L00071 Teresa Tomczyszyn-Wiśniewska

Z Encyklopedia Solidarności

==Wspomnienie o Teresie Tomczyszyn-Wiśniewskiej==

Monika Kulesza, córka

Karetka na sygnale... szybciej, szybciej... za późno... 20 maja 2006 odeszła na zawsze moja Mama, Teresa Tomczyszyn-Wiśniewska.

Była bardzo dzielnym człowiekiem, którego losy dobrze symbolizują dzieje Polaków zamieszkałych na terenach wschodnich naszego kraju. Urodziła się w Łomży, 22 stycznia 1926 r. Dziadek, prawnik z wykształcenia, był wysokim urzędnikiem skarbowym. Rodzina szybko przeprowadziła się do Grodna, a w styczniu 1939 r. do Białegostoku. Najpierw, 22 maja 1940 r., NKWD aresztowało mojego dziadka, Mirona Tomczyszyna. Ślad po nim urywa się w Samarkandzie.

W czasie okupacji niemieckiej mama zrobiła maturę na tajnych kompletach i wstąpiła w szeregi AK, gdzie przyjęła pseudonim „Iśka”. Doskonale pamiętam opowieści o ukrywanej broni i partyzantach, o rewizjach, w czasie których jakimś cudem nie odkryto ukrytych pistoletów. Drugie wejście sowietów i znów kilka razy udało się uniknąć najgorszego. Wpadła w „kociołku”, 29 listopada 1944 r. Miała na sobie nylonowe pończochy i czółenka. Znalazła się ww więzieniu przy ul. Ogrodowej w Białymstoku. W czasie badań enkawudziści naderwali mamie uszy, polewali rany żrącym płynem, więc zakażenie objęło całą twarz. Nikogo nie sypnęła. Potem był transport i łagier w Stalinogorsku. Tam dopiero dostała stare sołdackie buty.

O potwornościach tego czasu opowiadała mi zawsze tak, aby przyjaźń „piskląt” i odwaga więźniarek zwyciężały obozowy horror. Wiele osób z mojego pokolenia nie znało historii swoich rodzin, bo była ona ukrywana ze strachu przed ubeckimi represjami. U nas było inaczej. Mama nie wyobrażała sobie innego wychowania niż to, które sama otrzymała – niepodległościowe i piłsudczykowskie. Nie było więc miejsca, ani na kłamstwo, ani na strach.

Wróciła do kraju 14 stycznia 1946 r., zaczęła studia polonistyczne w Warszawie. Patrzę teraz na telegram z Białegostoku z 10 grudnia 1948 r. „Przyjeżdżać natychmiast”. Aresztowano moją babcię, Czesławę Tomczyszynową, pod zarzutem „przygotowania do usiłowania zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego”. Wojskowy Sąd Rejonowy skazał babcię na półtora roku więzienia. Młodsza siostra mojej mamy, Elżbieta, urodziła się w osiem miesięcy po aresztowaniu dziadka. Miała więc zaledwie 7 lat. Przetrwały rozstanie, nędzę i wszystkie szykany. Mama, mimo ciągłego zwalniania jej z pracy, musiała w tym czasie utrzymywać swoją siostrę Elżbietę i zadbać o matkę.

Po studiach podjęła pracę w Pracowni Dialektologii Języka Polskiego pod kierownictwem prof. W. Doroszewskiego. Wkrótce zrezygnowała z kariery naukowej, aby poświęcić się pracy nauczycielskiej.

13 grudnia 1981 r. Wyważone łomem drzwi i internowanie, najpierw w Olszynce Grochowskiej, potem w Gołdapi. Zawsze wspominała z wielką wdzięcznością zapomnianą dziś wizytę księdza Prymasa Józefa Glempa w Olszynce Grochowskiej. Zdezorientowane „klawiszki” nie ośmieliły się Go zatrzymać, a dla internowanych był to ważny i podniosły moment. Mama należała do założycieli nauczycielskiej „Solidarności”, była aktywną działaczką i delegatem na I Zjazd Mazowsza. W czasie internowania została za zbytnią butę przewieziona do do aresztu komendy MO w Gołdapi. Ubek zabrał mamie leki i zaproponował, żeby się powiesiła. Naiwniak! Mimo licznych chorób i monitów Międzynarodowego Czerwonego Krzyża mamę zwolniono jako jedną z ostatnich, na 10 dni przed likwidacją obozu w Gołdapi. Zaraz po powrocie została wyrzucona ze szkoły. Przywrócono Ją do pracy dopiero w wyniku rozmów „Okrągłego Stołu”.

Po powrocie z internowania działała w strukturach podziemnych „Solidarności”. Jako współpracownik i entuzjasta Duszpasterskiego Ośrodka Kultury Chrześcijańskiej w Stalowej Woli przy parafii Matki Bożej Królowej Polski świadczyła ogromną pomoc przy organizowaniu Tygodni Kultury Chrześcijańskiej, Katolickich Dni Społecznych, umożliwiała kontakty z twórcami kultury, historykami, artystami (prof. Marek Drozdowski, Juliusz Bogdan Deczkowski, Katarzyna Łaniewska, Krystyna Kwasowska i Dariusz Zawadzki, Ewa Skarżanka i Andrzej Przybylski, prof. Tomasz Strzębosz, Tomasz Jastrun, Piotr Brożyna, Janusz Onyszkiewicz i wielu innych), sama uczestniczyła w III Katolickich Dniach Społecznych wygłaszając prelekcję na temat: "Powstanie listopadowe inspiracją dramatu romantycznego"; udostępniała swoje mieszkanie, angażowała znajomych do współpracy, promowała Stalową Wolę w swoim środowisku. W 1985 r. miała rewizję w mieszkaniu, została zatrzymana, zwolniona, wezwana na przesłuchanie do Stalowej Woli i znów zatrzymana. Przewieziona ‘na dołek’ w Machowie k. Tarnobrzega (21 VIII 1985 r.) w związku z wpadką kolportażową w Stalowej Woli została zwolniona dopiero po interwencji lekarza. Podczas strajku Huty Stalowa Wola trwającym od 22 VIII do 1 IX 1988 r., na prośbę Ewy Kuberny przekazywała informacje do Kontaktu w Paryżu, a w ostatnich dniach sierpnia przyjmowała informacje z Gdańska od Bogusława Kwiecińskiego i przekazywała je do Stalowej Woli, bo bezpośredni kontakt Stalowa Wola – Gdańsk był uniemożliwiony. Należała do wielkich przyjaciół COP-owskiego miasta. Dziękując za pomoc, Rada Miasta Stalowej Woli przyznała jej tytuł Honorowego Obywatela Stalowej Woli, a uroczysty akt nadania honorowego obywatelstwa nastąpił w Święto Niepodległości 2001.

Ujawniła się rozpoczynając dyżury w listopadzie 1988 r. w kościele Św. Józefa przy ul. Deotymy („Solidarność” Regionu Mazowsze korzystała wtedy z gościny księdza Jana Sikorskiego).

Ideałom „Solidarności” i jej wielkiemu, niezapomnianemu przywódcy, Lechowi Wałęsie pozostała wierna do końca.

W 1988 r. mama dołączyła do pań: Ireny Głowackiej i Krystyny Znosko (mojej nieodżałowanej nauczycielki chemii) i wspólnie doprowadziły do reaktywowania i zarejestrowania Związku Sybiraków. Traktowała to zadanie jako bardzo ważne, tak jak później prowadzenie Komisji Historycznej w Kole Mokotów.

Działalność niepodległościowa stanowiła tylko część życia mamy. Resztę wypełniał ukochany zawód, powołanie, dla którego porzuciła pracę naukową w Pracowni Dialektologicznej PAN. Została polonistką. Najpierw w LO 38 w Wilanowie, potem w XLIV LO im. A. Dobiszewskiego i w XLII LO im. M. Konopnickiej. Oddała się temu zawodowi bez reszty. W styczniu, na osiemdziesiąte urodziny „Wiśni” dawni uczniowie stawili się tak licznie, że musiałam szybko ograniczyć liczbę gości, bo nasze skromne progi nie pomieściłyby wszystkich chętnych... W pamiątkowym folderze wydanym z okazji 50-lecia LO im. A. Dobiszewskiego dawni wychowankowie napisali: „Wymagająca, perfekcyjna, „charakterna”, uczyła uczniów patriotyzmu, samodzielności myślenia, odwagi, odpowiedzialności. A także dobrego wychowania. Nie znosiła banału, drętwej mowy, obłudy i nijakości. Żyła dla szkoły, córki, literatury i Polski”. Im też zawsze mówiła prawdę, a przedstawienia prowadzonego przez mamę kółka dramatycznego budziły wzniosłe, patriotyczne uczucia. I to w okresie „głębokiej komuny” i bez nakazu ministerialnego!

Wychowała wiele pokoleń licealistów. Kiedyś powiedziała o sobie: „… jestem drobiną w długim ciągu pokoleń”. Zmarła 20 maja 2006,

Dla mnie pozostanie zawsze przede wszystkim najlepszą Mamą, która odeszła zbyt wcześnie i bez której trudniej mi będzie wychować dzieci, Wandę i Lecha.