L00066 Grzegorz Surdy

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Grzegorza Surdego==

Opowieść o moich związkach z Konfederacją Polski Niepodległej rozpocząć muszę od wspomnienia anegdotycznej sytuacji, jaka wydarzyła się, gdy siedziałem po raz drugi w pudle w 1985 roku. W dwóch celach więzienia w Strzelinie, w których trzymano politycznych znajdowały się radia, więc wiadomości z nasłuchu pozostali mieli na bieżąco. Pamiętam jak jednego dnia wychodziłem na spacer razem z kolegą z celi Jędrkiem Pokorskim - kapeenowcem z Wodzisławia Śląskiego, odsiadującym wyrok za wysadzenie pomnika wdzięczności armii sowieckiej. I wtedy, gdy pewnego dnia jak zawsze razem pojawiliśmy się na spacerniaku, znajomi krzyczą do Pokorskiego: „O widzimy Jędruś, że masz w swojej celi towarzysza partyjnego”. Okazało się, iż Wolna Europa podała właśnie informację, że wśród skazanych przebywających w ZK Strzelin jest Grzegorz Surdy, członek KPN- u z Krakowa. Śmiałem się wtedy, że zaocznie wpisano mnie do Konfederacji, podczas gdy nigdy formalnie do KPN-u nie należałem. Oczywiście identyfikowałem się z programem, założeniami i akcjami firmowanymi przez Konfederację, to jednak do KPN-u się nie zapisałem.

Podstawą mojej działalności opozycyjnej, była kwestia odzyskania Niepodległości, pełnej Niepodległości, więc pod tym względem podpisywałem się obiema rękami pod programem KPN-u. Byłem jednak członkiem Niezależnego Zrzeszenia Studentów i była to właściwie jedyna organizacja do której formalnie przynależałem. Później zostałem również sygnatariuszem – założycielem Ruchu Wolność i Pokój. A tak jak każdy z ośrodków tej organizacji miał jakąś etykietę, tak Kraków był jednoznacznie identyfikowany z KPN-em. Nawet mawiano złośliwie, iż krakowski ośrodek jest agenturą KPN. Powodem takich opinii była równoczesna przynależność do Konfederacji kilku osób - sygnatariuszy i najaktywniejszych uczestników Ruchu, w tym Radka Hugeta, który był od samego początku w krakowskim KPN-ie, a w 1985 roku został jednym z głównych animatorów i promotorów powołania do życia WiP-u. Także rodzina Marka Bika, czyli Marek z siostrą, byli bardzo aktywnymi członkami KPN-u i jednocześnie zaangażowali się w powstanie Ruchu, oraz jeszcze ileś osób, będących stosunkowo blisko i kojarzonych oczywiście z Konfederacją.

Przy czy mitem jest chodząca do dzisiaj informacja o tym, że Ruch Wolność i Pokój powstał z inicjatywy KPN-u. Wiem, że Radek miał taki zamysł i jak przypuszczam, że tak jak i wiele innych, konsultował go z „Moczułą” (L.Moczulski – N.W.), aczkolwiek sam pomysł przywędrował z Warszawy. Dobrze pamiętam, że przywiózł go do Krakowa Staszek Handzlik, który rozmawiał osobno z Radkiem Hugetem, osobno ze mną i na pewno jeszcze z jakimiś młodszymi, ale ich nazwisk już dzisiaj nie pamiętam. Staszek skontaktował nas ze sobą i można powiedzieć, że pośredniczył w porozumieniu pomiędzy trzema albo nawet i czterema grupami. Ale sam pomysł jako taki nie był autorstwa Staszka Handzlika lecz wyszedł od Jacka Kuronia, który poszukiwał jakiejś nowej koncepcji na przyciągnięcie młodych do działań opozycyjnych. Kuroń, jak przypuszczam, pewnie zamyślał nad kierunkiem bardziej pacyfistycznym, ale nas urzekło w tym coś całkiem innego.

W rozmowach z Radkiem, odbywających się na samym wstępie tego rozdziału mojej działalności, poruszaliśmy ważną dla nas wówczas kwestię. Mianowicie chodziło o to, że o ile jeszcze w 1981 roku ruszono, słabo bo słabo ale jednak, resort Spraw Wewnętrznych, powstały wtedy Niezależne Związki Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. To jakiekolwiek zmiany nie dotknęły armii. Mało tego! W świadomości społecznej funkcjonował mit „dobrego żołnierza”, władza umiejętnie podtrzymywała tradycję „polskiego oręża” i Jaruzelski na tym żerował. Już w 1981 roku pojawiały się wywieszane hasła: Generale! Honor i Ojczyzna czekają na Ciebie! A wszyscy mieli wtedy oczekiwać, że pojawi się wiadomo kto w mundurze i wydobędzie Polskę z chaosu. Życie pokazało jak to ma wyglądać za kilka miesięcy -13 grudnia.

Niestety ten mit u wielu pokutował nawet po stanie wojennym, a przecież, tak jak wtedy zastanawialiśmy się, to Ludowe Wojsko Polskie miało niewiele wspólnego z prawdziwym Wojskiem Polskim. A zawsze stało na straży obcych interesów i wprowadzało w Polsce komunizm. Co więcej! Jeżeli w Polsce przez tyle lat komunizm jakoś się utrzymywał, to w głównej mierze dzięki temu Ludowemu Wojsku Polskiemu, które na swoich bagnetach ten komunizm wspierało i utrzymywało. Tak było na samym początku istnienia PRL-u, kiedy to wojsko wykańczało Podziemie Niepodległościowe. Później interwencja właśnie tego Ludowego Wojska w Poznaniu, potem w 1968 nie musiano używać armii w marcu w kraju, ale wysłano ją do Czechosłowacji. W 1970 na Wybrzeżu właśnie to wojsko odwaliło cała tą „brudną” robotę. I wreszcie w 1981 roku armia zawładnęła praktycznie wszystkim. Nawet bezpieką rządzili wojskowi, a kontroli armii została poddana właściwie każda dziedzina życia. Komisarze wojskowi panoszyli się wszędzie, ministrami i wojewodami zostawali generałowie komunistycznego Ludowego Wojska Polskiego.

Dla nas niemały problem stanowił ten panujący w świadomości społecznej mit tłumaczący, że o ile milicja, bezpieka to zło, to wojsko jednak lepsze, bo tak jakby trochę nasze, co oczywiście było nieprawdą. Więc jak się pojawił ten pomysł mnie zaświeciły się oczy z właściwie jednego tylko względu. Bo chociaż uważam siebie za militarystę bardziej niż za pacyfistę, również Radek Huget, tak jak i wiele innych osób nie mających nic wspólnego z pacyfizmem uznaliśmy, że właśnie pacyfizm pomoże nam przy naruszeniu bardzo istotnego elementu narzuconej władzy komunistycznej za jaki uznawaliśmy LWP. A to na pewno nie było w zamyśle Kuronia ani też Michnika. Parę miesięcy później mieliśmy pomysł, żeby patronem dla WiP-u stał się Lech Gądek – Polak poległy w walce z sowietami w Afganistanie i pamiętam dobrze jak Adam Michnik dostał nieomal białej gorączki, kiedy się od nas dowiedział o tym, że chcemy ufundować i wmurować tablicę z taka mniej więcej sentencją: Lechowi Gądkowi – Antykomuniście, Bojownikowi walczącemu z bronią w ręku przeciwko armii sowieckiej.

Rzeczywiście WiP w Krakowie miał etykietę, jeżeli nie kapeenowskiego to na pewno silnie niepodległościowego. Sprawa Niepodległości również w WiP-ie była bardzo istotna. A oprócz tego, że wiele osób było związanych z KPN, same akcje WiP-u swoim charakterem wcale nie odbiegały od tych firmowanych przez Konfederację. W późniejszym czasie, w 88-89 r akcje, które wydawałoby się, że powinny być wipowskimi firmowała Organizacja Studencka KPN-u, zaś te, które teoretycznie pasowałyby bardziej do KPN-u np.: ”Sowieci do domu” organizował ruch Wolność i Pokój. Z chwilą powstania WiP-u spora grupa młodych dynamicznych ludzi, mentalnie na pewno bliskich KPN-owi, zyskała możliwość działania w nowej, innej nieco od dotychczasowych formule. Na pewno radykalniejszej, jeżeli chodzi o metody działania. Co było przy tym dosyć istotne, Ruch Wolność i Pokój nie miał żadnej sformalizowanej struktury, więc każdy kto identyfikował się z działaniami, a niekoniecznie z całym programem WiP-u, mógł właściwie uważać się za WiP-owca. Stąd brało się to wzajemne personalne przenikanie ludzi uczestniczących jednocześnie w działaniach KPN-u i WiP-u. Pamiętam, że odbywało się nawet coś w rodzaju rywalizacji o rząd dusz, a ze strony, tzw „dorosłego” KPN-u do Radka Hugeta kierowano pretensje o to, że działa więcej na rzecz WiP-u niż KPN-u. Oczywiście odczucia takie mogły być zasadne, ale dla nas wtedy najważniejszym zadaniem było przyczynianie się do odzyskania Niepodległości. Nie unikaliśmy tego słowa i można powiedzieć, że taka postawa bardzo nas łączyła z KPN-em i tak właściwie z Konfederacją zawsze nam było po drodze.

Im bardziej komuna słabła, tym mocniej była przez nas artykułowana kwestia odzyskania Niepodległości i co za tym idzie postępowała pewnego rodzaju radykalizacja podejmowanych akcji. Dopiero wtedy mogliśmy sobie pozwolić na działania w rodzaju „internowania ministra oświaty Fisiaka” na początku 89 roku, a nie do pomyślenia było wykonanie takiej akcji np. w roku 1982. W momencie przesilenia tj styczeń – luty 89 widać było słabość aparatu komunistycznego. Robiliśmy wtedy akcje: „Jaruzelski na śmietnik historii” - mogliśmy, więc pozwolić sobie wtedy na śmielsze niż wcześniej poczynania i oczywiście z większym radykalizmem niż hasła KPN-u z lat 82-84.

KPN w latach 1985-86 mierzył się z kryzysem form działalności. Program „III Horyzonty” sformułowany przez Leszka Moczulskiego był sumą wytycznych, ale nie do końca realizowanych. Poza tym kilka osób z pierwszego KPN 1979-1981 w różny sposób powypadało z obiegu. Zginął człowiek będący blisko nas Witek Toś – w KPN od samego początku. Wyjechał do Stanów Krzysiek Bzdyl i rozjechało się po świecie kilka osób spośród założycieli krakowskiego KPN-u. Na ten swoistego rodzaju kryzys przywództwa wpłynęła także sprawa Gąsiorowskiego i w ogóle agentury.

Konfederacja podobnie zresztą jak WiP stawiała na jawną działalność. Oczywiście poligrafia, kolportaż i cała związana z tym logistyka pozostawały w ukryciu, ale część osób działało jak najbardziej jawnie. Na przykład adres Zygmunta Łenyka był podawany do publicznej wiadomości na łamach czasopism podziemnych. Jednak dla ludzi aktywnych, którzy potrzebowali czegoś więcej niż tylko zwykłego konspirowania, akcje WiP stały się atrakcyjnym dopełnieniem ich zaangażowania. Jak pamiętam jeszcze w osiemdziesiątym siódmym występowała jeszcze walka o rząd dusz, jednak tzw. Młody KPN odnalazł się w Organizacji Studenckiej. Na Uniwersytecie uaktywniła się wtedy dosyć liczna grupa związana z Przemkiem Markiewiczem, Jurkiem Jajte-Pachotą i Pawłem Sabudą, plus oczywiście Maciek Gawlikowski, Danka Czechmanowska, Agata Michałek, która zresztą pojawiała się także w WiP-ie.

Warto zwrócić uwagę na znaczenie, jakie KPN przywiązywał do rozgłosu, albo jakbyśmy dzisiaj powiedzieli pi-aru. Na samym początku wspomniałem jak zostałem zapisany do KPN-u. Ten mój własny przykład jest chyba prawdziwym dowodem całkiem niezłej operatywności tej mierze. Otóż obieg informacji pozostawał w rękach ludzi działających na powierzchni i mających oczywiście kontakt z zagranicznymi dziennikarzami. W Krakowie taką osoba był Zygmunt Łenyk, a jego przedsiębiorczość w tym działaniu wydawała się nie mającą żadnych granic. Otóż Zygmunt po każdej, jakiejkolwiek zresztą demonstracji przekazywał korespondentom wiadomości o tym, że właśnie odbyła się demonstracja KPN-u i udzielał na jej temat mniej, czy też bardziej szczegółowych informacji. Zazwyczaj sama demonstracja była solidarnościową, ale uczestniczyło w niej kilka osób z KPN-u, a transparent z nazwą, albo jak to dzisiaj mawia się logo partyjnym, znalazł się oczywiście na jej czele. I w ten sposób w świat szedł przekaz, który wówczas niektórych może i trochę irytował, ale oceniając rzecz całą z perspektywy czasu uznaję, iż plusem było wykorzystanie każdej okazji do nadania rozgłosu firmie mającej w nazwie Niepodległość. Metody te nie wzbudzały sporów, bo przecież była to wspólna droga do Niepodległości. To trochę jak z „V Kolumną” generała Franco. Cztery drogi do Madrytu, cztery kolumny i jedna w samym mieście, ale cel wspólny najważniejszy - opanować stolicę! A zauważyć wypada, że w roku 85 i 86 ta perspektywa odzyskania Niepodległość rysowała się przed nami dosyć mgliście. Im bardziej hasło Niepodległość rozwścieczało czerwonych, tym bardziej esbecja je tępiła, w następstwie czego ludzie zaczęli wydatniej wspierać wszelkie działania firmowane przez KPN. Może gdyby reżim odpuścił i nie próbował z takim zapamiętaniem tępić tego hasła, spowszedniałoby ono i cieszyło się mniejszym poparciem. Bezpieka nie odpuszczała i próbowała zwalczać brutalnymi metodami, co wpłynęło na radykalizacje postaw. Wynikiem tej sytuacji był udział ludzi z innych organizacji w akcjach firmowanych przez OS KPN, nawet dla jedynie tylko sympatyków opozycji, hasła głoszone przez Konfederację stawały się bardzo atrakcyjne..

Druga połowa lat osiemdziesiątych to czas zaangażowania młodego pokolenia. W opozycji pojawiają się młode roczniki. Działaczy FMW, NZS, KPN jednoczył wspólny cel, a młodość to przecież naturalnie przyrodzony radykalizm i bezkompromisowość. Nietrudno, więc było ogółowi identyfikować się z działaniami Konfederacji. Nie bez powodu na którejś z rytualnych konferencji prasowych rzecznika rządu, Jerzy Urban nazwał nas czyli: NZS, KPN, WiP i FMW „Terrorystyczna Grupą Krakowską”. Bardzo nam to zaimponowało i poczuliśmy się przez reżim w pewnym sensie nobilitowani, co więcej, przez pewien okres te cztery organizację występowały oficjalnie pod nazwą „Grupa Krakowska”, oczywiście już bez tego przymiotnika: terrorystyczna.

Nie było jednak całkowitej sielanki i myliłby się ktoś sądząc, iż nie pojawiały się spory i wzajemne animozje. Często, - jak się teraz okazuje – była to robota esbecji. Zdarzało się, iż poprzez TW albo agentów wpływu napuszczała na siebie ludzi, chociaż nie można też wykluczyć względów ambicjonalnych. W końcu opozycja skupiała wiele indywidualności i chociaż jednoczył cel wspólny, to jednak różnice przecież były. A wśród kilkuset ludzi mniej czy bardziej zaangażowanych w działalność wywrotową zdarzały się oczywiście konflikty.

Jeżeli chodzi o ścisłość, to różny był stopień zaangażowania wśród wspomnianej grupy. Jedni to bardzo aktywni działacze wiele poświęcający, jak by to górnolotnie ująć - „sprawie”. Kolejni, to średnio lub też całkiem sporadycznie uaktywniający się sympatycy, których w miarę sukcesów opozycji przybywało. Ci ostatni swoje zaangażowanie przejawiali w akcjach ulicznych.

Prawidłowością stawała się podwójna przynależność albo pewnego rodzaju dualizm w zaangażowaniu. Dla osób bardziej aktywnych nie wywoływało sprzeczności jednoczesne należenie do partii politycznej, którą była Konfederacja oraz stowarzyszenia, jakim było Niezależne Zrzeszenie Studentów lub też do WiP-u będącego ruchem społecznym. Wypada dodać, że KPN był wówczas właściwie jedyną partia polityczną. O działaniach innych oczywiście wiedzieliśmy, jednakże nie miały one, przynajmniej w Krakowie jakiegoś większego znaczenia. Ludzie z Konfederacji uczestniczący w działaniach WiP-u siłą rzeczy przenosili hasła, wartości i rzeczywisty radykalizm. Próżno by się wtedy, a chodzi mi o drugą już połowę lat osiemdziesiątych, doszukiwać się w hasłach podziemnej Solidarności deklarowania dążeń odzyskania Niepodległości. Dlatego też wpływy KPN-u na nasze postawy i świadomość były takie duże. Poza tym mieliśmy stały kontakt z kierownictwem Konfederacji. Więcej mógłby na ten temat Radek powiedzieć, ale wiadomo mi, że konsultował się z Leszkiem Moczulskim i zapewne jakieś działania WiP były z KPN-em uzgadniane. Nie były, więc całkiem pozbawione podstaw pojawiające się wtedy zarzuty o kapeenowską agenturalność krakowskiego ośrodka WiP-u. Co ciekawe nie musieliśmy tych pogłosek wcale dementować. Po prostu w Krakowie mieście z tradycjami niepodległościowymi, WiP odchylony w tą dobrą stronę nikomu z naprawdę zaangażowanych specjalnie nie przeszkadzał. Co prawda w relacjach bardziej towarzyskich niejednokrotnie żartowano z tej naszej agenturalności, ale nikt z opozycji tej kwestii oficjalnie nigdy nie podnosił.

Do zarzutu kapeenizacji Ruchu nie odnosił się też Rokita, który w 1981 roku był przecież bardzo prokapeenowski. Radek Huget opowiadał mi, że znacznie wcześniej, nieomal zapisał Rokitę do Konfederacji. A faktem jest, iż w trakcie strajku studenckiego jesienią 1981 roku za przyczyną, a właściwie dzięki Janowi Rokicie Radosław Huget - zadeklarowany kapeenowiec został dokooptowany do komitetu strajkowego. Te więzi między nimi zacieśniły się w czasie wspólnego pobytu w internacie, a później oczywiście bardzo ułatwiały współpracę.

Co bardzo ważne! Nasze akcje nie stały w żadnej sprzeczności z hasłami czy też programem KPN-u. My właściwie do pewnego stopnia ofertę KPN-u swoimi działaniami uzupełnialiśmy. A co zakrawało na pewien paradoks, podejmowane przez nas akcje jako żywo nie kojarzyły się z działalnością organizacji pacyfistycznej. Dla ścisłości dodam, że ogólnopolski WiP, z powodu pro anarchistycznego nastawienia ośrodka gdańskiego, zyskiwał etykietę pacyfistycznego. Tymczasem my broniliśmy się przed taką identyfikacją i określaliśmy się bardziej jako ruch wolnościowy działający metodami pokojowymi.

A propos ruchów pokojowych. W ówczesnych realiach pacyfiści działający na zachodzie, byli bardzo wspierani, a w niektórych przypadkach nawet finansowani przez sowietów. Co ciekawe podczas, gdy tamci zachodni pacyfiści machający pacyfami, organizujące marsze i akcje na rzecz rozbrojenia byli jawnie popierani przez reżimy wszystkich krajów demokracji ludowej. To my, walczący rzeczywiście pokojowymi metodami byliśmy przez podległy sowietom komunistyczny reżim ostro zwalczani. Staraliśmy się unaocznić ten, delikatnie ujmując dysonans, aktywistom zachodnich ruchów pokojowych. Podczas, gdy z niemieckimi Zielonym nie dało się w ogóle rozmawiać, to niektórzy działacze z Belgii, Holandii i w szczególności z Francji przyjmowali nasze argumenty. Udało nam się w ten sposób doprowadzić wśród nich do podziałów. Staraliśmy się im pokazać, że są mniej lub bardziej, ale jednak agenturą Moskwy i ci, którzy nie chcieli być w dalszym ciągu pożytecznymi idiotami działali już od tego czasu bardziej świadomie. Na przykład podejmując protesty nie tylko przeciwko amerykańskim rakietom stacjonującym w Europie, ale przeciwko rakietom w ogóle. Na samym początku dosyć luźne kontakty z tymi środowiskami zaowocowały spotkaniem w warszawskim kościele na Żytniej w 1987 i następnie znacznie większym przedsięwzięciem, jakim okazała się Konferencja w Mistrzejowicach w 1988 roku. Przyjechało na nią dużo działaczy z zachodu, ale także i z demoludów. Spotkania te były też niezłym prztyczkiem w nos komunie, gdyż władza afiszowała się wtedy organizowaniem jakichś konferencji, sympozjów, jednym słowem spędów różnych person, które wydawały sążniste apele o ratowanie i utrzymanie pokoju na świecie. Przedsięwzięcia te były tak samo pokojowe, jak patriotyczny był PRON.

Jednak największym zagrożeniem dla władzy była nasza aktywność wymierzona przeciwko armii. Można to nazwać dosyć śmiałym wyzwaniem, ponieważ nikt z opozycji nie wkraczał na ten obszar. I przynajmniej dla nas, tu w Krakowie aktywność w tym zakresie nie ograniczała się do postulatów dotyczących służby wojskowej, a konkretnie możliwości odbywania jakichś zastępczych form tej służby. Podjęliśmy również, a chyba nawet najpierw, sprawę Roty Przysięgi wojskowej. Uważaliśmy, że nie można przysięgać na sojusz z Bratnią Armią Czerwoną czy też ludową ojczyznę, bo wszak Ojczyzna jest jedna i nie potrzeba w jej nazwie żadnych przymiotników. Co ciekawe odnieśliśmy sukces, gdyż Rotę zmieniono na długo przed rozmowami okrągłego stołu.

Walka o wprowadzenie zastępczej służby wojskowej, w moim osobistym przekonaniu mieściła w formule osłabiania systemu, a przy tym wynikała ze zrozumienia ludzi po prostu nie chcących służyć w takim w wojsku. Jeżeli przymusowy pobór, to też i przymusowa indoktrynacja. Pamiętaliśmy o pozostawieniu przed stanem wojennym starszych roczników żołnierzy służby zasadniczej. Reżimowi chodziło o to, aby pacyfikacji kraju dokonywali ludzie nie zainfekowani wolnościowym wirusem w trakcie karnawału Solidarności. Z punktu widzenia władzy była to dobra taktyka, gdyż w trakcie stanu wojennego w wojsku nie odnotowano znaczniejszych przykładów buntów, niewykonania rozkazów, czy też jakichkolwiek zorganizowanych form oporu. Warto pamiętać, że to jednak wojsko było pierwszą siłą uderzeniową na strajkujące zakłady. Milicja, ZOMO wchodziło po odblokowaniu, rozwaleniu bram, więc pierwszych szturmów dokonywali żołnierze. Dlatego też uważaliśmy nasze działania przeciwko wojsku za bardzo istotny element walki z komuną.

WiP rozpoczął swoją działalność 14 kwietnia 1985 roku w Kościele na Bieżanowie od ogłoszenia powstania i przedstawienia listy sygnatariuszy. Po dwóch tygodniach dołączyła grupa warszawska. Co prawda, zamierzaliśmy wystartować równocześnie, ale różniliśmy się z Warszawą w kwestii taktyki. Po doświadczeniach z głodówkami w Bieżanowie i Podkowie Leśnej wychodziliśmy z założenia, ze musimy rozpocząć działanie jawne. Tymczasem w Warszawie mieli jeszcze, co do tej metodologii wątpliwości. Myślę, ze oni byli trochę przestraszeni, a myśmy chcieli jak najszybciej zacząć działać w tej nowej formule. Stawialiśmy na jawność z jednego jeszcze powodu. Otóż sygnatariuszami w większości byli ludzie bardzo dobrze znani bezpiece. Albo z wyrokami po odsiadce, z pobytem w internacie albo też już namierzeni. Jednym słowem tzw. zawodowi opozycjoniści. I chociaż z jednej strony ograniczało to w sferze aktywności stricte konspiracyjnych, to z drugiej dawało większe nich dotychczas możliwości oddziaływania. Koniec końców Warszawska grupa dołączyła po dwóch tygodniach. A to wspólne już wtedy przekonanie o większej skuteczności działalności jawnej wynikało także z odczuwalnych oznak słabnięcia reżimu.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wiało ze strony władzy chłodem. Zapadały wyroki, zdarzały się różnego rodzaju represje i wreszcie było zabójstwo Księdza Jerzego Popiełuszki. Odpowiedzią opozycji na to morderstwo i w ogóle brutalność władzy, było powstanie jawnie działających Komitetów Przeciwko Przemocy (w Krakowie Inicjatywa Obywatelska w Obronie Praw Człowieka Przeciw Przemocy – W.N). Jednakże poza wydaniem paru oświadczeń, przedsięwzięcie to utknęło w jakimś marazmie. Zaobserwowaliśmy jednak prawie obojętną reakcję władzy, na publiczną działalność ludzi w nim zaangażowanych. Nie spotkały ich większe represje i przyznaję dzisiaj, że nas ta sytuacja trochę wtedy ośmieliła. Uznaliśmy, że najwyższa już pora działać oficjalnie, a za cel, jak już wcześniej wspomniałem, obraliśmy sobie podporę sytemu komunistycznego - komunistyczna armię. Jedyną reperkusją, jaka mnie spotkała po ogłoszeniu powstania WiP-u, było krótkotrwałe zatrzymanie. I co ciekawe, pomimo znalezienia w trakcie rewizji deklaracji założycielskich Ruchu i jakichś materiałów z tym związanych, to jednak nie postawiono mi żadnego zarzutu o działalność w WiP-ie. Po jakimś czasie podjęliśmy akcję, a właściwie próbowaliśmy zainicjować masowe odsyłanie książeczek wojskowych. A ponieważ tym samym na poważnie zaczęliśmy godzić w obronność PRL-u, bezpieka dopiero wtedy zaczęła się nam uważniej przyglądać.

Jednak ostrzej i bardziej zdecydowanie wystartowaliśmy z akcjami ulicznymi tj. marszami po katastrofie w Czernobylu. Było to w maju 1986. Natomiast w sierpniu tego samego roku zajęliśmy się odmawiającymi służby wojskowej. Po letniej amnestii 86 wypuścili wszystkich politycznych, a w więzieniach pozostali tylko dwaj objecterzy - Napierski i jeżeli się nie mylę Różycki albo Kasperek, których władza nie chciała uznać za więźniów politycznych. Wtedy WiP zorganizował w Warszawie, w Pasażu na Ścianie Wschodniej, dużą pikietę w ich obronie. Akcja ta zaowocowała sukcesem, bo władza zreflektowała się i zostali oni zwolnieni z więzienia. Dzięki temu nabraliśmy, jakby to powiedzieć, wiatru w żagle, a co za tym idzie większej śmiałości w następnych przedsięwzięciach.

Kolejną akcją WiP-u stał się podjęty przez gdański ośrodek protest przeciwko Hucie Siechnice. Tak jak wcześniej wspominałem Ruch Wolność i Pokój w skali ogólnopolskiej był tworem bardzo niejednorodnym. Dobitnym przykładem potwierdzającym tą tezę była działalność grupy z Trójmiasta. Jej lider Krzysztof Galiński, zwanym przez nas papieżem anarchizmu, wraz z Wojtkiem Jankowskim i innymi kolesiami, którym były bliskie idee anarchizmu, przeprowadzili dużą akcję ekologiczną przeciwko hucie zatruwającej Wybrzeże.

Ale za to na przykład w Gorzowie Wielkopolskim WiP miał, chyba dla rónowagi, charakter oazowy, czyli bardziej niż gdziekolwiek indziej przykościelny i związany tam był dosyć ściśle z Markiem Jurkiem. Kraków jak już wspomniałem określany był jako kapeenowski. Lecz ja bym powiedział, że po prostu niepodległościowy. Natomiast Warszawa miała opinię ośrodka takiego bardziej prasowego i jeżeli robiącego cokolwiek, to bardziej dla mediów niźli konkretnych akcji. I rzeczywiście, zebrało się tam parę osób doskonale funkcjonujących w przekaziorach, mający dobre kontakty z korespondentami m.in.: Czaputowicz i Szymanderski. Pamiętam, że dla zrównoważenia Czaputowicza, który w pewnym okresie zdominował, jak bym to dzisiaj ujął, politykę informacyjną, zaczęliśmy promować Jacka Szymanderskiego. Ostro poczynał sobie wtedy w tym obszarze także Piotrek Niemczyk. Pomimo pewnego rodzaju niejednorodności Ruchu, w skali ogólnopolskiej integrowały nas częste spotkania – konferencje, odbywały się one najczęściej w Warszawie. Ale chyba nawet ważniejsze były wspólne akcje. Te skoordynowane, organizowane w poszczególnych ośrodkach, ale i takie, na które zjeżdżaliśmy się z całego kraju, jak np.: „Festiwal Pokoju” w Dąbkach.

W Krakowie wywołaliśmy temat Wojny Afgańskiej. Było to bezpośrednie uderzenie w Sowietów. Mówienie na głos o bombardowaniach, torturach, represjach, czyli jednym słowem zniewalaniu całego narodu, było jawnym wyzwaniem rzuconym już nie naszej rodzimej władzy ale jej mocodawcom z Moskwy. Wychodziliśmy z założenia, że źródłem wszelkiego zła dziejącego się w Polsce są komuniści. Ich rządy zostały nam narzucone przez obce mocarstwo, którego armia wprowadziła komunizm do Polski i wciąż tą władzę utrzymywały, a jednocześnie ta sama armia dosłownie mordowała dzielny Naród Afgański.

Oczywiście akcje przeciwko sowietom zbliżały nas bardzo do KPN-u, ale pamiętam też, że w tych relacjach nie zawsze bywało sielankowo. Na przykład wystąpienia WiP-u przeciwko wojsku było przez pewnych działaczy Konfederacji odbierane, delikatnie ujmując, niezrozumiale. Pamiętam dyskusje z Maćkiem Gawlikowskim, który nie mógł tego zrozumieć i się z tym pogodzić. Dla części ludzi z KPN tradycja II Rzeczypospolitej, kult Marszałka czy też wyniesiony z zapatrzenia w Polskę międzywojenną etos Armii, nie pozwalał nawet pomyśleć o tym, żeby uderzać w wojsko. Mieli z tym dylemat także młodzi konfederaci z Organizacji Studenckiej. Tymczasem my, uważając iż ten system opiera się w głównej mierze na komunistycznej zindoktrynowanej i niereformowalnej strukturze jaką było LWP, nie mieliśmy żadnych oporów, żeby dowalać jak najmocniej, po to aby jak najbardziej ten system osłabić. Komuniści poprzez rozpoczynające się wtedy odwoływanie do całej, a nie tylko dotyczącej LWP, tradycji oręża polskiego. A także np. przywrócenie rogatywek kompani honorowej, umiejętnie żerowali na szacunku dla munduru. To właśnie wtedy władza przestawała tak bardzo eksponować przymiotnik Ludowe w nazwie Wojska Polskiego. Był to jakiś znak czasu i dowodził nie tylko słabnięcia reżimu ale i pewnej jego przebiegłości.

Akcjami przeciwko armii narażaliśmy się także dorosłej opozycji spod znaku Solidarności. Słyszeliśmy z tamtej strony nie raz, że : „ głupotą jest atakowanie wojska z poboru, bo przecież w tym wojsku synowie tej ziem..i” i.t.p. Nasi starsi przyjaciele jakby zapominali o tym, iż głównym elementem szkolenia w wojsku nie była bynajmniej nauka strzelania, ale zajęcia polityczne, a że uporczywa indoktrynacja i pranie mózgu takiego żołnierza przynosiło efekty przekonał nas przecież stan wojenny.

O ile wątpliwości w tej kwestii wyrażane przez ludzi z KPN-u były dla mnie osobiście całkiem zrozumiałymi, o tyle dziwiło podejście niektórych działaczy z „S”. Myślę, że był to w jakiejś mierze dowód skuteczności działania agentury i bezpieki. WiP stanowił dla czerwonych poważne niebezpieczeństwo z kilku powodów. Pierwszym była atrakcyjność dla mediów zagranicznych z racji nowości. Było nas pełno w doniesieniach korespondentów zachodnich gazet ale i chyba przede wszystkim w rozgłośniach. Kolejnym atutem i co za tym idzie niebezpieczeństwem dla władzy była nasza nieprzewidywalność. Młodość niesie ze sobą radykalizm postaw, działania. I my naprawdę w swoich działaniach bywaliśmy bardzo radykalni. Stara opozycja w połowie lat osiemdziesiątych tkwiła w marazmie, a tak właściwie to jakoś nie mogła się podnieść po stanie wojennym. Wypada to na głos powiedzieć. Przecież w stanie wojennym komuna w jedną noc przetrąciła kręgosłup Solidarności i przez kilka kolejnych lat sukcesem wydawało się samo jej istnienie. Oczywiście nie zapominam o znaczeniu jakie miała poligrafia i w ogóle wolne słowo, ale przecież „S” tłumów za sobą nie porywała, więc i dla władzy nie była jakimś wielkim problemem. Co innego w miarę zorganizowane ekipy składające się z młodych, wyedukowanych na bibule, radykalnych i bezkompromisowych ludzi, do których trafiają niepodległościowe hasła i postulaty o jakich działacze „S” nawet by nie pomyśleli. Dla czerwonych to już był niemały kłopot, tym bardziej, że my wcale nie mieliśmy ochoty się z nimi porozumiewać. Tęskniła do rozmów Stara opozycja. Można powiedzieć, że okazji do nich wciąż wyczekiwała. Nadarzyła się ona w 1988 roku i co ciekawe nie z powodu miłosierdzia reżimu, ale dlatego, że komuniści woleli rozmawiać z środowiskami dobrze przez wiadome służby rozpoznanymi. Dzisiaj już wiemy o intensyfikacji działań esbecji w 1987 roku. Na wielka skalę pozyskiwano wtedy agenturę w środowiskach „S”. Oprócz wzmożonej aktywności zwykłych donosicieli, nie bez znaczenia była też działalność agentów wpływu. Dla komunistów taka opozycja była wygodnym przeciwnikiem? Czy może już bardziej partnerem? Natomiast WiP, zwłaszcza tak pro-niepodległościowy jak w Krakowie, poważnym niebezpieczeństwem.

Zauważaliśmy wtedy pewną prawidłowość. Wszędzie tam gdzie silne były wpływy KPN-u radykalniejsze stawały się struktury Solidarności. Pamiętam nasz wspólny z Radkiem Hugetem wyjazd na strajk do Jastrzębia. Z powodu jakichś perturbacji organizacyjnych przypadł nam zaszczyt dostarczenia na miejsce Bogdana Lisa – delegata Lecha Wałęsy, a po dotarciu na kopalnię „Manifest Lipcowy” pojechaliśmy jeszcze dalej na południe do mającej opinię najbardziej skapeenizowanej na Śląsku kopalni „Morcinek”. Jej załoga składająca się w znacznej części z odrabiających wojsko młodych ludzi deklarowała przynależność bądź sympatie dla KPN-u. Ujmującym było przyjęcie jakie nam tam zgotowali, a zadziwiał radykalizm i bezkompromisowość, zwłaszcza, że czerwoni poczynali sobie z nimi niezwykle ostro. Później po zakończeniu strajku znaczna ich część w ramach represji trafiła w bardzo szybkim trybie do wojska.

Niestety w wielu miejscach organizacje niepodległościowe nie zaistniały, to też idee i ich radykalizm nie mógł pozytywnie oddziaływać na resztę opozycji. Czerwoni więc dogadywali się z ludźmi, których właściwie sobie do rozmów dobierali. Dzisiaj zaczynamy się powoli dowiadywać o mechanizmach tego procesu więcej niż sami zainteresowani o nich przez lata całe przekazywali w swoich relacjach.

Jeżeli już jestem przy tym temacie to warto by wspomnieć o naszych kontaktach z tzw. dorosłą opozycją. O ile z Solidarnością z Huty dobrze nam się współpracowało, od samego początku mieliśmy z nią bardzo dobre relacje, polegające m.in. na wzajemnym wspieraniu w różnych przedsięwzięciach i nie występowały w tej współpracy jakieś większe problemy. O tyle w kontaktach z Solidarnością uniwersytecką czyli środowiskiem, które w późniejszym czasie tworzyło Komitety Obywatelskie nie za bardzo nam się układało. Współpraca jeżeli już następowała, to napotykała na wiele przeszkód i wyczuwaliśmy z ich strony nie rzadko nieukrywaną niechęć. Zresztą jak pamiętam, uczucie to było przez nas odwzajemniane. Nazywaliśmy ich, tzn. Solidarność – Cepelią, co raczej pochlebnym określeniem nie było. Ale też z tamtej strony spotykało nas niewiele dobrego. Poza wiecznym pouczaniem wszystkowiedzących lepiej, dochodziło do hamowania naszych działań i wręcz sekowania osób działających w Ruchu. Do takich nieprzyjemnych sytuacji dochodziło zwłaszcza w trakcie powstawania Komitetu Obywatelskiego.

Środowisko tworzące KO w Krakowie próbowało nawet na początku w pewien sposób kokietować Niezależne Zrzeszenie Studentów, ale oczywiście wskazując wybranych, czyli zasługujących według tegoż na uznanie. Młody KPN oczywiście nie był w ogóle brany pod uwagę, ponieważ startował osobno. Za to dochodziło do zdecydowanego blokowania WiP-u. Na samą nazwę ekipa ta reagowała jakąś taką dziwna awersją. Za sprawą parytetowych sztuczek ograniczono udział Ruchu w Komitecie praktycznie do zera. No i nietrudno było dostrzec dążenie ze strony tych już w pewnej mierze decydentów do marginalizowania wszystkiego co radykalne i bezkompromisowe.

W stosunku do Konfederacji próbowano nieco ten kurs łagodzić. Wobec panujących w Krakowie radykalniejszych niż gdzie indziej nastrojów, nie opłacała się Komitetowi otwarta konfrontacja z partią niepodległościową. Ale i tak, przy samych wyborach zastosował bardzo sprytny manewr. Polegał on mianowicie na wystawieniu przeciwko kandydaturze Leszka Moczulskiego najbardziej radykalnego spośród wszystkich kandydatów KO - Janka Rokity, który był wtedy w swoich poglądach dosyć bliski KPN-owi. Nie powalczył z Moczulskim o mandat Jerzy Zdrada ani też Hennelowa, bo nie wiadomo jak by się dla nich to starcie skończyło.

O sposobie myślenia ludzi z KO wiele mówiło zachowanie prezesa KIK-u Potockiego. Miałem z nim starcie, kiedy stanąłem w obronie Pawła Sabudy i Maćka Gawlikowskiego zbierających podpisy pod siedzibą KO na Siennej. Komitet zajmował lokal KIK-u i Potocki chciał kolegów z przed tego budynku wyrzucić. Oczywiście dlatego, że zbierają podpisy dla kandydatów z KPN. Byłem wówczas członkiem Prezydium Komitetu i słuchając jak wykrzykuje że: „.. uprawiają sabotaż, robotę ubecką i rozbijanie jedności..”. Nie wytrzymałem i wytłumaczyłem mu, że: „To są nasi koledzy walczący z komuną od samego początku, a KPN pierwszy rozpoczął walkę o Niepodległość, na której progu właśnie teraz jesteśmy i to nieładnie, że on odbiera im prawo korzystania z demokracji.” Może ta moja przemowa nie była taka grzeczna jak ja teraz przedstawiam, bo przecież tak zbeształem tego Potockiego, że aż uciekł do środka. Ale koledzy zostali na miejscu i ludzie tam zebrani zmienili zdanie co do KPN-u, bo chwilę wcześniej gotowi byli wierzyć w bzdury wykrzykiwane przez Potockiego. Z nim samym miałem później niezłe przejścia, ale to już całkiem inna historia.

Bardzo ciekawą kwestią, teraz już ciekawą chyba tylko dla historyków, było powstawanie Komitetów Obywatelskich. Ten krakowski tworzyli w znacznej większości ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego ani z Solidarnością ani też z jakąkolwiek działalnością opozycyjną. Po prostu założono, że znaczenie Komitetu Obywatelskiego ma się opierać na autorytetach. No i poznajdowało się wśród profesury trochę ludzi, którzy po grudniu 81 konspirowali w najmniejszym z możliwych gronie, bo sami ze sobą, ale pod kołdrą czytali np. Miłosza i gdy przyszedł czas gotowi byli zaistnieć i błyszczeć autorytetem, a to im przecież zawsze dobrze wychodziło. Ja chcąc, nie chcąc miałem z tym towarzystwem do czynienia, kiedy z rekomendacji Zarządu Regionu i Prezydium KO zostałam kandydatem na kandydata do startu w wyborach parlamentarnych. Było to coś w rodzaju prawyborów, a w ich trakcie pojawiły się dziwne kandydatury młodych ludzi, którzy według niektórych mieli być również reprezentantami opozycyjnej młodzieży. Były to zabiegi mające na celu osłabienie znaczenia NZS-u i radykalniejszych w poglądach działaczy, bo przecież ci podrzuceni w ostatniej chwili kandydaci radykałami na pewno nie byli. Poza tym autorytety mogły wtedy powiedzieć: „No jakże to! Młodzież nie potrafi się miedzy sobą dogadać, a my tacy dobrzy dla młodzieży..” Pamiętam, że reprezentantem młodzieży, a tak właściwie to zajmującym miejsce przynależne z parytetu miał być Janek Rokita. Koniec, końców jednak ostatecznie kandydatem na posła nie zostałem, Jan Rokita w wyborczym starciu pokonał Leszka Moczulskiego.