczyński zajmował się chemią drugi „Grześ” prowadził jeszcze jedną grupę miejską z Pragi. Miał „Teoś” swoje sekrety, o których nie mówił nikomu. Czy ktoś jest w stanie odtworzyć dzisiaj strukturę „legalizacji”?. Kontakty z „Regionem” trzymał głęboko w tajemnicy, jak i lokale, na których pomieszkiwał. Wtedy już wspólnie „Januszem” pracowali nad przygotowaniami do przerzutów sprzętu z zachodu, ale ja o tym nie wiedziałem.

Jak dowiedziałem się później zakupem sprzętu i organizowaniem przesyłek do Polski w Paryżu zajmował się Mirek Chojecki, a w Szwecji Marian Kaleta.

Po naszej stronie Wojtek Fabiński „Janusz” wykorzystując kontakty rodzinne nawiązał kontakt ze Svenem Järnem, który woził do Polski dary charytatywne. Marian Kaleta, wykorzystał wyjazdy Swena do Polski i szukał zespołu, który mógłby odbierać przemyt dla „S” w Polsce. Wojtek podjął się organizacji takiego zespołu i przekazał wiadomość „Teosiowi”, a ten zawiadomił o przedsięwzięciu „Region”;„Dziupla” w samochodzie Svena miała wymiary około 4 na 4 metry i głębokość42 cm (szerokość offsetu).

Od „Teosia” dostałem polecenie rozmów z „ludźmi mającymi pomysły”. „Podłączono” mi lokal w Śródmieściu w blokach przy ulicy Pańskiej „U Izy”. Lokal może i fajny, ale pożytek z rozmów z różnymi zjawiającymi się tam osobami był niewielki, choć, chyba tam – nie jestem tego zupełnie pewny „wyłowiłem” chemika, który oddał grupom nieocenione usługi. Być może, że pamięć mnie zawodzi i chemika o ps. „Docent” dostarczył „Alek”.

Ćwiczył nas „Teoś” ostro i pierwszego sierpnia 1982 roku „wystąpiliśmy” po raz pierwszy.

(Mariusz Zieliński z Grupy Grochowskiej zwrócił mi uwagę że ulotki sypali już wczesną wiosną na Żoliborzu) „Teoś” dostarczył nagranie z przemówieniem Zbyszka Bujaka, ja przy pomocy Wiesława Siekluckiego i inż. Józefa Lenartowicza z Hożej zmajstrowałem pierwszą „gadałę” – magnetofon ze wzmacniaczem, głośnikiem i wielką kupą baterii, a chłopcy od „Alka” ustawili ją na Pomniku Powstania na cmentarzu Powązkowskim i to dokładnie o 17, niejako przy „otwartej kurtynie”.

Pamiętam przygotowania do akcji. Kręciłem się koło Pomnika Powstania Warszawskiego kombinując jak by to najlepiej przygotować i znalazłem ...... kolegę mojego ojca z więzienia.

Trafiłem na grób kapitana Ryszarda Krzywickiego „Szymona” – adiutanta „Bora” Komorowskiego. Aresztowany po wojnie znalazł się w więzieniu w Rawiczu w jednej celi z moim ojcem. Zawiązała się przyjaźń. Według relacji mojego ojca „Szymon” nie łudził się że obejmie go amnestia. Czuł się na siłach doczekać końca wyroku i umawiał się z ojcem na spotkanie na wolności. Ojciec wyszedł – „Szymon” został. Wiele razy ojciec go wspominał i chciał go odnaleźć. Ja go odnalazłem na cmentarzu na Powązkach. Wolnością cieszył się kilka miesięcy i wyczerpany więzieniem zmarł. Kupiłem wiązanką, położyłem na grobie i przywiozłem ojca na spotkanie z kolegą. To było wszystko co mogłem w tej sprawie zrobić.

Akcja wyszła dobrze i bez strat. Tuż przed godziną 17 „gadałę” ściągnięto z drzewa. Czterech ludzi od „Alka” podeszło do pomnika. Dwóch odsunęło na boki wieńce i kwiaty złożone przez mieszkańców Warszawy. Następny stanął pod pomnikiem, ręce ułożył w „krzesełko” na którym stanął czwarty z kolegów. Podano mu „gadałę”. Ustawił ją na pomniku, pociągnął za sznurek i uruchomił urządzenie. Zniknęli w tłumie. A ludzie słuchali przemówienia Zbyszka Bujaka, byli nawet tacy, którzy go widzieli w tłumie.Strat nie było, nie licząc mojej ulubionej niemieckiej płachty namiotowej, którą obiliśmy „gadałę” chowając ją na drzewie na cmentarzu na dzień przed akcją. „Teoś” obiecał, że mi ją odkupi, i tak już zostało, za to „Wolna Europa” uznała ją za widoczny symbol naszej duchowej łączności z powstańcami z 1944 roku.

Otwarcie zrobiliśmy. Powstawały kolejne „gadały”, pamiętam trzy – pod „Kamieniem” w Ursusie na rocznicę Czerwca, gdzie grupy „Alka” i „Janusza” próbowały zatrzymać dojazd kolumny ZOMO. W czasie tej akcji słuchałem na jakimś przerobionym radiu bezpieki. Pierwszy krzyk w eterze dotyczył oleju. – Uważaj na olej – A jaki, z silnika czy skrzyni biegów? – Jaka to k.... różnica. Po akcji jakiś tajniak dostał polecenie zabrania naszej „gadały” – odmówił, bojąc się bomby. To dało nam pomysł upychania w „gadałach” bibuły dla MO i SB, a na zewnętrz umieszczania informacji o bombie.

Kolejna umieszczona była w przejściu podziemnym Aleje – Marszałkowska przez grupę „Witka”. Przypadkiem znalazłem się „w tym czasie i w tym miejscu”. „Gadałę” umieszczono za ażurowymi aluminiowymi drzwiami jednego ze schowków. Jakiś milicjant, co prawda włamał się do schowka, ale gadały bał się ruszać. Wezwał pomoc, a audycja leciała, aż do skończenia się taśmy. Posiłki jeszcze nie przybyły, więc jeden we słuchaczy, mimo protestów milicjanta wziął pudło, otworzył, przewinął taśmę i audycja rozpoczęła się od nowa. – Nasi nie umieszczaliby bomby – usłyszał milicjant. Przewijanie powtórzyło się, a baterie zaczęły siadać. Na szczęście milicjant doczekał się posiłków i ekipa zabrała pudło.

Na murach Starówki nie wyszło, chłopakowi, który ustawiał pudło jakiś pies poszarpał spodnie, a taśma się zacięła.

„Alek” i „Grzegorz” trzymał kontakt z chemikiem, który dostarczał „śmierdziele” (związki chemiczne z grupy merkaptanów) i nadchloran amonu do pirotechnicznych wyrzutników ulotek, których model opracowaliśmy wspólnie z „Długim Piotrem”. Po latach dowiedziałem się, że tym chemikiem był pracownik Politechniki Warszawskiej dr Jacek Arct.

Pracowaliśmy nad metodami sypania ulotek, żeby jak mówił „Teoś” było „puszysto”.

Pamiętam sypanie na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej z budynku, w którym było kino „Bajka”. Ulotki sypane były „Na przewieszkę”, było puszysto, ludzie zbierali ulotki, a między nimi biegał milicjant, krzycząc – „nie zbierać, nie dotykać”.

Na Hożej ulotki wyrzucone z wyrzutnika pirotechnicznego zapaliły się i przyjechała straż pożarna. Pierwsza rzeczą, którą strażacy zrobili było zrzucenie na głowy gapiów tych ulotek, które nie spadły z dachu. Jak opowiadał „Teoś”, dowodzącego akcją zatrzymała milicja, ale zwolniła, bo jego obowiązkiem było pozbycie się materiałów łatwopalnych z miejsca pożaru.

„Gruby Piotr” upodobał sobie indywidualne akcje „zasmradzania”. Dostał listę kolaborantów, chodził do nich do domu, dzwonił, a po otwarciu drzwi wrzucał kapsułkę ze smrodem i uciekał. Kiedyś jedna z kapsułek pękła mu w kieszeni. „Gruby Piotr” dotarł na piechotę do „Herbaciarni”, gdzie Elżbieta próbowała doprowadzić jego ubranie do stanu użytkowego. Niestety, ani pranie, ani wietrzenie nie usunęło odoru i ubranie trzeba było wyrzucić.

Pracowaliśmy nad metodami sypania ulotek, żeby jak mówił „Teoś” było „puszysto”.

Pamiętam sypanie na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej z budynku w którym było kino „Bajka”. Ulotki sypane były „Na przewieszkę”, było puszysto, ludzie zbierali ulotki, a między nimi biegał milicjant, krzycząc – „nie zbierać, nie dotykać”.

Na Hożej ulotki wyrzucone z wyrzutnika pirotechnicznego zapaliły się i przyjechała straż pożarna. Pierwsza rzeczą, którą strażacy zrobili było zrzucenie na głowy gapiów tych ulotek, które nie spadły z dachu. Jak opowiadał „Teoś”, dowodzącego akcją zatrzymała milicja, ale zwolniła, bo jego obowiązkiem było pozbycie się materiałów łatwopalnych z miejsca pożaru.

„Gruby Piotr” upodobał sobie indywidualne akcje „zasmradzania”. Dostał listę kolaborantów, chodził do nich do domu, dzwonił, a po otwarciu drzwi wrzucał kapsułkę ze smrodem i uciekał. Kiedyś jedna z kapsułek pękła mu w kieszeni. „Gruby Piotr” dotarł na piechotę do „Herbaciarni”, gdzie Elżbieta próbowała doprowadzić jego ubranie do stanu użytkowego. Niestety, ani pranie, ani wietrzenie nie usunęło odoru i ubranie trzeba było wyrzucić.

Któregoś dnia mieliśmy jakieś zebranie u Zielińskich – w „Herbaciarni”. Był tam napewno Jacek Kurowski, Wiesio Ostroróg i chyba „Pawełek”. Wiesio był ze swoim sześcio czy też siedmioletnim synem. W czesie zebrania do mieszkania wpadła przerażona dziesięcioletnia córka Elżbiety i Jerzego – Monika. Została napadnięta w windzie przez zboczeńca. Na szczęście nie zatrzymał windy i na dziesiątym piętrze Monika wyrwała się i wpadła do domu.

Agresor zjeżdżał windą. Natychmiast po schodach zaczęli zbiegać Jacek i Wiesiek. Ja stanąłem z Moniką na klatce schodowej, aby mogła przez okno wskazać sprawcę. Wskazała, chłopcy chwycili go i przywlekli na górę. Elżbieta pobiegła zadzwonić na milicję, a typ dostał od Jacka i Wiesia pierwsze i to solidne lanie. Przyjechał patrol. Syn Wiesia na ich widok zaczął krzyczeć „gestapo, gestapo”, ale milicjanci jakoś przełknęli tą pigułkę. Obejrzeli typa, obiecali mu że to tylko początek lania i zabrali. Okazało się, że był na wolności raptem dwa miesiące. Skończył odsiadywać wyrok za gwałt na nieletniej.

„Długi Piotr” drukował i umieszczał w zaprzyjaźnionych warsztatach nasze dziwne zamówienia, „Janusz” powoli odchodził w kierunku odbioru „zrzutów” z zachodu – a „Teoś” szalał w tym wszystkim. Szybko też podałem mu mój prywatny adres i „Teoś” często kończył dzień u mnie „omawiając sprawy” i po prostu gadając o wszystkim. Czego to my żeśmy wtedy nie obgadali, a „Teoś” stawał się przyjacielem domu.

Tradycją było, że wieczorna narada kończyła się „zrzutową” wędzoną słoniną podlewaną bimberkiem. Kłopot polegał na tym, że bimber przechowywałem w szafie w pokoju, który służył nam za salon, jadalnię i sypialnię. Około północy Bronka już spała, i miałem obiekcje, aby wyjść z kuchni, wejść do pokoju no i wydobyć z szafy butelkę. Ten obowiązek brał „Teoś” na siebie. Śmiało wkraczał do pokoju i mówił do obudzonej Bronki – mateńko, ja tylko po jedną mazowszankę, bo w takich butelkach przechowywałem bimber. Należał do jednej z niewielu osób, których Bronka w tym momencie nie ochrzaniała.

„Teoś” próbował organizować szkolenia. Sam uczestniczyłem w jednym z takich spotkań odbytych gdzieś na Powiślu, w czasie którego starsza pani – łączniczka KG AK między Warszawą a Wilnem próbowała wprowadzić nas w tajniki konspiracyjnej łączności. Opowiadała ciekawie, ale moim zdaniem jej doświadczeń nie można było przenieść na nasz grunt i zrezygnowałem z udziału w tych zebraniach.

Latem 1982 roku „Teoś” poinformował mnie o istnieniu marmurowej płyty wykonanej przez skonspirowanego kamieniarza a poświęconej ofiarom stanu wojennego. Postanowiliśmy umieścić tą płytę na Starówce. Moim pierwszym pomysłem było umieszczenie jej na miejscu skarbonki, do której ludzie wrzucali datki na odbudowę Zamku Królewskiego, rozpocząłem więc przygotowania w tym kierunku. „Teoś” zameldował o wszystkim Zbyszkowi Bujakowi, a ten podał przez radio Wolna Europa komunikat o miejscu i czasie odsłonięcia płyty. Zdawało się, że akcja będzie niemożliwa w sytuacji, kiedy bezpieka wie o wszystkim. Zagrały jednak ambicje. Drugi mój pomysł polegał na umieszczeniu płyty na murach obronnych Starówki na tydzień przed podanym przez Zbyszka terminem, zamaskowanie jej koszulką metalową z administracyjnym zakazem chodzenia po murach i dokonywania na nich napisów. Odsłonięcie, czyli zerwanie koszulki miało być wykonane w wyznaczonym dniu i godzinie. „Teoś” wrzucił gdzieś produkcję koszulek i rozpoczęliśmy bezpośrednie przygotowania do akcji. Nie wiem dlaczego postanowiono włączyć do akcji MRKS. Spotkałem się wtedy z Miastowskim i jego adiutantem „Jackiem” na ich lokalu. Dali mi dwóch ludzi – studentów z Wydziału Fizyki, - jednym z nich był prawdopodobnie „Hipolit” Piotr Rutkowski, reszta pochodziła z naszych grup. (Po rozmowach z Mariuszem Zielińskim wiem że Piotr i jego kolega siedzieli „okrakiem” i w MRKS i u nas, a po checy z Miastkowskim przeszli zupełnie do nas). Płytę ukryliśmy w budynku na Podwalu tuż przy Placu Zamkowym w piwnicy któregoś z ludzi „Alka”. W pięć osób – dwóch naszych, dwóch z MRKS i ja ubrani w kombinezony robocze w biały dzień wmurowaliśmy i przykryliśmy płytę koszulką. Kilka następnych koszulek umieściliśmy na całej długości murów. „Alek” zorganizował obstawę i obserwację płyty. Przygotowałem „gadałę” zaś organizacje zakładowe jak VIS i inne miały przygotować publikę i kwiaty. 27 września tak jak było ustalone na Starówce zaczęli się zjawiać dziennikarze i bezpieka no i nasi. „Alek” obstawił całą długość murów od Placu Zamkowego do pomnika Kilińskiego swoimi ludźmi i przygotował ekipę do postawienia „gadały”. O wyznaczonej godzinie dwóch ludzi przeszło wzdłuż murów i zerwało koszulkę. Bezpiekanci kręcili głowami na lewo i prawo, ale nie zauważyli tego momentu i chłopcy spokojnie przeszli pod pomnik Kilińskiego, gdzie czekał na nich samochód. Gorzej poszło z delegacjami z zakładów pracy. Nikt się nie kwapił żeby położyć kwiaty, aż wreszcie dwoje ludzi, chyba małżeństwo z prawie zamkniętymi oczami położyło kwiaty, a ktoś przytomny pobiegł po kobiety spod krzyża kwietnego pod św. Anną i wszystko ruszyło. Niestety w naszej „gadale” zacięła się taśma i z wystąpienia Bujaka wyszły nici. Zbyt długo cieszyłem się moim sukcesem i w momencie, kiedy postanowiłem już wrócić do domu zostałem zatrzymany przez bezpiekę. Nie próbowałem uciekać, byłem czysty, a Plac Zamkowy, moim zdaniem był nasycony bezpieką. Podeszli do mnie i zażądali dokumentów. Udałem głupiego i zapytałem, kim oni są i dlaczego ja mam im pokazywać papiery. Milicja – usłyszałem i zobaczyłem legitymacją. - No wcale bym nie poznał, w ogóle panowie nie wyglądacie, „choć śmierdzieli gliną” na kilometr. – Zapytali się co robiłem pod płytą, wytłumaczyłem, że jestem ciekaw świata, no to sobie oglądam, choć muszę przyznać, że jest to coraz trudniejsze. – Ludzie pod tą płytą wzięli mnie za, za przeproszeniem panów za ubeka, a panowie to pewnie myślicie, że ja to jakaś opozycja – powiedziałem. No to się wyjaśni – usłyszałem. Dałem się spokojnie zaprowadzić na Jezuicką. Uratował mnie spokój. Przez cały czas czytałem książkę o budowie balonów (nasz następny pomysł) i nie było po mnie widać, że coś mnie niepokoi. Czekałem na przesłuchanie, koło mnie siedziała jakaś pani i paliła bez przerwy papierosy. Powiedziałem jej, żeby ograniczała, bo musi tych papierosków na długo starczyć. Dziwnie na mnie spojrzała. Przyprowadzili jakiegoś chłopaka. Stawiał się. – Co wy mi możecie zrobić – usłyszeliśmy. – Nic, nic padło w odpowiedzi i wprowadzili go do pokoju. Słychać było jedno i drugie uderzenie i krzyk „O Jezu”. Myślałem, że dłużej wytrzyma – powiedziałem pani. Teraz już była przekonana, że jestem ubekiem. W końcu zebrała się grupka „na transport”, załadowano nas do „Nyski” i pojechaliśmy Krakowskim Przedmieściem. Pilnujący nas „łaps” powiedział do kierowcy. Zobacz, więcej tu naszych niż ich. Żeby tak jeszcze wiedzieć, co to znaczy ich, a co nasz – dodałem, ugruntowując swoją reputację.

Na Wilczej kolejka do zatrzymania była wielka. Siedzieliśmy w jakimś długim korytarzu, na końcu którego były drzwi, ludzie wchodzili tam po kolei i gdzieś dalej trwała „taśmowa obróbka”. Czytałem książkę, ale myślałem intensywnie co by tu zrobić. Zdaniem „Alka” SB pokazywało komuś moje zdjęcie, więc jeśli to prawda, to może być..........

Przypomniał mi się dawny znajomy Maciek Cichomski, kiedyś w latach 70-tych spędziliśmy razem tydzień nad Wigrami. Robiłem mu wtedy wiele złośliwości. Kiedyś tam spotkaliśmy się na mieście, okazało się, że Maciek został porucznikiem milicji i pracuje na Wilczej. Pamiętając moje psikusy powiedział, że nie życzy mi, abyśmy spotkali się po dwóch stronach biurka. Odgryzłem się i powiedziałem mu, że będzie to jego ostatni dzień w karierze milicjanta.

No a teraz byłem na Wilczej. Pomyślałem sobie, że pomóc to on mi nie pomoże, ale ja mogę, powołując się na niego rzeczywiście zakończyć jego karierę. Wstyd się przyznać, ale pomysł mi się spodobał. Postanowiłem „w razie draki” powoływać się na Maćka. Jego szczęście (a i moje też), że do tego nie doszło.

Około 2 nad ranem mój „łaps” wyciągnął mnie z kolejki. Było mi bardzo ciepło, ale zostałem doprowadzony do drzwi wejściowych, usłyszałem radę, abym na przyszłość nie był taki ciekawy i nie oglądał wszystkiego i dostałem dowód. Na dowidzenia zapytałem łapsa czy zna porucznika Cichomskiego. Znał i zapytał, dlaczego o niego pytam. A nic takiego kolega – powiedziałem. To czego od razu tego nie powiedzieliście - zapytał? Chciałem popatrzeć jak to u was wygląda. I tak się rozstaliśmy.

Myślę, że uratowała mnie książka o balonach, trochę spokoju no i głupie dogaduszki. Mieli dużo roboty i postanowili zwolnić tych, których uznali za niewinnych.

Dla odmiany do dzisiaj nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego kontakt z Miastowskim nie skończył się wsypą całej akcji. Brałem tylko ludzi i nie tłumaczyłem Miastkowskiemu detali akcji, no, ale mógł się tego dowiedzieć od swoich ludzi.

Bardzo źle zakończyła się próba ustawienia krzyża w „Dolince Katyńskiej” na cmentarzu powązkowskim przeprowadzona w nocy poprzedzającej dzień Wszystkich Świętych. Przeprowadzała ją grupa z FSO pod kierownictwem chłopaka noszącego taki sam pseudonim jak ja – „Przem” (Rzewuski Piotr ps. „Przemek” - szef grupy grochowskiej).

Na cmentarzu czekała na nich bezpieka, doszło do bójki i wpadła prawie cała grupa łącznie z „Przemem”.

Grupy miały jeszcze jedną „wpadkę”. „Długi Piotr” na potrzeby swojej drukarni skonspirował człowieka z Pragi „Mańka”. Dysponował on samochodem dostawczym Mercedes i w „cywilu” bym hurtowym dostawcą wódki do praskich melin. Dla „Długiego Piotra” woził zaś papier i produkcję. Został zatrzymany ze sporym transportem papieru, a że w tamtych czasach był to ” „dynamit” przejęła go SB. Przed rozpoczęciem składania zeznań „Maniek” poprosił ubeka, aby ten sprawdził go na komisariacie na Cyryla i Metodego. I wtedy okazało się, że „Maniek” wykonuje szanowaną i bardzo potrzebną profesję handlarza wódką, i logicznie rzecz biorąc nie ma ani czasu ani chęci na obalanie ustroju, który wprowadzając kolejne ograniczenia w handlu gorzałą zapewnia Mańkowi dochody, którymi to „Maniek” dzieli się uczciwie z komendą na Cyryla. Pozostała sprawa nietypowego dla „Mańka” ładunku. Wyjaśnił on, że wykorzystując zastój w interesach szukał innych możliwości zarobkowania i „trafił mu się kurs” – Od nieznanych osobników odebrał na ulicy ładunek papieru i miał go dostarczyć na inną ulicę, gdzie ładunek miał być przeładowany do innego samochodu. Aby zabezpieczyć się przed utratą ładunku osobnicy ci spisali dane osobowe „Mańka” z dowodu i bez wątpienia będą chcieli odzyskać towar. SB zrobiło więc z „Mańka” TW, nadało mu ps. „Mercedes” i tak odmieniony „Maniek” miał czekać na „złoczyńców”. „Maniek” opowiedział nam to wszystko natychmiast po wyjściu. Co stało się z nim dalej nie wiem, zdaje się, że po okresie „kwarantanny” pracował dalej dla „Długiego Piotra”.

W tym okresie zjawił się w Warszawie mój kuzyn. Okazało się, że syn jednego z moich krewnych Ryszard G. zgłosił się do służby w ZOMO i został skierowany do Warszawy. Natychmiast odnalazł krewnych i o zgrozo zjawił się u mnie. Trudno było wywalić go za drzwi, zresztą wydawało mi się że lepiej będzie udawać niezaangażowanego. Na skutki takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Szacowny kuzyn zjawiał się sam, a nieraz w towarzystwie kolegów. Zamiast patrolować miasto i ścigać konrewolucję woleli „zaparkować” kałasznikowy u mnie w przedpokoju i spijać wódeczkę u „wuja”. Patrząc na kuzyna, szybko zrezygnowałem z pomysłu zaangażowania go do podziemia. Pozostały pogaduszki przy wódeczce i wyciąganie jakichś tam ciekawostek. Podstawowy drążony przez podziemie temat to próba dochodzenia czy ZOMO przed akcją jest narkotyzowane czy nie.

Z opowieści „moich” zomowców wynikało że nie. Trzymano ich w koszarach, poddając idiotycznym ćwiczeniom i reżimowi, tak, że z radością wyjeżdżali na miasto, aby się wreszcie wyżyć. Opowiadali o ćwiczeniach z dojazdu na miejsce akcji. „budę” zatępowała świetlica, a ławki krzesła. Na rozkaz „do wozu” musieli w jak najszybszym szasie zająć miejsca, kierwca z przodu włączał silnik bucząc tak jak prawdziwy. „Odjazd” i buczeć zaczynali wszyscy, kierowca zmieniał biegi i „jechali” nieraz godzinę nieraz dłużej. „z wozu” – „do wozu” odjazd i tak dalej. Alarmy urządzone w środku dnia i nocy. Pakowanie do bud w pełnym rynsztunku, nieraz na momement, nieraz runda przez miasto i powrót. Po kolejnych takich próbach oni czekali na prawdziwą akcję !!!. Pytaliśmy się (w rozmowach przy buteleczce uczestniczyli nieraz „Grzesiek” i „Gruby Piotr”) czy się boją starcia z tłumem. Warszawy się nie bali, natomiast wyjazd do Nowej Huty straszył.

W którymś momencie mój kuzyn przestał przychodzić w towarzystwie kolegów i w mundurze. Awansował i dostał się do elity. Został strzelcem wyborowym i miał obowiązek codziennego wystrzelania 50-ciu naboi. Wysyłano ich „na miasto”, ale już w cywilu i do jak to mówił „zadań specjalnych”. Idyllę tą przerwała Bronka. Któregoś razu kuzynek wpadł do nas nieco przerażony z jednym pytaniem – „Czy jest wujek”. Nie było mnie w domu. Wyznał że pod kościołem Świętego Stanisława Kostki mieli rozkaz zatrzymać jakiegoś człowieka z brodą. - Bałem się czy to nie wujek – wyznał. A co, bałeś się że od wujka po mordzie dostaniesz - skwitowała to moja żona. Była to ostatnia wizyta mojego kuzyna u mnie.

Spotkaliśmy się już po tym wszystkim, w czasie moich powrotów do Kraju.

Opowiadał mi o jednej z akcji w której uczestniczył.

Oto jego opowieść, tak jak ją zapamiętałem:

Na którejś z odpraw poinformowano ich, że podziemie „S” postanowiło zamordować dziecko jednego z ukrywających się działaczy „Mazowsza”. W spisku bierze udział matka dziecka i ma je przekazać w ręce morderców. Cel – rzucenie podejrzenia na SB. Należy uniemożliwić tą akcję. Złoczyńcy mogą być uzbrojeni i ubrani w mundury wojskowe lub milicyjne. W przepadku kontaktu wezwać do poddania się a w razie konieczności strzelać.

W dniu akcji „zbrodniarka” była prowadzona przez SB, a z góry całą akcję obserwował helikopter. Mój kuzyn „warował” na jakiejś stacyjce WKD na południu Warszawy. Po kilku godzinach akcję odwołano a ich poinformowano że przestraszona „zbrodniarka” zrezygnowała ze swoich planów.

A oto opowieść z drugiej strony. Żonę Zbyszka Janasa z dzieckiem (bo to o nią chodziło) wywoził na wakacje z mężem Bogdan Sawicki.

Zarejestrowałem jego wspomnienia:

„Uczestniczyłem w akcji wywiezienia żony i córki Zbyszka (Janasa) na wakacje z mężem w Tatrach.

Żona Zbyszka mieszkała na Ursynowie. Kontakt z nią utrzymywaliśmy przez Krystynę Kalitkę. SB czyba coś podejrzewała, bo od kilku dni żona Zbyszka była starannie obserwowana. Roman Bielański odebrał ją gdzieś na Ursynowie i miał mi ją przekazać na Woli. Na wypadek nieprzewidzianych okoliczności kontakt miał być powtarzany co godzinę. W ostatniej chwili, dla większego bezpieczeństwa zmieniłem samochód. Miałem przyjechać Fiatem, a przyjechałem Skodą. Roman nie rozpoznał samochodu i podjął kontaktu. Udało się to dopiero za drugim razem. Wywiozłem żonę Zbyszka wraz z córką do Zakopanego, gdzie za pomocą skonspirowanego z nami któregoś z Bachledów przekazałem je w Murzasichlu łączniczce, która doprowadziła je do Janasa.

Nie pamiętam daty tego wydarzenia, choć łatwo ją ustalić. Dziewięć miesięcy później urodził się Zbyszkowi syn, a on sam wyszedł z podziemia.”

Kuzyn pozostaje w przekonaniu, że zapobiegł morderstwu.

Pod koniec 1982 roki podjęto decyzję o usamodzielnieniu się „Sekcji Transportów” – czyli odbioru „zrzutów” z zachodu i „Janusz” zniknął z odpraw „Grup”. Zimą 1983 roku zaproponował mi przejście do niego, co za zgodą „Teosia” zrobiłem, przekazując moje obowiązki „Długiemu Piotrowi”. Jak wynika z dokumentów IPN dnia 3 marca 1983 roku w lokalu na ulicy Szymanowskiego poznałem „Grubego Piotra” w nowym szefem technicznym „Długim Piotrem”. W spotkaniu uczestniczył TW, który sporządził raport z tego spotkania. Nie był w stanie podać naszych danych personalnych, ale opisy wyraźnie wskazują na mnie, „Długiego Piotra” i „Grześka”.

Warunkiem podjęcia nowych obowiązków było zerwanie dotychczasowych kontaktów, co dla każdego, kto znał warszawskie podziemie wydaje się trudne, a dla każdego, kto znał „Teosia” wręcz niemożliwe. Trochę tych kontaktów odpiłowałem, ale do sierpnia 83 roku siedziałem na dwóch stołkach, z „Teosiem” zaś nie miałem ani siły ani chęci się rozstać. Oficjalnie mieliśmy kontakt pocztowy a nieoficjalnie „Teoś” przy każdej okazji lądował u mnie w domu i tam przy wspomnianym już bimberku i solonej słoninie omawialiśmy wszystkie bieżące sprawy. Było to pośrednią przyczyną wpadki „Teosia” na Wilczej tuż przy Kruczej 21marca 1983 roku. Dostałem polecenie dostarczenia „Teosiowi” pod wskazany adres 200 matryc białkowych. Tego samego wieczora „Teoś” był u mnie w domu i namówił mnie do bezpośredniego przekazania mu tych matryc dnia następnego. Z tymi też matrycami wpadł i skończyły się posiedzenia przy słonince i bimberku, aż do czasu jego wyjścia.

Kiedy wyszedł i natychmiast zjawił się u mnie. Zadzwonił jak zwykle umówionym dla niego sposobem, ale trudno było uwierzyć, że to on. Wychudł, twarz miał szarą, przypominał łodygę kartofla hodowaną w piwnicy. Wiesz „Przemo” mury wyciągają - skwitował moje uwagi o swoim wyglądzie. Wszystko wróciło do normy i wieczorne spotkania znowu się rozpoczęły, a Teoś” wrócił do starych praw wyciągania bimberku z szafy.

1 maja 1983 roku udałem się, wbrew surowym zakazom ze strony Ewy Kulik na manifestację. Wziąłem ze sobą „zrzutowego” Olimpusa i obstawę w postaci „Grubego Piotra” i Jacka Kurowskiego.

Nie zauważyłem kilku tajniaków, którzy rzucili się na mnie, powalając mnie na ziemię. Moja obstawa wdała się w bójkę ze zgodnymi do przewidzenia rezultatami. „Gruby Piotr” został pobity do nieprzytomności a Jacek porwany do radiowozu i wkrótce stanął przed kolegium.

Pamiętam moment, kiedy stanąłem na nogi i zobaczyłem „Grubego Piotra” leżącego na ziemi, ręce wzdłuż tułowia, nogi lekko rozłożone, a z nosa i uszu lała mu się krew. Myślałem, że nie żyje. Żył, miałem kłopoty, aby go dostarczyć na pogotowie. Taksówkarz, którego złapałem odmówił. Zabrał go jakiś prywatna człowiek. Piotr, po wstępnym opatrunku uciekł z pogotowia nie czekając na wizytę milicji. W efekcie do końca swojego krótkiego życia cierpiał na uszkodzone kręgi szyjne. Jacka znalazłem już po rozprawie przed kolegium. Opowiadał, że żeby go zabrać tłukli go głową o maskę samochodu, a jak stracił przytomność wrzucili go do „suki” i zawieźli na Cyryla i Metodego. Tam znalazł się w grupie innych wichrzycieli z kartką na szyi „Fotografował kolegę”. Gliniarzowi, który sporządzał akt oskarżenia dla kolegium, nie bardzo się to trzymało kupy. Próbował dowiedzieć się, jakiego to kolegę Jacek fotografował, aż w końcu machnął ręką i napisał, że Jacek „zorganizował nielegalną manifestację, nawoływał tłum do marszu na Komitet Centralny PZPR i tym samym zagroził życiu premiera generała Wojciecha Jaruzelskiego”. „Zbrodniarz” miał tylko jedno pytanie przed kolegium, zapytał ile będzie kosztował udany zamach na Jaruzelskiego, bo chciałby zapłacić z góry. Dostał 30 tys. grzywny z zamianą na areszt. Zapłaciła sala, pewnie Komitet Prymasowski.

Ja w czasie bójki straciłem dowód osobisty i aparat. Dostałem straszny „ochrzan” od Ewy. Wszystko skończyło się szczęśliwie. Wydaje się że przeważyła pazerność tajniaków. Nie było w moim mieszkaniu rewizji, nikt mnie nie szukał, więc wróciłem do domu, a później, choć z duszą na ramieniu zgłosiłem zagubienie dowodu. Myślę, że przeważyła cena aparatu. Na ówczesne polskie warunki był on drogi, dowód poszedł więc do kanału, a aparat zmienił właściciela. (Teraz wydaje mi się, że mogło być inaczej, dowód mógł trafić gdzieś na biurko.)

W jakiś czas później jechałem po coś z „Alkiem” i jeszcze z kimś samochodem. Zatrzymał nas patrol. Kontrola dokumentów. Jakoś nie zdziwiło nas, że dokumenty oglądał cywil i że starannie oglądał dowód „Alka” i tego drugiego. Sprawdzał, czy zdjęcia nie zostały przeklejone. Tylko mój „dokument” – świstek papieru z miękkimi pieczątkami stwierdzający, że czekam na nowy dowód nie wzbudził podejrzeń. Zresztą, facet sprawdził, i dziękując oddał dokumenty. Nie pamiętam czy coś zapisywał. Dyskutowaliśmy później czy nie należało by robić takich „szybkich dokumentów” dal podziemia.

17 października 1983 zmuszono „Alka” do ujewnienia się. Natychmiast po ujawnieniu szukał kontaktu ze mną. Bezpieka czy też prokuratura przekazała mu wiadomość, że też mam się ujawnić. Mówił, że pokazywali mu teczkę z moim imieniem i nazwiskiem.Niewiele się tym przejąłem, moim zdaniem daleko im było do mnie. W tym przekonaniu dotrwałem do marca 2008 roku i zapoznania się z dokumentami ze sprawy SOR „Klimek”, czyli papierów Teosia.

Cytuję dokument:

29.04.85
15.notatka
tajne specjalnego znaczenia
Nacz III wydz SUSW
Pułkownik Pawłowski
W nawiązaniu do uzgodnień z dn 11.04.85 rozsyłam do dalszego wykorzystania materiały w/w osób zarejestrowanych przez naszą jednostkę
Andrzeja Niedka SOR kryptonim „Kojot” nr 75559
Anny Lachowskiej SOR kryptonim „Kojot” nr 75559
Janusza Ramotowskiego zabezpieczenie operacyjne nr 89252
Krystyny Antoszkiewicz zabezpieczenie operacyjne nr 85252
Jana Pilicha zabezpieczenie operacyjne nr 79811
Ewy Rykowskiej zabezpieczenie operacyjne nr 85766
Olgierda Smoleńskiego zabezpieczenie operacyjne nr.78368
O przekazaniu materiałów waszej jednostce powiadomiono Wydzwydz I biura „C” MSW
Jednocześnie prosze o wyprzedzajace informacje o podjętych działaniach względem tych osób jak zatrzymania przeszukania itp. Jest to jest podyktowane interesem operacyjnym.

Jest to dowód, że znalazłem się w sprawie „Alka” i „zafundowałem sobie” zabezpieczenie operacyjne. Jak sięgam pamięcią, był to jedyny moment, kiedy w towarzystwie rozpracowywanego już operacyjnie „Alka” pokazałem dokumenty.

Tyle tylko, że z „Alkiem” w tym okresie czasu prawie nie współpracowałem. Nawet jeśli dodali do sprawy aparat i dowód utracone w czasie manifestacji, obserwacja „Alka” i kręcący się wokół niego TW nie mogli potwierdzić mojej aktywności w Grupach. Wydaje mi się że potraktowali mnie jako kogoś mało aktywnego w poziemiu, zostawiając sprawę na później.

Sprawa ta doczekała się dalszego ciągu. W roku 2006 postanowiłem ponownie się w Polsce zalegalizować. Ponieważ udało mi się odzyskać mój dowód, udałem się do biura meldunkowego na Bielanach po zaświadczenie o wymeldowaniu (nasze mieszkanie przeszło w ręce Józka Bobka „Ziutka” z Unii). Pani, do której zostałem skierowany obejrzała mój „nowy” zrobiony w 1983 roku dowód, sprawdziła coś w komputerze i spojrzała na mnie jakoś tak z zainteresowaniem.

Zapytała się czy miałem jakiś inny dowód, bo nie zgadzają się jej numery. Zapytała, co stało się z moim starym dowodem. Wydawała się być życzliwie zainteresowana, więc powiedziałem, że mogę opowiedzieć wersję oficjalną lub prawdę. A to proszę o prawdę – powiedziała pani.

Opowiedziałem, coś oglądała w komputerze i w końcu stwierdziła. No, pan to miał ciekawy życiorys. Co tam widziała nie mogła mi powiedzieć. Później pomogła w „odmakulowaniu” mojej żony.

(„Makulacja” była zemstą czerwonego nad nieosiągalnymi z powodu wyjazdu wa granicę działaczami opozycji. Polegała na zniszczeniu przechowywanych przez władze ich dowodów osobistych. No a człowiek bez dowodu to ............., nie wiemy do końca dlaczego została „zmakulowana” Bronka. Najbardziej prawdopodobne jest, że zjawiła się w Paryżu w biurze Solidarności akurat w momencie, kiedy jakiś TW sporządzał listę do „makulacji”. Taki sam los spotkał Mirka Chojeckiego i Piotra Chruszczyńskiego.)

Pierwszą moją pracą w Transportach był odbiór i zagospodarowanie jakiejś potwornej ilości ubrań i butów składowanych u sióstr zakonnych w Magdalence. Było to przed świętami Bożego Narodzenia 1982 roku. Teraz wiem, że lokal, mieszkanie M3 załatwił „Gruby Piotr” korzystając z kontaktów Waldka Wysokińskiego z „Kręgu”. Jego właściciele wyprowadzili się na czas jakiś, mając nadzieję, że wrócą tam na święta. Wpadali tam tylko, aby karmić dwa mieszkające tam koty. Najbardziej zadowolone były właśnie te koty. Brykały po tych stosach, chowały się w butach i były szczęśliwe. My dużo mniej. Zaopatrzyliśmy w jakieś ubrania i buty naszych ludzi, „obłożyliśmy” Magdę, ale końca nie było widać. Właściciele musieli spędzić święta poza domem. W końcu skończyliśmy i obiecałem sobie, że nigdy więcej. Każdy ma swój zawód.

Próbowaliśmy z „Januszem” nadać naszemu zespołowi jakąś strukturę – on odpowiadał za kontakty we Szwecją i powiadomienie mnie o dacie przyjścia transportu, ja zaś za jego odbiór, przechowywanie, dystrybucję i kontakt z Regionem. Przejąłem Zenka Barejkę „Konrada” z Otwocka i Bogdana Sawickiego „Bogdana” z Ursusa z ich ludźmi. Zostawiłem sobie Kuranów z ich lokalem w Falenicy – Aleksandrowie. W jakiś czas później zaangażowałem do naszej działalności Wincentego Bukowskiego – byłego podwładnego i przyjaciela mojego ojca z lat wojenno-powojennych. Pamiętam rozmowę z nim. Zapytałem, czy nie dałoby się w jego gospodarstwie przechowywać objętościowych materiałów dla „S”. Jego żona powiedziała tylko „no to zaczęło się od nowa” (Za ukrywanie członków podziemia poakowskiego zapłacili wysoką cenę). Pan Wincenty zgodził się, ale postawił kilka warunków. Po pierwsze o sprawie z ich strony wie on i jego żona i nikt więcej, nawet synowie. Z mojej strony ja i tylko jeden człowiek, który może mnie zastąpić. Dałem Bogdana no i ruszyło. „Janusz” dysponował samochodem marki „Renault”, Bogdan swoimi samochodami - dostawczym „Zukiem”, ciężarówką ”Jelcz” i osobową „Skodą”. W założeniach miał zajmować się odbiorem i magazynowaniem sprzętu. „Konrad” korzystał ze swojego „malucha” i kombinował w razie potrzeby samochód dostawczy „Tarpana”, jego głównym zadaniem była dystrybucja sprzętu do odbiorców. Ja miałem „Warszawę”, a później włączyłem do grupy Wiesława Moruca z jego „Fiatem” Taxi. Wiesio pracował przy rozwożeniu. W rezerwie mieliśmy grupę Bogdana Abramczyka z Legionowa. Dysponowali „Żukiem” i bazą magazynową. Była to nasza baza transportowa i podstawowa struktura organizacyjna. Benzynę kombinowaliśmy u pracowników stacji benzynowych – sympatyków Solidarności, „Teoś” dostarczał fałszywe kartki, kilku rzemieślników z Otwocka coś tam oszczędzało na swoich przydziałach i wreszcie kupowaliśmy paliwo „ na czarno”. Dostawaliśmy trochę pieniędzy od „Janusza”, początkowo dofinansowywał nas też Region.

Struktura, którą tu przedstawiłem była „szkieletem”, który siłą rzeczy obrastał w innych ludzi. Były lokale kontaktowe, łączność i inne magazyny. Teoretyczny był podział ról. Ja też rozładowywałem transporty, rozładowywał je „Janusz”, do odbiorców dostarczali towar i „Bogdan” i ja.

Pamiętam poznanie się z „Konradem”. Zaprosił mnie do Otwocka, aby poznać miasto. Nie bardzo mogłem mu powiedzieć, że znam to miasto prawie tak dobrze jak on i w umówionym terminie zjawiłem się na stacji w Otwocku. Czekał na mnie i jego „maluchem” zrobiliśmy rundę po mieście. Pokazał mi gdzie mieści się komenda milicji, gdzie komitet partii i tak dalej. Później u niego w domu, powtórzyłem naszą marszrutę, bezwzględnie opisując lokalizację tych obiektów. „Konrad” był zachwycony moją pamięcią. Wytłumaczyłem mu, że to taki „sznyt” zawodowy. Minęło jeszcze sporo czasu, zanim powiedziałem mu prawdę. Przy okazji okazało się, że jego uczył mój ojciec.

Pierwszy kontakt na Svena miałem w kościele w Międzylesiu. Udałem się tam z hasłem, które znał ksiądz. Powiedziałem hasło, widzę, że ksiądz zrozumiał, ale jest przestraszony. Zaryzykowałem i powiedziałem księdzu, że nie przyjechałem po to, aby odbierać ten towar w kościele, a po to, aby zabrać przewoźnika i robić to gdzie indziej. Nie miałem żadnej chęci na rozładowywanie pod kościołem. Tłum ludzi czekających na pomoc uniemożliwiał rozpoznanie czy w tym tłumie nie ma agenta SB, poza tym księża się bali i trudno im się dziwić.

Od tego momentu Sven wyładowywał pomoc humanitarną w kościołach, a my przejmowaliśmy go „ na pusto” i rozładowywaliśmy w wybranych miejscach w lasach.

Następnie następowała inwentaryzacja „zrzutu” meldunek do Regionu i dystrybucja pod podane adresy. (Z ręką na sercu muszę się przyznać, że poza oficjalnymi wrzutami coś tam „łasowali” inni – były to drobiazgi farba, trochę matryc białkowych itp.- nigdy nikomu nie oddaliśmy natomiast sprzętu – maszyn poligraficznych, choć wszyscy chcieli. Z tych „łasuchów” pamiętam „Teosia”, Czesława Bieleckiego z „CDN”, Adama Karwowskiego „Kręgu” i Józka Bobka z „Unii”.

Przejęcie od „Janusza” odpowiedzialności za przechowywanie i dystrybucję uspokoiło jego sytuację. Na początku jego pracy zaczęły krążyć po mieście plotki, że dysponuje od przemyconym z zachodu sprzętem poligraficznym i do niego do domu !!!!!!! zaczęli przychodzić ludzie i konspiracyjnym szeptem domagać się pomocy materiałowej. Ponieważ nic z tego nie wyszło, a „Janusz” zmienił mieszkanie, sprawa ucichła.

Najwięcej transportów rozładował Bogdan Sawicki. Korzystał z lokalu u Feliksa Dąbrowskiego w okolicach Pruszkowa, u Lucyny Kalinowskiej w Pruszkowie, a nieraz o zgrozo w swoim garażu w Ursusie. W rozładunkach korzystał z pomocy Marka Parola.

„Konrad” działając w okolicach Otwocka wciągnął do współpracy Janinę Fijas „Jagnę” i Zygmunta Gizińskiego, „Miśka”.

Na potrzeby łączności z Regionem stworzyłem dwa lokale pocztowe. Pierwszy u pani Krystyny Sulikowskiej nauczycielki z Zespołu Szkół Zawodowych im. Róży Luksemburg.

Pani Sulikowska odbierała pocztę w domu i zanosiła ją do szkoły, gdzie przekazywała ją mojej żonie Bronce również nauczycielce w tej samej szkole.

Drugi lokal mieścił się na osiedlu Wawrzyszew, gdzie i ja mieszkałem, u Leszka Brzuchowskiego – zaletą była szybkość kontaktu, niewygodą to że Leszek był namiętnym palaczem „trawki”. Obecnie palenie „trawki” stało się czymś banalnym, ale wtedy uważałem to za coś strasznego i niegodnego członka podziemia. Wiele razy wyrzucałem Leszkowi ową „trawkę”, ale niewiele z tego było pożytku. Tkwił w grzechu, co gorsza, razem z nim ćmił tą „trawę” i łącznik Regionu

Łączność rezerwową między mną a Szwecją na wypadek aresztowania „Janusza” zapewniał lokal „ U malarza” Jana Mazura przy Marymonckiej. Namiary na lokal miała Szwecja, a ja tam od czasu do czasu wpadałem żeby nie tracić kontaktu, tym chętniej, że właściciel tego lokalu robił znakomite wina domowej produkcji. W razie mojej „wpadki” moje obowiązki miał przejąć „Bogdan” ( Bogdan Sawicki) i zapewniliśmy mu dostęp do niezbędnych do dalszego funkcjonowania informacji.

Na potrzeby spotkań z Konradem Bielińskim ustawiłem lokal na ul Franciszkańskiej u p. Doroty Lachowicz.

Początkowo transporty „lądowały” u Feliksa Dąbrowskiego w okolicach Pruszkowa (lokal Bogdana Sawickiego) i u Kuranów w Aleksandrowie. Lokal ten pozostał zresztą najbardziej aktywnym lokalem przez cały okres podziemia. Później ustawiłem lokal u p. Wincentego Bukowskiego w Milanówku. Był to były żołnierz AK i WiN, podwładny mojego ojca.

Nasza struktura, bez wątpienia nie do końca doskonała pozwoliła jednak na dosyć „szczelne” odizolowanie istotnych dla istnienia segmentów systemu. Ludzie obsługujący część krajową nie mieli pojęcia, kto jest naszym współpracownikiem na zachodzie. Ja sam usłyszałem nazwisko Kaleta może ze dwa razy, i nie miałem wielkiego pojęcia o jego roli. Nasi „chłopcy” nie słyszeli o jego istnieniu. Marian Kaleta nie miał pojęcia o naszej strukturze.

Region nie znał naszej struktury, nie miał wiadomości o dacie przyjazdu ciężarówki ze Szwecji. Łączność ze Szwecją, prowadziliśmy samodzielnie, pomijając kanały Regionu. Detale techniczne znał „Janusz” i nikt więcej, wentylem bezpieczeństwa był lokal „U Malarza”. „Janusz” z kolei nie miał łączności z Regionem, nie znał również adresów magazynów. O pochodzeniu sprzętu nie wiedzieli „meliniarze”, nie mając zresztą pojęcia o istnieniu innych „melin”. Cały serwis łączności nie miał zielonego pojęcia, czemu to wszystko służy. Teoretycznie rzecz biorąc nie powinniśmy zajmować się innymi fragmentami podziemia, i z tym było najgorzej. Prawie każdy, gdzieś tam troszkę w czymś siedział, choć staraliśmy się to eliminować.

Ostatnią moją dużą akcją w ramach Grup Oporu była manifestacja 31 sierpnia 1982 roku.

Władza też przygotowywała się do tej rocznicy, i tuż przed nią podziemie poniosło poważną stratę. Uderzono w MRKS i aresztowano Zbigniewa Romaszewskiego. Miałem uczestniczyć w sławetnym spotkaniu gdzieś w okolicach Placu Grzybowskiego jako przedstawiciel „Grup Oporu”, ale droga dotarcia do lokalu była potwornie długa i skomplikowana. Należało obejść kilka przystanków tramwajowych, na każdym przeczytać jakiś fragment z ogłoszenia w sprawie psa no i złożyć z tego całość. Trudne to było i w dodatku ten pies. Miałem uraz do ogłoszeń w sprawie psa. Drogę tę przebył za mnie i uczestniczył w spotkaniu Michał Gruszczyński ze współpracującego z nami „VIS”. Okazało się, że miałem rację. Na psa naciął się już ktoś z naszych - może „Gruby Piotr”. Chodziło o jakieś ulotki czy bibułę. Ustalono lokal wrzutowy. Nasz człowiek miał wrzucić, ktoś tam odebrać, ale pokręciło się wszystko. Wrzut miał opóźnienie i kiedy nasz człowiek zjawił się z bibułą i wypowiedział hasło w sprawie psa, został zaproszony do środka. Starszy pan zaproponował kawę i przy tej kawie poprosił o pokazanie ogłoszenia. Nasz „emisariusz” z dumą wyciągnął „bibułę”. Starszy pan obejrzał ją z zainteresowaniem a następnie powiedział do naszego rozmówcy – Szanowny panie, ja jestem szczery Polak i gorący patriota, ale zrób pan coś, żeby już nikt do mnie nie przychodził w „sprawie psa”. Okazało się, że oprócz opóźnienia w dostawie pomylony został jeszcze adres i biednego człowieka nachodzili jacyś ludzie konspiracyjnie meldując, że są tu właśnie „w sprawie psa”, doprowadzając do cholery właściciela mieszkania.

Przed demonstracją mieliśmy kupę roboty. Po pierwsze seryjna produkcja kolców. Model wybraliśmy wspólnie z „Długim Piotrem” po serii prób w „Transbudzie”, w którym „Gruby Piotr” miał swoich kierowców. Próbowaliśmy kilka modeli, ale dopiero trudny, co prawda model „gwiazdki” spełnił oczekiwania. Testujący je kierowca był zachwycony. „Gwiazdka” rozdarła ponad połowę opony „Ziła”: Płaskie jeszcze „gwiazdki” wycinali na nocnej zmianie ludzie z Huty Warszawa. – Trudno było znaleźć prywatny warsztat mający dostatecznie dużą prasę hydrauliczną pozwalającą na wycinanie przy pomocy wykrojników „gwiazdek” z blachy o grubości 5 milimetrów. Wycięte „gwiazdki” były transportowane na Pragę do prywatnego warsztatu i tam wyginane na mniejszej już prasie „balansowej”. Ruszyła produkcja butelek samozapalających. Tą produkcją zajmował się „Gruby Piotr”. Nie przeszkadzało mu wożenie w taksówce 30 litrowego szklanego „balonu” ze stężonym kwasem siarkowym. Butelki napełniał współpracujący z nim mój szwagier Witek Matusiak, produkowali też jakieś straszne petardy i inne temu podobne „materiały terrorystyczne”.

Od tramwajarzy na Pradze dostałem termit służący im do spawania szyn tramwajowych. (Był projekt wrzucania termitu do studzienek rewizyjnych, w których przebiegały kable kamer ustawionych na skrzyżowaniach.)

W ramach „powszechnej mobilizacji” przydzielono mi funkcję obsługi punktu łączności między grupami manifestantów a Bujakiem – dostałem lokal na Świerczewskiego u starszej pani, podłączono mi łączniczki i miałem przekazywać meldunki o sytuacji na mieście do lokalu pośredniego, z którego miały one spływać do Zbyszka. Dyżurował tam „Grzesiek” Jacek Juzwa.

W ramach przygotowań po raz jeden jedyny byłem na odprawie ze Zbyszkiem Bujakiem na ulicy Gwiaździstej. Miałem wiele zastrzeżeń co do utrzymania łączności z miastem, myślałem, że stracimy łączność po godzinie od rozpoczęcia manifestacji. Było gorzej. Straciliśmy ją na godzinę przed rozpoczęciem.

Jedyną pożyteczną rzeczą była próba policzenia sił ZOMO zgromadzonych w Warszawie. Kazałem obserwatorom policzyć w określonym momencie ilość ciężarówek w miejscach ich koncentracji. Z szacunków wynikło, że zostało skoncentrowane w Warszawie około 15 tys. ZOMO.

Z miastem straciłem łączność, blokada była zupełna i tylko najbardziej zacięte dziewczyny docierały do nas z meldunkami, natomiast wysyłane przeze mnie na następny lokal przepadały bez wieści. Zostawiłem na miejscu Grzesia Jaczyńskiego i udałem się sprawdzić, co się dzieje, okazało się, że mój korespondent zamaskował swój lokal imitując prywatkę, było trochę alkoholu i dziewczyny wolały tam trochę posiedzieć przed powrotem do nas.

Uznałem, że najlepiej będzie udać się na miasto niż tracić czas w lokalu, gdzie zresztą ciągle „urzędował” Grzesio Jaczyński.

Z ulicy Świerczewskiego postanowiłem dostać się w okolice Pałacu Kultury. Okazało się, że w nowej sytuacji jest to prawdziwa wyprawa. Już na rogu Świerczewskiego i Marchlewskiego trafiłem w „strefę walk”. Nasza strona „trzymana była” przez grupę typowych warszawskich łobuzów, pod podcieniami od strony Sądów kłębili się jacyś ORMO-wcy. Zapytałem, czy można przeskoczyć na drugą stronę. „Pokaż ręce” padło polecenie. No mogą być, ale dla pewności umyj, polecił „dowódca posterunku”. Pod ścianą stał kubeł i leżała szmata, umyłem, nie wiedząc czemu. Przeskoczyłem i wpadłem w objęcia ORMO-wców. Pokaż ręce – padło polecenie. W porządku – możesz iść powiedział jakiś podoficer. Poszedłem. Dopiero następnego dnia słuchając nagrań z rozmów milicji zrozumiałem. Padł rozkaz – „Zatrzymujesz wszystkich pobitych, śmierdzących gazem i mających brudne ręce”. Gazem śmierdzieli wszyscy, pobici pewnie przemykali się chyłkiem do domów, no a brudne ręce były dowodem czynnego udziału w walkach.

Przedostałem się do placu Grzybowskiego od strony ulicy Królewskiej, no i klops. Plac Grzybowski był pełen ZOMO i ich sprzętu. Iść dalej się nie dało. Nie wiem, po co ciągnęło mnie w kierunku Dworca Centralnego, a może po prostu ciągnęło mnie do przodu. Zaczepiłem jakiegoś sierżanta ZOMO z zapytaniem, jak dostać się na Dworzec Centralny. Pokazał mi, że to tam prosto. Wytłumaczyłem mu, że wiem gdzie jest dworzec, ale boję się, że zaraz dostanę pałką przez głowę. Jakoś go „wzruszyłem” i powiedział, że mnie przeprowadzi. Szliśmy sobie razem przez ten plac, sierżant ładował wyrzutnik granatów łzawiących, opowiadając o walce z tłumem. Doszliśmy do ulicy Twardej. Ulicę blokował szpaler ZOMO z tarczami i pałkami. Sierżant rozkazał zrobić przejście i znalazłem się poza kordonem, ale naprzeciwko barykady zrobionej z ławek i pojemników śmietnikowych. Nad wszystkim powiewał sztandar narodowy. Nasi, tylko jak iść do nich po pożegnaniu z sierżantem. Mogliby mnie uznać za człowieka z drugiej strony, tajniaka, kapusia czy jeszcze jak. Postanowiłem zajść barykadą z tyłu. Przywitał mnie gromki śmiech. Barykadę trzymał „Gruby Piotr” z Jackiem Kurowskim i kilkoma ludźmi. Wszystko widzieli i serdecznie się uśmieli.

W moment później ZOMO zaatakowało „Gruby” przy pomocy morskich rakiet sygnalizacyjnych odparł ten atak, ale nadjechały wezwane na pomoc transportery opancerzone i trzeba było zmiatać. Nigdy nie myślałem, że „Gruby Piotr” potrafi tak szybko biegać. Był to jednak odwrót zorganizowany. Gdzieś w okolicach ul. Marchlewskiego „Gruby Piotr” postawił przyczepę kempingową z butelkami samozapalającymi i kolcami. Użyliśmy tych środków atakując kolumnę ZOMO na ulicy Marchlewskiego.

Nie wszystkie butelki się zapalały. Wynikało to z tego, że staraliśmy się robić butelki „bezpieczne” tzn. materiał zapalający umieszczony był na wewnętrznej stronie torebki papierowej, w którą należało włożyć butelkę przed rzutem. (Sceny z „Kolumbów” – śmierć Ałły - zrobiły swoje) (przepis na robienie butelek samozapalających znaleźliśmy w dostępnej w księgarniach w czasie stanu wojennego książki „Pirotechnicy z Gerlacha” opisującej produkcję środków chemicznych dla AL. Podane tam były dokładne receptury wielu „rzemieślniczych” materiałów zapalających i wybuchowych.)

W efekcie część torebek spadło z butelek tuż po rzucie, a część była rzucana bez torebek.

W naszym przypadku dwie butelki, które zapaliły się przed kolumną zatrzymały ją, ale natychmiast przepędzili nas komandosi z gazikach.

Kolce na szerokich warszawskich ulicach miały by sens, gdyby było ich dużo, dużo więcej, a tak to narobiły głównie szkód osobom prywatnym i taksówkarzom. ( Kolce powstały po obejrzeniu eksponowanych w Muzeum Wojska Polskiego modeli z czasów wojny.)

W efekcie zatrzymaliśmy kolumnę, ale dopadły nas gaziki z ich grupami specjalnymi (Byli ubrani na czarno). Ten odwrót nie był już odwrotem zorganizowanym. Uciekaliśmy i na szczęście wydostaliśmy się bez strat. Straciłem kontakt z „Grubym Piotrem”. Ciągle ciągnęło mnie w kierunku tego Centralnego i dotarłem do ulicy Siennej. Było po wszystkim. Manifestacje były rozbite i rozpoczęło się „polowanie” na ludzi. Mnie też wypatrzyła załoga jakiegoś „Gazika”. Dodali gazu, i ruszyli w moją stronę, no ta ja biegiem, ale moje szanse wyścigu z samochodem były żadne. Byli na mojej wysokości, kiedy jakiś stojący w bramie dozorca krzyknął, że brama jest przechodnia. Wyboru nie miałem, ja w bramę, za mną ZOMO-wiec na szczęście z całym rynsztunkiem. Biegłem przez podwórko, wpadłem w jakieś śmietniki, tamten już dyszał za mną, ale jakoś nie „wyrobił się na zakręcie” i gruchnął w te śmietniki. Biegłem dalej i wydostałem się na Śliską. Dostałem się gdzieś do Towarowej i stamtąd wróciłem do domu.

Po tej akcji zająłem się już tylko transportami.

Transporty przychodziły w miarę regularnie, około jednego razu w miesiącu, wprawiliśmy się w ich odbiorze, a ponieważ byliśmy odizolowani od „miasta” to i specjalnych zagrożeń nie było. Stało się nawet nieco nudno.

Starałem się zachować regularny tryb życia. Mimo, iż nie musiałem wychodziłem z domu w o 8 rano. Autobus 132 i znikałem w mieście. Miałem czas, aby spokojnie przygotować wrzuty, a sąsiedzi byli przekonani że jeżdżę do pracy. Pamiętam moment kiedy wyszedłem z domu kilkanaście minut później. Jeden z sąsiadów natychmiast skomentował to wydarzenie, przyznałem że zbiorę „ochrzan” od szefa. Po 1989 roku wpadłem na Wawrzyszew. Spotkałem sąsiada. – No żebym ja wiedział co z ciebie za ptaszek – powiedział. Nie wiem co by było gdyby wiedział. Przyjmijmy, że by pomógł. Pewnie sąsiadów trochę wałkowano po naszym wyjeździe, na szczęście nigdy nie miałem chęci na „blokową” konspirację, w naszym wypadku nie była do niczego potrzebna.

Zmieniła się forma naszego finansowania. Początkowo byliśmy finansowani przez Region, ale z uwagi na braki w kasie przeszliśmy na samofinansowanie – ustaliliśmy cennik „wrzutu”

sprzętu i materiałów i płacili nam odbiorcy, choć ciągle balansowaliśmy na krawędzi bankructwa. Tak czy inaczej po pełnym roku prowadzenia „firmy” wysłałem Zbyszkowi Bujakowi sprawozdanie finansowe i materiałowe za rok 1984. Pamiętam, że w tym roku odebraliśmy i rozdysponowaliśmy 52 maszyny poligraficzne, nie licząc farb, matryc, prasy z Zachodu i innego drobnego sprzętu. Ciekawe czy się ono zachowało?.

Emocji dostarczył jeden z transportów (niestety daty nie pamiętam). Dostałem wiadomość, że Sven będzie wkrótce w Warszawie. Zmobilizowałem grupę i czekałem na wiadomość, a ta była jak najgorsza. Sven został zatrzymany na granicy w Świnoujściu, a samochód poddawany jest rewizji. Byłem przekonany, że to już koniec, tymczasem dzień później dowiedziałem się, że Sven jest wolny i jedzie w kierunku Warszawy. Byłem pewien, że to prowokacja i SB chce po prostu złapać odbiorców. Najprostsze było by wysłanie Svena z powrotem do Szwecji, ale szkoda było towaru. Zdecydowaliśmy się na próbę odbioru.

Bałem się jednak „spalić” Kuranów. „Janusz” uaktywnił swoją grupę z Zegrza kierowaną przez Bogdana Abramczyka, dali lokal gdzieś pod Wyszkowem na wsi. Obserwowaliśmy samochód, ale nic podejrzanego nie widzieliśmy. Późnym wieczorem podprowadziłem Svena na polanę, gdzie czekał Bogdan Abramczyk z samochodem dostawczym. Transport przejęliśmy, Bogdan odjechał leśną drogą na „melinę”. Zostałem ze Svenem, no i katastrofa, akumulator siadł, i nie można było uruchomić ciężarówki. Sven ze spokojem powiedział, że potrzebny będzie traktor. Gdzie i jak znaleźć ten traktor w nieznanym mi terenie i to w środku nocy?. Co miałem zrobić. Ruszyłem do odległej o jakiś kilometr czy dwa wsi. Postanowiłem znaleźć obejście z traktorem, ale bez telefonu. Telefon mógł oznaczać ORMO-wca. Byłem naprzeciw jakiegoś gospodarstwa, był traktor, nie było telefonu, a dodatkowo gospodarz wyszedł na podwórko. Wytłumaczyłem w skrócie o co chodzi. Że ciężarówka, że zepsuta, że stoi tutaj za wsią raptem kilkaset metrów. Gospodarz wysłuchał, stwierdził, że to ta ciężarówka, która przejechała przez wieś jakieś dwie godziny temu, i tu ją opisał dokładnie. Ot i masz konspirację. Pojechaliśmy, rolnik po przejechaniu tych kilkuset metrów zaczął się denerwować. Wjechaliśmy do lasu, był przerażony, a jak kazałem mu skręcić do lasu, myślałem, że wyskoczy z tego traktora. W tym momencie zobaczył w światłach reflektorów ciężarówkę i jej szwedzkie numery. Natychmiast zgasił światła. Zrozumiał. Szarpnął „Mercedesa”, stanął z boku. Wciskałem mu jakieś pieniądze, odmówił, życząc nam, żeby nas Bóg prowadził. Powiedział, że poczeka moment, na wypadek gdyby silnik „Mercedesa” zgasł. Tak się też stało, pociągnął jeszcze raz. Ciężarówka Svena ciągle nie miała świateł, położyliśmy przed kierownicą latarkę i tak wyprowadziłem Svena na szosę w kierunku Warszawy. Pokazałem kierunek i zostałem sam na szosie. Miałem dosyć, poza tym nie miało żadnego sensu być w samochodzie Swena w przypadku, jak się wydawało nieuniknionej kontroli. Nie bardzo wiedziałem jak dostać się do Warszawy, pozostał auto-stop. Gdzieś nad ranem trafiłem na taksówkę. Poprosiłem o powiezienie do Wyszkowa. Okazało się, że człowiek jedzie do Warszawy, a ja bardziej wyglądałem na warszawiaka niż mieszkańca Wyszkowa. Zaproponował, że mnie zawiezie. Wyraziłem zgodę i ........ natychmiast zasnąłem. Obudził mnie na wysokości Dworca Wileńskiego. Zapytał się gdzie chcę dojechać w tej Warszawie. Powiedziałem, że właśnie tutaj, zapłaciłem i wysiadłem. Pomyślałem sobie, że gdyby facet był z bezpieki, obudziłbym się na Rakowieckiej, zupełnie straciłem kontrolę nad sobą. Złapałem drugą taksówkę i dotarłem do domu. Spałem bez przerwy 24 godziny.

Lokal, na którym leżał nasz „zrzut” był za daleko od Warszawy i należało go przerzucić do miasta. Byłem zmęczony tą akcją i przerzutem miał zająć się „Janusz”. Powinienem tylko doprowadzić go magazynu i poznać z właścicielami gospodarstwa. Umówiłem się z Januszem na placu Wilsona, na któreś tam popołudnie. Przyszedłem dużo wcześniej, miałem trochę czasu i mogłem „trochę pooddychać”. Nagle zobaczyłem Sławka Kretkowskiego, nie widzieliśmy się całe lata, jak tu się nie przywitać. Po pierwszych powitaniach Sławek zaproponował „mały kieliszeczek”. Czasu przed spotkaniem z „Januszem” było jeszcze sporo, nie ja miałem prowadzić samochód, rozmówca miły, więc czemu nie. Poszliśmy do małego barku na ulicy Krasińskiego. Był to typowy barek gdzie można było „na stojaka walnąć 50-tkę czy 100-tkę. Typków z Żoliborza też nie brakowało. Sławek, zaznaczając, że „cienko przędzie” po tym „internacie” postawił kolejkę. Ja „prządłem lepiej”, więc odstawiłem. Sławek postawił ................ ja ................. W którym momencie wdaliśmy się w pyskówkę z zomowcami. Byli na służbie, u nogawek wisiały im takie noże-bagnety i próbowali kupić swoje setki bez kolejki. My, „bohaterzy podziemia” pogoniliśmy ich „do ogonka”. Draka wisiała w powietrzu. Któryś z nich – „mięśniak” był gotów do bójki. Na szczęście chcąc „honorowego” pojedynku powiedziałem mu, żeby nie sięgał po ten swój scyzoryk, bo się jeszcze pokaleczy. Typki z kolejki buchnęli śmiechem, no i było po sprawie. Nasi przeciwnicy ocenili, że awantura może być dla nich nieprzyjemna i się wynieśli nic nie pijąc. Sukces trzeba było oblać, typki też czuli się w obowiązku. Jak w końcu spotkałem się z „Januszem” byłem kompletnie zalany. Mimo to, w poczuciu obowiązku namówiłem go na podróż za ten Wyszków, cóż z tego, skoro nie potrafiłem znaleźć naszej wsi. Po tym, haniebnym i karygodnym wypadku postanowiłem sam „odbezpieczyć” ten magazyn. Powiedziałem Kuranom kiedy wrzucę ten towar, i że muszę go przywieść gdzieś spoza Wyszkowa. Wziąłem „Żuka” i wieczorem pojechałem. Chciałem dotrzeć przed godziną milicyjną, załadować towar i w czasie zmiany ekip na komisariatach – między 5h30 a 6h30 „przeskoczyć” pod Warszawę. (Była to moja ulubiona godzina na przerzuty, nocna zmiana milicji dosypiała w radiowozach, albo zjeżdżała na komisariaty, dzienna jeszcze się nie czuła gotowa do pracy.)

Jeszcze przed Wyszkowem podjechałem pod stację benzynową, aby spróbować „dobrać” paliwa. Miałem zapasowy pełen karnister, ale jeśli trafiała się okazja, zawsze dotankowywaliśmy. Kartek nie miałem. Podjechałem pod pompy, ze stacji wyszedł pracownik, zapytałem się czy można ....... Lej – odpowiedział, co świadczyło, że porozumienie zawarliśmy. Poza tym wydawał się być lekko zalany. Lałem, aż tu nagle pod stację podjechał radiowóz. Chciałem przerwać, pracownik CPN spojrzał się na mnie i powiedział – Co się boisz, coś chyba „górką będzie”, to będzie musiał jeszcze raz pojechać. Nalałem do pełna, ekipa rozpijała z milicjantem flaszkę, zapłaciłem „z górką” i chciałem pojechać, ale milicjant zapałał miłością do mnie i kazał mi się z nimi napić. Powiedziałem, że prowadzę. Usłyszałem, że „jestem u niego i pod jego opieką i że zawiadomi kolegów i da mi wolny przejazd”. Tylko tego mi brakowało. Wychyliłem kieliszek, podziękowałem i pojechałem. Nim jeszcze dojechałem do „naszej wsi” zablokowała mi się skrzynia biegów. Nic strasznego, każdy, kto „Żukiem” jeździł wie, że blokowały się wodziki między biegami. Wystarczyło młotkiem postukać tam gdzie trzeba i było dobrze. Tłukłem tym młotkiem w środku jakiejś wsi i Bogu dziękowałem, że jestem pusty.

Rano wyjechałem załadowany i około 6 rano byłem na moście w Wyszkowie. I to kolejna niespodzianka. Za mostem czekali Ewa i Krzysiek ze swoim „Maluchem”. Ewa miała ze sobą termos pełen gorącej pachnącej kawy. Nigdy już nie będzie mi smakowała kawa jak wtedy na tym moście. Krzysiek wykręcił żarówkę w swoim samochodzie i pojechał z Ewą przed moim „Żukiem” biorąc na siebie ewentualny zbyt ambitny patrol.

Jeden z kolejnych zapamiętanych transportów odbieraliśmy w lesie w okolicach Magdalenki. Lokal wrzutowy zapewnił Marek Parol w Magdalence. Wspólnie z Bogdanem objeździliśmy okoliczne lasy i znaleźliśmy bardzo dobrą polankę. Była położona jakieś 50 metrów od głównej drogi z dobrym twardym dojazdem leśną drogą. Drzewa zasłaniały całkowicie polankę przed spojrzeniem z szosy. Robiliśmy, jeśli dobrze pamiętam we czterech. „Bogdan”, Marek Parol, „Janusz” i ja. To ja wprowadzałem świecąc latarką ciężarówkę Svena. W którymś momencie skierowałem światło w stronę lasu i .......... zobaczyłem w świetle latarki taksówkę marki „Wartburg”. Bogdan z Markiem natychmiast podbiegli do taksówki. Zdaje się, że mieli ze sobą nasze dostarczone ze Szwecji rewolwery gazowe. Tak czy inaczej zatrzymali taksówkę. Największy „skarb” był w środku. Oprócz kierowcy była tam zupełnie roznegliżowana panienka. Zdaje się, że taksówkarz zdobił sobie „skok w bok”.

Nie było wyjścia, trzeba było Svena rozładować. Taksówkarz został odstawiony na bok, tak, aby za wiele nie widział, no i pilnowany. Zdaje się, że panienka została tak jak ją znaleźliśmy – na golaska. Wreszcie, jak Sven już pusty odjechał, Bogdan i Marek odjechali ze zrzutem zwolniłem taksówkę, grożąc facetowi, że jak by coś, to my mu ........... Trzeba było widzieć jak zmykał, jeśli nie połamał zawieszenia to była to reklama fabryki w Eisenach.

Odjeżdżając spojrzałem na znak zakazujący wjazdu do lasu. Był pięknie ubrany damskimi majtkami. Czy był to skutek działalności „naszego taksówkarza”, czy raczej generalne oznaczenie „dobrego” miejsca – nie wiem. Jak się to stało, że nie widzieliśmy tego znaku też nie wiem.

Niestety ze dwa dni później „Bogdan” dostał wiadomość, że SB namierzyła nasz magazyn – był to nowo budowany dom teścia Marka Parola. Bezpieka miała wejść do tego magazynu i zabrała jakiś towar. Reszta jeszcze leży. Jakoś się to nie trzymało się kupy. Weszli, ale zostawili, gospodarz wie o ich wejściu, więc jaka to zasadzka?. Wyglądało to dziwnie. Postanowiliśmy z Bogdanem zabrać „zrzut”. Nie wierzyliśmy w bezpiekę. Ale nie wierzyć, a podjechać pod tą budowę to były dwie różne sprawy. Baliśmy się i to okropnie. Ładowaliśmy „Żuka” i jednocześnie robiłem inwentaryzację. Wyjechaliśmy i zrzuciliśmy ładunek w zabudowaniach u Wincentego Bukowskiego w Milanówku. Straciliśmy siedem radiotelefonów. Stało się pewne, że to nie bezpieka. Robiłem śledztwo no i wyszło, że zrobił to najście KPN, a ponieważ ślady prowadziły w kierunku jakiegoś człowieka związanego z moją rodziną jakimś pokrewieństwem, dałem sobie spokój z tą sprawą. Tak czy inaczej poszło do podziemia, a stwierdziłem, że świat jest mały. Z tym człowiekiem od lat nie mieliśmy kontaktu.

Ostatni transport odebrałem na dwa tygodnie przed wyjazdem z Kraju, około 10 kwietnia 1985 roku. Byłem już po wszystkich pożegnaniach i bez obowiązków, kiedy zjawił się w nas w domu łącznik od Ewy Kulik, że Sven jest w Warszawie i stoi załadowany pod Pałacem Kultury. Coś się pochrzaniło w kontaktach no i trzeba było go robić. Bałem się jak cholera, no, ale inaczej nie można było. Powiedziałem, że robię. Uruchomiłem Kuranów i „Konrada”. Krzysiek znalazł miejsce w lesie za Wiązowną z dobrym, polnymi drogami dojazdu do Aleksandrowa. „Zmobilizował” swojego sąsiada z traktorem. Przygotował nabite gwoździami deski, aby zablokować ewentualny dojazd SB. „Konrad” przygotował „Tarpana”. Zrobiliśmy. Jak Sven odjeżdżał pusty najbardziej martwiłem się, czy usunięte zostały te wszystkie te deski. My polnymi drogami ruszyliśmy do Aleksandrowa. Nie przewidzieliśmy tylko, że polna, poleśna droga w kwietniu będzie prawie nieprzejezdna. Obyło się bez traktora, byliśmy z Krzyśkiem schlapani błotem od stóp do głów. „Konrad” miał lepiej. Prowadził. Nie liczyłem już tego towaru, zostawiłem to głowie „Konrada” i Krzyśka.

Już mnie nie było, ale wyjechałem z tarczą.

Było tych odbiorów więcej, ale gdzieś się zapodziały w pamięci. Nie wszystkie transporty były duże. Robiło się je szybciej i niejako na biegu. Nie zostawiły śladów w pamięci. Warto było by we wspólnym gronie – Marian Kaleta, Sven, „Janusz”, „Bogdan” i ja przejrzeć dokumentację Mariana. Wiele by się mogło przypomnieć. U „Konrada” na strychu w Otwocku leży część korespondencji z Regionem. Zostawiłem mu to archiwum przed wyjazdem. „Konrad” wyciąga, wyciąga i .......... wyciągnąć nie może.

Z operacji „wrzutowych” pamiętam kilka.

Składopis, na który czekał „Tygodnik Mazowsze” znalazł się na szafie u mojej teściowej, bo osoby obsługujące skrzynkę pojechały na działkę, zamiast czekać na sprzęt w umówionym wcześniej czasie. Regionowi bardzo zależało na tej operacji i strach przed wpadką tego sprzętu był olbrzymi, dlatego przygotowaliśmy się do niego starannie. Po otrzymaniu adresu – gdzieś w okolicach Placu Narutowicza - pojechałem tam „na pusto” i umówiłem termin „wrzutu”. Składopis wielkości dużej maszyny do pisania załadowaliśmy z Bogdanem Sawickim do „Zuka” i uzupełniliśmy ładunek umazanymi gnojem skrzynkami po owocach

(Był to taki prywatny pomysł Bogdana – już raz ten gnój na skrzynkach go uratował – glinom nie chciało się brudzić rąk). Byłem tak pewny lokalu i ludzi, że po wyciągnięciu maszyny pognałem z nią na drugie czy też trzecie piętro, a tam drzwi zamknięte: Dobijałem się jak idiota, aby w końcu wrócić ze składopisem. Tym razem wściekli jak cholera nie maskowaliśmy sprzętu, tylko pojechaliśmy na Jelonki, gdzie zostawiłem maszynę u mojej teściowej. Po wymianie poczty z Regionem dostaliśmy nowy termin i wszystko skończyło się szczęśliwie.

Dostarczaliśmy materiały na terenie Regionu „Mazowsze”, ale wykonaliśmy też dwie prace „eksportowe” – do Krakowa dla Władysława Hardka i do Katowic dla Tadeusza Jedynaka.

Ciężki był „ wyrzut” do Krakowa. Hadrek ustawił lokal wrzutowy pod Krakowem u swojej ciotki .......... też Hardek, tak, że strachu było dużo. Pojechał sam Bogdan ciężarówką ze sławetnymi skrzynkami i jakoś się udało, ale ja przez te dwa dni chodziłem po domu jak kwoka, której kaczęta poszły na wodę.

Ja z Wieśkiem Morucem obsłużyliśmy Tadeusza Jedynaka w Katowicach. Pojechałem pociągiem na pusto. Odszukałem adres i z miłym człowiekiem umówiliśmy się na termin. Później pojechaliśmy z Wiesiem, on kierowca, ja pasażer taksówki. Poszło spokojnie. Tadeusz dostał dwa powielacze i poszedł do podziemia.

Kiedyś wrzucałem powielacz do Falenicy. (Falenica była pełna lokali podziemnych i SB niepotrzebnie trudziła się ich wykrywaniem. Lepiej było by otoczyć tą dzielnicę drutem kolczastym i napisać – „Internowana Falenica” – taniej i skuteczniej.) Odbiorcą był kolega z Uniwersyteckiego Klubu Turystycznego – szef sekcji jeździeckiej – podobnie jak Adam z „Kręgu” też Karwowski. Znaliśmy się z okresu mojego zaangażowania w „Unikacie”. Tak bardzo udawaliśmy, że się nie znamy, że straciłem pewność, że to on. Odzyskałem pewność, kiedy w piwnicy zobaczyłem siodło i długie buty.

Nie lubiliśmy Ursynowa. Odnaleźć tam adres było trudniejsze niż rozładowanie Svena.

Przed Bożym Narodzeniem 1983 oprócz transportu, Marian Kaleta wysłał również prywatne paczki dla ludzi z „Nowej”. Trzeba je było dostarczyć i wtedy poznałem „Grzyba” - prawdopodobnie Wojtka Borowika (do niedawna byłem nieświadom, że w podziemiu Borowików było dwóch Marek i Wojtek no i nie wiem do końca, z którym z nich się spotkałem). Ponieważ, jak się wydaje nie do końca było ustalone dla kogo pracuje Marian – TKK czy też dla „Nowej” i „Nowa” nie miała do nas dostępu, „Grzyb” skorzystał z okazji, aby nawiązać kontakt. Siedzieliśmy u niego w mieszkaniu i „rozmawialiśmy” pisząc do siebie karteczki. Nie do mnie należało decydowanie o przeznaczeniu „zrzutów”, więc nie bardzo miałem chęć na podtrzymywanie kontaktu.

Zagrożony został lokal u Janka Mazura. Ewa Kulik pokazała mi kopię korespondencji miedzy KC i MSW, w której było napisane, że SB straciła „namiary” na mnie – czyli na „Przema” ale znają adres lokalu kontaktowego, na którym powinienem się zjawić. Był to adres „Malarza”. Lokal ten zawiesiłem i już się tam nie zjawiłem..:....... i straciłem okazję do degustowania wspaniałego winka.

W marcu 1983 roku wpadł Teoś. Pośrednio przyczyniłem się do jego wpadki. (2 razy to samo, chyba) Teoś miał dostać „z przydziału” 200 matryc. Dał nawet jakiś lokal wrzutowy, ale przy wieczornym bimberku namówił mnie abym następnego dnia dał mu te matryce osobiście. Tak się i stało. Historię wpadki powtarzam za Teosiem.

Teoś włóczył się cały dzień z tymi matrycami, aż wieczorem postanowił zostawić je w swoim lokalu na rogu Kruczej i Żurawiej. Niestety milicja robiła obławę na prostytutki i sutenerów z „Grand Hotelu”. Dwóch z nich stało w bramie domu, w którym Teoś miał lokal. Wylegitymowali go, miał swoje papiery, ale nie wzbudziły one niepokoju gliniarzy z obyczajówki. Nie pasował im do sprawy. Już go puszczali, kiedy jeden z nich poprosił Teosia o otworzenie torby. Zobaczyli matryce, ale Teoś wyciągnął zrobiony przez siebie „kwit” upoważniający go do przewożenia papieru. Prawie zadziałało, ale jeden z nich rozpoznał matryce, które już gdzieś widział. Teoś potraktował gliniarzy gazem i biegiem wyskoczył z bramy. Niestety kawałek dalej stał radiowóz na cywilnych znakach i Teoś wylądował na Wilczej. Wezwano bezpiekę i Teoś wylądował na Rakowieckiej z kieszeniami pełnymi jak to Teoś pełnymi „kwitów”. Jednym z nich był „Spis transportu za miesiąc marzec”, który Teoś miał przy sobie, choć nie potrafiłem wtedy zrozumieć skąd i dlaczego. Glina stwierdził, że Teoś i tak nie powie, kto te transporty odbiera, ale chciałby wiedzieć czy to co miesiąc tak przychodzi. Iii ...... dwa razy na miesiąc – powiedział Teoś. To czemu ten tu, k..... nie napisał czy jest to za pierwszą czy drugą połowę miesiąca.

Trochę inaczej wygląda suchy opis zatrzymania.

Cytuję dokument:

24.03.83
162.Meldunek
W nocy z 21 na 22 marca ogodzinie 23,25 zatrzymano Teodora Klincewicza
Przy zatrzymanym znaleziono:
100 matryc
Masznopis pisma „Zen”
2 egzemplarze pisma „Wola”
1 egzemplarz pisma NZS
Klisze naświetlone „Wola” i „S”
Zdjecie młodej kobiety na odwrocie dane pracownika SB
30 kartek i dwa notesy
Projet zakłócania obchodów 1 maja
Opis akcji wieszania flag
Zasady funcjonowania druku i kolportarzu i adresy
Opis istalowania odbiorników na częstotliwość144Mz
Zasady rozliczania finansów i materiałów podziemia
Na ulicy Szegedyńskiej 5m101 (mieszkanie zatrzymanego) nic nie znaleziono
U Waleriana Klincewicza nic nie znaleziono
22.03.83. Z lokalu na ulicy Pieńkowskiego 4m50 Maciej Zalewski wynosił blachy offsetowe i matryce białkowe.
W mieszkaniu zatrzymano Piotra Skazę
Znalezion blachy offsetowe „IV rozbiór”, klisze z tekstami, materiały do podsłuchu, 35 egzemplarzy pisma „Wola” i inne pojedncze

Jest pewne, że aresztowanie Teosia dało bezpiece pierwszy sygnał, że w Warszawie obierane są regularnie „zrzuty” z zagranicy, i że zajmuje się tym „Przem”.

Cytuję mój dokument z marca 1983 roku skonfiskowyny przy Teosiu

List Przema do ??
trasport odebrany w marzecu
Spis towaru
do Warszawy
Powielacze różne typy 7
skladopis 1
farba matryce
aparat Mamiya z osprzętem
Kenwood radiotelefony 6 szt
Tetroda nadawcza
Nadajnik i odbiornik antena
Książki
Spis towaru do Krakowa Hardek
Powinniśmy przekazać 2 ABDick
Farba, matryce
Konieczne zawiadomienie Hardka. Niech wskaże lokal wrzutowy.
Konieczne będzie potwiedzenie odbioru towaru.
Dla „Nowej” w/g dyspożycji Chojeckiego.
Dwa powielacze, prosimy o przygotowanie skrzynki. Poprzednia była beznadziejna tam nic nie wrzucimy.
Aparat fotograficzny dla Borysa jeszcze 3 radioodbiorniki dla Hardka
Prosimy o przygotowanie uszkodzonego skladopisu. Nastepnym kursem zostanie wysłany i naprawiony i wróci do nas.
Rozliczenie wypłata za poprzednie wrzuty
3 offsety 10tys x 3
8 powielaczy 7tys x 8
2 kursy kas 5tys x 2
1 maszyna do pisania 5 tys x 1
Farba drobnica 3 tys x 1
Pieniądze proszę przekazać w zamkniętej kopercie na skrzynkę
Ps. Co wiecie o magazynie w miejscowości X nazwę poda „Borys” ustnie. Jest tam napewno offset i jakieś białka
Rzekomo towar przejmuje jakiś przedstawiciel RKW. Czy odczepić się od tego czy wyjaśnić Jeśli nasze to dobra, jeśli lewizna to jest robota dla Alka
Przem
Załączam koperty z wzorami materiałów lub instrukcje aby lepiej ocenić co to jest za towar

Rozpoczęli poszukiwania. Dotarcie do mnie zajęło im dwa lata. Nie tafili natomiast nawet na ślad struktury obsługującej Svena. Sposoby odbioru, magazyny i wrztuty do odbiorców pozostały dla nich tematem zupełnie nieznanym.

W tym samym mniej więcej czasie przypadkiem spotkałem na ulicy kolegę jeszcze z technikum – Julka Szymańskiego. On rozpoznał mnie na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu. Nie zważając na czerwone światła i ruch samochodów podbiegł do mnie. Czy się ucieszyłem, tego nie wiem. Pamiętałem jego „czerwone zacięcie” ze szkoły, no, ale kolega to kolega. Szybko przeszedł do konkretów. – Sam widzisz co się dzieje, trzeba coś robić itd....... wykręcałem się jak mogłem, w końcu zaproponował mi wizytę u siebie. Okazało się, że mieszka niedaleko ode mnie na Chomiczówce. Postanowiłem zajrzeć do niego. W mieszkaniu na szafce, podobnie jak w wielu mieszkaniach w Warszawie stał „ołtarzyk”. Jakieś znaczki podziemne, plakietki itp. Po tych „ołtarzykach” łatwo było rozpoznać do jakich struktur ma podłączenia rozmówca. Julek kręcił się na pograniczu NZS i CDN. Miał przygotowaną butelkę wódki i jakąś zakąską. Wypiliśmy, zakąsiliśmy i Julek przystąpił do werbunku. Przypomniał mi moje zaangażowanie antykomunistyczne jeszcze ze szkoły i chciał mnie wciągnąć do podziemia. Z ciekawości zapytałem się co mógłbym zrobić. Zaproponował kolportaż. Odmówiłem, tłumacząc, że się boję. Julek patrzył na mnie z niesmakiem. Stracił flaszkę, ale spotkał mocnego w gębie tchórza. I tak to już zostało do dzisiaj.

Z tym samym czasie miałem też inny dziwny przypadek. Spotkałem mojego sobowtóra.

Człowiek ten „prześladował mnie” od dawna. Jeszcze w okresie pracy na Hożej dowiedziałem się, że wisi moje zdjęcie w jakimś zakładzie fotograficznym. Ponieważ nigdy tam zdjęć nie robiłem, po kilku dniach pojechałem zobaczyć tą fotkę. Już go nie było. W jakiś czas później tego samego człowieka spotkała moja teściowa i zaczęła go wypytywać, co u nas w domu. Jakoś na początku stanu wojennego spotkała go a w autobusie moja żona. Na dodatek miał na sobie taką samą kurtkę, w jakiej wyszedłem tego dnia z domu. Z odległości metra czy dwóch stwierdziła, że to nie ja. Wreszcie zobaczył go Teoś. Jechał taksówką, zobaczył mnie na Nowym Świecie. Wysiadł i zaczął opowiadać człowiekowi rzeczy, o których nie powinien on wiedzieć. Widząc jego zdziwioną minę, jak to Teoś, zabrał się i uciekł.

Jechałem dosyć zapchanym autobusem z Bielan na Krakowskie Przedmieście. Naprzeciw mnie stała dziewczyna, która uśmiechnęła się do mnie jakoś tak, jak byśmy się znali. „Odśmiechnąłem” się grzecznościowo. Nie byłem w stanie umieścić jej w żadnej grupie moich znajomych. Było to o tyle ważne, że nie miałem pojęcia, pod jakim pseudonimem czy imieniem może ona mnie znać. A w moim życiu nazywałem się różnie. W okresie turystycznym nazywałem się „Azja”, na przemytniczych szlakach „Castro”, w podziemiu „Karol” lub „Przem”. W tym wszystkim miałem też swoje imię. No a pod jakim imieniem może mnie znać ta panienka?. Znowu się uśmiechnęła. Odśmiechnąłem się. Wreszcie dziewczyna zapytała wprost czy jej nie poznaję. Musiałem powiedzieć, że nie. Stwierdziła, że głos mam trochę inny i wyjaśniła mi, że pomyliła mnie człowiekiem, który jest sekretarzem redakcji „Sztandaru Młodych”. Opowiedziałem tą historię Teosiowi, a ten natychmiast postanowił zadenuncjować faceta bezpiece, na moje miejsce. Na szczęście dla niego a pewnie i dla mnie jakoś zostało to zapomniane.

Na jesieni 1983 roku zespół nasz opuścił Wiesio Moruc, który ruszył szukać pracy na Zachodzie. Udało mi się załatwić mu kontakt w Paryżu u Grzegorza Wróblewskiego, a sam postanowiłem przy tej okazji wcielić w czyn pomysł, z którym nosiłem się od pewnego czasu – wysyłka „bibuły” do Paryża. Pomysł był stary i często wykorzystywany w świecie przemytniczym. Jeden ze wspólników w mieście A ukrywa przesyłkę w skrytce w pociągu, a drugi odbiera ją w mieście B i tak dalej.

Miałem Wiesia w Paryżu, dobrą skrytkę w pociągu Warszawa – Paryż. Był to sedes. W zawiłej konstrukcji tego pożytecznego urządzenia było miejsce na spory rulonik. Dodatkową zaletą tej skrytki było to, że maskowała ją klapka do spuszczania wody i reszty. Po naciśnięciu pedału lała się woda i skrytka była niedostępna. Naciśnięcie klapki ręką nie otwierało zaworu, no, ale trzeba było mieć chęć nacisnąć.

Zacząłem więc przygotowania. Okazało się, że włożenie przesyłki przy odjeździe pociągu do Paryża jest praktycznie niemożliwe. Zdenerwowani podróżni, osoby odprowadzające, obsługa pociągu i diabli wiedzą kto jeszcze kręcili się przy pociągu. W tej sytuacji wpadka była nieunikniona.

Okazało się, że zupełnie inaczej wygląda ten pociąg w czasie powrotu. Kilkaset kilometrów za granicą, po odprawie celnej nikt się już nim nie interesował. W wagonach siedzieli i podróżni ze „świata” i krajowi. Złapałem ten pociąg w Kutnie i włożyłem przesyłkę kontrolną – przez miesiąc czasu podróżowała w tą i w powrotem. Po tym doświadczeniu skompletowałem zespół. Ja, Zenek Barejko i Jacek Kurowski. Mikrofilmy z prasą dostarczał Region, a moją prywatną ambicją było wysyłanie aktualnego numeru „Tygodnika Mazowsze”.

Umówiłem się z „Długim Piotrem”, który drukował również „TM” że w każdą niedzielę rano będę odbierał od niego „świeży” numer „TM” jeszcze przed kolportażem, który zaczynał się we wtorek. Następnie podróż do Kutna, złapanie pociągu z Paryża, załadunek skrytki i w poniedziałek rano przesyłka ruszała do Paryża, aby być tam we wtorek rano, czyli w dniu kolportażu w Warszawie. Należało jeszcze ustalić łączność alarmową, na wypadek wpadki przesyłki. W tym momencie Wiesio powinien zadzwonić z Paryża do Doroty Lachowicz na Franciszkańską. Jeśli wszystko szło dobrze obywaliśmy się bez niepotrzebnych telefonów.

Wystartowaliśmy albo pod koniec 1983, albo na początku 1984 roku. Wszystko szło dobrze.

„Tygodnik Mazowsze” znajdował się na biurku ówczesnego szefa Biura paryskiego „Solidarności” Seweryna Blumsztajna we wtorek rano, a po południu był już cytowany przez radio „Wolna Europa”. Przez czas jakiś było spokojnie, jeśli nie liczyć podejrzeń Alki – żony „Konrada”, że ten ma gdzieś kochankę i dlatego systematycznie znika z domu. Ja sam też przypłaciłem wypadkiem tę pracę. Zaczęło się od polecenia Bronki – mojej żony abym utarł kartofle na placki. Utarłem, ale się o tarkę pokaleczyłem. Pojechałem pakować no i w tym miejscu zakażenie było nieuniknione. Nad ranem ręka zaczęła puchnąć a czerwona pręga posuwająca się dosyć szybko do góry złudzeń nie zostawiała. Na szczęście do Szpitala Bielańskiego nie miałem daleko, a nieaktualnymi pieczątkami nikt się nie przejmował. Skończyło się dobrze.

Niestety Wiesio zmienił zajęcie i już nie mógł biegać na dworzec, zwalił więc sprawę odbioru przesyłki na Biuro paryskie.

30 marca 1984 roku nastąpiła wpadka. Była to moja kolejka na pakowanie. Pojechałem do Kutna i tam kupowałem bilet na powrót do Warszawy. Człowiek, który stał za mną w kolejce wydał mi się myć SB-kiem. Kupił dwa bilety do Warszawy. Jego kompan też wydawał się być gliną. Obserwowałem ich. Nasz pociąg „złapał opóźnienie”, przed nim odjechał inny – krajowy pociąg do Warszawy. Nie wsiadło do niego trzech ludzi – ja no i dwóch moich znajomych. Wszystko było jasne. Wycofałem się dyskretnie z dworca, i pierwszą moją myślą był powrót innym środkiem lokomocji do Warszawy, ale byłem przekonany, że przeciwnicy nie znają skrytki. Nie było żadnego telefonu alarmowego z Paryża – pakujący przede mną Zenek też o niczym nie meldował. Było więc możliwe, że są tu oni w zupełnie innej, choć związanej z tym pociągiem sprawie. Skrytki byłem pewien. Postanowiłem więc zaryzykować i po raz ostatni wysłać pocztę. Na peronie zjawiłem się w momencie wjazdu pociągu na peron. Był to skład mieszany – wagony z Niemiec i Belgii i dwa nasze wagony „paryskie”.

Ja wiedziałem gdzie one stają, moi przeciwnicy nie. Wskoczyłem do wagonu, załadowałem przesyłkę i spokojnie już „czysty” usiadłem w przedziale. Kilka minut później obydwaj moi „koledzy” byli już w wagonie i zajęli miejsca w przedziale obok. Pociąg jechał do Warszawy i jego pierwszą stację był Dworzec Centralny. Jeden z SB wstał i poszedł do toalety. Po ich minach (widziałem ich w odbiciu okna na korytarzu) nie mogłem się zorientować, czy coś znalazł czy też nie. Postanowiłem sprawdzić. Wyszedłem na korytarz na papierosa, to samo zrobił jeden z SB-ków. Zaczęły się „zwyczajne podróżnych rozmowy”. Trochę – dość delikatnie popsioczyliśmy na ustrój, wymieniliśmy się nawzajem mocno podejrzanymi legendami, dlaczego jedziemy tym właśnie pociągiem. Zapytałem się czy już zrobili dopłatę na ten pociąg – należało dokupić jakiś kolejny kwitek u konduktora, pewnie za ekspres, a może za oddychanie „zachodnim powietrzem”. Niedopełnienie tego obowiązku groziło sankcjami ze strony konduktora. Oczywiście dopłaty nie mieli, zaproponowałem więc, że poszukam konduktora, jeśli oni przypilnują mojego bagażu. Coś w rodzaju zadowolenia pojawiło się na twarzy mojego „łapsa”. Okazja do przeszukania bagażu była kusząca, ja zaś nie miałem tam nic, co mogłoby zdradzić moją tożsamość.

Dopłatę dogadałem z konduktorem, i wracając sprawdziłem „dziuplę”. Niestety była pusta.

Nie bardzo wiedziałem co robić. Uciekać - ale jak?. Pociąg zatrzymywał się dopiero w Warszawie – pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i skakać szczególnie w nocy bardziej przypominało samobójstwo niż ucieczkę. Bez pomysłu wróciłem do przedziału i podziękowałem „kolegom” za pilnowanie bagażu. Byłem przekonany, że nie zdają sobie sprawy z tego, że wiem o ich profesji i traktuję ich jak przypadkowo poznanych podróżnych. Postanowiłem, nie wiedząc po co dalej prowadzić tę grę. Pociąg zbliżał się do Warszawy Centralnej i przed obydwoma drzwiami wagonu gromadził się tłum podróżnych. Na miejscach pozostaliśmy my trzej – pewnie chcieliśmy wysiąść na stacji końcowej– Warszawa Wschodnia. Pomysł, a może desperacka próba ucieczki przyszedł mi do głowy w momencie, kiedy pociąg wjeżdżał na peron. Chwyciłem torbę, i depcząc po walizkach oraz przebijając się przez tłum zająłem pierwsze miejsce przy drzwiach. Czego to ja o sobie i mojej rodzinie nie usłyszałem. Po polsku zrozumiałem wszystko, po francusku nic, ale było to pewnie wierne tłumaczenie z polskiego. Moi „koledzy” natychmiast chcieli zrobić to samo, ale tłum wściekły na mnie zamienił się dla nich w bryłę betonu. Nie mogli się przebić, pobiegli więc do tyłu, jak później zobaczyłem kątem oka do wagonu pocztowego. Jak tylko mogłem otworzyć drzwi, natychmiast skoczyłem na peron, szczęśliwie tuż obok schodów ruchomych i pobiegłem po nich. W połowie wysokości schodów obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem SB-ków biegnących w stronę schodów. Przewagę miałem jednak olbrzymią, miałem więc czas na pokazanie im „gestu Kozakiewicza” i szybką rejteradę do najbliższego zakrętu korytarza. Dalej już spokojnym krokiem opuściłem dworzec.

Długo analizowałem to, co się stało. Po pierwsze wpadka nastąpiła, jak się wydaje po „paryskiej” stronie. W biurze „S” nie wszyscy byli do końca czyści. Pod koniec lat 80-tych francuska bezpieka zatrzymała jednego z pracowników biura w czasie przekazywania dokumentów „S” trzeciemu sekretarzowi Ambasady polskiej w Paryżu. Wydaje się, że w momencie, kiedy wyszliśmy z tą pracą na zewnątrz naszej grupy nastąpił przeciek.

Zenek, który ładował przesyłkę przede mną opowiadał później, że coś się mu się nie podobało, ale nic mi nie powiedział. Karygodny był brak telefonu z Paryża po nieodebraniu przesyłki, a wiem od Sewka Blumsztajna, że poprzedniej już też nie mieli, nikt nie pomyślał jednak żeby zawiadomić Wiesia. Z mojej strony „gwoździem do trumny” mógł być odręcznie napisany przeze mnie list do Paryża, który był w przesyłce.

Rozumiem dlaczego nie założono mi kajdanek w wagonie. Jechali tam jacyś cudzoziemcy i można było wywołać mały skandal, szczególnie, jeśli zacząłbym realizować instrukcję z „Małego konspiratora” Czesława Bieleckiego i wykrzykiwać o moim zatrzymaniu w pociągu. Lepiej było to zrobić dyskretnie na dworcu czy w jego pobliżu, szczególnie, że jak się im wydawało „figurant” niczego się nie domyślał. Przygoda skończyła się dla mnie szczęśliwie, ale „kanał” przepadł.

Najgorsze czekało jednak na mnie w domu. Dowiedziałem się, że jakiś zboczeniec seksualny zamordował Karolinę - 11 letnią córkę Ewy i Krzysztofa Kuranów. Sytuacja była dramatyczna.

Stres związany z wydarzeniem, powiększony tym, że Ewa była w ciąży no i kompletnie obładowany magazyn. W okolicy milicja poszukiwała sprawcy, tak, że rozsądek mówił, że magazyn trzeba zostawić w spokoju. Niestety bardzo szybko w kolejkach pod sklepami w Falenicy zachęto opowiadać, że SB zamordowało dziecko „znanego działacza Solidarności”. Do śledztwa w sprawie zabójstwa dołączono nowego śledczego, który zaczął dopytywać się pracowników Krzysztofa o to, kto bywa u nich w domu, po co przyjeżdża i itd. Jednocześnie obstawiono wszystkie drogi dojazdowe do Aleksandrowa i kontrolowano wszystkie przejeżdżające samochody. Istniała obawa, że SB wkroczy do domu Kuranów i była by to katastrofa. Krzysztof, mimo szoku, w jakim się znajdował, potrafił ocenić sytuację i znalazł sposób na rozładowanie magazynu.

Jedynym pojazdem, którego milicja nie kontrolowała był jego samochód. Ładował więc kufer naszym sprzętem, i przekazywał mnie kilka kilometrów dalej, ja zaś dowoziłem go do magazynu w Józefowie u Jacka Gniadka i w Otwocku u Zbyszka Ostrowskiego.

Do pogrzebu Karoliny, który opóźniał się z uwagi na autopsję „oczyściliśmy” dom Kuranów.

Zostałem ojcem chrzestnym Olki, córki Kuranów, która urodziła się po tych wydarzeniach.

Chrzest odbył się „konspiracyjnie”. Ksiądz, który chrzcił Olkę był związany z ruchem oazowym no i gdzieś krążył w okolicach podziemia. Działał pod pseudonimem „Słoń”.

Chrzest odbył się przy świecach w wieży kościoła Najświętszej Marii Panny na rynku Nowego Miasta. Chrzestni zostali zapisani z pseudonimów, a sam akt chrztu ukryty w oczekiwaniu na „Wolną Polskę”. Kłopot był w tym, że ksiądz „Słoń” za bardzo zajął się jakąś panienką z ruchu oazowego z wiadomymi skutkami i przestał być księdzem. Przepadł gdzieś w wieży akt chrztu Olki. Spowodowało to szalone kłopoty przed pierwszą komunią Olki. Ewa jakoś to w końcu rozwiązała.

W marcu 1984 roku opuścił nas „Bogdan”. Pojechał na „saksy” do USA. Jego pierwsza prośba o wizę została odrzucona przez konsulat USA i dopiero interwencja Ewy Kulik załatwiła sprawę. Zdaje się, że „Bogdana” polecił konsulowi Janusz Onyszkiewicz. Przed wyjazdem pozbywał się swojego taboru samochodowego no i chciał mieć jakieś parę groszy na „nową drogę”. Dla nas wartość stanowił jego ciągle przez nas używany „Żuk”. Odkupiliśmy go od „Bogdana” za pieniądze przekazane nam ze Szwecji.

Na początku 1985 roku wyjechał też Leszek Brzuchowski, który z poparciem Sewka Blumsztajna czekał w Niemczech na emigrację do USA.

Ja sam zacząłem się zastanawiać nad swoją przyszłością. Dochodziły sygnały, że SB poszukuje mnie dosyć intensywnie.

Oprócz krążących opowieści były i następujące konkrety:

1. „Teoś” wpadł z moim sprawozdaniem z odbioru jednego z transportów.(W marcu 2008 rku dowiedziałem się że kwity były dwa – za luty i marzec)

2. Spalił się mój lokal „U malarza”.

3. „Alkowi” nakazano zachęcić mnie do ujawnienia się.

4. Wpadka kanału przerzutowego bibuły do Paryża.

5. Zatrzymano utrzymujących ze mną kontakt Julkę i Michała Gruszczyńskich z „Visa” i prowadzący sprawę major Okoń przesłuchiwał ich na moją okoliczność wiążąc mnie z Żoliborzem, gdzie rzeczywiście mieszkałem. (Jeszcze jedna legenda major Okoń w SOR „Klimek” został zdegradowany i sprowadzony do stopnia podporucznika – pełne dane personalne – Czesław Okoń podporucznik)

Mogłem oczywiście zniknąć z domu, wziąć „lewe papiery” i w ten sposób przedłużyć mój aktywny żywot członka podziemia, ale nie bardzo potrafiłem uwierzyć, że potrafię zerwać kontakty z rodziną. Mogłem dać się zamknąć, w końcu było to już tylko od amnestii do amnestii. Nie bardzo tylko wiedziałem, co będę robił po wyjściu. Kontynuowanie działalności po wyjściu na wolność mogło jedynie naprowadzić SB na moich kolegów. Przykład Marka Mickiewicza z Falenicy (którego aresztowano wielokrotnie i który wracał z godnym podziwu uporem do pracy w podziemiu) – działał odstraszająco. Jeśli dobrze pamiętam jego kolejne wpadki kosztowały chyba siedem powielaczy białkowych.

Poza tym i ja i moja żona byliśmy zmęczeni psychicznie.

Zapadła więc decyzja o wyjeździe.

Pierwszy plan opracowałem wspólnie z „Januszem”. Mieliśmy wziąć z Bronką rozwód, do Polski miało przyjechać dwoje Norwegów, mieliśmy wziąć śluby z nimi i jako dwie rodziny opuścić Polskę. Plan zawalił się na pierwszym etapie – nie bardzo chcieliśmy się rozwieść. Mam nadzieję, że nasi niedoszli „współmałżonkowie” nie czekają na nas do dzisiaj i ułożyli sobie życie.

Drugie rozwiązanie zaproponował „Długi Piotr”, mówiąc, że po prostu trzeba spróbować wystąpić o paszporty. Do pokonania było kilka przeszkód – po pierwsze nie pracowałem oficjalnie, a to było pierwsza podkładka do paszportu. „Długi Piotr” zatrudnił mnie o jakiegoś swojego kolegi – nosił nazwisko Lis i prowadził jakiś warsztat elektrotechniczny. Pozostała sprawa zaproszenia – i tutaj pomogło biuro paryskie „Solidarności” – zaprosił nas Francuz, fizyk jądrowy z Grenoble, co zresztą dobrze uzupełniało legendę – przed stanem wojennym pracowałem w Instytucie Fizyki Doświadczalnej. Wystąpiliśmy o paszporty – i ku mojemu zdumieniu otrzymaliśmy je.

Nie bardzo wiedziałem czy mój wyjazd nie jest po prostu dezercją. Ostatecznie przekonał mnie Czesław Bielecki mówiąc, że nasz opór to „długi marsz” i upadku „czerwonego” należy spodziewać się za jakieś 20 lat, każdy więc jeśli nie czuje się na siłach ma prawo do swoich decyzji, pod warunkiem, że zostawi swojego następcę. Moje obowiązki przejmował „Konrad”.

„Teoś” twierdził, że to nawet dobrze – będzie miał kogoś swojego w Paryżu.

Przygotowywałem sprawę przekazania naszego mieszkania. Nie mieliśmy pieniędzy na wykup, dostarczył je Józek Bobek ówczesny szef „Unii”, wykupiłem lokal i zameldowałem tam jego żonę, zostawiając załatwienie formalności przekazania mieszkania na czas późniejszy. Zrobiłem to w 1989 roku. (Teraz jest pewne, że zrobiłem „Ziutkowi” niedźwiedzią przysługę,nigdy nie powinienem się zgodzić na takie rozwiązanie, Józek nalegał, a ja zgłupiałem, ogłuchłem i oślepłem, uważam to wydarzenie za jeden z największych moich błędów)

W dalszym ciągu kontynuowałem pracę w transportach, aby ją ostatecznie zawiesić na jakieś dwa miesiące przed wyjazdem. (Odebrałem jeszcze „awaryjnie” transport pod Wiązowną na dwa tygodnie przed wyjazdem. Jak ja się wtedy bałem !!!!). Pożegnałem się z przyjaciółmi z podziemia. Najpierw zaprosiłem Ewę Kulik i Konrada Bielińskiego. Podałem im po raz pierwszy mój adres. Ustaliliśmy jakieś hasło i odzew, na wypadek, gdyby drzwi otworzyła Bronka. Tak się też stało, ale zamiast wymiany haseł usłyszałem głośne „Cześć – cześć”. Okazało się, że Kundzio chodził do tego samego liceum co Bronka i jakoś się po tylu latach rozpoznali. Świat jest mały – miałem jeszcze jeden dowód.

Patrząc na „Długiego Piotra” widziałem jak bardzo jest on zmęczony i proponowałem mu żeby też opuścił Kraj. (Piotr twierdził, że jeśli wyjedzie to tylko do Nowej Zelandii) Byłem gotów czekać na niego w Paryżu i pojechać tam razem. Piotr powiedział wtedy, że może tego nie widać, ale „czerwony” jest już bardzo słaby i trzeba go jeszcze trochę popchnąć, aby się przewrócił i on był gotów to zrobić. Niestety nie doczekał się tego dnia. W 1987 roku wypadł z okna na siódmym piętrze lokalu na Jelonkach, gdzie się ukrywał. Myślę, że warto było by bliżej zająć się okolicznościami jego śmierci.

Jak co roku, przed 1 maja dyrekcja szkoły gdzie pracowała moja żona przygotowywała się do pochodu, i jak zwykle Bronka odmówiła wzięcia z nim udziału. Dyrektor powiedział, że ci, którzy nie chcą manifestować powinni emigrować. Odpowiedź mojej żony była szybka, powiedziała, że będzie się musiała nad tym zastanowić, a kilka dni później byliśmy już w Paryżu. Z późniejszych opowieści wiem, że dyrektor dostał cholery.

Grupy Oporu pożegnały mnie pięknie, choć nieświadomie. Na dzień czy dwa przed wyjazdem jechałem autobusem w kierunku Żoliborza. Przejeżdżałem przez plac Bankowy, wtedy jeszcze Dzierżyńskiego. Nagle z jednego a później z następnych pojemników na śmieci błysnęło, gruchnęło i posypały się ulotki. Ot i miałem swój salut honorowy.

Na lotnisko odwoził nas „Długi Piotr”, na galerii dla publiczności była grupka żegnających nas osób. Ciągle będę pamiętał sylwetkę mojego Ojca, byłem pewien, że się już nigdy nie zobaczymy. Po trzech godzinach byliśmy już w Paryżu. Czekał na nas Wiesiek Moruc ze swoim kolegą Grześkiem Wróblewskim, u którego zatrzymaliśmy się.

Poza naszą świdadomością bezpieka kończyła w Kraju rozpracowywanie mnie.

Cytuję dokumenty z teczki Teosia:

13.05.85
17.analiza
materiały uzyskane z Wydziału VI dep II MSW
dane sobowe
Janusz Przemysław Ramotowski
Wymieniony został ustalony przez wydział VI departamentu II MSW jako działacz RKW odpowiedzialny z ramach „Regionu Mazowsze” za transporty z zachodu. Z posiadanych aktualnie informacji wynika ze w/w ze swoją rodziną wyjechał na pobyt stały do Belgii.Bez wątpienia, korzystając z kontaktów podejmie pracę w biurze brukselskim „S”. Pomoże mu w tym Marian Kaleta.
w okresie 80/83 prowadził głęboko zakonspirowaną dzialalność w MRKS. Był szefem bazy poligraficznej.
Utrzymywał ścisly kontakt grup i organizacji w tym z kierownictwem RKW, kontaktował się ze Zbigniewem Bujakiem przez „Patryka”- Ewę Kulik miał kontakt z kierownictwem RKW i szefami organizacji podziemnych. Miał kontakt z Klincewiczem – przekazywał mu maszyny. Po zatrzymaniu Klincewicza przejął jego funkcje. Był członkiem prezdium MKS.
Bieliński chciał nawiązać kontakt z Teodorem Klincewiczem na prośbę Łuczwy. Pod koniec ubiegłego roku Teodor Klincewicz z „Taduszem” kupili od „Przema” nowe Roneo.
Wnioski. Brak ciągłości. Nie ma danych na bieżąco mimo dużych środków osobowych i technicznych

Dochodzi jeszcze jeden spóźniony meldunek wysłany przez gorliwca

19.05.85
18.TW ??
Przemysław – „Przem” mieszka w pobliżu Waleriana i Teodora Klinewiczów Prawdopodobnie jest związany z ich działalnością. Był wraz z bracmi u Doroty Ostaszewskiej. Lubi alkohol, upija się

30.07.85
19.notatka
Teodor Klincewicz utrzymuje stały kontakt z działaczami „Unii” Józefem Bobkiem pozostającym w zainteresowaniu operacyjnym Oddział III Zarząd III Szef WSW i Piotrem Mazurkiem. Wydz VI dep II MSW
„Ziutek” mieszka w mieszkaniu należącym do Janusza Ramotowskiego. Ramotowski w maju wyjechał z rodziną na stałe do Fancji.. Adres: Dantego 7m292. Podczas przekazywania materiałów z Wydz VI dep II MSW ustaliłem że jest tam zaistalowany PP. Jednakże wypięto komunikaty.
W sprawie mieszkania kontaktował się z tutejszym wydziałem major Kowalczyk Oddzial III Zarząd III Szefostwa WSW w czerwcu br.
Informacja uzyskana z Wydz VI dep. II MSW.
Bobek i Mazurek spotykają się z Teodora Klincewicza na ul 3 Maja 14m14

Wystąpiliśmy o azyl polityczny, poznaliśmy osobiście Piotra Chruszczyńskiego, Mirka Chojeckiego i Sewka Blumsztajna. Przemknął przez Paryż Marian Kaleta i miałem okazję trochę z nim pogadać. Przez organizację zajmującą się uchodźcami France Terre d’Asile zostaliśmy wysłani do Mulhouse w Alzacji i tutaj wreszcie wpadłem w ręce bezpieki, tyle, że francuskiej.

Wyciągnęli, choć zupełnie nielegalnie nasze wystąpienia o azyl i zaczęli nas wałkować o podziemie w Kraju. Zaczęli od Bronki i ta wychodząc jeszcze rozmawiała z tłumaczem. Usłyszałem „ ja to nic nie wiem, może coś wie mój mąż, ale i tak nie powie”. W ten to chytry sposób zrelacjonowała mi swoją rozmowę z funkcjonariuszami DST i uzgodniła nasze stanowiska. Życiorys miałem poprawny do 13 grudnia 81 roku. Co robiliście po ogłoszeniu stanu wojennego – drukowałem gazetę. Tytuł – „Solidarność Walcząca”. Adres drukarni – no się zaczęło. Próbowałem im wytłumaczyć, że nie jestem ich wrogiem, ale te sekrety nie są moje. Tam, w Polsce ludzie w dalszym ciągu działają w podziemiu, no i nie można zdradzać takich informacji. Niewiele to pomogło i „piłowali” dalej, aby dojść w końcu do zapytania gdzie ukrywa się Zbyszek Bujak. Spokojnie tłumaczyłem im, że Zbyszka szuka od kilku lat cała bezpieka w Polsce i znaleźć nie może, więc jak oni to sobie wyobrażają, że dowiedzą się to tak natychmiast przy tym biurku. Wreszcie ich szef chyba podpułkownik o nazwisku Rumelhardt zagroził mi deportacją do Polski. Obejrzałem go i zapytałem czy jest już odznaczony za swoją pracę, potwierdził. Powiedziałem mu, że może mnie deportować, dostanie jeszcze jedno odznaczenie od Kiszczaka.

Próbowali wrobić mnie w to, że jestem funcjonariuszem SB, wiedzieli że w Świdrze mieściła się Akademia MSW.

Sprawę zakończył Sewek Blumsztajn, interweniując gdzieś wyżej i „ucierając im nosa”.

Pomagałem, w miarę moich możliwości moim kolegom w Paryżu. Na 31 sierpnia 1985 roku brałem udział w największej mojej akcji ulotkowej. Wspólnie z Olkiem Stankiewiczem, byłym BOR-owcem i uchodźcą politycznym we Francji wysypaliśmy jakąś potworną ilość ulotek z miejsc tak widowiskowych jak Katedra Notre Dame, Łuk Tryumfalny czy też bulwar St. Germain.

Nawiązałem kontakt z Teosiem i jego przedstawicielem w Szwajcarii Jackiem Sygnarskim. Próbowałem sprzedawać znaczki „S” i kopie „Tygodnika Mazowsze” na pomoc dla Kraju, ale zainteresowanie miejscowej Polonii było mizerne. W końcu w kolportażu „TM” pozostał mi jeden klient, który coraz natarczywiej dopytywał się, jakimi to sposobami dostaję gazetę z Kraju. Zainteresowanie to wzbudziło mój niepokój. Któregoś razu zorganizowałem „wielkie picie”, sam oszczędzałem się jak mogłem, natomiast upijałem mojego rozmówcę. W momencie, kiedy poczułem, że „jest już gotów” zadałem mu bezpośrednie pytanie, dlaczego donosi na mnie. Popłakał się i powiedział, że to nie on tylko jego żona, która musiała popisać współpracę, aby dostać paszport. Nie wiem jak to było naprawdę, na liście Wildsteina nie ma jego żony jest natomiast Zbigniew Walczak, a tak nazywał się mój rozmówca. Tak czy inaczej wiadomości zdobywane przez różne wtyki w naszym środowisku nie miały żadnej wartości i mocno przypominają moje wydarzenia z Otwocka w roku 1969, kiedy to „muchy obs....... portret cesarza” Np. matka jednego z moich kolegów działacza „S” z Dolnego Śląska dowiedziała się w czasie rozmowy z SB-kiem wydającym jej paszport na wyjazd do syna, że u niego w domu wiszą plakaty „Solidarności”. Powiedziała mu, że to zupełnie normalne, no bo on przecież jest członkiem „S”.

W roku 1986 nawiązała ze mną kontakt departamentalna centrala CFDT – współpracowali z Regionem Dolnośląskim „Solidarności” i chcieli przekazać do Polski kilkanaście tysięcy franków. Pieniądze przekazałem przez paryskie biuro „S”, ale pokwitowania w bibule nie doczekałem się. Było mi głupio wobec ofiarodawców. Inerweniowałem, w końcu dostałem odpowiedź od Barbary Labudy, że dobrze mi tak, bo pieniądze powinny być wysłane przez jej przedstawiciela w Belgii, a pieniędzy z innych źródeł potwierdzać nie będą. No i dobrze mi tak, jak mogłem nie wiedzieć, że pani Barbara ma „kanał przez Belgię”, szkoda tylko że sprawa umarła, miał to być początek regularnych przekazów do Wrocławia.

Więcej już pieniędzy nie dotykałem.

W którymś momencie zjawił się u mnie Józek Bobek – szef „Unii” i nowy właściciel naszego spółdzielczego mieszkania. Poprosił mnie o pomoc. Twierdził, że korzystając z jego pobytu we Francji, można przekazać pieniądze do Regionu „Mazowsze” i on się tej misji podejmie, trzeba go tylko skontaktować z ludzmi z biura paryskiego. Odmówiłem, i jak się mi teraz wydaje miałem rację.

Wysyłaliśmy do Polski, pod adresy wskazane przez Mirka Chojeckiego bibułę przez niego dostarczaną. Jednym z adresatów był nawet Lech Wałęsa.

Przy okazji pobytu papieża Jana Pawła II we Francji w paźdzerniku 1988 roku pozazdrościliśmy sławy „Teosiowi” i też przemyciliśmy na stadion w Mulhouse olbrzymią biało-czerwoną płachtę i transparent „Solidarności”, niby nie było wolno, niby sprawdzali, ale to nie to samo co w Warszawie.

Przy jakiejś okazji vice-konsul z Konsulatu Polskiego ze Strasburga pan Karol Biedecki, człowiek jeszcze ze starych z przed 1989 roku ekip dostarczył mi do przeczytania książkę – wspomnienia gen. Władysława Pożogi, w znacznej części poświęconą transportom. Jest są tam opisane działania grup odbierających transporty w Gdańsku, łącznie z wielką wpadką z listopada 1986. Po przeczytaniu oddałem książkę a pan konsul zapytał się mnie jak to było u nas w Warszawie, bo o tym Pożoga nic nie napisał. Powiedziałem mu, że nie bardzo mogę coś powiedzieć, bo nie mam chęci, aby Pożoga napisał drugi tom.

W roku 1989 wstąpiłem do CFTC – francuskich chrześcijańskich związków zawodowych. Chciałem stworzyć przeciwagę dla wszechwładnego w naszym zakładzie CGT – komunistycznych związków zawodowych. Wygraliśmy pierwsze wybory do Rady Zakładowej pod hasłem „głosujcie na waszegp ulubinego elektronika” czyli na mnie. Minąło prawie 20 lat. Byliśmy w wiekszości, byłem sekretarzem komitetu zakładowego, spadaliśmy do mniejszości. Wreszcie, kiedy przez politykę mojego szefa związkowego w zakładzie znalźliśmy się na krawędzi upadku, zrobiłem puch i obaliłem małego dyktatorka. Odbudowałem związek. Właśnie odbyły się moje ostatnie już wybory do rady zakładowej. Znowu zmiażdżyliśmy czerwonego.

Próbowałem śledzić dalsze losy „Grup Oporu” i „Sekcji Transportu”. Resztę wiadomości zdobyłem w czasie moich kolejnych wypraw do Kraju. „Grupy Oporu” już jako „Grupy Ulotkowe” dotrwały do końca, czyli „okrągłego stołu”.

„Sekcja Transportu” natomiast upadła. Jakiś transport odebrała grupa „Armenia” z Pruszkowa i jej przypisuje się naszą działalność Ja sam według informacji „Karty” miałem bym być członkiem tej grupy, czemu z całym szacunkiem dla prawie nieznanych mi kolegów - zaprzeczam.

W nowej formie transporty przejął Gdańsk i prowadzili je Jacek Merkel i Jan Krzysztof Bielecki, chyba nie najbardziej szczęśliwie. Od Mariana Kalety wiem, że odebrali jeden olbrzymi transport od Mariana Kalety, a w końcu w listopadzie 1986 roku wpadł drugi olbrzymi transport. (Kierowcą był brat Svena, - Lenart, który zastąpił go w funkcji przewoźnika.) To jego właśnie, a nie Svena odznaczył prezydent Wałęsa.

„Po okrągłym stole” natychmiast przyjechałem do Kraju i jedną z pierwszych osób jakich szukałem był „Teoś”. Przeraziły mnie zmiany w jego psychice. Był zmęczony i jakiś przybity. Zaproponowałem żeby przyjechał do mnie na czas jakiś, powód ciągle można znaleźć – zaproponowałem mu żeby zebrał materiały o „naszej” emigracji politycznej do „Kuriera Mazowsza” gazety, którą prowadził. Popatrzył na mnie i powiedział – „Ty nie wiesz „Przemo” co to jest wyjechać stąd nawet na dwa tygodnie – wtedy nie ma już po co wracać”. Umówiliśmy się na następny raz, prosił mnie o notatnik konferencyjny – „żeby poważniej wyglądać”. Wiozłem ten notatnik i dopiero w Kraju dowiedziałem się, że Teoś nie żyje.

Pojechałem na Powązki i w kancelarii dowiedziałem się gdzie są groby „Długiego Piotra” i „Teosia”.

Nagle zrozumiałem, że są to już ich ostatnie adresy, jakie poznaję i potwornie się zryczałem.

Po głowie zaś tłukła się głupia myśl, że zapisuję ich adresy i nie boję się, że wpadną w ręce SB.

W roku 2006 dowiedziałem się, że moja teczka ze stanu wojennego została zamknięta w marcu 1989 roku, kiedy to skończone „zabezpieczenie operacyjne” mojej skromnej osoby.

Zastała zniszczona, ale wcześniej zmikrofilmowana i mikrofilmy przekazano do archiwum MSW. Wystąpiłem do IPN o ich udostępnienie. Czekam.

Dla odmiany dostałem prawo do badań naukowych w temacie „Grupy Oporu Solidarni”, pozostaje kwestia czasu żeby się tematem zająć. Trzeba się spieszyć. Ludzie odchodzą.

Z wymienionych w tekście nie ma już:

Piotra Mazurka „Długiego Piotra”, „Teosia” Teodora Klincewicza, Adama Karwowskiego, Jerzego Zielińskiego, Marka Parola, Piotra Chruszczyńskigo i Piotra Izgarszewa „Pawełka” „Grubego Piotra”

Spróbowałem uporządkować to, co mi zostało w pamięci z tamtych lat – najgorzej jest z datami, które się jakoś pomieszały i pozapominały, dlatego np. nie potrafię odtworzyć dat kolejnych odbiorów. Nie wiedziałem też wszystkiego. Poza jednym kontaktem nic nie wiem np. o grupie Bogdana Abramczyka. Nie znam historii początków transportów. Może o tym wszystkim opowiedzieć Wojtek Fabiński. Tworzyłem kiedyś archiwum z okresu mojej działalności, jego część leży u Zenka Barejki na strychu. Współpracuję jak mogę z Marianem Kaletą. Może kiedyś da się z tego stworzyć całą historię transportów.

Działalność Grup Oporu opisałem w części mi znanej, a było tych działań dużo więcej. Nie znałem składów osobowych „grup miejskich” Wojtka Fabińskiego „Janusza” i Andrzeja Niedka „Alka” i „Grzesia” Jacka Juzwy. Olbrzymia ilość iformacji zaczęła spływać po mojej publikacji w Wikipedii na temat Grup. W dalszym ciągu nic nie wiem o zintegrowanej z „Grupami” drukarni czy też o legalizacji.

Jest to poza wszystkim relacja osobista, na złość Mirkowi Chojeckiemu (chciał abym napisał obszerniej) obejmująca całe moje życie we fragmentach związanych z opozycją, taka jak ja to życie zapamiętałem. Mam to szczęście, ze mogę relacją uzupełniać materiałami z IPN. Relację uzupełniam o informacje, które uzyskuję od moich przyjaciół.

W miarę jak dowiaduję sią czegoś nowego, uzupełniam tekst na bierząco

Jak wiele zapamiętałem i czy na pewno dobrze?

Jak wiele zapamiętali moi koledzy i czy napewno dobrze ?

Jakie informacje mogła zdobywała bezpieka i jaka była ich wiarygodność ?

Ostatnie uzupełnienie 12.04.2008

Janusz Ramotowski „Przem”

Próba analizy moich „występków” i działań bezpieki przeciw mnie:

W kręgu zainteresowania bezpieki znalazłem się po naszej akcji plakatowej w Otwocku 1969.

Ustalenie sprawców nie nastąpiło na skutkek działań, jak zakryte punkty obserwacyjne, analizy pisma czy też przesłuchiwania olbrzymiej części młodego pokolenia Otwocka.

Sprawę rozpracował TW „Lotna” (był to jego debiut w karierze donosiciela).

Ja sam mu się przyznałem choć w sposób nieco zaowalowany, ale jakże bohaterski.

Nie wydaje mi się, abymśmy popełnił błąd przyznając się przed prokuratorem do „zbrodni” popełnionej z pobudek chuligańskich. Skorzystaliśmy z amnestii i nie powiększyliśmy grupy ofiar systemu.

Błędem bezpieki było odłożenie naszej sprawy do archiwum i nie założenie zabezpieczenia operacyjnego.

Obrona Andrzeja Celińskiego prawdopodobnie spowodowała ponowne zainteresowanie się moją osobą. Wyjazd do Austrii spowodował że moją osobą zaiteresował się Wydział VI Departamentu II.

Paradoksalnie, moje działalność w przemycie pomogła zmylić SB, a ja nabrałem doświadczenia w nowym „zawodzie”, który dosyć skutecznie wykonywałem w okresie stanu wojennego.

Błędem SB było zakwalifikowanie mnie jako byłego przemytnika i człowieka, który opiera całą swoją przyszłość na warsztacie rzemieślniczym, który budowałem. Prawdopodobne zamknięcie mojej sprawy przed wybuchem stanu wojennego, mimo posiadach środków technicznych (podsłuch) pozbawiło ich wszelkich źródeł informacji.

Nie byłem aktywny w okresie „karnawału”.W podziemiu znalazłem się poprzez kontakt z Julkiem Srebrnym, a ten potrafił trzymać jązyk za zębami. Byłem więc „człowiekiem z miasta” trudnym do ustalenia przez TW. Błędem były na pół towarzyskie na pół konspiracyjne spotkania w domu. Szczęśliwie nie doprowadziło to do nieszczęścia, ale mogło. (podsłuch!!!!).

Strukturę transportów udało się szczęśliwie oddzielić od „miasta” i to zapewniło jej przetrwanie. (jest oczywiste że wielu ludzi z transportów było zaangażowanych w inne działania, poza moją wiedzą, szczęśliwie nie doprowadziło to do kłopotów)

Ratował mnie regularny tryb życia – wychodziłem z domu, niezależnie od tego czy było to potrzebne czy nie o godzinie 8 rano. W miejscu zamieszkania miałem opinię człowieka typowego, gdzieś pracującego i spokojnego.

Ratowała mnie też częsta zmiana moich celów w życiu, a co za tym idzie i środowiska. Wchodziłem i wychodziłem z zainteresowania SB, brak było ciągłości.

Błędem były zbyt intensywne kontakty z „Alkiem” w sytuacji, kiedy zdawałem sobie sprawę z tego że jest rozpracowywany.

Błędem były pół konspiracyjne, pół towarzyskie kontakty z Teosiem po jego zwolnieniu z aresztu.

Dobrze wyczułem zagrożenie i decyzja o wyjeździe była słuszna, choć nie miałem pojęcia o stopniu zagrożenia.

Olbrzymim błędem była zgoda na wykup mieszkania i przekazanie go Józkowi Bobkowi z „Unii”.

SB nie rozpracowała mnie z powodu braku koordynacji i wymiany informacji między poszczególnymi wydziałami.

Gdyby SB dysponowała obecnym systemem informatycznym był bym prawdopodobnie aresztowany już na jesieni 1984 roku.