L00073 Zbigniew Wachowiec

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Zbigniewa Wachowca==

Jastrzębie-Zdrój, 19 X 2008

W 1980 roku studiowałem w Gliwicach na politechnice, na wydziale automatyki i informatyki. W momencie rozpoczęcia strajków, ja podobnie jak większość studentów byłem na wakacjach. Żeby było ciekawiej, to ja te wakacje spędzałem w jednym z bastionów komunizmu, mianowicie w NRD i władze NRD robiły wszystko co tylko było w ich mocy, aby informacje o strajkach w Polsce się tam do nich nie przedostały.

Tak, że po swoim powrocie do kraju stwierdziłem ze zdumieniem, że dzieją się tu dziwne rzeczy, mianowicie, że stoi stocznia i wiele innych zakładów. Pojechałem na wybrzeże, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Akurat jak przyjechałem to już było po wszystkim, ale obejrzałem sobie te wszystkie pozostałości. Żeby było śmieszniej podczas pobytu na wybrzeżu usłyszałem o strajkach na kopalniach. I znowu jak wróciłem, to strajki już się skończyły. Jednak mój ojciec, który był pracownikiem KWK Moszczenica i brał udział w strajku opowiedział mi o tym co tu się działo.

Rozpoczął się rok akademicki. Oczywiście te wypadki były dla studentów bardzo interesujące; żywo je dyskutowano. Powstawało NZS, a działało również SZSP, no i ja miałem problem, co ze sobą zrobić. Powiem w ten sposób; najbardziej przekonywała mnie idea samorządu na uczelniach. Miałem wtedy dylemat; wiedziałem, że jeśli chcę coś zrobić to muszę wybrać organizację. W tym momencie wybrałem oczywiście NZS. Ten samorząd mnie bardzo nurtował. Chciałem aby był on główną reprezentacją studencką. Studenci byli w większości słabo zorientowani; co i jak. Propaganda był z obu stron, ale wiadomo, że komuniści mieli w swoich rękach wszystkie media. Jakieś szczątki niezależnych mediów dopiero się pojawiały. Ci studenci, którzy nie interesowali się polityką czy historią byli dosyć mocno zdezorientowani. Jedni mówili jedno, drudzy mówili drugie.

Ja sobie zdawałem sprawę z tego, że jeżeli od razu wstąpię do NZS-u, to przyszyją mi łatkę tego, który głosi poglądy tylko i wyłącznie tej organizacji, więc na jakiś czas dałem sobie spokój z NZS-em i zacząłem organizować samorząd na uczelni. No, ale bardzo blisko współpracowaliśmy z NZS-em, łącznie z tym, że mieliśmy wspólną siedzibę. Przez cały okres legalnej działalności Solidarności moje działania były związane z samorządem studenckim.

Chcieliśmy z tego zrobić naprawdę szeroką reprezentację studencką, łącznie z tymi, którzy politycznie nie bardzo się angażowali.

Podczas wyborów zostałem wybrany na przewodniczącego samorządu wydziałowego. Byłem członkiem Rady Wydziału i Senatu. To był piąty rok moich studiów. Organizowaliśmy jakieś odczyty np. na temat wojny polsko – sowieckiej i inne na tematy historyczno – polityczne.

To quasi normalne życie trwało do listopada 1981 roku, kiedy doszło do tej historii z Wyższą Szkołą Pożarnictwa w Radomiu. Wtedy wszystkie uczelnie stanęły na znak solidarności z tymi strażakami. No i u nas też doszło do wieców i ogłoszono strajk. Ja byłem w komitecie strajkowym i dowodziłem służbą porządkową. Nawet dziekan musiał nam okazywać swoją legitymację jeśli chciał zostać wpuszczony na wydział, a jednego takiego wykładowcę, który chwalił się tym, że przyszedł do Polski z Armią Czerwoną wcale nie wpuściliśmy. Dosyć dzielnie tam sobie poczynaliśmy. Trwało to kilka tygodni.

W pewnym sensie różniliśmy się od innych wydziałów, chociażby dyscypliną. Studenci z innych wydziałów opuszczali uczelnię; po prostu byli zmęczeni, a u nas pełny stan się utrzymał do końca. Wydano u nas „Poradnik studenta strajkującego” i na zasadzie mojej relacji przedstawiano tam sposób na zorganizowanie i prowadzenie skutecznego strajku.

Strajki na uczelniach trwały aż do wprowadzenia stanu wojennego. W pobliżu naszego wydziału był posterunek milicji i pilnował go jeden milicjant z „kałachem”, ale nagle zrobiło się ich wielu. Telefony przestały działać. To była dziwna noc. Nigdy jej nie zapomnę. Noc z 12 na 13 grudnia. Nikt u nas nie spał. Siedzieliśmy na wydziale i nie mieliśmy żadnych informacji z zewnątrz i dopiero rano poinformowano nas, że został wprowadzony stan wojenny. Nie wiedzieliśmy co mamy robić. Pamiętam spośród grona profesorów prof. Trybalskiego – bardzo przyzwoity człowiek. Właśnie on poszedł na milicję, a tam mu powiedzieli: Jeśli rozpuścicie młodzież to nikomu nic się nie stanie.

Było tam dosyć spora wystraszonych młodych ludzi, no i po jakiejś krótkiej naradzie doszliśmy do wniosku, że my w obronie jednego wydziału to wiele nie zdziałamy, no najwyżej nas porządnie stłuką. Podjęliśmy decyzję, że cała koordynację działań musi przejąć ktoś inny, że my podporządkowujemy się Solidarności, i że sami żadnych akcji organizować nie będziemy. Po apelu i odśpiewaniu hymnu stwierdziliśmy, że się rozchodzimy.

Po powrocie do akademika dowiedziałem się, że już ktoś o mnie wypytywał, więc „dałem stamtąd nogę”. Po jakimś czasie kiedy znów wróciłem do akademika, to okazało się, że nie wolno nam tam zostać. Przyjechałem do Jastrzębia, a tu już większość kopalń była spacyfikowana. Próbowałem w Jastrzębiu złapać jakiś kontakt, ale wtedy wszystko było w rozsypce, więc wróciłem do Gliwic. Tam również mało kto się obstał. Komitetu strajkowego na uczelni nie było nikogo. Zostaliśmy sami i zaczęliśmy coś organizować. Jakoś tak wszystko zaczęło się skupiać wokół mojej osoby. Wszyscy którzy byliśmy chętni i czynni powołaliśmy taką grupę i nazwaliśmy ją „AGO” (Akademicka Grupa Oporu).

Ja uważam się za dobrego organizatora i w takich czasach, kiedy jest wojna, bo to była wojna, to nie ma sensu aby angażowała się zbyt wielka liczba ugrupowań całkiem samodzielnych, dlatego „AGO” od razu podjęło zobowiązanie, że działa na rzecz Solidarności i tylko na ich zlecenie. Tylko, że jak już wspomniałem trudno było w tym czasie złapać kontakt z działaczami Solidarności i trochę byliśmy zdani sami na siebie. Wprowadziliśmy mocne zasady konspiracyjne, tzn. jeśli, ktoś coś miał, to oddawał i nie mówił skąd to ma. Czyli im mniej wiesz tym mniejsze zagrożenie stwarzasz dla innych. W koń cu znaleźliśmy jednego działacza Solidarności z Gliwic Andrzeja Jarczewskiego i zaczęliśmy drukować „bibułę”. Przez Andrzeja mieliśmy kontakt z Solidarnością; wykonywaliśmy na ich rzecz różne zlecenia. Drukowaliśmy, chyba na własnym powielaczu. Mało pisaliśmy własnych tekstów. Z reguły otrzymywaliśmy gotowe materiały do przedruku.

Krążą do dziś jakieś legendy o tym, jakoby tych grup było bardzo wiele. A takich postaci jak Frasyniuk czy Bujak było naprawdę niewiele. Przecież wszystko wtedy działo się na zasadzie partyzantki. Prawda wygląda tak, że stosunkowo niewielkie grupy organizowały dość duże akcje. Dla przykładu; zamknęli nam kolegę Leszka Ochojskiego (?) Jak wpadli do niego, to facet był obłożony jakimiś pieczątkami, jakąś bibułą, którą przepisywał, no i jego zamknęli, ale on nikogo nie wsypał. Tak żeśmy się trochę narażali. Pamiętam w jednym z akademików ZOMO zakwaterowali, a z nami mieszkał taki obcokrajowiec z Bangladeszu. Mówimy mu: tam ZOMO zakwaterowali i my musimy, coś z nimi zrobić. Ty jesteś ciemny, niski to w nocy się prześlizgniesz, a nas od razu zauważą. On na to: co mam zrobić? Odpowiadamy: planujemy wrzucić tam kilka granatów. Nam się to nie uda, ale ty masz duże szanse. On; myśli, myśli i mówi: to niby ja jestem ten od czarnej roboty? Dalej myśli, myśli i w końcu powiada: dobra, przynieście te granaty. I była kupa śmiechu z tego. Była w maju 1982 roku w Gliwicach demonstracja, dosyć nieliczna i gliniarze strasznie ich spałowali, a myśmy z Solidarnością w tym samym czasie zorganizowali demonstrację; chodziliśmy po chodnikach, tłum się zebrał i rozdawaliśmy ludziom bibułę. Jakoś nas nie rozgonili. Czuło się, że ludzie chcą wiedzieć, że ktoś w Polsce stawie opór. To nie był czas na teksty natury filozoficznej, ekonomicznej czy historycznej. Ludzie chcieli wiedzieć, że ktoś gdzieś strajkuje albo, że urządzane są demonstracje. Mediom oficjalnym, oczywiście, nikt o zdrowym rozumie nie wierzył.

Uświadomiono mi, że jestem traktowany jako „ekstrema”, i że jeśli chcę zrobić dyplom, to muszę go zrobić czym prędzej, bo później mi nie pozwolą. Musiałem zająć się nauką. Jakoś szybko ten dyplom zrobiłem i pod koniec czerwca 1982 roku wyniosłem się z Gliwic. Wróciłem do Jastrzębia. Miałem stypendium fundowane z KWK „Manifest Lipcowy”, więc we wrześniu rozpocząłem pracę. Myślałem, że ktoś z Solidarności działa na kopalni, więc rozpocząłem delikatną „agitkę”. Szybko uświadomiono mi, żebym siedział cicho. Na kopalni nic się nie działo, poza tym od stycznia 1983 roku musiałem iść do wojska. Służyłem przez rok w Sieradzu. Po powrocie do domu, przez p. Pielczyka, mojego nauczyciela z Liceum nr 1 poznałem pp. Swatka, Korwińskiego i Czaplę – niezależne środowisko nauczycielskie. Ja w tym czasie zwolniłem się z kopalni i poszedłem naprawiać telewizory do Unitry. Miałem jeszcze jakieś kontakty w Gliwicach; wtedy zaczął już działać drugi obieg i mój kolega Krzysiek Swęczyna przywoził nam różne wydawnictwa. Zrobiliśmy z tego całą bibliotekę. Ta biblioteka była u mnie w domu na Marusarzówny. Praca biblioteki polegała na tym, że był spis lektur, który krążył po mieście, ludzie zamawiali, a myśmy je rozsyłali swoimi kanałami. Poznałem wtedy Szyszkę, Daneckiego i Osiaka. Bibliotekę przenieśliśmy do Marka Daneckiego na Cisówkę. Nawiązaliśmy kontakt ze środowiskiem „OŚĆ-i”. Przez Lecha Osiaka mieliśmy kontakt z kopalniami. U nas w KOS-ie była naprawdę ostra konspiracja; żadnych nazwisk; wiedzieć tylko tyle ile potrzeba.

Dużo z Lechem Osiakiem dyskutowałem o różnych sprawach np. o batalionach robotniczych. Ja ten pomysł uważałem za totalny idiotyzm. Zresztą przy tej akcji pojawił się gość, który potem sypnął Lecha; niejaki Młynarczyk. Wyjechał do Australii i robi tam teraz za bohatera. Były różne dyskusje. Ja uważałem, że należy budować struktury, że kiedy społeczeństwo się ruszy, to żeby wszystko było już gotowe. Ludzie z doświadczeniem, koordynacja działań, system przerzutów; chodziło mi o dobrą organizację. Wiadomo rewolucje powstają samorzutnie, natomiast potem pojawia się pytanie: kto tym wszystkim ma pokierować?

W KOS-ie, ja koordynowałem środowiska nauczycielskie i medyczne. Drukowaliśmy pismo „KOS” i braliśmy udział w kolportażu „OŚĆ-i”.

Po aresztowaniu Lecha w 1985 roku powstało straszne zamieszanie, trzeba było popalić wszystkie materiały, bo obawialiśmy się rewizji. To w tym mniej więcej czasie przerzuciliśmy bibliotekę do Szyszki, bo on był spoza Jastrzębia, mieszkał na Wichwach (dzielnica Wodzisławia).

Trochę ja pisałem do KOS-a, trochę Swatek. Po zamknięciu Lecha zbieraliśmy, co prawda jakieś pieniądze, ale z tego co mi wiadomo, one szły na utrzymanie jego rodziny. Podkreślam u nas była pełna konspiracja; nie o wszystkim wiedzieli wszyscy. Poza tym to były strasznie nieciekawe czasy i chyba tylko na tyle nas było stać. Potem dowodzenie nad naszą działalnością przejął Bożko. Moja działalność w KOS-ie trwała gdzieś do 1986 roku. Dokładne daty, już dzisiaj trudno określić.

Potem zaczęły się kłopoty zdrowotne mojej córki. Tutaj w kraju nic nie można było zrobić, więc wyjechałem do pierwszego kraju, który mnie przyjął tzn., do RFN. Tam, szczerze mówiąc nie było grup działających ideowo na rzecz Solidarności. Przy współudziale Lecha udało mi się tam ściągnąć rodzinę. Do Polski powróciłem, na dobre w 1991 roku. P. Bożko, coś mi tam proponował we władzach Solidarności, ale mnie to nie zainteresowało. Zawsze byłem samodzielny.

Spisał Andrzej Kamiński