L00074 Adam Wasilewski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Adama Wasilewskiego

Jastrzębie-Zdrój, 7 X 2009

Rozpocznę od dzieciństwa. Urodziłem się w 1960 roku na Mazurach w Suwalskim. Odkąd pamiętam mój ojciec był zapamiętałym antykomunistą. Początkowo niewiele z tego rozumiałem, bo objawiało się to na wiele różnych dziwnych sposobów. Na przykład ojciec nie cierpiał zupy z buraków. Pytałem go: „Tato, dlaczego nie lubisz tej zupy?” I kiedyś, kiedy byłem trochę starszy i już coś mogłem zrozumieć ojciec odpowiedział mi na to pytanie. Tuż po wojnie „władza ludowa” rekwirowała żywność od rolników. Każdy miał dostarczyć określoną ilość produktów żywnościowych. U nas w domu była straszna bieda i ojciec nie mógł wywiązać się w pełni z tej kontrybucji, więc zabrali mu ostatnią krowę, a jego samego zamknęli w więzieniu. Opowiadał, że w celi siedziało ich dwunastu i karmili ich najczęściej niedogotowaną zupą z buraków. Od tego czasu ojciec nabrał wstrętu do tej zupy, a nawet do jej koloru. Właśnie ta zupa kojarzyła mu się z komunizmem, a wszystko co kojarzyło mu się z komunizmem było złe i wrogie. W radio nie słuchał żadnej czerwonej rozgłośni, zawsze nastawione było na Wolną Europę. Kiedy zabrali ojca, jedno z mojego rodzeństwa umarło z głodu. Nie mieliśmy ani mleka, ani na mleko. Chociaż urodziłem się później, też dobrze wiem co to głód, brak chleba. Warunki, w których dorastałem również kształtowały moją postawę życiową.

Po ukończeniu Szkoły Podstawowej wyjechałem na Śląsk do Niedobczyc i podjąłem naukę w Szkole Górniczej przy KWK Rymer. Opuściłem rodzinne strony z powodu biedy. Widziałem, że mama przez całe życie ledwie wiązała koniec z końcem. Buty nosiliśmy jeden po drugim. Elektryczność podłączyli w naszym domu kiedy już chodziłem do piątej klasy. Zostałem, więc wychowany w strasznym ubóstwie, ale może przez to nauczyłem się szacunku dla rodziców, bo widziałem jak oni z tą biedą zmagali się na co dzień. Przyjechałem na Śląsk za chlebem. Tutaj zresztą już mieszkał i pracował jeden z moich starszych braci. Kiedy do nas przyjeżdżał bardzo imponowało mi to jego „bogactwo”, porównując oczywiście warunki naszej egzystencji. Stać go było na taksówkę, nosił lepsze ubrania kupione na czarnym rynku w Katowicach. Śląsk jawił mi się więc jako lepszy świat. Śląsk to była dla mnie po prostu Ameryka. Kiedy tutaj przyjechałem, to wtedy po raz pierwszy zobaczyłem tramwaj czy pociąg elektryczny, po raz pierwszy przejechałem się windą. Dopiero w wieku 16 lat doświadczyłem dobrodziejstw cywilizacji.

Po ukończeniu Szkoły Górniczej rozpocząłem pracę na KWK Jankowice i tam zastał mnie rok 1980 a wraz z nim strajki sierpniowe. Od początku do końca byłem uczestnikiem protestów. Wstąpiłem również do Solidarności, ale między Bogiem a prawdą to jeszcze tego nie czułem. Nie rozumiałem jeszcze potrzeby i konieczności zmian, chociaż życie uczyło mnie na bieżąco. Stan wojenny wstrząsnął mną naprawdę mocno, ale jak już powiedziałem, póki co nie potrafiłem wpasować się w walkę o wolność. Mój światopogląd nie był do końca ukształtowany.

W okresie stanu wojennego wstąpiłem w związek małżeński. Mieszkaliśmy z teściami i nie bardzo nam się to wspólne życie z nimi układało. Szanse na otrzymanie własnego mieszkania miałem naprawdę nikłe i wtedy nagle pojawił się pewien kolega, który - jak się później okazało - był ormowcem, ale w pracy był w porządku: uczynny, koleżeński. Pewnego dnia idąc do pracy spotkałem go umundurowanego, w patrolu milicyjnym. Zdziwiłem się, ale o nic nie pytałem. Poprosił mnie abym pobrał za niego znaczek, bo ORMO miało jakąś akcję wspólnie z milicją i nie mógł tego dnia być w pracy. On nigdy nie namawiał mnie do wstąpienia do ORMO, ale kiedyś podczas jakiejś rozmowy powiedział do mnie tak: „Jak chcesz to pomogę ci załatwić mieszkanie, ale jest jeden warunek; musisz wstąpić do PZPR.” Miałem nóż na gardle. W domu było piekło, więc zapisałem się i zostałem kandydatem do partii. Co tu dużo mówić... wierzyłem, że to pomoże. Zaniosłem do administracji mieszkaniowej potwierdzenie wstąpienia do PZPR, a tam zaczęli ze mnie szydzić: „To co, może mieszkanie za to chcesz?” Pomyślałem sobie, że dałem zrobić z siebie wariata, udałem się więc z tym swoim problemem do partii, a tam spotkało mnie to samo. Rozjuszyło mnie to bardzo i na ich oczach wyrzuciłem po prostu tę legitymację do kosza na śmieci. Tym samym narobiłem sobie mnóstwo problemów. Niewiele brakowało, a wyrzuciliby mnie z pracy. Kierownikiem mojego oddziału był wojujący komunista. Ten to mi dawał „popalić”... Zapisywał mnie do pracy na każdą możliwą sobotę i niedzielę. O potrąconych premiach nie warto wspominać. Przez jakieś pół roku znęcał się nade mną ciężko, ale i później kiedy tylko mógł to „wsadzał mi jakąś szpilę”. Te sprawy miały miejsce gdzieś na przełomie 1983 i 84 roku i już „na amen” wyleczyły mnie z komunizmu i z PZPR. W 1987 roku, mój kierownik wyjechał do RFN i już nie wrócił, taki był z niego ideoweic… Krótko po jego wyjeździe okazało się, że narobił „machlojek” na kopalni. Budował dom i nakradł kopalnianych pieniędzy, a na dodatek korzystał z usług pracowników kopalni przy budowie tego domu, oczywiście w godzinach pracy. Nie miał już tu po co wracać, w związku z tym od tamtego czasu miałem z nim święty spokój. To właśnie była dla mnie ostateczna nauczka, że komunistów i ich spraw należy wystrzegać się jak zarazy. Powiedzmy sobie szczerze, że większość członków PZPR, to byli ludzie, którzy mieli gdzieś idee komunistyczne. Wstępowali do partii dla konkretnych korzyści. To była po prostu zwykła hipokryzja i koniunkturalizm.

Przyszedł rok 1988. Otrzymałem propozycję przejścia na kopalnię Morcinek. To była nowa kopalnia i potrzebowali wykwalifikowanych pracowników. Byłem kombajnistą, więc i mnie zaproponowano tam pracę z obietnicą szybkiego otrzymania własnego lokum. Po naradzie z żoną, zdecydowałem się na zmianę miejsca pracy. Rzeczywiście w jakiś czas potem otrzymałem mieszkanie w Cieszynie. Trochę małe, ale własne. W sierpniu druga fala strajków rozlała się w Jastrzębiu.

17 sierpnia, w dniu rozpoczęcia akcji strajkowej pracowałem na drugą zmianę. O ile pamiętam, to o tym, że Manifest stanął dowiedziałem się z radia RWE. Przy wejściu na kopalnię spotkałem Zbyszka Jaskólskiego, Andrzeja Andrzejczaka i Leszka Zubika. Zapytali jedynie: „Zostajesz?” Odparłem: „Oczywiście.” Po tych wszystkich moich doświadczeniach z komunistami byłem już gotowy „pójść na całość”. Sytuacja w kraju była dramatyczna. Sklepy były puste i w ogóle panowała kompletna i wszechogarniająca beznadzieja. Uznałem więc, że najwyższy czas, aby się temu przeciwstawić. Poszedłem na swój oddział. Wieczorem zaczęliśmy się organizować. Koledzy wybrali mnie oddziałowym i zostałem włączony do Komitetu Strajkowego. Na naszego przedstawiciela do MKS na Manifeście wybraliśmy Leszka Zubika, a przewodniczącym KS na kopalni został Andrzej Andrzejczak. Na początku było nas bardzo wielu. W poczuciu odpowiedzialności za ludzi i za zakład pracy musieliśmy ustanowić służby i osoby odpowiedzialne za każdy odcinek i za każde miejsce na zakładzie. Mnie powierzono ściany i sprzęt pracujący na ścianach, więc bardzo często zjeżdżałem na dół. Kiedy później przyjmowaliśmy raporty od sztygarów, to nie mogli nam wcisnąć żadnej „ciemnoty”. Przecież z ich strony mogliśmy spodziewać się wszystkiego, łącznie z sabotażem. Chyba na trzeci dzień strajku dostałem telefon z dołu: „Adam zjeżdżaj na dół, bo któryś ze sztygarów chce włączyć kombajn.” Przybiegłem na tę ścianę prawie na bosaka i powiem tylko tyle, że tego sztygara górnicy za bramę wywieźli na taczkach. Po tym zajściu wpadłem na taki pomysł: wszystkim pracownikom dozoru, którzy zapisywali się do pracy - bo oczywiście jeśli ktoś chciał pracować, to mu tego nie broniliśmy - kazałem ubrać brązowe Chełmy i każdemu z nich wręczyć łopatę. Białe włożyli zwykli robotnicy. Sytuacja się odwróciła i teraz górnicy pilnowali i gonili do roboty własny nadzór! Chcieli zapisywać się do pracy? Bardzo proszę, ale tylko do fizycznej. W związku z tą aferą przybiegł do nas dyrektor z pretensjami: „Co wy robicie?” Odpowiedziałem mu na to: „Jeszcze i na pana przyjdzie kolej.” Cały dozór był na nas wściekły, załoga natomiast była zadowolona. Ludzie nareszcie mogli pokazać tym „panom” w białych chełmach, że się ich nie boją. Kiedy my tak postawiliśmy sprawy to sztygarom nagle odechciało się pracować. Wprowadziliśmy wtedy takie zasady, że nawet dyrektor, kiedy przychodził do nas z raportem, to ustawiał się w kolejce. Pognębiliśmy ich wtedy jak nigdy.

Strajk trwał i było coraz ciężej. Niektórzy zaczęli uciekać do domów. Coś trzeba było zrobić. Podejmowaliśmy różne działania, nawet zlikwidowaliśmy telewizor, bo wielu ludzi nie wytrzymywało psychicznie tego komunistycznego warkotu, tej czerwonej propagandy. Podczas strajku dzieliliśmy się wszystkim. Na masówkach apelowałem do załogi abyśmy dbali o czystość. Wiadomo było, że czerwoni będą wobec nas formułować różne zarzuty, również o brak porządku. Poza tym ciągle chodziło o morale załogi. W brudzie i bałaganie człowiek czuje się gorzej. Odwiedziny członków rodzin miały dwa aspekty. Jeden pozytywny, bo wiedzieliśmy, że nasze rodziny są z nami i nas wspierają. Ale był też aspekt negatywny; każdy z nas odczuł go na sobie. Powiem krótko: po pewnym czasie mężczyznom zaczęło brakować kobiet, a kobietom swoich mężczyzn, więc na którejś tam z kolei masówce, wytłumaczyłem kolegom, że my przystępując do strajku, do czegoś się zobowiązaliśmy, że na innych zakładach pracy na nas liczą, że strajk to nie są żarty. Pamiętam, że uciekł nawet jeden z członków KS, ale potem wrócił i prosił, abyśmy dali mu jeszcze jedną szansę.

Jeśli chodzi o kontakty z MKS to mieliśmy je głównie przez studentów, którzy nas wspierali i którzy najczęściej występowali w roli kurierów. Ostatecznie Morcinek to najbardziej od Jastrzębia oddalona kopalnia, więc komunikacja była stosunkowo trudna. Pamiętam młodą dziennikarkę o nazwisku Misiak. Nie mięliśmy zaufania do mediów reżimowych, a ona wydała nam się najbardziej wiarygodna. Różnie wtedy o nas pisano. W każdym razie dzięki studentom otrzymywaliśmy codziennie informacje z MKS. Okazało się, że można było na nich liczyć bardziej, niż na naszych własnych emisariuszy. Któregoś dnia wysłaliśmy na Manifest Zbyszka Jaskólskiego i on już nie wrócił. Tłumaczył się potem, że SB go zatrzymała i zamknęła w areszcie domowym. Czy tak było? Nie wiem. Studenci kursowali pomimo przeszkód.

Pod koniec strajku otrzymaliśmy informację o spacyfikowaniu kopalni ZMP. Powiedziano nam również, że teraz ZOMO jedzie rozprawić się z nami. Ludzie wpadli w popłoch. Zrobił się straszny bałagan i tu na wysokości zadania stanęli górale. Na kopalni pracowała grupa chłopaków z gór, a wiadomo, że to twardzi i nieugięci ludzie. To właśnie oni pełnili wtedy warty i nikogo, kto chciał uciekać przez płot nie przepuścili. Dyscyplina była ostra. Jasne, jeżeli ktoś chciał opuścić zakład, to bardzo prosimy… ale przez bramę. Niech wszyscy widzą „bohaterów”. Oczywiście baliśmy się wszyscy, ale byliśmy bardzo zdeterminowani i zdecydowani na wszystko. Mówię o tej grupce, która pozostała do końca. Ludzie nam zawierzyli i my postanowiliśmy, że ich nie zawiedziemy.

W chwili, kiedy rozpoczął się atak sił milicyjnych na naszą kopalnię właśnie wyjechałem z dołu. Brama była już rozwalona i zomowcy wtargnęli na teren zakładu. Na cechowni została nas niewielka, może stuosobowa grupa. Zgromadziliśmy się wokół krzyża i zaczęliśmy się modlić. W ataku uczestniczyli nie tylko zomowcy, ale także osoby z dozoru, z naszej kopalni. To pewno w odwecie za to, jak sobie z nimi poczynaliśmy w czasie strajku. Szukali wśród nas, przede wszystkim Andrzejczaka, ale również i mnie. Koledzy o tym wiedzieli i chowali mnie między sobą. W końcu niewielką grupką wydostaliśmy się z cechowni. Widziałem jak zapędzano ludzi do podstawionych autobusów. Nie mieliśmy pojęcia co z nimi zrobią. W pierwszym odruchu, chcieliśmy zjechać na dół, ale się nie dało. Przez zakład przeróbczy dostaliśmy się na tyły kopalni. Byliśmy zdezorientowani. Chcieliśmy nawet uciekać przez Olzę, ale ktoś trzeźwo zauważył, że czescy pogranicznicy zaczną do nas strzelać. Zaczęliśmy uciekać w kierunku na Pogwizdów. W Pogwizdowie na jakiś czas schroniliśmy się na cmentarzu. W górze latał śmigłowiec i przy pomocy reflektora penetrował teren, szukając takich zbiegów jak my. Po krótkiej naradzie podjęliśmy decyzję, że musimy przedostać się do Jastrzębia, do kościoła „na górce”. Szliśmy prawie przez całą noc, na piechotę i to najlepiej opłotkami, z daleka od dróg i większych ludzkich skupisk. Na miejsce dotarliśmy, gdzieś o czwartej nad ranem. Całą tą drogę odbyłem na bosaka, tak że nogi miałem mocno poranione, chociaż wtedy nic nie czułem. „Na górce” przyjęli nas gościnnie, poczęstowali ciepłym posiłkiem i wtedy Henryk Sienkiewicz zadał nam pytanie: „I co dalej będziecie robić, chłopaki?” Wszyscy byliśmy zdecydowani wspomóc kolegów z zakładów, na których protest ciągle trwał. Któryś z nas wpadł na pomysł, aby przedrzeć się na kopalnię „Jastrzębie”. I tak też uczyniliśmy.

To co zobaczyliśmy na terenie kopalni „Jastrzębie” robiło duże wrażenie. Teren zaminowany, zapalarki w pogotowiu, brama zabarykadowana poprzewracanymi przyczepami. To było mocne. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy przychodząc z pomocą załodze trzymającej się już resztkami sił psychicznych i fizycznych. Oni też byli potwornie zmęczeni i my tchnęliśmy w nich trochę nowej wiary. Tam poznałem Adama Stepeckiego, Wieśka Oziembłowskiego i Andrzeja Kamińskiego. Koledzy z „Jastrzębia” załatwili nam czyste ubrania. Do końca strajku na ich kopalni udzielaliśmy się aktywnie; pełniliśmy warty i staraliśmy się ich wspierać duchowo, bo to wtedy było najważniejsze. Na kopalni Jastrzębie odnalazł mnie kolega z „Morcinka”. Okazało się, że nikt nie miał zielonego pojęcia o tym, gdzie przebywam i co robię. Ten kolega doradził mi jednak, abym na razie nie wracał do domu, bo tam już esbecja na mnie czekała. Trzeciego dnia po naszym przybyciu, KS z „Jastrzębia” podjął decyzję o przerwaniu strajku. Ich wyjście z zakładu było honorowe, ale nasza grupa z „Morcinka” zdecydowała, że bramą nie wychodzimy.

Wcześniej jakimś sposobem Leszek Zubik dowiedział się, co się z nami dzieje i nas odnalazł. Zaproponował, abyśmy przeszli na „Manifest Lipcowy”. Przeprowadził nas piwnicami od strony Domu Górnika pod sam płot kopalniany. Wykorzystując chwilę nieuwagi pilnujących ogrodzenia milicjantów, przeskoczyliśmy je szybko i znaleźliśmy się na terenie „Manifestu Lipcowego”. Tym samym rozpoczęliśmy strajk na trzecim zakładzie. Z kopalni „Jastrzębie” dołączyło do nas jeszcze kilka osób. Na „Manifeście” wytrwaliśmy do końca, aż do 3 września.

Po wszystkim wróciłem do domu. Z kopalni zostałem oczywiście zwolniony. Trzy miesiące byłem bezrobotny. Pieniądze na życie otrzymywałem z Komisji Interwencji i Praworządności Romaszewskiego. W tym okresie uczestniczyłem we wszystkich demonstracjach w sprawie przywrócenia do pracy zwolnionych górników. Brałem również częsty i aktywny udział w demonstracjach organizowanych przez KPN. Z tą partią i jej programem zetknąłem się po raz pierwszy właśnie podczas naszego pobytu na „Manifeście”. Tam spotkałem Ryśka Bociana, działacza KPN z Krakowa. To co wcześniej słyszałem o KPN, to były same jakieś bzdury. Przedstawiano ich jako straszną ekstremę, wręcz terrorystów. Zapoznałem się z ich programem, który mnie przekonał, więc przystąpiłem do nich.

Jedną z najbardziej spektakularnych demonstracji w jakiej uczestniczyłem, była demonstracja w Katowicach zorganizowana z okazji święta niepodległości, 11 listopada 1988 roku. Demonstrację zorganizował NSZ i KPN. Najpierw odbyła się msza święta. Potem, bardzo liczną grupą chcieliśmy przemaszerować z transparentami pod pomnik Powstańców Śląskich. To miała być manifestacja pokojowa. Najpierw przemawiało kilka osób, między innymi Adam Słomka, potem wyruszyliśmy założoną trasą. Wówczas zomowcy i esbecy podjęli próbę zatrzymania całej kolumny. Rozpoczęła się ostra zadyma. To była regularna bitwa. W pewnym momencie jakiś esbek wjechał samochodem w tłum. Chcieliśmy mu ten samochód przewrócić. Już go mieliśmy w górze, ale ktoś krzyknął, aby go zostawić. Mało brakowało, leżałby do góry kołami. Walka trwała. Cóż, milicja dysponowała jednak większymi siłami, więc ludzie się rozbiegli. Sporo zostało wyłapanych, a część spośród nas schroniła się w katedrze. Tam było naprawdę wiele osób i to z różnych ugrupowań. Wśród nas byli między innymi Adam Słomka i Kazimierz Świtoń. Postanowiliśmy podjąć głodówkę. Sprecyzowaliśmy postulaty, zamknęliśmy drzwi i się zaczęło. Nie przyjmowaliśmy żadnych pokarmów, a z płynów tylko wodę. Protest trwał, o ile pamiętam siedem dni, ale po czterech dniach byliśmy już bardzo słabi. Nie oglądaliśmy nawet telewizji, aby nie patrzeć na jedzenie; czasami w różnych programach pokazują przecież jedzących ludzi. Między nami był ktoś z „Morcinka”, więc wysłaliśmy go do załogi aby przedstawił im jak sytuacja wygląda naprawdę.

W końcu władze uległy i nasze postulaty zostały spełnione. Przerwaliśmy głodówkę. Przywrócono mnie do pracy, więc jeszcze nieformalnie zaczęliśmy organizować struktury Solidarności u nas na zakładzie. Andrzej Andrzejczak został przewodniczącym Tymczasowej Komisji Zakładowej Solidarności, a mnie uczynili wiceprzewodniczącym. Musze powiedzieć, że dozór odnosił się do mnie z szacunkiem. Myślę, że się mnie bali. Wiedzieli, że w razie czego mogłem być swoistym zapalnikiem kolejnego protestu. Poprzez moją działalność strasznie cierpiały moje sprawy rodzinne, ale moja żona chociaż się bała i była już tym wszystkim bardzo zmęczona, to jednak mnie rozumiała. Rozumiała, że z mojej strony byłoby zwykłym tchórzostwem, gdybym w tym momencie zaprzestał działać. Często byłem zatrzymywany przez SB, zwłaszcza przed demonstracjami. Odwozili mnie na komendę, a po demonstracji wypuszczali. Tak było na przykład przed rocznicą masakry na Wujku. Andrzejczak miał do mnie pretensje, że mnie tam nie było… A co ja mogłem zrobić skoro trzymali mnie na dołku? Odnosiłem się do esbeków bardzo grubiańsko… cóż taką mam naturę. Byłem organizatorem pierwszej po strajkach masówki na „Morcinku”. Najpierw wszystko ustaliłem z Andrzejczakiem, który ciągle był jeszcze na zwolnieniu. Bardzo go pobili przy tym zatrzymaniu w sierpniu. Masówka udała się bardzo dobrze. Nareszcie ludziom przedstawiłem klarowny obraz sytuacji. Mniej więcej w tym okresie zaczęliśmy drukować nasze pismo zakładowej Solidarności - „Szerszenia”. Bardzo zaangażowałem się w pracę związkową. Ludzie przychodzili do mnie ze swoimi problemami, a ja je załatwiałem w dyrekcji. Dyrektor wiedział, że musi mnie przyjąć. Kiedyś powiedział mi, że jest zajęty, więc ja mu na to odpaliłem, że zajęty to może być kibel. Dyrektor był zdezorientowany i wystraszony. Jeszcze przed rejestracją związku spotykaliśmy się w prywatnych mieszkaniach i organizowaliśmy struktury. Zajmowaliśmy się organizacją mszy za Ojczyznę w Kaczycach. Kiedy w wypadku na kopalni zginął jeden z naszych kolegów, to my, jako związek wzięliśmy udział w pogrzebie. SB nie wiedziała jak się zachować w takiej sytuacji. Potem urządziliśmy składkę na rzecz rodziny zmarłego kolegi. Zaczęliśmy prowadzić normalną robotę związkową. Podczas wypłat pieniędzy za strajki, postawiłem sprawę bardzo ostro: pieniądze otrzymają tylko ci, którzy brali udział w proteście od początku do końca. Wielu miało mi to za złe. Ludzie wiedzieli, że ostro rozmawiam z dyrekcją i niektórzy próbowali mnie wykorzystywać abym załatwiał ich nie do końca czyste sprawy. Zwrócił mi na to uwagę dyrektor Kubla. Poinformowałem o tym załogę na masówce. Zwróciłem się do nich aby nie niszczyli mojego autorytetu, przecież na zakładzie nie mogło być anarchii. Ten apel odniósł skutek.

Mniej więcej w tym okresie podejmowałem usilne staranie o większe mieszkanie. Pewnego dnia dotarła do mnie informacja, ze szuka mnie młody chłopak bez ręki – inwalida. W końcu jakoś się spotkaliśmy i opowiedział mi, że jeszcze przed strajkami uległ ciężkiemu wypadkowi. Podczas pracy na przenośniku urwało mu rękę. Miał może z 19 lat. Do wypadku doszło z ewidentnej winy kopalni. Pracownicy działu BHP jak i dyrekcja obawiali się, że pozwie on kopalnię do sądu, więc naobiecywali mu, że dostanie mieszkanie, że kupią mu protezę, że załatwią mu rehabilitację i podsunęli mu do podpisania dokumenty, na podstawie których zrzekał się wszelkich roszczeń wobec kopalni. Ten biedak to podpisał. A oni zostawili go z niczym. Opowiadał mi tą historię i płakał, a ja razem z nim. Ledwo uszedł z życiem, wina była kopalni, no ale dokumenty podpisał. Kilka dni przed tą rozmową powiadomili mnie, że zostało mi przydzielone większe mieszkanie, ale jak patrzyłem na tego chłopaka i słuchałem tej jego smutnej historii, to pomyślałem, że tak być nie może. Poszedłem z nim do dyrektora i poprosiłem aby to moje mieszkanie przyznali temu młodemu inwalidzie. Człowiek ten był mi bardzo wdzięczny. Nie mówię o tym aby się przechwalać, jaki to jestem wspaniałomyślny, mówię o tym aby pokazać jaka wtedy panowała atmosfera. To była po prostu zwykła ludzka solidarność. Cóż, trudno mi to było wytłumaczyć żonie. Znowu miałem u niej krechę, ale jakoś te wszystkie burze przetrwaliśmy.

Wrócę jeszcze na chwilę do sprawy wypłacania pieniędzy za strajki, bo związane z tym jest takie ciekawe zdarzenie. Po pieniądze do kościoła „na górce” pojechaliśmy we trzech; Andrzej Andrzejczak, Franek Cichoń i ja. Po przedstawieniu list i podliczeniu należności, wypłaty dokonał Romek Bożko. Wróciliśmy na kopalnię i według listy wypłacaliśmy te środki. Tego dnia wypłaciliśmy tyko część należności. Po pierwszej zmianie ludzie porozjeżdżali się do domów, więc i my spakowaliśmy się do mojego malucha i postanowiliśmy wrócić do Jastrzębia. Po drodze w Kaczycach zatrzymali nas esbecy i oznajmili nam, że jesteśmy zatrzymani. Chcieli odebrać nam pieniądze i papiery, aleśmy się ostro postawili. Oznajmiliśmy im, że nawet nie dotkną tych pieniędzy i dokumentów. Spakowałem ten cały majdan do torby i kazali nam się przesiąść do suki milicyjnej. Do mojego malucha wsiadł jeden cywil i pojechał za nami. Przywieźli nas na komendę na Śląskiej w Jastrzębiu. Zaczęli nas przesłuchiwać. To wszystko działo się w Dzień Milicjanta i na komendę przychodziły wycieczki szkolne. W pewnej chwili korzystając z zamieszania zamknęliśmy się z jednym z esbeków w pokoju, w którym nas przesłuchiwali. Jeden z nas złapał za krzesło, wzniósł je do góry i krzyknął do tego esbeka: „Wypuszczaj nas, bo ci łeb rozwalę”. Inni esbecy zaczęli dobijać się do tego pomieszczenia, więc my zaczęliśmy głośno krzyczeć: „Pokażcie tym dzieciom jak mordujecie ludzi”. Narobiło się strasznego rabanu, ale oni przed tymi dzieciakami musieli zachować się jakoś na tyle przyzwoicie, żeby wyjść z twarzą z tej trudnej dla nich sytuacji. Ten esbek, którego mieliśmy jako zakładnika podpisał nam w końcu przepustkę, taki glejt gwarantujący nam, że wyjdziemy z komendy bez szwanku. W tym ogólnym chaosie opuściliśmy komendę, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domów.

Drugiego dnia rankiem przyszło do mnie czterech esbeków. Byli jeszcze pijani po swoim „święcie”. Przedstawili bumagę, że robią rewizję w związku z drukiem i kolportażem nielegalnych materiałów. Pytali o bibułę i byli bardzo zawiedzeni, bo miałem, ale tylko po jednym egzemplarzu. Kpiłem sobie z nich, że przecież do czytania nie potrzebuję tysięcy duplikatów. Zapytali, czy mam maszynę (chodziło o maszynę do pisania, ale nie sprecyzowali). Odpowiedziałem, że „jasne” i wyciągnąłem im maszynę do szycia. Szlag trafiał tych esbeków. Zwołałem sąsiadów i oznajmiłem im, że „te psy są pijane, więc pilnujcie, żeby coś nie zginęło”. Żona była dosłownie zielona ze strachu. Szukali, szukali, ale niczego nie znaleźli. W końcu jeden z esbeków kazał mi oddać kluczyki od samochodu i oznajmił, że auto zostało zarekwirowane. Wystawili mi na to jakiś kwitek i zabrali mnie jeszcze na komendę na przesłuchanie. Wiele tam żeśmy sobie nie pogadali, bo i nie było o czym. W jakiś czas potem zwrócili mi to auto, ale już się do niczego nie nadawało.

Całe to zdarzenie zostało przedstawione i wyemitowane na falach radia Wolna Europa. Traf chciał, że na drugim końcu Polski mój tata słuchał tego komunikatu, że Adam Wasilewski został zatrzymany przez SB. Wszystkie fakty podane w tej informacji się zgadzały. Tata nie umiał uwierzyć, że radio Wolna Europa mówi o jego synu. Wsiadł staruszek w pociąg i jechał do mnie dwa dni, taki był ze mnie zadowolony. Był dumny że walczę z komuną. Podczas jego pobytu u mnie, po raz pierwszy rozmawialiśmy o Polsce zupełnie otwartym językiem. Mój ojciec, ostatecznie, też miał swoje porachunki z czerwonymi. To, że mój tata doczekał wolnych czasów, stanowi dla mnie jedną z największych radości w życiu. Warto było się o to bić.

Przez cały czas sprawowałem swoją funkcję w związku, ale zaczęło mnie to trochę uwierać. Czasy się zmieniały, sposoby prowadzenia rozmów również, a ja za Boga nie byłem dyplomatą. Z wszystkimi rozmawiałem otwarcie i wymagałem od swoich rozmówców uczciwości i szczerości. Była taka sytuacja: w niektórych przodkach temperatura dochodziła do 40 stopni Celsjusza, więc dla pracujących tam ludzi chcieliśmy wywalczyć sześciogodzinny dzień pracy. Załoga w pełni zaakceptowała ten pomysł. Wystosowaliśmy w tej sprawie pismo do dyrekcji. Odpowiedź miała do nas wpłynąć w ciągu siedmiu dni, ale najwidoczniej dyrekcja nas zlekceważyła, bo żadnej odpowiedzi nie było. Postanowiliśmy podjąć akcję strajkową. Przyjechał do nas jakiś dyrektor z Gwarectwa. Poszliśmy na te rozmowy, a tu okazało się, że przy stole siedziało trzech esboli, więc poinformowałem dyrektora, że w obecności tych psów żadnych rozmów prowadzić nie będziemy. Musieli opuścić salę. Dyrekcja zaczęła nas tak kulturalnie podchodzić, dyplomatycznie rozmywać całą sprawę. Zdenerwowałem się i powiedziałem, że będziemy teraz rozmawiać konkretnie o „sałacie”. Dyrektor zrobił wielkie oczy; nie wiedział co to „sałata”. „A może wiesz, co to kapucha?” – zapytałem. Powiedziałem do niego: „Człowieku nie mydl mi oczy, tylko konkretnie proszę; ile, co i za co? Ci ludzie mają pracować sześć godzin, a za każdą nadgodzinę macie płacić 300% stawki.” Załatwiliśmy szybciutko formalności z dyrektorem ekonomicznym. Wszyscy się pod dokumentem podpisali i było po sprawie. Od tamtego czasu kumple dali mi ksywę „kapucha”. Nie chcieli z nami rozmawiać, ale musieli i to na naszych warunkach. Tak zresztą doradzał mi zawsze mój obrońca w rozlicznych sprawach sądowych, które wytaczała mi esbecja, mecenas Leszek Piotrowski. Zawsze mi powtarzał: „Nie wdawaj się z nimi w dyskusję, bo cię zagadają. Mów prosto; o co ci chodzi.” I tak postępowałem.

Następowały wydarzenia, które ciągle mnie czegoś uczyły. Pod koniec lutego 1989 w Ustroniu odbyło się II Zgromadzenie Delegatów NSZZ Solidarność Regionu Śląsko – Dąbrowskiego. Byłem jednym z delegatów i to co usłyszałem w rozmowach zakulisowych było bardzo gorzkie. Do tej pory mocno wierzyłem w ideały Solidarności, a tam nagle pod wpływem niektórych VIP-ów solidarnościowych ta moja wiara zaczęła topnieć. Myślałem, że będziemy niezależni, że będziemy płaceni ze składek członkowskich i że będziemy dbali o to, aby skutecznie załatwiać problemy pracownicze, a tu sprawy zaczęły przybierać zupełnie inny obrót. Nie zapomnę, jak któryś z delegatów w prywatnej rozmowie ze mną wygłosił takie mniej więcej zdanie: „Rylom (tzn. górnikom – przyp. red.) można naobiecywać, ale niekoniecznie trzeba się z tych obietnic wywiązać”. Zrozumiałem, że tym ludziom chodzi tylko o władzę i o łatwy chleb. Od tego czasu powoli zacząłem wycofywać się z działalności związkowej. Ja podchodziłem do sprawy idealistycznie, a tu nagle taka proza życia. Pomyślałem: „Nie, to już nie dla mnie.”

Zazwyczaj podejmowałem decyzje dosyć szybko, bo i jestem impulsywny. Kiedyś przyszła do mnie dziennikarka przeprowadzić wywiad i wyglądała na wystraszoną. Po rozmowie przyznała, że bała się mnie, bo jej powiedzieli, że ze mnie taki pistolet, a okazałem się być takim spokojnym człowiekiem. Odpowiedziałem jej, że mnie wyprowadzają z równowagi jedynie komuniści. Na moich oczach działacze związku przestali walczyć o prawa pracownicze i zaczęli walczyć między sobą o stołki. To wzajemne podkładanie sobie świń, podgryzanie się... Tego dla mnie było już naprawdę za wiele. Postanowiłem w końcu zadbać o swoją rodzinę. Na zakładzie jeszcze trochę działałem, ale bez przekonania. Solidarność utraciła dla mnie swój blask. Ludzie zaczęli opowiadać o mnie jakieś głupoty nie z tej ziemi, o moim domniemanym bogactwie, o tym, że jestem właścicielem jachtu i inne bzdury. To wszystko mnie załamało.

Wiosną 1989 była z kopalni organizowana wycieczka do RFN. Pojechałem na nią i zostałem. Zresztą nikt z tej wycieczki nie wrócił. Dostałem azyl i szybko załatwiłem sobie pracę. Pieniądze do kraju słałem nie tylko rodzinie, ale i kolegom z KPN, z którymi miałem wtedy stały kontakt. Po czerwcowych wyborach postanowiłem wrócić do kraju. Kiedy znowu pojawiłem się na Morcinku, to niektórym wcale nie było do śmiechu, bo podczas mojej nieobecności próbowali mnie wkręcić w jakąś aferę finansową. Cóż, powiedziałem im, że tak się nie robi. Przecież kiedyś byliśmy kolegami… no, ale władza deprawuje i ich zdeprawowała. Z przyjęciem na powrót do pracy nie było żadnych problemów. W związku funkcjonowałem w dalszym ciągu, ale już z daleka od jakichkolwiek stanowisk.

Nie żałuję tego, co wtedy zrobiłem. Może nie do końca wyszło tak jak chcieliśmy i ludzie stracili wiarę w ideały Solidarności, ale jednak mamy tą wolność, co by kto o tym nie myślał. Lubię wspominać tamte czasy, lubię spotykać kolegów, z którymi walczyło się ramię w ramię z czerwonym totalitaryzmem. Muszę przyznać, że smak walki o wolność to jest przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Poza tym walka o wolność Ojczyzny, to jest przywilej, którym niewielu zostało nagrodzonych.

Opracowanie: Andrzej Kamiński