L00067 Wojciech Szczęsny

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Wojciecha Szczęsnego==

Jastrzębie-Zdrój, 28 IX 2007

Moja walka z „komuną rozpoczęła się jeszcze w szkole podstawowej. Moim wychowawcą był Marek Danecki i podczas jakiejś wycieczki, czy też rajdu zaczął nam opowiadać o historii Polski. Ja bardzo lubiłem historię. Marek opowiadał o tych sprawach zupełnie inaczej niż nauczyciele w szkole. W moim domu mówiło się, co prawda o Katyniu, o wojnie polsko-sowieckiej, czy o agresji sowietów na Polskę 17 września 1939 roku, ale teraz mówił o tym nauczyciel, wychowawca; no, to imponowało. Marek był nauczycielem biologii, ale był również antykomunistą i patriotą i te uczucia starał się w nas, swoich uczniach zaszczepić. Potem były coraz dłuższe rozmowy. Marek dawał mi do czytania pisma podziemne. I tak powoli nasiąkałem ideami wolnościowymi.

Pewnego dnia kiedy Marek uznał, że już pewno dojrzałem do jakichś działań, a to był 1984 rok i byłem uczniem siódmej klasy, zaczęliśmy zastanawiać się, co my możemy zrobić, aby zmienić tą nieznośną sytuację. Właśnie wtedy odbywały się wybory parlamentarne, więc po pierwsze zorganizowaliśmy akcję ulotową wzywającą do bojkotu wyborów, a po drugie zorganizowaliśmy obliczanie frekwencji wyborczej. Co godzina, przez pięć minut liczyliśmy wszystkich wchodzących i wychodzących z i do lokali wyborczych. Ja liczyłem przed Technikum Górniczym na ul. Harcerskiej w Jastrzębiu, gdzie znajdował się jeden z lokali. Marek zbierał od nas te dane i na ich podstawie obliczana była prawdziwa frekwencja, bo jak wiadomo oficjalne dane zawsze mówiły o prawie 100% udziału społeczeństwa w głosowaniach. To była moja pierwsza akcja.

Później zajęliśmy się drukiem ulotek. Powielaliśmy je na wałkach pralki typu „Frania”. Matryca i kartka nasączona denaturatem, to była cała technologia. To był bardzo mało wydajny sposób. Słabo to było czytelne, ale „każdy orze jak może”. Drukowaliśmy te ulotki w małej grupie. Do dzisiaj pamiętam Jurka Daneckiego, brata Marka. W mojej szkole ja działałem sam. Moich kolegów to nie interesowało. Byli na to zbyt dziecinni, tak że nawet specjalnie z nimi na ten temat nie rozmawiałem. Rozrzucałem po szkole bibułę, ale nie miało to żadnego oddźwięku, więc uważam, że te działania trochę mijały się z celem, chociaż kto wie. Właściwie jedyny pożytek z tego okresu był taki, że Marek dostarczył mi mnóstwo książek, które ukazywały się w drugim obiegu, więc porządnie się dokształciłem. Do ukończenia SP miałem kontakt tylko z Daneckimi.

Dalszą część nauki postanowiłem kontynuować w szkole zawodowej; wymyśliłem sobie, że zostanę mechanikiem samochodowym. Stale utrzymywałem kontakt z Markiem Daneckim i któregoś dnia poznałem przez niego, Marka „Bartka” Bartosiaka jak również siostrę Bartka, Asię. Bartek przywoził bibułę z Wrocławia i kolportowaliśmy ją na terenie Jastrzębia. Rozdawałem ją między innymi w swojej szkole, ale znowu, jakiegoś potężnego zainteresowania nie było. Co dziwne, najbardziej interesowała się tym pani Chruszczyk, dyrektorka szkoły. Była, co prawda komunistką, ale była również bardzo inteligentna. Czytała bibułę, którą jej dostarczałem, ale za każdym razem powtarzała mi, że jestem na taką robotę jeszcze za młody.

Z tej szkoły mnie wyrzucili, ale nie przez dyrektorkę, tylko przez mojego wychowawcę, który również wiedział o mojej działalności i „zagiął sobie na mnie parola”. Ale wiadomo, że kiedy człowiek jest młody to zbytnio nie przejmuje się niepowodzeniami, więc i ja niczym się nie przejmowałem.

Mniej więcej w tym samym czasie powstało pismo ZSYP. To było chyba w roku 1988., już po strajkach. Ja byłem autorem winiety pisma. Pisali dla nas: Agnieszka Kęcka, Agata Niedziela, Asia Bartosiak, współdziałał z nami również Arkadiusz Wąsik. Drukowaliśmy w składzie: Marcin Strzelecki, Jarek Rożak i ja. Drukarnia mieściła się w mieszkaniu na ul. Marusarzówny. ZSYP był przeznaczony dla młodzieży, więc kolportowaliśmy go głównie na terenach szkół miejskich. W piśmie poruszaliśmy problematykę zarówno poważną, drukowaliśmy artykuły rocznicowe, jak również interwencyjne, dotyczące stosunków nauczyciele – uczniowie, ale ukazywała się też satyra, rysunki i wiersze. Wydrukowaliśmy trzy albo cztery numery. Ale nie ukazałby się ani jeden numer, gdyby nie pomoc ludzi z Solidarności Walczącej, oni wspomogli nas poligraficznie i organizacyjnie.

Moi rodzice wiedzieli o tym, czym się zajmowałem, ale nawet nie usiłowali mi zabraniać tej działalności, bo i tak postawiłbym na swoim. Tak, że bez entuzjazmu, ale jednak pozwalali mi działać.

Mniej więcej w tym samym czasie powstała Niezależna Organizacja Samoobrony NOS. NOS współtworzyli: Marek Danecki, Marek Bartosiak, Jarek Rożak i ja, więcej osób nie pamiętam. Nasza działalność polegała głównie na ulotkowaniu i kolportażu. Rozpracowaliśmy godziny i miejsca patrolowania miasta przez milicję, dzięki czemu byliśmy w miarę bezpieczni. Pamiętam z tego okresu takie zdarzenie. Pewnego dnia o godzinie 6.00 rano razem z Bartkiem, zaopatrzeni w ulotki wyjechaliśmy moim starym Simsonem na miasto. Wjechaliśmy na ul. Średnicową (obecnie Al. Piłsudskiego). Po drodze było kilka przystanków autobusowych, a na nich pełno ludzi jadących na poranną zmianę do pracy. Przejechaliśmy spokojnie przez miasto i rozrzuciliśmy bibułę, którą mieliśmy przy sobie. Najlepsze było to, co następnego dnia mówiono na mieście o tym wydarzeniu. Otóż podobno dwóch facetów przemknęło błyskawicznie przez miasto na MZ – cie i rozrzucili tysiące ulotek. I tak właśnie powstają mity. Emitowaliśmy również z przenośnej radiostacji audycje radiowe. Ta radiostacja to była zadziwiająca konstrukcja; akumulator samochodowy, wzmacniacz wyprodukowany własnym sumptem, składana antena i przenośny magnetofon. Zasięg tego ustrojstwa, to było może jakieś 500 metrów, ale za to często i szybko żeśmy się przemieszczali. Tak się wtedy działało. Stare podziemne struktury, takie przynajmniej odnosiliśmy wrażenie, były mocno skostniałe, a my młodzi mieliśmy mnóstwo energii i chcieliśmy zniszczyć ten system zniewolenia. No i nie baliśmy się.

Kiedy w sierpniu 1988 roku rozlała się fala strajków, to od razu włączyłem się do pomocy protestującym. Jako kierowca z własnym autem (niebieska Syrena) rozwoziłem doradców wspomagających strajkujących górników po zakładach pracy. Pewnego razu kiedy przywiozłem pod kopalnię Jastrzębie jakiegoś „gościa” z Gdańska i on coś tam fotografował, to nas przymknęli. Ale długo nas nie trzymali, bo wcześniej uzgodniliśmy sobie zeznanie na taką właśnie okoliczność i wcisnęliśmy im tą „mowę-trawę” i milicja dała się przekonać. Zresztą cała ta nasza grupa młodzieżowa; my wszyscy byliśmy nieletni, a zdarzało się, że niektórych z nas zamykali, np. Asię Bartosiak. Z tym, że wiem, że Lechu Osiak od razu interweniował w tych sprawach w radiu Wolna Europa. Informował ich o przypadkach aresztowania nieletnich. W tamtych czasach władza się już tego jednak bała.

Po strajkach 1988 roku wszedłem w struktury Solidarności Walczącej. Wspominałem już, że gdyby nie pomoc ludzi z Solidarności Walczącej, to z druku ZSYP – u nic by nie wyszło. Spotkaliśmy się z nimi w Katowicach, chyba w październiku 1988. Przekazali nam profesjonalny powielacz, dostawaliśmy papier dobrej jakości, Bartek przynosił dobrze przygotowane matryce i drukowaliśmy ile wlazło.

Nasze akcje robiliśmy nie tylko w Jastrzębiu i nie tylko w kraju. Wiosną 1989 roku moją Syreną wyjechaliśmy na akcję ulotową na Węgry. Było nas trzech: Andrzej Kamiński, Bogdan Krauze i ja. 15 marca Węgrzy obchodzą święto Wiosny Ludów i to jest święto państwowe. Zapakowaliśmy pod siedzenia Syreny całe sterty ulotek drukowanych w dwóch językach; po polsku i po węgiersku. Hasła ulotowe wzywały do jedności naszych narodów w walce z komunizmem. Tył samochodu, dla niepoznaki załadowaliśmy jakimś towarem na niby handel i ruszyliśmy w drogę. Przez ten cholerny towar celnicy cofali nas chyba ze trzy razy znad granicy, ale w końcu jakoś przejechaliśmy. Zresztą wtedy była to norma, że każdy przechodził podobna „sympatyczną „ procedurę. Bałem się, że namierzą ulotki a było tego tysiące, na szczęście potraktowali nas jak handlarzy i niczego się nie domyślili. Samego 15 marca na placu przed parlamentem zebrał się ogromny tłum. Ludzie manifestowali swój sprzeciw wobec komunizmu. Milicja pochowała się w bocznych uliczkach, otaczając cały plac, ale na samym placu się nie pokazywała. Bogdan i Andrzej wspięli się na pomnik Lajosa Kossutha i zaczęli rozrzucać te ulotki w tą całą masę ludzką. Ulotki cieszyły się dużym wzięciem. Ludzie podawali je sobie z rąk do rąk. Andrzeja obściskiwał jakiś potężny Węgier. Przyjęli nas bardzo ciepło. Ale znamiennym faktem było to, że zachodnie stacje telewizyjne i radiowe omijały nas jak zadżumionych i nikt nie chciał z nami rozmawiać, chociaż byliśmy bardzo aktywni podczas tej demonstracji. W końcu, któryś z korespondentów wytłumaczył nam, że Solidarność Walcząca jest na cenzurowanym, że oficjalne struktury NSZZ Solidarność traktują nas jak ekstremę. Byliśmy traktowani prawie jak terroryści. Ale muszę powiedzieć, że ten rajd był jednak bardzo udany.

Przed wyborami kontraktowymi w Polsce z 04.06 1989 roku brałem udział w różnych akcjach mających na celu zbojkotowanie tych wyborów przez społeczeństwo, bo było dla mnie oczywistym, że rozmowy w Magdalence, Okrągły Stół i kontraktowe wybory to nie żaden sukces. Było dla mnie zupełnie jasne, że naród po raz kolejny dał się wykiwać cwaniakom. Ale cóż. wyszło tak jak wyszło.

Krótko potem otrzymałem wezwanie do odbycia Zasadniczej Służby Wojskowej i kiedy po wojsku wróciłem do Jastrzębia, to jakoś wszystkie kontakty z ludźmi z opozycji się pourywały. Jedni próbowali znaleźć się w nowej sytuacji, a inni pozamykali się w sobie poczuciem klęski i niespełnienia.

Spisał Andrzej Kamiński