L00060 Jan Sidorowicz

Z Encyklopedia Solidarności

==„Solidarność” w Polkolorze 25 lat temu i w stanie wojennym – wspomnienie==

Jan Sidorowicz

Trudno jest mówić o „Solidarności” w okresie, gdy nie ma solidarności między ludźmi i ci, co zwalczali „Solidarność” lub co najmniej byli jej przeciwni są teraz u władzy i co gorsza próbują bezczelnie zawłaszczyć jej osiągnięcia i wpisać się w jej tradycję, a dawni nasi idole przeszli na drugą stronę – tym razem już jawnie.

W 1980 roku pracownicy „Polkoloru” byli grupą uprzywilejowaną na tle innych zakładów piaseczyńskich – wyższe zarobki, lepsze zaopatrzenie w wewnętrznych sklepach, mieszkania, talony i inne apanaże. Ale jednocześnie byli to ludzie lepiej wykształceni, bardziej otwarci na zmiany i mniej upartyjnieni niż np. w sąsiednim „Zelosie”.

Komitet organizacyjny „Solidarności” powstał już na początku września i szybko też przystąpiliśmy do struktury MKK Mazowsze. W grudniu 1981 roku do związku należało 4000 osób na 5000 pracowników. Uczestniczyliśmy we wszystkich akcjach organizowanych przez Komisję Krajową i Region Mazowsze. Nasi przedstawiciele byli w Zarządzie Regionu, byliśmy reprezentowani na zjazdach regionu i krajowym, mniej aktywnie udzielaliśmy się na terenie oddziału regionu w Piasecznie. Na terenie zakładu kolportowaliśmy po 1000 egzemplarzy „Niezależności” i „Wiadomości Dnia”, była też inna prasa np. „AS” i masa książek bez cenzury, najwięcej z wydawnictw NOWa i Krąg.

W Komisji Zakładowej zgromadziliśmy pokaźną bibliotekę, z której korzystała ogromna liczba czytelników. W stanie wojennym uchroniliśmy jej zasoby przed bezpieką. Ukrycie biblioteki było przedmiotem specjalnego dochodzenia SB i za dopuszczenie do jej ukrycia wyleciał z pracy Bogu ducha winny zastępca komendanta straży przemysłowej Chmielewski. W tym karnawale wolności byliśmy czynnie zaangażowani na masową skalę. Nie wiem czy wszyscy pamiętają występy Kaczmarskiego i Gintrowskiego oraz kabaretów w zakładzie – to było wspaniałe.

W moim ukrytym archiwum nie zachowała się lista członków Komisji Zakładowej, mogłem ją odtworzyć z materiałów SB, kiedy uzyskałem wgląd w część niezniszczonych materiałów na mój temat. W moim wyłącznie posiadaniu jest też lista przewodniczących komisji wydziałowych.

Nie zapomnę tych wielogodzinnych zażartych dyskusji, które wtedy toczyliśmy na posiedzeniach Komisji Zakładowej – rodziła się demokracja i była prawdziwa Solidarność. Jeździliśmy pomagać w polu okolicznym rolnikom, lojalnie uczestniczyliśmy we wszystkich strajkach. Przewodniczącym w „Polkolorze” zostałem w czasie tzw. kryzysu bydgoskiego, to znaczy ogólnokrajowego strajku przeprowadzonego na znak protestu przeciwko pobiciu Jana Rulewskiego.

Na początku stanu wojennego prewencyjnie internowano kilka osób z „Polkoloru”, m. in. Andrzeja Rolę Janickiego, Stanisława Kowalskiego, Janusza Kondrasiuka, Mariana Krawczyka, Ryszarda Stefaniaka, Marka Sznajderskiego, Janusza Filipiaka – innych nie pamiętam. Razem było to chyba osiem osób.

Stan wojenny opiszę nieco inaczej niż zwyczajowo. Dzięki dostępowi do częściowo zachowanych związanych ze mną materiałów wymienię najpierw naszych oprawców i pseudonimy tajnych współpracowników, kontaktów operacyjnych, kontaktów służbowych i rezydentów. Zastrzegam, że znani są tw tylko z wczesnego okresu, w wielu przypadkach byli to ludzie złamani, zastraszeni, na których znaleziona „haka”. Nazwisk większości z nich się domyślam, jednak z powodu nawału pracy IPN nie zdążył ich odtajnić. Dwóm osobom przebaczam, nie mam do nich pretensji.

Chwilowo brak jest danych o osobach zwerbowanych po 1983 r., kiedy to nastąpił werbunek na szeroką skalę, realizowany w bardzo wyrafinowany sposób. Z materiałów IPN wynika, że przed stanem wojennym prawdopodobnie nie mieli żadnego tw w Komisji Zakładowej, potem zwerbowali co najmniej dwóch. Z oprawców najbardziej niechlubną rolę odegrał ppor. Czesław Ławecki st. inspektor wydziału V i kpt., a potem major Nikodem, o którym z kolei jest bardzo mało informacji, a którego doskonale pamiętam. Oni prowadzili dwie sprawy operacyjne jedną o kryptonimie „Dama”, a drugą – dużo później – o kryptonimie „Świeczka”. Wyjątkową szują był komendant milicji w Piasecznie, major T. Borkowski – to on dołączył trzech zwiadowców z komendy do grupy SB działającej od 8 lutego 1982 r. na terenie zakładu, to on donosił do kierownika sztabu KSMO płk. H. Celaka o zbieraniu pieniędzy w zakładzie wymieniając, między innymi, Ewę i Michała Kielanów, ale donosił również na proboszcza tutejszej parafii, że zbiera pieniądze na internowanych i inne cele związkowe, na innych księży również. W dokumentach pojawia się taka drobna wesz – sierżant Krzysztof Osypiuk, który donosił na dwie kobiety rozmawiające w kolejce. Wyjątkowo groźne i absurdalne są zarzuty wobec czwórki osób z Góry Kalwarii o posiadanie samopałów i zorganizowanie tym samym grupy zbrojnej – tu donosicielem rozpracowującym, obok Borkowskiego, był major J. Kolbuszowski – kierownik sekcji wydziału II. Znalazłem opisane przez SB akcje podjęte przeciwko pani Marczak, nauczycielce w Jazgarzewie.

Inne esbeckie nazwiska to dwóch podpułkowników A. Dudziński i H. Połeć, którzy 23 XII 1981 r. w wyjątkowo perfidny sposób przesłuchiwali mnie w areszcie przy ul. Rakowieckiej. Pierwszy był st. inspektorem wydziału I Departamentu II MSW. Byli jeszcze: zastępca naczelnika wydziału I Departamentu II MSW, nijaki płk mgr M. Piszcz, który nadzorował co najmniej dwóch tw z mego najbliższego otoczenia w zakładzie, ppłk mgr J. Okraj, mł. inspektor wydziału V Jerzy Witkowski, naczelnik wydziału śledczego KS MO Adam Adamski i kpt. K. Chorko, który razem z por. .K. Zietalą prowadzili tw „Kazika”, kpt. T. Pyszkiewicz nadzorujący operację o kryptonimie „Jodła”, prawdopodobnie mającej na celu rozpracowanie powiązań „Solidarności” w powiatach podwarszawskich. Interesujące jest jego sprawozdanie złożone gen. Ćwiekowi i płk. Szczygle. Bardzo pouczający był raport ze spotkania Ławeckiego z tw „Bolek” w dniu 12 lutego 1982 r.

Pozostałych esbeków wymienię już hurtem. To: J. Mierzejewski, Buczyński, st. chorąży J. Zieliński, ppor. A. Deptuch, wyjątkowo gorliwy ppor. M. Stala, który obserwował nas na procesie, a później razem z inspektorem wydziału IV Departamentu V MSW por. W. Grzybowskim przesłuchiwał mnie 12 maja 1982 r., młodszy chorąży Gabryś, naczelnik Dobrzelewski, S. Wojciechowski i osławiony płk J. Czeredys, który kazał Bilipowi zwolnić mnie z pracy.

Na szczególną uwagę zasługuje Irena Kalińska. To ona prawdopodobnie nękała moją żonę telefonami o moich rzekomych zdradach. Na razie nie jestem do końca pewny, kto nachodził moją żonę w domu przez cały 1982 rok – czy był to Ławecki czy Stala, ale prędzej czy później będę wiedział.

A teraz tw – najbardziej aktywni i szkodliwi byli: tw „Bronek” – były członek Komisji Zakładowej, tw „Stanisław”, tw „Montownia”, a ponadto byli jeszcze: tw „Ryś”, tw „Bolek”, tw „Kazik”, tw „Jacek”, tw „Marek”, kontakty służbowe o pseudonimach „WI”, „F” i „SM” oraz rezydent Michał.

Sprawdziło się proroctwo Czesława Miłosza, że „spisane będą czyny i rozmowy”, te rozmowy, które w zamyśle miały być skierowane przeciwko nam, a w nowej rzeczywistości obróciły się przeciwko ich autorom. Złudne było założenie, że ta przestępcza działalność da się ukryć poprzez zniszczenie dokumentów. Wszystkiego nigdy nie da się zniszczyć.

To są nie wszyscy z prześladowców, zbiór dokumentów jest niepełny i przypadkowy, moje i innych akta osobowe zostały zniszczone, zachowały się tylko akta związane z rozpracowaniem pierwszej fazy działalności naszej „Solidarności”, od wprowadzenia stanu wojennego do skazania nas za zorganizowanie 14 XII 1981 r. strajku okupacyjnego.

Mimo represji, szantaży, przesłuchań, rewizji, mobilizacji całego aparatu przemocy z SB na czele, to my wtedy wygraliśmy, a nie oni. Mimo pracy komisarzy wojskowych płk. Wierzchowskiego i mjr. Grada, grup operacyjnych działających wewnątrz zakładu, tajnych współpracowników, rezydentów i innych swołoczy. Przynajmniej w tej pierwszej fazie, jak z dokumentów wynika, oni byli bezradni, dysponowali szczątkowymi informacjami, napotykali mur solidarności międzyludzkiej, opór zorganizowany, ale i rozproszony, a więc nie do opanowania.

SB nie miała „zielonego pojęcia”, że to u nas pracuje najbliższy współpracownik obecnego senatora Zbigniewa Romaszewskiego z Radia „Solidarność” – Marek Rasiński.

„Solidarność” działała przez całe lata osiemdziesiąte i ciągle cieszyliśmy się poparciem większości pracowników. To my opanowaliśmy radę pracowniczą. Jako działacze podziemnej „Solidarności” utrzymywaliśmy stałą łączność z ośrodkami warszawskimi i Tymczasową Komisją Krajową. Niezależna prasa dopływała bez zakłóceń zakładu, a co najważniejsze z kilku źródeł. Bardzo krótko wydawaliśmy własną prasę drukowaną na terenie zakładu. Niestety, źle ukryty powielacz został przechwycony przez SB, być może namierzył go któryś z tw będących blisko mnie. Tym bardziej jestem pełen uznania dla „Solidarności” w „Laminie” za to, że tak długo wydawali swój „Los”, który na początku docierał do nas w ilości aż 200 egzemplarzy. Mieliśmy też „Tygodnik Wojenny”, kolportowaliśmy „Tygodnik Mazowsze”, „Wolę”. Tylko przez moje ręce przechodziło 150 egzemplarzy „Woli”, do której zresztą pisałem, i około setki „Tygodnika”. Mieliśmy również prasę z Krakowa. Regularnie rozprowadzaliśmy książki wydawane w podziemiu. Mam pokaźną biblioteczkę złożoną z wydawnictw bezdebitowych. W tamtych czasach własnym nakładem wydrukowaliśmy cztery tytuły – pamiętam tylko jeden: Sergiusza Piaseckiego „Pamiętnik Oficera Armii Czerwonej”. Książki drukował zięć nieżyjącej już Basi Blumszejn, Grzegorz Dumałło. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że z biegiem lat czytelnictwo prasy systematycznie spadało.

Wracając do pierwszych lat stanu wojennego spontaniczny – opór był imponujący. Większość pracowników nosiła znaczki „Solidarności”, potem oporniki. Na każdym kroku demonstrowaliśmy swój sprzeciw. Zbieraliśmy pieniądze dla osób represjonowanych, niszczyliśmy gabloty PZPR, rozrzucaliśmy ulotki, zbieraliśmy do kosza książki reżimowych pisarzy, malowaliśmy napisy „Solidarności” w różnych miejscach w zakładzie, m. in. na dachu Wydziału Masek i Energetycznego. Napisy były doskonale widoczne z samolotu.

Takich różnorodnych akcji było naprawdę wyjątkowo dużo. Manifestacje rocznicowe i okolicznościowe, zadymy, demonstracje. Tłumnie uczestniczyliśmy w mszach św. za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, pisaliśmy listy protestacyjne podpisywane przez setki osób, organizowaliśmy spotkania z interesującymi ludźmi w kościele w Nowej Iwicznej. Utkwił mi w pamięci wykład Stefana Bratkowskiego z następującym przesłaniem „przygotowujcie się i uczcie zarządzania, bo będzie wam to potrzebne w przyszłości”. A teatry domowe? A wieczory poezji w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej czy spektakle w kościele przy ul. Żytniej?

Była jeszcze i inna sfera naszej działalności – pomoc potrzebującym. Nasz kolega Piotr Szczepanowski, członek Komisji Zakładowej organizował pomoc z zachodu. Dystrybucja paczek z żywnością i ubraniami była prowadzona przy kościele św. Anny. To był prawdziwy czas „Solidarności”. Może dlatego, że byliśmy w opresji, mogliśmy się na tę solidarność zdobyć.

Czasami tęsknię do tych wzruszających przeżyć. Nasza luźna, niesformalizowana struktura była najlepszą obroną przed totalnym rozpracowaniem. Miałem świadomość, że dużo o nas wiedzą, ale nie mają dowodów lub nie opłaca im się nas aresztować. Ja osobiście bardzo dużo działań podejmowałem w sposób otwarty, informując jak najwięcej ludzi o tym, co robię.

Na koniec chcę wrócić do dni strajku w stanie wojennym. Było nas tysiące, do końca pozostało nas 2200 osób. Centrum dowodzenia było w narzędziowni, „na formach”. Chciałbym oddać hołd tym wszystkim ludziom, głównie z Wydziału Narzędziowni, Głównego Mechanika i Głównego Energetyka, którzy należeli do najbardziej zaangażowanych, którzy skutecznie ochraniali strajkujących, a później stanowili rdzeń podziemnej „Solidarności”.

Stan wojenny był doskonałą próbą charakterów, egzamin ten najlepiej zdali robotnicy.