L00062 Elżbieta Słoń

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Elżbiety Słoń==

Relacja Elżbiety Słoń nt. „OŚC-i”, 5 XI 2007

Powstanie podziemnego wydawnictwa czasopisma „OŚĆ” datujemy na 1983 rok, ale mnie jeszcze wtedy nie było w Jastrzębiu. Do miasta przeprowadziłam się w 1985 roku, ze Środowiskiem OŚCI” i z redaktorem Romualdem Bożko spotkałam się dopiero w 1986 roku, w związku z podjęciem pracy w parafii (praca w kancelarii). Pracowaliśmy razem z Romualdem. Ponieważ trochę faktów ze swojej przeszłości ujawniłam księdzu prałatowi on próbował mnie skontaktować z panem Bożko. Wcześniej miałam styczność z działaczami Solidarności, stąd ten pomysł. Zaproponowano mi współpracę na zasadzie przepisywania na maszynie tekstów. Ponieważ znałam się na tym a także uważałam, że musze coś robić, zgodziłam się.

Pierwsze spotkanie było owiane wielką tajemnicą. Zostałam wprowadzona do domu pana Adolfa Kaczkowskiego (ps. Staś) Tuż przed wejściem dowiedziałam się, że spotyka się tam jakaś grupa – wprowadziła mnie Janina Wawoczny, na polecenie „Rysia”. Zdziwiło mnie to nieznane imię, ale po chwili okazało się, że to pseudonim Bożko. Szybko poinformowano mnie, że w działalności podziemnej nie mamy imion, tylko pseudonimy w formie imion męskich. Pierwszym, jakie przyszło mi do głowy było „Daniel”, więc tak nieoficjalnie miano o mnie mówić od tej pory. Pamiętam, że „Grzegorzem” była Nina Wolnikowska, „Kamilem” Stasia Krauz – ona jednak była przesłuchiwana i więziona, po tych wydarzeniach zmieniła pseudonim na „Mateusz”. Pracowała z nami jeszcze Jasia o pseudonimie „Paweł”. Ksiądz Białas nazywany był naszym księżym Jerzym, zaczerpnęliśmy to od osoby księdza Popiełuszki.

Kiedy weszłam w tę grupę redakcyjną na spotkaniu u Adolfa Kaczkowskiego zostałam od razu kredyt zaufania i szybko mnie zaakceptowała reszta ekipy redakcyjnej, po przedstawieniu przez „Rysia”. Akurat zbliżał się czas składania kolejnego numeru, więc od razu miałam dużo pracy. Zaczęła się robota: składałam i poprawiałam teksty różnych materiałów. Najpierw wrzucałam to na powielacz, z czasem dopiero weszło sito. Początkowo przepisywałam, a nawet tworzyłam całą stronę. Wprowadzałam jakiś ład w układ graficzny i dbałam o jej estetykę. Materiały przepisywałam w domu, ale zawsze i wszędzie szukałam wolnej chwili, by coś jeszcze dla naszej gazety zrobić.

Nie wiem, kto pisał do „OŚC-i”. Informacje przychodziły do „Rysia”. Wszyscy tworzyli pod pseudonimami i zazwyczaj treści to były tylko suche informacje. Roman selekcjonował pozyskany materiał do konkretnych działów, a ja zajmowałam się resztą. Nawet nie pytałam, skąd jest materiał. Jeśli pochodził ze źródeł „Rysia” wiadomo było, że to informacje wiarygodne. Oczywiście, funkcjonowała siatka informacyjna: ktoś donosił informacje z zakładów pracy lub spółdzielni i innych miejsc. Ale nie przypominam sobie, aby były one podpisywane. Jeśli już widniał pod tekstem autor, to tylko w formie pseudonimu. Sieć informacyjna miała swój punkt zbiorczy w „OŚC-i”. Czasem ktoś doniósł jedno zdanie lub krótką informację, a dalszym drążeniem tematów zajmował się Roman.

Wykonywałam też dodatkowe prace, jak kartki świąteczne z okazji Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy. Oczywiście ozdabiałam wszelkie prace, które miały lub mogły mieć charakter patriotyczny. Umieszczałam na kartkach lub kościelnych świecach wyraźne napisy specyficzną czcionką (solidaryca).

Nazwa „Środowisko OŚCI” powstała od winiety gazety (logo czasopisma). Sama nazwa czasopisma „OŚĆ” pozostała dla nas do końca niewyjaśniona. My nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, czy to końcówka słowa Solidarność, czy może „ość”, która ma stanąć w „gardle komunizmu”. Środowiskiem OŚCI nazywano ludzi, którzy ściśle byli związani z redakcją tego biuletynu oraz tych, którzy w jakiś sposób współpracowali z nami przez kolportaż i zbieranie informacji. Poszerzaliśmy swoje kręgi wpływu na inne miasta. Co dwa tygodnie jedna z osób przerzucała materiały do Warszawy. Osoby zmieniały się systematycznie, by uniknąć rozszyfrowania naszego systemu. Dojeżdżaliśmy pod wskazany adres do Warszawy, powoływaliśmy się na Romana, który tam funkcjonował pod innym pseudonimem, niż w Jastrzębiu i wtedy mogliśmy dalej przekazywać materiały. Pod kolejnym adresem odbywało się spotkanie, gdzie ludzie z innych miast: Krakowa, Łodzi i innych odbierali biuletyn i rozpowszechniali go na terenie całej Polski. Regularnie przywoziliśmy też czasopisma z innych rejonów kraju: tygodnik „Podlaski”, „Promienistych” i inne. Poza tym książki, z tzw. „drugiego obiegu” trafiały tą drogą do kościoła „na górkę”. Po dostarczeniu tych materiałów dalszy ich los mnie już nie interesował. Punktem rozchodu publikacji była parafia. Muszę podkreślić, że grupki działaczy znalazły w parafiach oparcie. Kościół stał się dla nich ostoją. Ludzie mieli do siebie ogromne zaufanie, szanowali się wzajemnie, czuli się bardziej śmiali w tym miejscu.

Dość ciekawym zdarzeniem w moich wspomnieniach jest jeden z wyjazdów do Warszawy: jechałam z plecakami wypchanymi wieloma egzemplarzami „OŚC-i”, ciężko mi było go nieść. Wszedł do przedziału mężczyzna, który posiadał także wypchany plecak. Bardzo zmartwiłam się, żeby przypadkiem nie zechciał mi pomagać, to byłoby ryzykowne. Ale siedzieliśmy naprzeciw siebie sztywno, nikt się nie odezwał. Pan ten wysiadł w Sosnowcu i kiedy już znalazł się na peronie zapukał w moje okno i pokazał mi znak „V” . Ulżyło mi, ale jednocześnie rozbawiło mnie to ogromnie. Jak trudno było rozpoznać w ludzi sprzymierzeńców! Kolportujący nie znali się wzajemnie, wszystko zawsze było dogadane na znaki lub sygnały, dzięki temu nie było większych wsyp z naszymi ludźmi.

„OŚĆ” to był miesięcznik. Drukowaliśmy jednorazowo około 3 tysięcy egzemplarzy, ale jeśli jeszcze sito działało na tyle, żeby jeszcze drukować i farba była rozrobiona to pracowaliśmy do oporu. Dopóki jeszcze ramka była naświetlona trzeba było wykorzystać maszynę optymalnie. W razie nagłych wydarzeń na scenie krajowej wychodziły numery specjalne, czyli dodatkowe wydanie. Jednym z nich był powstały na okoliczność przyjazdu papieża Jana Pawła II do Polski. Poświęcony był wówczas wyłącznie temu tematowi. Wychodziło także „Okienko” kierowane wyłącznie do dzieci i młodzieży. My, jako „Środowisko OŚCI” kolportowaliśmy te czasopismo. Było to pierwsza gazetka podziemna dla dzieci.

W grupie „OŚCI” pomagaliśmy kołu środowiskowemu „Pielgrzym”, które potem przekształciło się w koło „Wędrowca”. Zrobiliśmy między innymi jednolity strój dla całego koła środowiskowego, na kapeluszach umieszczając, wybite na sicie napis „Koło Środowiskowe OŚĆ”, pisane solidarycą. Sami wszystko wykonaliśmy: kupiliśmy materiał, wykroiliśmy, obszyliśmy. Mam ten strój do tej pory. W pogrzebie księdza Popiełuszki uczestniczyliśmy właśnie w tych strojach, a także podczas drogi krzyżowej do Lichenia. Do dziś ogromną dla mnie wartość stanowią nie tylko wspomnienia, ale też te wyjątkowe pamiątki: stroje, zdjęcia, pojedyncze egzemplarze gazet i inne drobiazgi.