L00057 Piotr Rzewuski

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Piotra Rzewuskiego==
Stan wojenny – wspomnienia

Początek - 13 grudnia. Wyszedłem z domu i pojechałem pod Region – sam nie wiem po co, ale czułem, że coś trzeba zrobić. Żona do dziś mi wypomina tamto wyjście, mówiła wtedy: „masz dziecko, nie idź , a ja jej na to, że właśnie dlatego muszę iść, bo kiedyś dziecko mnie zapyta: co wtedy robiłeś? Pod Regionem już spokój, kilka osób, trochę milicji, jakieś rozmowy. Nic tu po mnie. Następnego dnia pojechałem do mojej Komisji Zakładowej przy Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami, gdzie wprawdzie już od jakiegoś czasu nie pracowałem, ale nadal byłem wiceprzewodniczącym KZ. Wywołałem koleżanką, Małgorzatę Zembrowską, namówiłem ją na działanie. Wyprowadziliśmy stamtąd powielacz spirytusowy, papier, matryce i inne potrzebne, jak sądziliśmy, przedmioty. Przewieźliśmy to wszystko do jej mieszkania. Małgosia i jej mąż Marian byli więc pierwszymi ludźmi, z którymi, zacząłem współpracować. Dzień później udało mi się odszukać Marka Hołuszko (dzisiaj Ewa Hołuszko) i wspólnie próbowaliśmy coś zrobić. Marian Zembrowski i Małgosia rysowali i drukowali plakaty, funkcjonował punkt kontaktowy w ich mieszkaniu na Bacha i to stamtąd mnie w 1982 zgarnęli. Razem z Markiem spotykaliśmy się z jakimiś ludźmi z zakładów warszawskich – jedne spotkania przynosiły nadzieje, inne mogły załamać. W zakładach Marek miał więcej kontaktów i to on zorganizował MKK (Międzyzakładową Komisję Koordynacyjną), a mnie bardziej interesowały działania na ulicy. Tak minął grudzień, styczeń, luty. MKK powoli nabrała form organizacyjnych, a ja tworzyłem zalążki własnej grupy.

Mniej więcej w lutym 1982 r. miałem już w piwnicy dużo papieru dostarczanego mi przez znajomych, znajomych znajomych i mniej znajomych. Umówiłem się z Markiem, że przyśle kogoś po odbiór i faktycznie w wyznaczonym czasie zgłosiła się (szok!) moja koleżanka z podstawówki – Jola Hałat. Tak więc poznałem jej męża – Kazika, i wielu, wielu ludzi, którzy później współpracowali ze mną w mniejszym, bądź większym stopniu. U Joli i Kazika poznałem m.in. Wieśka Piątkowskiego, Adama Krassuskiego, Tadka Janiszewskiego, Krzyśka Jankowskiego, że wspomnę tylko kilka tych nazwisk. Kazik, choć zaangażowany w działalność innych struktur, stanowił nieocenioną pomoc, zawsze mogłem liczyć na transport (taksówka bagażowa „Żuk”) i na pomoc w różnych innych działaniach. Z transportem zresztą nie miałem kłopotu do końca. Zawsze mogłem liczyć na mojego przyjaciela z lat szkolnych Krzysztofa Rudkowskiego, wszelkie materiały przewoziłem też bezpiecznie taksówką należącą do Tadka Kostrzewy, woził Wiesiek Piątkowski i Tadek Janiszewski, a później doszedł do tego „maluch” Elżbiety Pachniak). Przed majem 1982 nawiązałem kontakt z Adą Wróblewską (to kolejna koleżanka z podstawówki) i jej mężem Piotrem. Zajmowali się początkowo kolportażem, później także opracowaniami graficznymi i drukiem. Dzięki Adzie dotarłem do z ówczesnych pracowników PGM WOLA: Janusza Pachniaka, Tomka Karpińskigo, Henryka Talmę, Krzysztofa Kujawy i innych (wymienionych później w akcie oskarżenia). Początkowo były to spotkania, rozmowy, wzajemne „badanie się”. I chyba w maju zatrzymali mnie na Placu Zwycięstwa, kolegium, wspólne zbieranie pieniędzy na wykup (zresztą później prowadzący śledztwo kpt. Celewski z nieukrywanym żalem stwierdził „że przecież już mnie kiedyś mieli”). Na wspólnym „dołku” poznałem kilku świetnych ludzi, których nazwisk nie pamiętam, ale po tym zdarzeniu na pewno pojawiła się p. Barbara Janczak, która mieszkała na tym samym osiedlu co ja i …… kolejny punkt kolportażu, a co ważniejsze jej syn Andrzej przyłączył się do grupy.

Przez cały czas odbywały się spotkania w ramach MKK, czasem organizowane w „moich” punktach , coraz częściej jednak gdzie indziej. Chyba około czerwca nawiązał kontakt ze mną Jacek Turski, student polonistyki, tworzący wraz z kolegami gazetkę „Druk”. Starałem mu się pomóc, gazetka wychodziła, miała całkiem niezły kolportaż i stały dostęp do informacji.

A propos studentów polonistyki – pamiętam spotkanie MKK, odbywające się na Grochowskiej (Wiatracznej), gdzie jednym z uczestników był Maciek Zalewski z „Woli”, a na spotkanie przyszło kilku młodych ludzi. Maciek wypadł ze spotkania wściekły, sypiąc przekleństwami: „co to za konspiracja, jak tu większość to moi słuchacze i jak ja mam później z nimi pracować”. Wszystko to oczywiście przerywane odpowiednimi wstawkami.

Jak wspomniałem MKK działała w zakładach i tylko czasem potrzebowała akcji zewnętrznych – kolejne spotkanie na Żoliborzu z „dowództwem” MKK (Marek Hołuszko, Marian Parchowski i paru innych) i ... kolejna różnica zdań na temat form działania, a do tego jeszcze niezrozumiała dla mnie „konkurencja” z MRKS-em.

Grupy Oporu „Solidarni”

Nie pamiętam kto i jak skontaktował mnie z Teosiem. Miało to miejsce w czerwcu 1982 r., a spotkanie odbyło się (chyba) na ul. Saskiej w mieszkaniu pełnym pamiątek z podróży (jakieś maski, afrykańskie gadżety itp.). Rozmowa, w której Teoś opowiadał o swoich zamierzeniach. Spodobał mi się i umówiliśmy się na następne spotkanie, tym razem w kawiarence przy ul. Francuskiej. Kolejne spotkanie i ... omawialiśmy sprawę „zabezpieczenia” demonstracji 31 sierpnia 82. Kolce, butelki i inne akcesoria (w tym RMG - ręczne miotacze gazowe - jedyne, które się do czegoś nadawały). „Konspiracja”: hasła, punkty kontaktowe (gdzieś na Prostej) i jak w piosence Pogodnego ... adres nie ten, pomylone mieszkanie ... Sąsiad, który mówi: „oj to chyba piętro wyżej”, a osoba, która miała tam być wyszła po zakupy. Mimo to zaczęła się współpraca z Grupami i trwała z przerwami do 1985 r.

Ulotki, malowania, obstawa innych grup (tablica na Barbakanie – wtedy bardzo ładnie obmalowaliśmy siedzibę prokuratury przy Krakowskim Przedmieściu) ... pełne ręce (czasem dosłownie) roboty.

Na 1 listopada 1982 roku moja grupa podjęła się postawienia 7-metrowego Krzyża z tablicą poświęconą ofiarom stanu wojennego w okolicach Dolinki Katyńskiej na Powązkach. Krzyż i tablicę załatwił Teoś, transport ja (a ściślej mówiąc Kazik Hałat). Akcja według założeń miała wyglądać następująco: stawiamy krzyż, a rano ma przybyć na miejsce grupa ludzi składając pod nim kwiaty. Nie wszystkie założenia jednak wyszły – zamiast delegacji z kwiatami na cmentarzu pojawiła się ubecja. Doszło do bezpośredniego starcia i zatrzymania najmłodszego z grupy - Tomka Karpińskiego (niestety uciekał w niewłaściwą stronę). Seria aresztowań i właściwie większość z uczestników wpadła w łapy ubecji.

Kilka dni później wpadłem i ja w sposób dziwny i dość zaskakujący. Po spotkaniu z Teosiem, na którym zdałem relację z akcji, pojechałem na Bacha do Małgosi i Mariana Zembrowskich, tak na wszelki wypadek, żeby powiedzieć, by pozbyli się powielacza i materiałów. Miałem być tam tylko chwilkę, ale byłem zmęczony, niewyspany i głodny. Małgosia zaproponowała obiad, a ja w oczekiwaniu zdrzemnąłem się. Przebudzenie nie było miłe – w mieszkaniu była ubecja, spokojnie, grzecznie prowadzali przeszukanie. Wyciągnęli powielacz, jakąś prasę, ulotki – udawałem wielkie zdziwienie, że coś takiego u nich jest i wyglądało na to, że nie wiązali mnie ze sprawą. Miałem być świadkiem rewizji.

Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie po wejściu do mieszkania ubeka, którego trafiłem na cmentarzu. Jedno spojrzenie ... i już nie było tak grzecznie. Natychmiast mnie skuli, zrewidowali (mocno spóźnione działanie, bo wszystkiego co miałem pozbyłem się wcześniej, gdy mogłem swobodnie chodzić do łazienki), no i chwilkę później wyprowadzili skutego do dwóch potężnie zbudowanych ubeków. Jeden szedł przed nami, a kolejny odbezpieczył pistolet mówiąc, że będzie w razie próby ucieczki strzelał. Zapytałem tylko jak sobie wyobraża moją ucieczkę z tymi dwoma po bokach. Czarna Wołga i jazda…..jedziemy wzdłuż Wisły i jeden z nich zapytał, czy słyszałem o topielcach, na co powiedziałem, że tak, ale mam prośbę, ostatnią być może. Niech mnie wywiozą dalej, bo tu woda brudna. Zastraszanie się skończyło. Wjechaliśmy do Pałacu Mostowskich, a tu przywitanie: „hrabia Mostowski wita w swoim pałacu hrabiego Rzewuskiego” i trafiłem do kpt. Celewskiego, który powiedział: „mamy na Pana to i to, i co Pan na to, Pan przemyśli, a tym czasem chce się z Panem spotkać mój szef płk. Adamski (chyba). Wprowadzili mnie do gabinetu, gdzie zastałem dwóch: wspomnianego Adamskiego i jakiegoś z MSW (nazwiska nie zapamiętałem choć się przedstawiał). Rozmowa w skrócie przedstawiała się następująco: - Pan skontaktuje nas z Bujakiem, a my załatwimy wyjazd, zwolnienie itp. Odpowiedziałem, że nawet jakbym wiedział gdzie jest, to i tak nie sądzę bym im mógł to powiedzieć. Pytanie: - Pan wierzy w to co robi? Odpowiedź – „Tak” i rozmowa między nimi: „widzisz , mówiłem, że z nim się tego nie da”

Z płk. Adamskim spotkałem się raz jeszcze już na Rakowieckiej. Wezwał mnie do swojego tam gabinetu, żeby zapytać jak się czuję po liście do Jaruzelskiego podpisanym „kapral Wałęsa”.

Noc na dołku, przesłuchanie, noc na dołku i na ul. Zimną do prokuratury wojskowej. Sprawę prowadził ppor. Marek Walczyk, który przedstawił zarzuty i postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. Muszę w tym miejscu wstawić pewną dygresję. W wielu wspomnieniach słyszałem jaki to z tego Celewskiego i Walczyka kawał s...syna, jak znęcali się nad ludźmi ... być może i tak było, ja jednak w swoich z nimi wymuszonych kontaktach tego nie odczułem. Wprost przeciwnie – byli grzeczni, uprzejmi, i choć stali po przeciwnej stronie ... nie mogę im zarzucić braku kultury. Mało tego, to właśnie Walczyk wydał zgodę na moje uczestnictwo w pogrzebie babki, wprawdzie cały czas w asyście i skuty, ale przez chwilę poza murami.

Areszt Śledczy - Rakowiecka (6.11.82 do 6.08.83)

Na najbliższe 9 miesięcy to mój nowy adres. Trafiam do pawilonu III oddział III. W celi (a może właściwiej pod celą) jakiś aferzysta, nie pamiętam nazwiska, młody, sympatyczny i Robert Chenoir - kapuś, podający się za działającego w służbie zdrowia. Podejrzanie często wzywany i wracający z przesłuchań jakoś zadowolony. W takim składzie mijają pierwsze dwa miesiące. Miesiące drobnych potyczek z klawiszami, głównie o sposób ścielenia łóżka i składania ubrania. Ci co tam byli wiedzą o czym mówię, innym postaram się trochę przybliżyć. Składanie ubrań oczywiście w tzw. kostkę, a łóżka w szyny. Tymczasem ja postanowiłem łóżko zaścielać tylko kocem, a ubranie składać tak sobie. Przez cały mój pobyt szła o to walka - raporty, wezwania do Naczelnika, w końcu kara tzw. twardego łoża (izolatka). Nie pomogło, do końca mimo obietnic Naczelnika, że mnie osobiście nauczy. Chcieli też mnie nauczyć meldowania się u Naczelnika, czy tzw. wychowawcy – bezskutecznie. Jak podobno mówił naczelnik do mojej żony, kiedy ta składała wniosek o paczkę - tak krnąbrnego więźnia jeszcze nie miał.

Po pobycie w izolatce nastąpiła zmiana składu pod celą – przez najbliższe sześć miesięcy siedziałem razem z Jankiem Rulewskim. Długi czas siedzieliśmy we dwóch, czasem wrzucili nam do celi jakiś ludzi, po paru dniach zabrali. Później dołączył do nas Edek Mizikowski z MRKS. Od naszej celi nikt już nie oczekiwał ścielenia łóżek czy składania ubrań. Pogodzili się także z formą zwracania do tzw. wychowawcy - tak to właśnie wyglądało tzw. wychowawca.

Monotonię przerywały przesłuchania, czasem informacje wykrzykiwane przez okno i niewątpliwie audycja („gadała”) – to naprawdę było coś ważnego, tam za murami. Zbliżała się wizyta Papieża, ktoś rzucił pomysł zorganizowania postu, do którego oczywiście się przyłączyliśmy. Po 7-dniowym poście postanowiliśmy w naszej celi kontynuować dalej. Byliśmy we trzech: Janek, Edek i ja. Napisaliśmy oświadczenie, że w intencji zgody itd. postanawiamy pościć tzn. nie przyjmować posiłków, z wyjątkiem płynów, przez kolejne dni. Celę naszą wizytował naczelnik, który usiłował odwieść od pomysłu – bezskutecznie. Mało tego spróbowaliśmy przekonać go ,że intencja jest ze wszech miar słuszna i właściwie powinien się do nas przyłączyć i biedak nie bardzo wiedział co ma powiedzieć. Następnego dnia rano rozbili naszą celę. Do czasu obiadu siedziałem sam - odmawiałem posiłku, wezwanie do naczelnika, który twierdził, że sam zostałem, a reszta się wycofała. Odpowiedziałem, nie szkodzi, choć nie wierzę, że Rulewski zrezygnował. Wróciłem do celi i po jakimś czasie wrzucili do mnie jakiegoś oszusta karcianego prowadzącego głodówkę. Od niego dowiedziałem się, że Janek trafił do celi głodówkowej (sami kryminalni) i miał podobną co ja rozmowę z naczelnikiem i choć nie umawialiśmy się, bardzo podobnie odpowiedział.

Był to już czas mojego procesu. Odmawiając posiłku w trakcie widzenia podczas przerwy w rozprawie uzyskałem chyba jakieś uznanie u klawiszy – przymykają oko, gdy przekazałem żonie zdjęcie tablicy, które udało mi się zabrać z akt sprawy. Rozprawa w toku, prokurator żąda 4,5 roku, sąd przed mową obrońców zarządza przerwę. Przerwa się wydłuża, aż w końcu sąd uznał, że nie jest właściwy do rozpatrywania tej sprawy. Wiadomo, że była ogłoszona amnestia, choć z przepisów nie wynikało wprost, że mnie obejmuje. Papiery gdzieś wędrują między sądami i dopiero 6 sierpnia zostałem zwolniony.

Grupy Oporu - ciąg dalszy

Po wyjściu chwila odpoczynku, wyjechałem nad Wigry. Zimno, ciągle pada deszcz – jakiś kiepski ten urlop. Odwiedził mnie tam Tomek Karpiński, który mimo odsiadki (niedługiej wprawdzie, ale zawsze, na Rakowieckiej obchodził swoje 18 urodziny). Chciał coś robić dalej. Umówiliśmy się po moim powrocie. Na spotkanie przyszedł z Januszem Pachniakiem i jego żoną Elżbietą.

Dołączył do nas Andrzej Janczak - jeden z nielicznych uczestników akcji stawiania Krzyża, który nie wpadł. Są niezawodni Jola i Kazik Hałat i wiele osób związanych ze mną wcześniej. Pierwszą naszą wspólną akcją było postawienie w tym samym miejscu co stał krzyż - repliki tablicy. Spotkałem się z Teosiem i wróciliśmy do działania. Znowu ulotki - cały czas poszukiwałem bezpieczniejszego i bardziej efektownego sposobu ich rozrzucania.

W grudniu 1983 poznałem Mariusza Zielińskiego, który dość szybko stał się moim zastępcą. To on podchwytywał moje czasem głośne myślenie o jakimś nowym sposobie rozrzucania ulotek. Poznał mnie ze swoim krewnym Krzysztofem Michalskim. Krzysiek, konstruktor w ZWUT, miał swoiste hobby – otóż na każde święta i nie tylko, budował petardy. Wspólnie szukaliśmy rozwiązania – materiał pirotechniczny był, potrzeba tylko wymyślić jak go użyć. W pracach brał też udział kolega Krzyśka, Grzegorz Podbielski. Pierwsza próba miała miejsce w styczniu 1984, stalowa rura wypchana gazetami i środkiem przyrządzonym przez Krzyśka. Efekt był, ale to jeszcze nie to, gazety wyleciały wprawdzie, ale trochę przypalone, a rura odleciała na parę metrów. Stanęło w końcu na użyciu 25 cm. odcinków rury kanalizacyjnej PCV o średnicy 150 zamkniętej od dołu krążkiem sklejki, na to mieszanka przygotowana przez Krzyśka (nadmanganian potasu i opiłki w odpowiedniej proporcji), to przykryte krążkiem gumowym i na to ulotki. Zadziałało, choć jeszcze przez czas jakiś były problemy z odpaleniem, używaliśmy do tego lontu. Pierwsze wyrzutniki postawiliśmy na Starym Mieście – jeden został zabrany przez przypadkowego? przechodnia, drugi wystrzelił. Wywołało to duże wrażenie na obecnych tam ludziach. Przy następnym spotkaniu z Teosiem umówiliśmy się na pokaz na Marszałkowskiej. W tzw. międzyczasie, dzięki kontaktom Mariusza w Instytucie Teletechniki przy Poligonowej powstał elektroniczny opóźniacz zapłonu. Wyrzutniki były już w pełni gotowe do użycia. Pokaz na Marszałkowskiej był udany, efekt się spodobał i wyrzutniki weszły już do stałego użytku, przynajmniej do czasu wypadku Mariusza w 1985 roku.

Użyte były w spektakularnej (dzięki telewizji) akcji w Katowicach w czerwcu 1984 r wykonanej przez połączone (chociaż osobno) siły Grupy Grochowskiej i Grupy Waldeczków. W założeniu miało tam stanąć około 20 wyrzutników. Nam udało się postawić 8, nie wiem ile Waldeczkom. Tym niemniej, akcja odbiła się sporym echem i na pewno była jedną z głośniejszych (dosłownie). Wyrzutniki stawały też we Wrocławiu (akcja Grupy Grochowskiej), Częstochowie (wykonanej na zamówienie), Poznaniu (dla hecy?) i wielokrotnie w Warszawie. Stawialiśmy również „gadałę” na Marszałkowskiej przy Domach Centrum, z audycją nagraną przeze mnie i Kazika.

Niestety był to również czas kiedy Teoś przyprowadzał na wszystkie spotkania Tadeusza (do którego jakoś nie miałem zaufania). Starałem się więc zachować pełną niezależność grupy, co powodowało pewne „niesnaski”. Pojawiały się jakieś bzdurne oskarżenia, które spowodowały w końcu moje odejście. Dałem do rąk Mariusza rozliczenie wszystkich ostatnio przeprowadzonych akcji i odszedłem Rozliczenie to stało się niestety koronnym i w zasadzie jedynym dowodem w drugiej mojej sprawie.

Lato 1985, wyjechałem na urlop, tym razem pogoda dopisała. Spotykałem Edka Mizikowskiego umówiliśmy się na spotkanie w Warszawie. Niestety, kiedy wróciłem do pracy i pierwszego dnia po powrocie w miejscu pracy zjawiła się ubecja. Zabrali mnie, rewizja i znowu Pałac Mostowskich. Przesłuchanie, ja oczywiście powiedziałem, że nic nie wiem, nic nie robię - no i szok - pokazują moje rozliczenie z opisem akcji. Poszedłem wprawdzie w zaparte, ale nie miałem szans. Znowu Rakowiecka.

Areszt Śledczy - Rakowiecka po raz drugi (30.07.85- 9.09.86)

No i wróciłem tu ponownie, w trochę gorszym nastroju, ale cóż zrobić. Poszedłem na III oddział i słyszę klawisza: „o nie, tylko nie on”. Zawrócili mnie na I, jakaś pojedyncza cela, po kilku minutach zadzwoniłem i stwierdziłem, że jeszcze nie zarobiłem na izolatkę. No cóż, wiem już, że tu da się wytrzymać. Wiedziałem na co mogę sobie pozwolić, i że ich kary są mało skuteczne.

Zresztą dość szybko uzyskałem prawie wszelkie możliwe przywileje: leżenie w dzień, wydłużony spacer, podwójna łaźnia, udział we mszy, dieta, książki (prawie wszystkie księgozbiory z wyjątkiem prawa), prasa. Ci co trafili ze mną pod celę mieli dobre warunki. Poznałem kilku fajnych ludzi: początkowo siedziałem z dwoma drukarzami: Emilem Broniarkiem z „NOW-ej” i Romanem Baranieckim z „Kręgu”, później chwilę z młodym Królem (KPN), parę partii szachów z Leszkiem Moczulskim (KPN) i dość długo z Andrzejem Szomańskim (KPN), z którym naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Później utrzymywaliśmy kontakt aż do jego śmierci. Przewinęło się jeszcze wielu innych, których już niestety nie pamiętam.

Sprawę prowadził prokurator Aleksandrowicz, chudy, wredny, godny zastępca osławionej Bardonowej. Akt oskarżenia i sprawa. Sędzia Kołtuniak – typowy przedstawiciel tamtego czasu i ustroju i otrzymałem wyrok 5 lat, lecz zamiast uzasadnienia wyroku kolejna amnestia. Wszyscy wychodzą, a ja dalej siedziałem, pogodziłem się już właściwie, że dłużej tu pozostanę, ale 9 września wyszedłem, chyba jako jeden z ostatnich.

Jednak ta odsiadka rzutowała na moje życie rodzinne. W styczniu 1986 przychodzi na świat dziecko, niestety martwe. Żona miała żal, że była sama. Nigdy już chyba nie udało nam się wrócić tamtego czasu.

Zacząłem współdziałać ze Zbyszkiem Romaszewskim, a w grudniu zacząłem pracę w Spółdzielni „Unicum”. Spotkałem tu ludzi z Ursusa, którzy stanowili trzon spółdzielni. Wszyscy wprawdzie zarabiali niezłe pieniądze, ale też każdy, no może prawie każdy, coś tam jeszcze „knuł”. Radcą prawnym był wspaniały człowiek - sędzia Bogusław Nizieński, późniejszy Rzecznik Interesu Publicznego. Dla mnie jednak pozostanie mecenasem, do którego zawsze się było można zwrócić z każdym problemem.

Ktoś przyszedł się do mnie z prośbą przewiezienia na spotkanie z Czechami kilku osób. Pojechaliśmy pożyczonym Polonezem. W samochodzie kwiat opozycji: Jacek Kuroń, Zbyszek Romaszewski, Tolek Lawina i Jan Lityński. Dojechaliśmy do Rawy Mazowieckiej. Samochód wysiadł, żaden mechanik nie podjął się naprawy. Co robić? Tam na nas czekają!!! Pod domem miałem samochód służbowy, wróciliśmy więc na holu do Warszawy, ciągnie nas „Star”, grzeje ponad setkę, a my wszyscy w niesprawnym samochodzie na holu. Chyba nigdy tak się nie spociłem jadąc. Udało się jednak, przesiedliśmy się do mojego „Fiata” i z kilkugodzinnym opóźnieniem dojechaliśmy, najpierw do Wrocławia, a później na umówione spotkanie.

Innym razem Zbyszek Janas poprosił o zorganizowanie przerzutu sprzętu dla „Karty”. Spotkanie umówione na Grzesiu na następny dzień, a jemu ktoś nawalił. Cóż zrobić, zabrałem Grześka Podbielskiego i pojechaliśmy do Zakopanego, tak jak staliśmy, bez specjalnych przygotowań. Meta u sympatycznych młodych ludzi prowadzących tam jakiś hotelik (schronisko) i na szczęście pożyczyli nam przynajmniej buty (patrząc słusznie na nas jak na głupich ceprów) i świtem następnego dnia wyprowadzili nas w góry. Szczerze mówiąc ledwo doszliśmy, na szczęście Czesi zeszli trochę niżej i mieli ze sobą świetną śliwowicę. Powrót był już o wiele łatwiejszy, lepszy humor i brak na plecach 30 kilogramów.

I tak to było do 89 roku.

Nie opisałem wszystkich akcji, ani nie wymieniłem wszystkich ludzi działających w tamtym czasie. Ludzi działających aktywnie i wspomagających. Nie pamiętam wielu nazwisk (tak było bezpieczniej), gdzieś po głowie kołatają się adresy. Jednak to dzięki im i ich zaangażowaniu udawało się coś zrobić.