L00059 Bogdan Sawicki

Z Encyklopedia Solidarności

==Wspomnienie Bogdana Sawickiego==

„Grupy Oporu” miały zablokować dojazd ZOMO pod pomnik Czerwca 1976 na czas demonstracji pod pomnikiem. W tunelu „Wiadukt – Ursus Zachodni” miał być rozlany olej i wysypane kolce i w ten sposób miała być zablokowana jedyna droga prowadząca pod pomnik. Ja, na polecenie Jurka Szlubowkiego, miałem ostrzegać „cywilnych” kierowców przed niebezpieczeństwem. Po tej akcji zaproponowano mi spotkanie z Wojtkiem Fabińskim „Januszem” i zacząłem z nim współpracować.

„Janusz” zaproponował mi wstąpienie do „Grup Oporu” i odbiór, przechowywanie oraz rozprowadzanie sprzętu przemycanego z Zachodu. Ponieważ miałem spore jak na warunki podziemia własne możliwości transportowe, miałem bowiem „Żuka” i ciężarówkę Jelcza, jak i kolegów z Ursusa, zgodziłem się. Trudno było by mi było pojąć tę decyzję bez pomocy Lucyny Kalinowskiej, która wzięła na siebie koszty ewentualnej wpadki samochodów, jak i mojej. Zobowiązała się do pokrycia kosztów tych samochodów, jak również zapewnienia środków do życia dla mojej rodziny w przypadku aresztowania. (mąż Lucyny pracował w USA i mogła ona uruchomić w razie konieczności niezbędne środki). Z tego co wiem, przeszedł już jakiś transport, ale spora jego część przepadła w różnych przypadkowych magazynach. Ratowałem jakieś resztki.

Pierwszy cały transport odbierałem jesienią 1982 roku. Przygotowałem magazyn u Feliksa Dąbrowskiego we wsi Zaręby i w tej okolicy go odebraliśmy. Było nas trzech: „Janusz”, ja i Marek Parol. Wraz z „Januszem” rozładowywaliśmy samochód, Marek obstawiał nas z zewnątrz na swoim motocyklu Jawa. Kierowcą ciężarówki był Sven Järn, który ze Szwecji woził do Polski pomoc charytatywną.

Od samego początku obierałem transporty w lesie, nigdy nie rozładowywałem ich w kościołach. Następny z nich odebrałem zimą 1982/1983 w okolicach Magdalenki i też schowałem go u Dąbrowskiego. Dwa kolejne transporty wyładowałem z drugiej strony Warszawy – gdzieś nad Świdrem na przełomie zimy i wiosny w 1983 r. i zmagazynowałem u Marka Parola w Magdalence i w garażu moich rodziców w Ursusie. Rozładowywałem je tylko z „Januszem”. Było paskudnie, transport musiał krążyć około tygodnia po Polsce, a na miejscach rozładunku zjawiała się ciągle, jak nam się wydawało ta sama taksówka. Na parkingu, gdzieś w okolicach Otwocka podszedłem do taksówkarza i poprosiłem, aby się wyniósł, ponieważ mamy tutaj nasze sprawy. Przeprosił i odjechał.

Janusza Ramotowskiego „Przema” poznałem na przełomie 1982/1983 roku, a może na wiosnę 1983. Pamiętam że pierwsze spotkanie odbyło się na dworcu Śródmieście. Razem z nim odbierałem kolejny transport w lasach w okolicach Magdalenki i zabezpieczyłem go w Magdalence u Parola. Nastąpiło włamanie i straciliśmy jakieś materiały. Transport przerzuciliśmy z „Przemem” do Wincetego Bukowskiego do Milanówka. Lokal zorganizował „Przem”. Ponieważ było to gospodarstwo rolne położone niedaleko cmentarza, po sprzęt przyjeżdżałem „Żukiem”, na którego platformie woziłem wieńce. Na przełomie sierpnia i września 1983 roku wyładowałem tam jeszcze jeden transport.

Pamiętam jakiś paskudny transport na jesieni 1983, odebrany i gdzieś w okolicy Michalina magazynowany. W trybie alarmowym przerzucaliśmy go do Ewy i Krzyśka Kuranów w Aleksandrowie koło Falenicy. Pamiętam, że obładowani sprzętem dopytywali się „Przema”, kiedy opróżni magazyn i to ja miałem ich zapewniać, że nastąpi to już niedługo. Był jeszcze jakiś przerzut, który zabezpieczyłem częściowo w garażu rodziców w Ursusie. Z kolei zimą 1982/1983 próbowałem odebrać jakiś transport na cmentarzu, ale były jakieś kłopoty z kłódką, do której miałem mieć klucze i nic z tego nie wyszło, odebrałem gdzie indziej, niestety nie pamiętam gdzie. Adresy lokali wrzutowych dostawałem początkowo od „Janusza” a później od „Przema”.

Z ciekawszych miejsc gdzie woziłem towar pamiętam „Kuźnię Napoleońską” w Paprotni i klasztor w Ołtarzewie, gdzie kontaktowałem się z księdzem Najdolskim. Wspomagałem, poza oficjalnym rozdzielnikiem, moich przyjaciół z „Głosu Ursusa”. Uczestniczyłem też w akcjach ulotkowych „Grup Oporu”. Pamiętam akcję w Ursusie i Pruszkowie, kiedy to na kilka godzin przed wmurowaniem płyty na murach Starówki sypaliśmy ulotki zawiadamiające mieszkańców o tym wydarzeniu. Było nas dwóch: Marek Parol i ja. Osobno sypał Jan Otkałło.

Sypaliśmy na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, a naszym stałym rejonem był odcinek na Alei Krakowskiej od Banacha do kina Ochota. Ludzi – kilka osób dostarczył Marek Parol. Pamiętam złe doświadczenia z wyrzutnikami – używałem dwóch typów sprężynowe i pirotechniczne – dostarczane były przez „Janusza”. Często musiałem je rozbrajać i sypać z ręki. Akcje ulotkowe prowadziła również moja mama Janina Sawicka, która pracowała w SGPiS i z górnego piętra holu sypała z ręki.

W moim otoczeniu doszło również do kilku wpadek. W czasie akcji ulotkowej związanej z płytą na Starówce wpadł Jan Otkałło – sypał sam na osiedlu „Niedźwiadek” i informacja o jego wpadce dotarła do mnie z opóźnieniem.

Na manifestację 31 sierpnia 1983 roku zmobilizowałem grupę około 22 - 25 osób w tym pięć kobiet. Większość pochodziła z Pruszkowa i okolic. Było też czterech ludzi z Otwocka ćwiczących karate i młody lekarz, który nam towarzyszył z apteczką pierwszej pomocy . Zbieraliśmy się w kościele św. Barbary na Emilii Plater. W pobliżu mieliśmy lokal kontaktowy u pani Gmurkowskiej, wdowy po pułkowniku L.W.P. W grupie byli także: Lucyna Kalinowska, Roman Romaszko Marek Parol i Ryszard Borkowski. Nawaliła dostawa butelek samozapalających i wspólnie z Markiem Parolem odbieraliśmy je osobiście z mieszkania „Grubego Piotra” na Gdańskiej. Były to dwie torby butelek i towarzyszące im opaski chemiczne, jakieś petardy i gaz używany przez SB. Mimo rewizji na mieście udało się taksówkami przewieść cały ładunek do kościoła św. Barbary. Początkowo nie używaliśmy tych środków, pod koniec demonstracji grupa nasza stopniała do około 13 osób. Siedząc w ławce w kościele kleiłem opaski na butelkach i rozdawałem je kobietom, które przekazywały je dalej. Niestety w kościele był tajniak. Rozpoznałem go i chciałem zatrzymać, ale uciekł przez płot otaczający kościół. Wybiegłem wspólnie z Parolem i jednym z karateków, aby zorientować się, gdzie szybko można użyć butelek i oczyścić kościół. Wracałem po 15 minutach, ale pod kościołem była już SB chwytająca moich ludzi. Widziałem wynoszonego przez trzech tajniaków Ryszarda Borkowskiego, w trójkę próbowaliśmy go odbić, ale funcjonariuszy SB było zbyt wielu. Wdaliśmy się w bójkę bez rezultatów. Bilans strat był spory. Zabrano Ryszarda Borkowskiego i czterech ludzi z Pruszkowa. Udało się uciec Romaszce, który zgubił kurtkę (udało mi się ją odnaleźć) i Lucynie Kalinowskiej, która, choć podrapana wyrwała się z rąk SB. W mieszkaniu Lucyny Kalinowskiej urządzono rewizję, znaleziono bibułę i mój rewolwer gazowy. Zatrzymano Lucynę, Krystynę Kalitkę i Marylę Kowalczyk.

Basia Fabisiak przenocowała u siebie Marylę Kowalczyk i Jurka Szlubowskiego. Wpadła bezpieka, zdemolowała mieszkanie (zrywano boazerie i wyrywano parapety), ale nic nie znaleziono i nikogo nie aresztowano. Bywałem często na tych lokalach i wykorzystywałem je do przechowywania drobnego sprzętu i materiałów.

Wyjechałem do USA w marcu 1984 roku, kiedy po pierwszej odmowie wizy interweniował w mojej sprawie Janusz Onyszkiewicz i konsulat wizę wydał. Po czterech latach pobytu w USA w marcu 1988 wróciłem do kraju.