L00064 Helena Sopel

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Heleny Sopel-Zygarskiej==

Jastrzębie-Zdrój, 24 IV 2008

Okres powstania Solidarności i cały ten rok kiedy Solidarność działała był dla mnie takim powiewem wolności i stan wojenny zburzył te moje ideały i moje pragnienie swobody, które mi Solidarność wskazała. I to zdecydowało, że podjęłam chęć współpracy z działaczami podziemia solidarnościowego.

W pierwszej kolejności szukałam kontaktu z byłymi działaczami Międzyzakładowej Komisji Robotniczej. Skontaktowałam się z Ryśkiem Bonczarem, ale on się raczej dystansował od aktywnego działania, bo on w stanie wojennym miał jakieś rewizje w domu, no i był raczej mocno wystraszony. Później złapała ze mną kontakt nauczycielka wychowania fizycznego Leokadia Jędrzejczak. I to właśnie my obie, to było na początku stanu wojennego, poszłyśmy nocą na ulicę Katowicką i tam gdzie była siedziba MKR-u, zawiesiłyśmy flagę narodową z kirem. Później dotarły do mnie takie echa, że ta flaga była widziana przez robotników jadących do pracy, ale rano już ktoś doniósł na milicję i flaga została zdjęta.

Nie ustawałam w poszukiwaniu kontaktów z aktywnymi członkami związku. Przez przewodniczącego Solidarności w naszej szkole, Stanisława Grzesiowskiego uzyskałam kontakt z Lechem Osiakiem. Wtedy wszystko się zaczęło. Podejmowaliśmy różne formy protestu w postaci, na przykład; wywieszania w różnych miejscach publicznych napisów „Solidarność”, na takich kartkach połowy formatu A4. Sam napis. Później widzieliśmy, że to było zamalowywane, ale my ciągle prowadziliśmy ten nasz sabotaż. Kolportowaliśmy również gazetki.

Początkowo ja nie identyfikowałam się z przynależnością do jakiejś określonej grupy. Po prostu manifestowaliśmy opór wobec przemocy stanu wojennego. Zbieraliśmy pieniądze na represjonowanych, aresztowanych i internowanych i to nie tylko wśród naszych znajomych, ale i szerzej. Pamiętam, że miałam w klasie ucznia, którego rodzic był internowany, więc wspólnie z innymi uczniami również zorganizowaliśmy pomoc dla tej rodziny.

Nie mieliśmy wrażenia aby esbecja wiedziała o naszej działalności, ale jeszcze w 1990 roku dochodziły do mnie informacje, że ktoś próbował mnie szkalować posądzeniem o przywłaszczenie przeze mnie jakiejś kwoty pieniędzy.

Pomagaliśmy różnym ludziom z kopalń, ale ja nawet nie starałam się zapamiętywać nazwisk tych ludzi. Znaliśmy adresy i dostarczaliśmy potrzebującym: ubrania, talony na żywność czy też samą żywność. Ale głównie kolportowaliśmy prasę podziemną. Otrzymywałam ją od Lecha. Nigdy nie pytałam skąd ją przywozi. Po prostu przyjmowałam i rozdawałam w szkole i wśród znajomych aby im uświadomić, że istnieje ten opór, że Solidarność ciągle żyje. Ci którym przekazywałam tą prasę różnie reagowali. Niektórzy się bali, ale wszyscy przyjmowali. Była taka idea aby te gazetki po przeczytaniu były przekazywane dalej, ale wiem, że nie wszyscy przekazywali. Bali się aby nie ponieść jakichś konsekwencji z tego tytułu.

Na maszynie przepisywałam wiele ulotek w formie satyry politycznej. To były utwory, które wcześniej ukazywały się w czasopismach podziemnych. Ośmieszały stan wojenny i jego przywódców. Potem powielaliśmy to z panem Adolfem Kaczkowskim.

Jadąc w kwietniu 1982 roku na święta Wielkiej Nocy w swoje rodzinne strony, wzięłam właśnie te ulotki. Zresztą niewielką ilość, żeby rozkleić je w miejscach publicznych. Chciałam również tej niewielkiej społeczności dać sygnał, że opór trwa, że ktoś przeciwstawia się stanowi wojennemu, żeby i ona wydźwignęła się z marazmu i z przeświadczenia, że coś zostało raz na zawsze zniszczone, i że wszyscy to akceptują. Dosyć sporą liczbę tych ulotek udało mi się rozkleić, ale przy tych czynnościach zauważył mnie naczelnik stacji PKP w Kańczudze i to on przekazał informacje o mnie na milicję. I kiedy tak szłam od stacji kolejowej w kierunku rynku, to oni już oczekiwali mojego przybycia. Ulotki przy sobie jeszcze miałam, bo nie zdążyłam wszystkich rozplakatować. Byłam zbyt pewna siebie; to było dosyć późno wieczorem. Złapali mnie kiedy naklejałam ulotkę na tablicy ogłoszeń naprzeciwko posterunku milicji.

Pierwsze przesłuchanie odbyło się w Kańczudze na posterunku. Przesłuchiwali mnie milicjanci. Traktowali mnie dobrze. Zrobili tylko to, co do nich należało tzn. protokoły pospisywali i odesłali mnie do Przeworska na komendę. Tam kolejne przesłuchanie, a później do Jarosławia. Byłam tam długo, ale nie wiem czy ot była komenda milicji czy areszt śledczy. Moja rodzina, co prawda została poinformowana o moim aresztowaniu, ale o miejscu przetrzymywania mnie już nie i do rozprawy, która odbyła się 17 maja zupełnie nie wiedzieli gdzie jestem, a zostałam zatrzymana 10 kwietnia. Wezwanie na rozprawę sądowa przyszło do moich rodziców w tym dniu kiedy rozprawa się już odbyła. Nie wiem, być może ktoś celowo przetrzymał to wezwanie.

Z Jarosławia przewieźli mnie do Niska, do aresztu śledczego. Rozprawa odbyła się w Rzeszowie 17 maja 1982 roku w Sądzie Garnizonowym. Skazywał mnie Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego na sesji wyjazdowej. Zostałam skazana na 5 lat więzienia i 4 lata pozbawienia praw obywatelskich. Przez miesiąc, po wyroku przetrzymywali mnie w areszcie śledczym, a potem był koszmarny przejazd do więzienia. Otóż to był albo koniec czerwca albo początek lipca 1982 roku. Było bardzo gorąco. Organizowano transport więźniarek i objeżdżano z nami różne areszty śledcze i zbierano skazane. Więzienia kobiece są w Krzywańcu, albo w Bydgoszczy – Fordonie. Mnie przewozili najpierw z Niska do Kielc. Tam nocowałam. Później więcej ludzi przewieziono do Grudziądza gdzie zostawiono recydywistki. W Grudziądzu znowu nocleg. Na następny dzień dojechaliśmy do Bydgoszczy i tam dołączyła do nas grupa dziewcząt skazanych z dekretu o stanie wojennym. Tutaj już byłyśmy same „polityczne”.

Ja co prawda nigdy w jednej celi z kryminalistkami nie siedziałam, ale niektóre dziewczyny, które miały tą wątpliwą przyjemność, opowiadały o bardzo przykrych doświadczeniach z tego typu więźniarkami. Ja siedziałam na ogół sama. W Nisku dołączyła do mnie taka pani Lenart. Ona siedziała miesiąc do sprawy i ją wypuścili. Organizowała później pomoc dla mnie kiedy siedziałam w więzieniu. Najpierw siedziałam w Krzywańcu, a później, po jakiejś scysji na widzeniu zostałam w listopadzie 1982 przewieziona do Bydgoszczy – Fordonu i tam siedziałam do amnestii, do lipca 1983 roku.

Co prawda na początku 1983 roku były Akty Łaski. Przewodniczący Rady Państwa, Jabłoński ogłosił, że będą stosowane owe akty wobec wszystkich osób, które się o to do Rady Państwa zwrócą. No, większość spośród nas nie skorzystała z tego. Nie poszłyśmy na to; i to była również forma bojkotu tego Państwa. Nie chciałyśmy się dać upokorzyć. Nie czułyśmy się winne.

W więzieniu też manifestowałyśmy swoją odrębność. Jako więźniarki polityczne np. co miesiąc ogłaszałyśmy 2-dniowe strajki głodowe i to była pewna forma nacisku na władze wiezienia aby status więźnia politycznego został jakoś usankcjonowany. Niestety byłyśmy traktowane jak pospolite przestępczynie.

Regulamin więzienia przewidywał, że każda więźniarka musi pracować, a myśmy nie chciały pracować. No, a ostatecznie od przestrzegania regulaminu uzależnione były i widzenia, i paczki, i korespondencja, i wszystkie inne „przywileje”. W związku z naszymi wystąpieniami byłyśmy szykanowane przez władze więzienia. I ta izolacja od rodziny wywoływała w nas wielkie frustracje. W Fordonie było coś takiego jak przepustki, ale tylko ze względu na zły stan zdrowia. Jeśli ktoś miał dobrego adwokata, to ten mógł mu się o taką przepustkę wystarać. Najczęściej już taka osoba nie wracała. Poszłam siedzieć, bo byłam wierna swoim zasadom i przeciwstawiłam się systemowi, który niszczy człowieka.

I rodzi się pytanie: czy ja po przemianach, które dokonały się po 1989 roku czuję się wolna? Otóż myślę, że szereg błędów politycznych, których dopuszczono się po tamtym okresie odbiera człowiekowi tą radość. Bo Okrągły Stół, „gruba kreska” nie rozliczyły tych, którzy nas zniewalali, którzy zaprzedali cały Naród, zaprzedali nas Sowietom. I ci ludzie, którzy mienią się lewicą demokratyczną i nie zostali odsunięci od władzy, poprzez szereg fatalnych decyzji politycznych doprowadzili do tego, że Naród przestał władzy ufać. Bo wolność polityczna być może istnieje, za to mamy zniewolenie ekonomiczne. Ludzie nie chcą wyrażać swoich opinii w obawie o utratę pracy. Bo już nie chodzi o polityczne poglądy, tylko o możliwość przeciwstawienia się pracodawcy, który jednak jest osobą, która sprawuje władzę. No i ludzie boją się bronić swoich praw.

Jeśli o tego człowieka, który mnie zadenuncjował, to jest to sytuacja trochę jak z powieści. Okazało się, że jest to wujek, mojej pierwszej miłości Janusza; nazwiska nie podam. Wiem, że po tych wypadkach lokalna społeczność manifestowała wobec niego wrogość. Podobnie potraktowano tego milicjanta, który mnie przesłuchiwał, a który również tam mieszkał. Zostali oni objęci obstrukcją społeczną, bo ja byłam w tym środowisku osobą znaczącą, aktywną. Miałam duszę społecznikowską i ludzie poznali mnie od tej dobrej strony. Fakt, że zostałam zatrzymana spowodował u niektórych spory szok. Zasadniczo wybaczyłam tym osobom; oni robili, co uważali za stosowne i ja również robiłam to co uważałam za stosowne. A teraz historia nas rozlicza. Bo jednak obecna władza chce się rozliczyć z tymi ludźmi i ze starymi układami. No, a cóż ci ludzie poustawiali się gdzieś tam w biznesie i stawiają silny opór. Nie chcą doprowadzić do uzdrowienia sytuacji w naszym kraju.

Z KOS-u (Komitet Oporu Społecznego) pamiętam Lecha Osiaka, Staszka Grzesiowskiego. Alinę Podmagórską znałam jako nauczycielkę, ale nie wiedziałam, że działała, bo co by nie gadać to była struktura konspiracyjna. I na przykład jeśli idzie o Leokadię Jędrzejczak, to znał ją Lechu, ja i nikt więcej. Myśmy nie operowali nazwiskami. Ja miałam swój pseudonim; ja byłam „Osa”.

Trudno operować nazwiskami ludzi z KOS-u. Zresztą minęło już tyle czasu.

Po wyjściu z więzienia w 1983 roku byłam, oczywiście represjonowana. W mojej macierzystej szkole nie przyjęto mnie do pracy. W związku z tym czyniłam starania, aby znaleźć pracę przez wydział oświaty. W końcu zostałam zatrudniona w szkole podstawowej nr 6 w Jastrzębiu na ul. Śląskiej i pracowałam tam do 1986 roku. Miałam tam problemy przedłużaniem umów o pracę, bo najpierw dali mi umowę na rok, a potem z wielkimi kłopotami przedłużyli mi ją o jeszcze dwa lata. Pod koniec tego okresu, ponieważ byłam nauczycielem mianowanym wstąpiłam na drogę sądową o zatrudnienie mnie na czas nieokreślony. Przegrałam tą sprawę i zwolnili mnie z pracy.

Moja koleżanka miała jakieś znajomości w wydziale oświaty w Wodzisławiu i od września 1986 roku zaczęłam pracować w szkole w Radlinie. Cały 1986 rok był dla mnie bardzo brzemienny w skutki, bo i zmarła mi mama, bo i straciłam a potem odzyskałam pracę, w końcu poznałam przyszłego męża i w grudniu tego samego roku wyszłam za mąż.

Kiedy w 1989 roku przywrócono mi ciągłość pracy i wróciłam do swojej macierzystej szkoły, to okazało się, że na tych najbardziej prominentnych stanowiskach są ci sami ludzie. Oni ciągle decydowali, kontrolowali i wywierali presję. Nie mogłam w takich warunkach walczyć o swoje, gdyż w moim środowisku znajdowali się ludzie, którzy do władzy zawsze odnosili się pozytywnie i jednego czego pragnęli to zawsze być na wierzchu, a Ci którzy kiedyś mieli odwagę powiedzieć: Nie! utracili wiarę w siły i wycofali się. Moja racja stała się moją prywatną sprawą.

Oczywiście zdarzały się sytuacje, np. przy wyborach dyrekcji, kiedy otwarcie wyrażałam swoją opinię o ludziach, którzy mnie krzywdzili i o tym, że nie udzielę im poparcia. Takie momenty szokowały całe grono nauczycielskie. Cóż bojaźliwi ludzie. Ale tak to jest, że całe życie nie można iść pod prąd, bo to za dużo kosztuje.

Wracając jeszcze do KOS-u. Po 1983 roku kiedy rozpoczęłam pracę. Poprzez rodziców moich uczniów, oczywiście tych rodziców, o których wiedziałam, że cechują się niezależnością myślenia, dotarłam do pana Kozaka, który z kolei skontaktował mnie z p. Romualdem Bożką i z p. Adamem Kowalczykiem. W tym czasie pomieszały się te nasze organizacje podziemne i zaczęła działać szersza grupa i działała aż do 1989 roku.

W chwili obecnej należę do Solidarności, ale widzę, że jest tam pełno karierowiczów. Ideały pierwszej Solidarności są tym ludziom obce. Nie chodzi im o obronę praw pracowniczych, lecz o osobiste profity. Ale ja pozostanę wierna swoim ideałom.