L00058 Paweł Sabuda

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Pawła Sabudy==

Na pytanie skąd ja się wziąłem w Konfederacji Polski Niepodległej, a jeśliby zadąć je konkretniej dlaczego rozpocząłem w pewnym czasie działalność opozycyjną tak naprawdę nie ma jednoznacznej odpowiedzi. To tak samo jakby zapytać dlaczego mój dziadek w wieku siedemnastu lat, zabrawszy ze sobą konia uciekł z domu aby zaciągnąć się do Legionów. Myślę, że po prostu doświadczałem losu podobnego do losów ludzi pochodzących z wielopokoleniowych osadzonych w jednym miejscu rodzin, którzy podobnie jak ja wzięli udział w tej jakże bardzo Polskiej sztafecie pokoleń. A jako, że w domu rodzinnym byłem wychowywany w przez moje babki, więc głównej mierze ich zasługą jest to, że w dzieciństwie nasiąkałem atmosferą Polski dwudziestolecia międzywojennego. Nie mogło być inaczej, gdyż jedna z nich była wdową po kapitanie WP, legioniście, obrońcy Warszawy w 1920 i 1939 roku, któremu komuniści przez powojenne lata jak tylko jak tylko mogli uprzykrzali życie. Z kolei druga straciła brata na Wschodzie więc miała naprawdę ważny powód, aby pałać niechęcią do Bolszewików oraz ich rodzimych pomagierów. Nie mogłem się tą niechęcią do komunistów nie zarazić, gdyż obydwie Babcie potrafiły barwnie i przekonywująco opowiadać o dokonaniach moich przodków, a także nauczać prawdziwej historii Polski. Chętnie zaspakajały moją ciekawość i chyba jak żadne inne dziecko w Krakowie wchłaniałem wiedzę o II Rzeczypospolitej, Kresach Wschodnich, wojnie 1920 roku, Siedemnastym Września, wywózkach na Sybir i okrucieństwach Bolszewików. To od nich po raz pierwszy usłyszałem o latach powojennych i krwawej rozprawie z niepodległościowym podziemiem, co w oficjalnym przekazie nazywano utrwalaniem władzy ludowej. Rodzina moja, tak jak w przypadku innych tradycjonalnych osadzonych w jednym miejscu, przywiązana była do wartości, a na dodatek wyznawała niemalże kult świętości wojskowego munduru. Właściwie w każdym jej pokoleniu znaleźli się żołnierze i to wcale nie jakiejś pośledniejszej rangi. A gdyby ich zebrać przy jednym stole, na przykład Wigilijnym w Święta Bożego Narodzenia, to gwiazdek na ich pagonach byłoby pewnie więcej niż pozawieszanych na choinkach w rodzinnej wsi Lecha Wałęsy. W rodzinie tej wyruszanie do Powstań, zaciąganie się do Legionów, jednym słowem uczestniczenie w walce o Niepodległą, było czym naturalnym i na pewno obowiązkowym.

W roku 1980 miałem 14 lat, a więc w wieku, w którym można już całkiem świadomie postrzegać otaczającą rzeczywistość, a przez kolejne dwa lata przechodziłem naprawdę przyspieszony kurs dokształcający z wychowania obywatelskiego. Wcześniej uczestnicząc w spotkaniach z Papieżem, podczas jego pierwszej pielgrzymki do kraju widziałem, jakby budzenie się z letargu całej masy ludzi. Społeczeństwo do tego czasu, na co dzień godząc się na kłamstwa i wszystkie patologie tego systemu, było jakby uśpione, a w te czerwcowe dni 1979 roku widać było, że zaczynało się budzić. Ciotka opowiadała mi jak podczas mszy papieskiej w Nowym Targu milicjanci nie wiedząc jak się zachować przy podniesieniu nie klęknęli, tak jak wszyscy zgromadzeni i jakie wiązanki ich za to spotykały od górali Chłonąłem te wieści i można powiedzieć, że już wtedy złapałem bakcyla dosyć zaraźliwego zresztą bo zainfekowani nim byli również koledzy Jurek Dobrowolski i Krzysiek Litwin z mojej szkoły jeszcze wtedy podstawowej, bo zanim społeczeństwo obudziło się już na dobre w sierpniu 1980 uczęszczałem właśnie do jej ostatniej klasy. Naszej grupie myślących niepoprawnie, mających zadatki na młodocianych opozycjonistów, ale wciąż jeszcze uczniów podstawówki odpowiadał jej klimat. Bo wśród nauczycieli zdarzali się i tacy, którzy rozumieli naszą potrzebę poznawania prawdy o panującej wówczas jakże zakłamanej rzeczywistości. Na przykład na nasze pytania o Katyń, nauczycielka zresztą nie od historii lecz polonistka przedstawiała nam dwie wersje tego wydarzenia – prawdziwą i oficjalną, a wybrać właściwą mogliśmy już sobie sami co wcale przecież trudne nie było. Od babć dowiadywałem się o mniej czy bardziej odległej przeszłości, lecz o aktualiach, na przykład takich jak wojna Wietnamsko – Chińska, czy też najazd Sowietów na Afganistan z Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Z Wolnej Europy wiosną 1980 roku usłyszałem po raz pierwszy o KPN, który nawoływał do bojkotu wyborów do rad narodowych. Dowiedziałem się, że istnieje partia polityczna, mająca w swojej nazwie słowo Niepodległość! Do tego jeszcze działająca całkiem jawnie i nawet próbująca zarejestrować kandydatów w wyborach do tych niby rad niby samorządu. Razem z kolegami odpowiedzieliśmy w pewien sposób na apel Konfederacji. W naszej szkole, położonej vis a vis Komitetu Wojewódzkiego mieściła się komisja wyborcza, a my z Jurkiem i Krzyśkiem na dzień przed wyborami ogołociliśmy ją z wszystkich plakatów, ogłoszeń wyborczych, wykazów ulic itp. Pozostawiając na jednym z pustych miejsc po plakacie kartkę z napisem Głosujcie na Leszka Moczulskiego! Zrobiła się z tego straszna afera, węszyła nawet SB, ale jakoś przetrwaliśmy do wakacji, bo od września chodziliśmy już całą nasza paka do I LO im. Nowodworskiego. Jak dzisiaj pamiętam to całe wakacje 80 roku spędziłem z uchem przy głośniku radia, gdyż od rana do wieczora nadawano informacje o tym co się dzieje w kraju. A działo się dużo, gdyż po Lublinie, Ursusie i Świdniku w lipcu, w sierpniu ruszyło się na Wybrzeżu i już wcale miało nie przestawać.

Po powrocie z wakacji spotkaliśmy się wszyscy 1 września pierwszy raz jako uczniowie Nowodworka. Poprzedniego dnia w dzienniku pokazywali podpisanie Porozumień Gdańskich i wiedzieliśmy dobrze, że również i dla nas rozpoczyna się nowa epoka. Pamiętam że oglądając te historyczne dzisiaj sceny zwróciłem uwagę i wręcz zniesmaczony byłem nieskładną mową Lecha Wałęsy, którego wcześniej nawet nie słyszałem, a wiedziałem tylko, że jest trzydziestokilkuletnim robotnikiem z Gdańska. Byłem wychowany na poezji i literaturze romantycznej. Znałem wtedy na pamięć jedną z Ksiąg Pana Tadeusza i Redutę Ordona i ten facet z wąsami pomimo, że był przywódca robotniczego buntu przeciwko komunistom odrzucał mnie od siebie tą kaleczona polszczyzną, kojarzącą mi się z barem GS i budką z piwem. Do tego jeszcze ten jarmarczny długopis z Papieżem! Ja bym na pewno sobie czegoś takiego na odpuście nie kupił. A słuchając przez ostatni miesiąc wiadomości z Wolnej Europy o tym co działo się na Wybrzeżu, miałem całkiem inne wyobrażenie o przywódcy ruchu, który co dopiero się narodził, a tak wiele miał przed sobą do zrobienia. Widok ten ostudził moją jeszcze chwilę wcześniej ogromną euforię i nie bez obaw oczekiwałem co najbliższy czas przyniesie.

Później nastąpił okres szesnastu miesięcy zwany Karnawałem Solidarności. Dla nas młodych był on czasem przyspieszonej edukacji politycznej. Rozpętywaliśmy nie kończące się dyskusje, czytaliśmy książki, słuchaliśmy radia z zagranicy, ale już po gazetę chodziło się wtedy do kiosku. Oczywiście po Gazetę Krakowską, gdyż ona jako jedyny z wszystkich terenowych dzienników zdobywała się na nieco więcej odwagi i przekazywała wiarygodne informacje. Dowiedzieć się prawdy z partyjnego organu, a takim GK wciąż pozostawała można było dzięki redaktorowi Szumowskiemu, który nawet jak nie mógł napisać prawdy wprost, to i tak przekazywał ją używając forteli. Tak było z przemówieniem Stanisława Kusia podczas Święta Niepodległości w 1981, które Krakowska przedrukowała w całości dodając króciutki komentarz o tym, że takie wystąpienia nie służą Polsce i szkodzą Solidarności. Komentarz komentarzem, ale najważniejszą była możliwość zapoznania się z bardzo wywrotową treścią tego przemówienia przez milion ludzi, którzy czytali wówczas Krakowską od deski do deski.

W marcu wzięliśmy udział w strajku ostrzegawczym ogłoszonym po prowokacji w Bydgoszczy. Strajk generalny wtedy nie doszedł do skutku, lecz z każdym miesiącem wyczuwać można było wzrastające napięcie. Wygląd miasta, krakowskich ulic z oplakatowanymi murami wskazywał na toczącą się nieprzerwanie propagandową bitwę z władzą. Pamiętam, że nawet na kamienicy stojącej naprzeciwko komitetu wojewódzkiego widniał wielki napis TV nie jest własnością PZPR! Na to nakładały się ogromne problemy z zaopatrzeniem, kartki na wszystkie artykuły żywnościowe i tasiemcowe kolejki

W tym gorącym czasie po raz pierwszy zobaczyłem na ekranie telewizora Leszka Moczulskiego. Były to migawki z wywiadu udzielonego przez Moczulskiego zachodnioniemieckiej telewizji, a TVP puściła je z zamiarem zohydzenia przebywających w więzieniu przywódców KPN. Czymś bardzo inkryminującym według komunistów miało być samo udzielanie wywiadu zachodniej i do tego jeszcze niemieckiej telewizji. Nie wiem jak innych, ale mnie takie stawianie sprawy bynajmniej nie zniechęcało do Konfederacji i przy okazji najbliższego Święta Niepodległości tj. 11 listopada 1981 roku za całe 150 złotych nabyłem znaczek KPN. Nie znaczy to jednak, że nie doceniałem tego wszystkiego co robiła wtedy Solidarność. Doceniałem, ale też i w gronie kolegów pozwalaliśmy sobie na ocenianie i krytykowanie niektórych posunięć jej posunięć, bo uważaliśmy że jest zbyt miękka i za mało stanowcza wobec władzy, a chcieliśmy widzieć ja mniej socjalną, a bardziej polityczną. Z tym charakterem pro socjalnym wychodziły niezłe przegięcia, zwłaszcza jak na czele organizowanych przez Solidarność marszy głodowych szły całe rzędy pań z nie dającą się ukryć nadwagą. Wyglądało to dosyć żenująco i zwłaszcza w takich chwilach ciągnęło mnie do Konfederacji, której jasne zamierzenia jakoś lepiej trafiały do wyobraźni nastolatka niż to co na co dzień pokazywała Solidarność. A wszyscy czekali na to co pokaże władza, gdyż jesienią napięcie osiągnęło poziom przed wybuchowy i wiadomo było, że czymś musi się to wszystko zakończyć.

Niedzielnego ranka babka zrobiła awanturę, o to że poprzestawialiśmy wszystkie programy w radiu, a to władza ludowa zmieniła ramówkę i jedyną audycją przez pierwsze godziny stanu wojennego było przemówienie Jaruzelskiego. Wyszedłem na miasto, którego wyludnione ulice faktycznie wyglądały jakby miała wybuchnąć jakaś wojna. Zauważyłem przemykający milicyjny gazik, zomowców z karabinami na plecach i pałkami przy pasie. Dziwny to był widok, a że nie było za czym więcej się rozglądać wróciłem do domu aby posłuchać radia. W Wolnej Europie relacjonowali słowa Papieża, który apelował aby zachować i nie zatracać niczego co udało stworzyć się w sierpniu. Oraz informowali o sytuacji w Polsce, raczej próbowali informować, gdyż opierali się na relacjach ludzi przybyłych z Polski ostatnimi pociągami międzynarodowymi. Podawano więc szczątkowe, nie potwierdzone i nie pełne informację, z których wyłaniał się obraz kraju opanowanego przez wojskową junte. W szkole też stan jak nie wojenny to co najmniej wyjątkowy bo bez lekcji przez kilka tygodni, więc spotykaliśmy się aby rozmawiać o tej całkiem nowej sytuacji. Czymś co nas dosłownie zszokowało, było kompletne nie przygotowanie Solidarności, gdyż dała się pokonać w ciągu kilku godzin właściwie beż żadnej walki. Było to już po kopalni Wujek i jeszcze trwał strajk w Kopalni Piast, lecz protesty w zasadzie zostały już wszędzie złamane. Dziwiliśmy się gdyż wcześniej chyba trochę mitologizowaliśmy Solidarność. AI wydawało nam się, że jak te dziesięć milionów tylko tupnie, to władza od razu się przestraszy. Stało się odwrotnie, a na dodatek Solidarność była całkowicie nieprzygotowana. Później brałem dział w demonstracjach 13 kwietnia i 3 oraz 13 maja 1982. Z tej trzeciomajowej pamiętam nieprzebrane tłumy ludzi na Wawelu wśród nich Jerzego Bińczyckiego, no i późniejszy atak zomowców na pochód usiłujący przejść przez Stare Miasto ulica Grodzką. 13 maja przed mszą w Kościele Mariackim po raz pierwszy z bliska widziałem skoty stojące na Małym Rynku. Zostały użyte niedługo później przy brutalnym tłumieniu demonstracji rozpoczętej po wyjściu z kościoła. Działy się tam okropne sceny z ścieżkami zdrowia, katowaniem zatrzymanych i biciem całkiem przypadkowych ludzi. Nazajutrz w bramach kamienic na całym Starym Mieście czuć było jeszcze zapach gazu łzawiącego, bo ZOMO zużyło go wtedy ogromne ilości. Ten stan rzeczy determinował do podjęcia jakichś działań, ale przez pierwszą i drugą klasę nie mając kontaktu z żadnymi strukturami ograniczaliśmy się do czytania bibuły i pierwszych prób kolportażu. Na samym początku zdjęć upamiętniających wmurowanie 31 sierpnia 1982 roku tablicy pamiątkowej na Rynku Głównym. Przeprowadzono wtedy bardzo sprawnie akcje wmurowania tablicy, lecz dosyć szybko ją stamtąd usunięto więc świadectwem tego wydarzenia były zdjęcia, które kopiując rozprowadzaliśmy w znacznych ilościach.

W końcu 1982 dzięki demaskatorskiej książce niejakiego Mariana Reniaka wszedłem w posiadanie zdjęcia Leszka Moczulskiego na tle znaku Polski Walczącej. Zamiarem komunistów wydających ten paszkwil było zohydzenie Konfederacji, ale przynajmniej w moim przypadku przyniosło to wręcz odwrotny skutek. Swoje dzieło Reniak zilustrował wieloma zdjęciami i dzięki fotokopii strony tytułowej pisma „Droga” mogłem się zapoznać ze wstępem do „Rewolucji bez rewolucji”. Pamiętam jak siedziałem ze szkłem powiększającym i zaczytywałem się w zakazanych i niedostępnych treściach. W oryginale przeczytać je mogłem dopiero w 1983 dzięki mojemu nauczycielowi historii, któremu dałem się poznać jako wierny czytelnik wszystkiego czego nie można było kupić w księgarniach. I od Niego poza „Doktorem Żywago”, „Archipelagiem Gułag” i książkami Orvella otrzymałem także „Rewolucję bez rewolucji”. Czytając ją w każdym zdaniu odnajdywałem swoje myśli i dążenia, z tym że w tej broszurze były one uporządkowane i wyłożone w sposób jasny i czytelny. Od tego momentu wiedziałem, że człowiek który to napisał musi być przenikliwym wizjonerem i że jeżeli miałbym coś dla tego kraju zrobić, to tylko działając w Konfederacji Polski Niepodległej. Należałem do tego pokolenia, które zasilając szeregi opozycji w połowie lat osiemdziesiątych zdecydowało o przystąpieniu do jej radykalniejszych odłamów, a decyzja ta, przynajmniej w moim przypadku wynikała z oglądu panującej wówczas sytuacji. Zresztą, gdybym miał ją ponownie podejmować uczyniłbym dzisiaj dokładnie to samo, a poza tym Leszek Moczulski zaimponował mi swoja postawa na procesie, kiedy po usłyszeniu wyroku skazującego Go na siedem lat więzienia wykonał gest zupełnie lekceważący cały ten skład sędziowski, jakby zdawał się mówić wtedy, że zupełnie się tym orzeczeniem nie przejmuję. Po czasie dowiedziałem się, iż w swoim ostatnim słowie zażądał najwyższego wymiaru kary, czyli 10 lat!

W 1984 roku po raz pierwszy zamknęła mnie bezpieka. Stało się to przy okazji manifestacji po Mszy w rocznicę powstania NZS. Nie było to przyjemne doświadczenie, ale jakoś je przeżyłem, a zaraz po nim zacząłem odwiedzać Zygmunta Łenyka. Pamiętam jak pierwsze kwadranse każdej z tych wizyt poświęcałem na oglądanie wiszącej w jego mieszkaniu olbrzymiej mapy II Rzeczypospolitej. A wielkie wrażenie na mnie robiła przy tym sama możliwość lokalizowania na niej kresowych rzek, miast i miasteczek, o których tak wiele do tego czasu słyszałem. Wtedy też tak naprawdę zaczęła się moja działalność w Konfederacji. Na Marsz Szlakiem I Kompani kadrowej trafiłem dopiero w 1986 roku, ale miałem bieżące relacje od uczestników odbywających się w poprzednich latach. Wiedziałem od nich, że są one prawdziwym tyglem w którym skupiali się ludzie nieprzejednani w walce z komunizmem i te wiadomości oczywiście zachęciły mnie do wyruszenia z nimi w drogę. Z swojego pierwszego udziału w Marszu poza zwinięciem większości uczestników przed Jędrzejowem pamiętam gremialne objadanie się jabłkami zrywanymi w michałowickich sadach i oczywiście skutki jakie to przyniosło. Nie ma co się nad tym zbyt wiele rozwodzić, a dodam tylko, że zorganizowany wzorem legionistów zajazd na przydrożne sady zakończył się powszechnym rozwolnieniem. Marsz był dosyć poważnym przedsięwzięciem organizacyjnym, a chociaż odbywał się w skrajnie niesprzyjających warunkach, to jednak a funkcjonowała służba kwatermistrzowska, samochód ŻUK przewoził ciężkie bagaże, a całość była podzielona na kompanie i plutony. Niekiedy tylko kulała logistyka, bo pamiętam jak będący pewnego razu komendantem trasy Witek Tukałło prowadził nas tak, że przeszliśmy 25 zamiast 17 kilometrów, gdyż coś mu się pomyliło, chociaż miał dosyć dokładne mapy. 25 stycznia 1985 roku przyjechał do Krakowa Leszek Moczulski na spotkanie z nim, które odbyło się w mieszkaniu się Fiszerów przybyło około pięćdziesięciu osób, wśród których miałem szczęście się znajdować. W jego trakcie wywiązała się wielogodzinna dyskusja, ale jeszcze na samym jej wstępie ktoś z zebranych wyszukał w kalendarzu informację, że tego dnia są imieniny Pawła. Na co Zygmunt Łenyk ogłosił, że gdyby wpadła jakaś bezpieczniacka swołocz to powiemy, że właśnie obchodzimy Pawła Sabudy - czyli moje imieniny. Nie muszę dodawać jak nobilitującą dla mnie okazać się w razie najścia miała obecność na imprezie tak znamienitych gości. Moczulski w słowie wstępnym odnosił się nie tylko do aktualnej sytuacji politycznej, ale też i do tez zawartych w programie „Trzy Horyzonty” będącym oficjalnym dokumentem odbytego miesiąc wcześniej II Kongresu KPN. Zapoznaliśmy się też z treścią Memorandum skierowanego do przedstawicielstw państw zachodnich w sprawie nie wywiązania się z ustaleń Porozumienia w Jałcie. Przypominało ono rządom USA, Anglii i ZSRR o czterdziestoletnim oczekiwaniu Polski na przeprowadzenie wolnych wyborów. Przy okazji tego pobytu w Krakowie Leszek udzielił bardzo długiego wywiadu Maćkowi Szumowskiemu z TV Mistrzejowice. Szumowski atakował w nim Moczulskiego zarzucając Konfederacji marzycielstwo i nieliczenie się z realiami, na co Leszek metodycznie i bardzo zwięźle tłumaczył główne założenia i metody dochodzenia do nich. Zapis tej chwilami bardzo ostrej wymiany zdań w jaką przerodził się ów wywiad był z jednej strony wyznacznikiem zachowawczych postaw pewnej części opozycji – Solidarności, a z drugiej propozycją podejmowania radykalniejszych i bardziej śmiałych działań bez oglądania się na reakcję reżimu. Wyłożenie tego stanowiska KPN było w tamtym czasie konieczne ponieważ niedawne odejście Stańskiego i Szeremietiewa wywołało pewną dezorientację wśród członków Konfederacji. Ten ostatni nie mógł się pogodzić ze zbyt, w jego mniemaniu, spolegliwym kursem, a jednym z pomysłów, którego nie udało mu się oczywiście przeforsować było przekształcenie pogrzebu księdza Jerzego Popiełuszki w ogólnonarodowe powstanie. Później stwierdził, ż trzeba się bardzo głęboko zakonspirować, ponieważ tylko w takiej formie może przetrwać działalność środowisk niepodległościowych.

Powstanie Obywatelskiej Inicjatywy w Obronie Praw Człowieka Przeciwko Przemocy było nie tylko próbą podjęcia działalności w innej niż dotychczasowe formule, ale też wysłaniem czytelnego komunikatu do społeczeństwa oraz opinii publicznej na Zachodzie. W jego treści zawarty był przekaz kierowany wprost do reżimu, a wzywał do zaprzestania politycznych mordów i wszelkiego rodzaju represji. Poza tym, przedsięwzięcie to stało się polem współpracy najprzeróżniejszych środowisk opozycyjnych co uważaliśmy za poważną zmianę jakościową gdyż tego rodzaju integracja nastąpiła po raz pierwszy od wprowadzenia stanu wojennego. W pierwszym momencie władze zachowywały się jak zaskoczone tą zmianą taktyki zastosowaną przez opozycję, lecz dosyć szybko bo po kilku miesiącach odpowiedziały ciosem aresztując w połowie 1985 roku Adama Michnika, Bogdana Lisa, Władysława Frasyniuka oraz nowo wybrane kierownictwo KPN. Uwięzieni zostali wtedy: Leszek Moczulski, Adam Słomka, Krzysiek Król, Dariusz Wójcik i Andrzeja Szomańskiego. Na przełomie 1985 i 1985 odbył się drugi proces KPN, a pamiętam, że byliśmy już wtedy dosyć dobrze zorganizowani i z Jurkiem Dobrowolskim, który poza aktywnością w Konfederacji miał kontakty z „Solidarnościa Walczącą” w ramach grupy „Solidarność i Niepodległość” drukowaliśmy „Biuletyn Nowohucki”. Udało nam się też wydać Kalendarz na 85 lub 86 rok, a robota przy drukowaniu stała się wtedy codziennością i tak właściwie na zajmowanie się czymkolwiek poza próbami obalania tym sposobem ustroju nie miałem zbyt wiele czasu. Czuliśmy, że robimy wtedy coś bardzo ważnego, ale bynajmniej nie spodziewaliśmy się, że ta nasza działalność profitować politycznie zacznie nie wcześniej niż za dwadzieścia lat. Leszek Moczulski przewidywał wówczas, że Związek Sowiecki zacznie upadać około 2010 roku i nie mieliśmy żadnych podstaw, aby nie wierzyć w te mylne jak się miało wkrótce okazać prognozy. Liczyliśmy się z represjami, uwięzieniem i wszelkiego rodzaju szykanami władz, a jak sobie przypominam kalkulowałem wtedy, że na pewno ogłoszą amnestię w 2000 roku! Te pesymistyczne przewidywania nie ostudzały naszych zapędów, a nakazem chwili było działanie w różnych rodzajach przedsięwzięć opozycyjnych. Nawiązywaliśmy kontakty, dogadywaliśmy się i wzmacnialiśmy bazę poligraficzną.

W Szczecinie powstała Liga Praw Człowieka i ja wzorując się na tej inicjatywie jako student I roku prawa UJ zorganizowałem Studencką Sekcję Polskiej Ligi Praw Człowieka. Wydaliśmy jakiś plakat z żądaniem uwolnienia chłopaków zamkniętych za umieszczenie 1 maja na Pałacu Pod Baranami wyrzutni ulotek. Na kolejnym znajdowało się hasło: Dzisiaj Moczulski, jutro Wałęsa, pojutrze TY! Oczywiście był udział w uroczystościach rocznicowych na Wawelu, nie tylko z okazji 11 listopada i 3 maja, ale i w 50 Rocznicę Śmierci Marszałka Piłsudskiego. Jednocześnie gdzieś w połowie 86 roku zaobserwowałem niedostrzegalny wcześniej wykwit tytułów prasy opozycyjnej, z których treści przebijała całkiem inna tonacja. Widać było, ze te gazetki robią ludzie wkraczający w politykę i zauważalny był ten ich dynamizm, radykalizm i bezkompromisowość.

Ta moja działalność zaowocowała zawieszeniem w prawach studenta i dzisiaj zapytałbym bardzo chętnie pana doktora Jana Tadeusza Chmiela, jakież to motywy nim wtedy powodowały. Przypuszczam, że jeżeli jest jeszcze obecnie pracownikiem UJ będzie miał trudności z udzieleniem a ten temat wyczerpujących informacji.

W lecie 1988 podczas drugiej fali strajków Rysiek Bocian był na Manifeście Lipcowym, a my mieliśmy stały kontakt telefoniczny z Adamem Słomką i wspólnie z Zygmuntem Łenykiem przekazywaliśmy uzyskane przez niego informację zagranicznym korespondentom. Adam był bardzo operatywny i mogliśmy udzielać im wyczerpujących wiadomości. Strajki sierpniowe chociaż spacyfikowane przez Wałęsę, to jednak zaowocowały zgodą komunistów na rozmowy okrągłego stołu. Docierały do nas informacje, że zaczynają się przepychanki o to, kto przy nim zasiądzie. Nie mam szczegółowej wiedzy na ten temat, ale pamiętam, że przy przygotowywaniu wspólnej, w ramach grupy krakowskiej tj NZS, WiP, FMW i OS KPN, demonstracji w rocznice wprowadzenia stanu wojennego postanowiliśmy poszerzyć to przedsięwzięcie o udział w nim także Solidarności. W tym celu spotkaliśmy się w kościele OO.Pijarów z reprezentującymi ówczesny RKS Stefanem Jurczakiem, Andrzejem Dańko, Tadeuszem Piekarzem i Jackiem Smagowiczem. W imieniu Grupy Krakowskiej występowałem na tym spotkaniu wraz z Piotrem Hertigiem, ale był tam też Wojtek Polaczek i jak sobie przypominam jedynie Jacek Smagowicz bezwarunkowo zaaprobował tą naszą propozycję. Andrzej Dańko w ogóle się nie odzywał, natomiast pozostali z niejakimi oporami przyjęli nasz pomysł polegający na nie rozpoczynaniu manifestacji od Mszy za Ojczyznę w Kościele Mariackim, ale zwołania wiecu na Rynku Głównym.

Manifestacja odbyła się, frekwencja dopisała i jeden tylko incydent mógł zakłócić jej przebieg. Otóż Jacek miał na tym wiecu przemawiać w imieniu Solidarności, a kilka godzin wcześniej przyleciał do Collegium Novum jakiś człowiek i powiedział, że do mieszkania Smagowicza usiłują wtargnąć ubecy, a on obawiając się zatrzymania nie otwiera im drzwi i właściwie jego dom jest teraz w stanie oblężenia prowadzonego przez załogę dużego fiata, który czatuje na ulicy. Natychmiast zwołałem grupę dwudziestu kilku osób, a znakiem tamtego czasu było, ze przyszło mi to z niemożliwą rok wcześniej łatwością. Pojawił się przybyły z miasta Ryszard Bocian i ruszyliśmy na odsiecz Jackowi. Na ulicy Saarego nieopodal kamienicy, na której mieszkał Smagowicz stała grupa młodych wysportowanych ludzi. Minęliśmy ich, a pod domem rzeczywiście warował służbowy fiat, którego obsada raczej nie miała ochoty do konfrontacji z tyloma ludźmi naraz, tym bardziej, że otoczyliśmy go szczelnym kordonem, a Ryszard po wejściu na podwórko zakrzyknął: Jacek Smagowicz! Tu Ryszard Bocian wychodź! W tym czasie jeden z pasażerów sięgnął po krótkofalówkę i zapewne wzywał posiłki, lecz te nie nadjechały. Odprowadziliśmy Jacka i Ryszarda do Bazyliki Jezuitów, a stamtąd po Mszy Rocznicowej z kilkusetosobowym pochodem przybył na Rynek Główny, gdzie przez megafon podziękował nam za wydostanie z pułapki i przy okazji wymienił z nazwiska napastujących go esbeków. Sytuacja ta znamionowała erozję władzy, bo wszak nie dopuściliśmy do wykonania zadania przez SB. Niewiele wcześniej cos takiego wydawało się niewyobrażalnym. Poza tym zaskoczyła mnie skala w jakiej odbywały się te rocznicowe demonstracje, gdyż w wiadomościach radiowych padały nazwy miejscowości, a nie przypuszczałem, że może w nich działać jakakolwiek opozycja. Wyraźnie było widać, że następuje przebudzenie świadomości społecznej, a ludzie stają się o wiele śmielsi. Tym bardziej, że w niektórych ludzie wyszli na ulicę po raz pierwszy od 1981 roku.

Nieco wcześniej przyglądałem się debacie Wałęsa – Miodowicz, a chociaż z jednej strony postrzegałem Wałęsę jako trochę uzurpatora, to jednak ujął mnie wygłoszonym podziękowaniem dla wszystkich, którzy przetrwali przez te trudne lata.