L00068 Iwona Szymańska

Z Encyklopedia Solidarności

==Wspomnienie z pogrzebu księdza Jerzego Popiełuszki==

Iwona Szymańska

Przełom października i listopada 1984 roku zapowiadał się wyjątkowo przyjemnie – miałam pojechać na kilkudniowa wycieczkę klasową do Gdańska…

Radosny nastrój prysnął w niedzielę 21 października. W sobotę nie oglądałam Dziennika Telewizyjnego, nie usłyszałam więc oficjalnej informacji o porwaniu księdza Jerzego. Dowiedziałam się o tym, kiedy następnego dnia przyszedł do mnie Jurek Szymański: „Iwona, porwali księdza Popiełuszkę. Pójdziesz ze mną do „Kostki”? Może będą coś wiedzieć?”

Mieszkaliśmy na Żoliborzu. Do kościoła św. Stanisława Kostki, do którego chodziliśmy w każdą ostatnią niedzielę miesiąca na msze za Ojczyznę odprawiane przez ks. Popiełuszkę mieliśmy jakieś 20 minut spacerem. Pokonaliśmy tę odległość w rekordowym tempie. „Co się z nim dzieje? Gdzie go trzymają. Po co to porwanie? Jest znany – Kościół się o niego upomni, wierni się o niego upomną”, myśli kłębiły mi się w głowie. Kiedy dotarliśmy pod kościół zastaliśmy już tam mnóstwo ludzi.

Z napiętymi, niespokojnymi twarzami, łzami w oczach, modlących się. Stojąc w tym tłumie zaczęłam podobnie jak inni prosić Boga, żeby nic mu się nie stało, irracjonalnie chciałam wierzyć, że ksiądz Jerzy wróci do nas cały. A przecież wiara nigdy nie jest racjonalna. Żyłam w PRL-u już osiemnaście lat, powinnam była wiedzieć, że władza rzadko daruje tym, którzy nie chcą się jej podporządkować. Rok wcześniej zatłuczono Grzegorza Przemyka choć młody maturzysta był dla komunistów dużo mniej niebezpieczny od kapelana „Solidarności”. Pamiętam, że mimo wszystko miałam nadzieję, iż może tym razem się uda, że ksiądz Jerzy żyje. Nie ja jedna. Transparenty, które zaczęły pojawiać się na ogrodzeniu kościoła wyrażały to samo pragnienie: „ Oddajcie nam księdza Popiełuszkę”, „Nieustające czuwanie (…) aktem solidarności aż do powrotu księdza Jerzego”.

Przychodziliśmy do „Kostki” przez kolejne dni, Jurek brał ze sobą aparat i fotografował te nasze nadzieje. Nie wiedziałam wówczas, że robił to również dlatego, że jako członek Agencji Foto Solidarność działającej w ramach Grupy Młodzieżowej Mieszka Zielińskiego wchodzącej w skład Grochowskiej Grupy Oporu Solidarni, dostał polecenie udokumentowania tych wydarzeń. Z każdym dniem przybywało transparentów i ludzi, pojawiły się kwiaty. Przeczuwaliśmy, że sprawy mogą przybrać zły obrót, aż 30 października przyszła tragiczna wiadomość, że z Wisły pod Włocławkiem wyłowiono ciało księdza Jerzego. Ból, rozpacz, płacz. I jego słowa powtarzane jak mantra „zło dobrem zwyciężaj”. W tych dniach pod „Kostką” poczułam co znaczą słowa „jedność” i „solidarność”. Nie pamiętam następnych trzech dni, odtwarzam je sobie patrząc na zdjęcia Jurka: kopanie grobu, nowe transparenty takie jak ten z napisem „solidarni w bólu Węgrzy” i znicze, cała masa zniczy.

2 listopada do kościoła św. Stanisława Kostki przywieziono trumnę z ciałem ks. Popiełuszki. Długo w nocy staliśmy pod bramą kościoła czekając na możliwość wejścia do środka i przyklęknięcia przy niej. Następnego dnia miał odbyć się pogrzeb. Poszliśmy oddzielnie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że dla robiącego zdjęcia Jurka byłabym tylko obciążeniem. Udało mi się stanąć na wysokości kościoła od strony ulicy Krasińskiego. Widziałam dookoła siebie tłumy ludzi, ale dopiero oglądając fotografie wykonane przez Jurka z dachów otaczających kościół budynków, uświadomiłam sobie, że stałam pośród kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Morze głów sięgające aż po Plac Inwalidów! Morze rąk uniesionych do góry z palcami na kształt litery V.

Nawet nie potrafię powiedzieć, czy było wtedy zimno, pewnie tak bo taka pora roku lecz nie przeszkadzało to zgromadzonym pozostać na miejscu jeszcze na długo po złożeniu ciała księdza Popiełuszki do grobu.

Przynoszono kwiaty, zapalano znicze ustawiając je na kształt krzyża i litery V. Późnym wieczorem tego samego dnia i jeszcze przez wiele następnych dni chodziliśmy do „Kostki”. Ksiądz Jerzy stał się dla nas wzorem i bohaterem, z pewnością było w tym dużo idealizmu i młodzieńczej egzaltacji ale kiedy pewnego listopadowego wieczoru staliśmy przed pokrytym wieńcami grobem, Jurek szepnął mi do ucha: „Zbudujemy inny świat, taki o jakim On marzył”, uwierzyłam mu, choć wydawało się to wówczas irracjonalne. A jednak! Pięć lat po pogrzebie księdza Popiełuszki mieliśmy w Polsce niekomunistycznego premiera i Orła, który odzyskał koronę, a Jurek Szymański miał w tym swój mały udział.