L00075 Eugeniusz Zandler

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Eugeniusza Zandlera==

Cieszyn, 26 VII 2007

To się zaczęło w sierpniu 1980 roku…dokładnie 28 sierpnia po wiadomościach DTV. Ale od początku. Ja złożyłem wypowiedzenie z pracy już w czerwcu 1980 roku, bo nie dało się normalnie pracować. Myśmy byli w obozie. Od 11 lipca w ramach miesięcznego wymówienia, które mnie obowiązywało, wziąłem urlop i wypowiedzenie złożyłem. W tym czasie jeździłem i szukałem pracy. Po prostu nie dało się po ludzku w tamtym okresie pracować. No, bo jak nie zostało się do drugiej zmiany na dole, czyli więcej niż 7,5 godziny, czyli tyle ile my mieliśmy pracować, to było już się „niedobrym”, już się szło na inne roboty. Obowiązek był, że trzeba było czekać aż druga zmiana wyjedzie z dołu.

Albo i w niedzielę; trzeba było przychodzić, bo to był praktycznie obowiązek… inaczej się wylatywało ze ściany. Jak się wyleciało ze ściany?... to po co byłem górnikiem kombajnistą? Po co miałem te wszystkie uprawnienia do tego sprzętu, jak ja potem szedłem ścieki czyścić. A to się z kolei czuło potem na zarobku.

Funkcjonowała już wtedy 4- brygadówka, ale była prowadzona na robotach przygotowawczych, nie na oddziałach ścianowych, gdzie było wydobycie. Tam był dalej cykl 3 zmianowy. 4 – brygadówka to tylko roboty pomocnicze i przodki przygotowujące wyrobiska do eksploatacji. Natomiast później, chyba w trakcie 1981 roku, gdzieś przed stanem wojennym, już to próbowali wprowadzić na wszystkie oddziały. Na „Manifeście” było wtedy 13 oddziałów wydobywczych i około 5 może 7 oddziałów przygotowawczych. Gałucha, nasz pierwszy przewodniczący, pracował chyba na GRP-4 albo 5.

Więc wracając do tematu; szukałem tej pracy, ale nie było dla mnie w Rybnickim Okręgu Węglowym żadnych możliwości. Ja sobie coś załatwiałem przez żonę, chociaż o tym nie wiedziała… Ja pojechałem do Katowic, do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, bo jak się dowiedziałem, że z ROW-u nikt mnie do pracy nie przyjmie… a więc pytam się kolegów i siebie: co zrobić? Kogo pierwszego zabić? Co z rodziną? Co z dziećmi? Gdzie my żyjemy? W jakim państwie? I wtedy się dowiedziałem, że Lichoś wydał takie… ówczesny v-ce prezydent miasta Katowice, zarządzenie, że z ROW-u, jak się ktoś zwolni, nigdzie pracy nie ma prawa dostać. No, więc to był obóz. I nie było innego wyjścia; zajechałem do Komitetu Wojewódzkiego, do Katowic. Najpierw zwierzyłem się ze swojego zamiaru Tadkowi Rogalskiemu, dwóm jeszcze innym kolegom i powiedziałem: jak mnie zamkną, to wiecie gdzie jestem. Postawiłem wszystko na jedną kartę.

Czekałem w tym Komitecie chyba z sześć godzin. W końcu mnie przyjęto, zwieziono mnie windami, gdzieś na dół. Tam od nich nie dowiedziałem się nic. Było tam chyba z pięciu panów. I po wszystkim ja mówię: to teraz się nie zdziwię jak mnie każecie na wierzchu zamknąć. Bo im to samo pytanie zadałem: Co mam zrobić? Kogo zabić? Kogo okraść? Ja będę miał co jeść, bo w więzieniu mnie nakarmią…, ale co z rodziną? Ja byłem święcie przekonany, że jak mnie wywiozą do góry to mnie zamkną. O dziwo, nic się nie stało. Wróciłem z niczym.

Nie było innego wyjścia. To było 28 lipca 80 roku; poszedłem na kopalnię. Wtedy Szyduła był kierownikiem działu kadr, a Kiermaszek, chyba był do spraw pracowniczych, no i wycofałem wypowiedzenie. Trzeba było wrócić do roboty. I od 1 sierpnia rozpocząłem pracę, ale nie na swojej zmianie. Inna zmiana, inni koledzy.

I tak się to ciągnęło do 28 sierpnia, do wybuchu strajku; w czwartek. Ponieważ byłem na zmianie nocnej, więc przyjechałem tak jak wszyscy, około 21.30, no i to było po tym Dzienniku, w którym podali o podwyżkach płac dla różnych branż zawodowych, ale o górnikach nie wspomnieli. Wszyscyśmy się tym oburzali. Dyskusje na przystanku i w autobusie. Jak to! Stoczniowcy dostali podwyżkę, hutnicy dostali podwyżkę. Wszyscy dostali oprócz górników. A węgla wiecznie potrzeba. I trzeba pracować na okrągło. Było wielkie wzburzenie.

Jak wszedłem na cechownię, tam było pełno. Wszyscy mówili o tym, co było w DTV. I tak od słowa do słowa, postanowiliśmy, że nie zjeżdżamy. Nie jesteśmy gorsi. I tak to się zaczęło. Wezwali Dudę, a Duda zaczął rozmydlać sprawę. Tak dla wyjaśnienia Duda był wtedy Kierownikiem Robót Górniczych, z tym, że Duda… to były wielkie kłopoty, bo miał niewyparzoną gębę i strasznie denerwował ludzi, a na dodatek Komitet Strajkowy musiał mu zapewnić bezpieczeństwo.

No, więc strajk rozpoczął się na nocnej zmianie 28 sierpnia. Była pełna cechownia ludzi. Z każdego oddziału po jednym delegacie do rozmów. Jeszcze nie było mówione o strajku. Nie było słowa strajk. Mieliśmy przystąpić do rozmów z Dudą i to miało być w salce odpraw nad cechownią. I jak on zaczął nam wciskać o rękawicach, o rzeczach zupełnie nie związanych z naszymi oczekiwaniami… Bo ja mówię; chodziło o te podwyżki, i o to że górnictwo zostało pominięte. No, więc to się rozleciało wszystko. Po pół godzinie podjęliśmy drugą turę rozmów. Ja pozostawałem w tyle, ale mnie wypychali do przodu, i to obcy, nie z mojego oddziału. Mówili: Ty tam idź, się z nimi kłóć. Na zasadzie, tak to odebrałem później, My nie będziemy nadstawiali głowy. No, więc jak kazali to ktoś poszedł. Druga tura rozmów się rozleciała i zaczęła się trzecia. W trzeciej turze było już dwóch przedstawicieli dozoru. I wtedy był taki młody jeden, to był Grzegorz Stawski; na pewno i jeden przedstawiciel oddziału wydobywczego… nie pamiętam nazwiska; wiem, że był Furmaniok… i oni się podzielili. Część ustawiała się tak, część inaczej. Za dozorem, przeciw dozorowi; bo my nie chcieliśmy pozwolić aby przedstawiciele dozoru zbyt wiele gadali. W trakcie trzeciej tury już cała załoga wyszła na zewnątrz. To było już po 22.00. Na zjazd nikt nie poszedł. Wyjechała druga zmiana i wtedy wyjechał Stefan Pałka. To była 22.30 i Fredek Gałucha. Fredek Gałucha jako strzałowy i przodowy zawsze miał przy sobie coś do pisania. Stanął na kwietniku, tam jak się idzie na łaźnię i zaczął spisywać postulaty, ale dopiero Stefan Pałka wziął to w ryzy. Usankcjonował, uregulował wszystko. Pospisywano; kto, z którego oddziału itd. I wtedy zaczęło się to maglowanie. Była godzina 23.00 może 24.00, nikogo obcego jeszcze u nas nie było, ale już ludzie, którzy jechali na międzyzmianę, właśnie na 24.00 opowiadali, że na niektórych odcinkach drogi były poobstawiane. Nie wiadomo jak i skąd się to wzięło, ale część ludzi już nie mogła dotrzeć na kopalnię. Znam to tylko z relacji bo ja na zewnątrz nie wychodziłem. Od czwartku do niedzieli, siedziałem na kopalni non stop. Dopiero w niedzielę poszedłem się przebrać. W uzasadnionych przypadkach Komisja Strajkowa udzielała przepustek, no chyba, że ktoś rezygnował z udziału w strajku… Na siłę nikogo nie trzymano.

Ale wracając do tematu. Około godz. 2.00 w nocy, to już 29 sierpnia dotarli do nas ludzie z KWK Borynia. I wtedy jak przybyli ci z Boryni zaczął się wiązać Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Ci z Boryni przynieśli nam wiadomości. Między innymi, że jeden z nich jest w areszcie domowym. Później okazało się, że chodziło o Jarosława Sienkiewicza. Pierwszym wspólnym postulatem było, aby ujawniono, co się dzieje na wybrzeżu i w całej Polsce. Właściwie to nie był postulat tylko warunek.

Jarliński się włączył aktywniej do pracy w Komisji Strajkowej na drugi albo na trzeci dzień dopiero, a tak bardzo chciał za wszelką cenę i to mu się udało. On został MKS-ie. Nas z Manifestu było za dużo w MKS-ie i o to mieli do nas pretensje. Kiedy na drugi dzień rano o godz. 10.00 pojawił się Jedynak na kopalni uznałem, że moje miejsce jest w kopalnianej Komisji Strajkowej i na swoje miejsce w MKS-ie wprowadziłem Tadka Jedynaka. I od tej pory ja nie brałem udziału w pracach MKS-u. W KS-ie było nas również za dużo, bo było nas około trzydziestu. Zaczęliśmy to okrawać. I to również wielu osobom nie pasowało, bo mówiliśmy: dobrze skoro już tak jest to wybieramy po jednym z oddziału. Nie pasowało, bo Bożek i Blaut byli z jednego oddziału. Leon Głuszak też był z drugiego oddziału. Nie pasowało. I dopiero wtedy jak pojechali do Gdańska… Myśmy wysłali wtedy Szołtysika Gerarda z Żor. To było na drugi dzień strajku, gdzieś około południa. On dysponował autem. On pracował na kontrakcie i przyjechał „mirafiorką” na kopalnię. Wysłaliśmy trzy samochody do Gdańska, żeby mieć potwierdzenie od nich, że oni wiedzą, że my strajkujemy i jakie oni mają postulaty. To się działo na drugi dzień, to był piątek. Dwa samochody wpadły, a Szołtysek przejechał tam i z powrotem. Udało mu się. Dwa samochody zostały zatrzymane i zawrócone. I wtedy dopiero doszło do nas jak musimy ustawiać ludzi i ilu nas może być w Komisji Strajkowej na kopalni. Zostało to okrojone do czternastu i dalej nas było za dużo. Był wśród nas taki jeden, który miał chyba ze trzydzieści enek (nieusprawiedliwiona nieobecność w pracy), nie pamiętam nazwiska, a ja wnioskowałem o to, aby w KS-ie nie było bumelantów. I mówię tak: nie ma innego wyjścia, tylko tak jak jesteśmy pospisywani, ja ten notes miałem długi czas, ja biorę ten notes, idę do planistek, do działu kadr, kartoteki wyciągam i sprawdzam wszystko. I on do mnie przyszedł, żeby mu te trzydzieści enek załatwić. Ja mówię do niego: Tyś jest niemądry. On mi to długo truł, ale się nie załapał. Nie załapał się Kępa, nie załapał się Radecki, bo też miał Enki. Tam wielu powylatywało; tylko z tego względu.. Ja mówię: tylko ten, który ma czyste konto może być w komisji. I tak nas zostało siedmiu albo ośmiu, tylko. Reszta miała „brudne” papiery. I w ten sposób zostało to załatwione. Natomiast jeśli chodzi o MKS, to jak dotarła Borynia, dotarło i XXX-lecie tej samej nocy, natomiast z Moszczenicy przyszli nad ranem. Z 1Maja, z Wodzisławia przyszli gdzieś około godz.8.00. Tam pierwsza zmiana nie zjechała, tam już nocka też się chwiała. Prawdopodobnie z tego co mi opowiadali ci z Moszczenicy, oni też już stali w czwartek i nie zjechali, tylko nie skontaktowali się z innymi. Z Anny przyjechali do nas w piątek. Czyli to się wszystko tak kumulowało. I wtedy oni dogadywali się już między sobą. Stawski tam brał udział, Kąsek – taki sztygar. No i oni tworzyli ten MKS. Natomiast w moje miejsce w MKS-ie wszedł Jedynak… No i Fredek Gałucha i Stefan Pałka mieli o to do mnie pretensje, bo Jedynak nie miał dobrej opinii na kopalni, ale to był facet bardzo bystry jeżeli chodzi o takie bezpośrednie rozmowy z kimś. Ja o tyle go znałem, że jak mieszkałem na hotelu ton też tam mieszkał i znałem go już osiem lat. Więc mówię: to jest człowiek, który może cos tu więcej zrobić. A mnie MKS nie pasował. Wolałem kopalnię, czyli swoje podwórko. I stąd wziął się tam Jedynak, chociaż on sam tego nie pamięta, bo jak czytałem wywiad z nim, to on nie pamięta jak się dostał do MKS-u.

Służbę porządkową utworzyliśmy w nocy, gdzieś około godziny 4.00 nad ranem. Straż organizował Lechu Osiak na polecenie KS-u. To być może była moja decyzja. W każdym razie Sienkiewicza jeszcze na kopalni nie było, gdyż z radiowozu odbierali go ludzie ze służby porządkowej.

Janek Bożek przyszedł rano. Leon Głuszak był na nocnej zmianie. Myśmy we dwójkę byli z wydobywczych oddziałów i żeśmy się bliżej znali z osiedla. Na nocnej zmianie był również Radecki. Blauta nie było. Pietrzyk i Blaut przyszli na rano. Pietrzyk się wypowiada, że on był na nocce, że on wszystko załatwił, że on wszystko zrobił... drugi Wałęsa. Z oddziałów przygotowawczych oprócz Fredka było jeszcze chyba dwóch albo trzech ludzi. I tak się to wszystko wiązało. Nie mieliśmy rozeznania czy ktoś zjechał na dół, czy nie. Te dane trzeba było ściągnąć z markowni. Trzeba było po prostu jakoś ogarnąć ten bałagan.

Była jeszcze sprawa pożaru na dole, ale to była jawna prowokacja, bo pożaru nie było. Sprawę miała rozwiązać komisja specjalnie do tego celu powołana. Byłem jej uczestnikiem. Myśmy jednak do niczego nie doszli. Z jakiego względu? Byłem w komisji razem z Jurkiem Mnichem, z Grzywą, z Kowalczykiem Jankiem. Nas było chyba pięciu czy sześciu i Grzywa, który był z BHP, był kierownikiem. I ta sprawa już w komisji, już po podpisaniu porozumienia się rozmydliła. Dążył do tego za wszelką cenę sam Grzywa, bo on jeszcze wtedy nie był zdjęty. To były pierwsze dni zaraz po strajkach. Mieliśmy już wtedy wszystkie postulaty pospisywane. I wiem, że po całym tym incydencie, a najwięcej w tym mieszał Duda; wtedy ja powiedziałem do Bożka Janka, do Lecha Osiaka, do Fredka, bo myśmy wtedy w czwórkę pojechali do Zjednoczenia, do Horaka, ponieważ Horaka znałem i powiedziałem mu, że albo zdejmą natychmiast Dudę i w ogóle nie ma prawa wstępu… Bo najpierw nie miał prawa wstępu na kopalnię, tylko do biurowca, żeby nie mieszał nic, właśnie po tym incydencie, który miał miejsce po podpisaniu porozumienia, a później on nam z kolei zrobił jeszcze inne numery. Prowadził z nami „podjazdówkę”, łącznie z dozorem. Wtedy żeśmy zażądali żeby Dudę zupełnie wyłączyć; z kopalni zdjąć. Horak powiedział, że nie ma takiej możliwości. Ja do niego: Jak pan nie ma takiej możliwości, to proszę mnie połączyć z ministrem Blachowskim i będziemy rozmawiać w tej sprawie. To było w Zjednoczeniu, w gabinecie u Horaka. I mówię: jak pan nie może, to ja będę rozmawiał. Nie ma rzeczy niemożliwych, a Duda robi krecią robotę, psuje wszystko, nie chce współpracować. Mówię: chcecie dalej iść na udry. Przecież porozumienie jest podpisane. Więc, jak? Horak wtedy dopiero zadzwonił do Glanowskiego i Glanowski przyjechał ze swoim zastępcą Podgórskim. Wtedy ten Duda został zdjęty ze stanowiska dyrektora, a najwięcej forsował tą sprawę Jurek Mnich. Chodziło o to aby Grzywa został dyrektorem. To był wielki błąd, ale stało się i już. No i przy okazji zostały tutaj pominięte trzy szczeble w stopniach awansu. To było za dużo, a jednak to zrobiono. On nie mógł z kierownika działu BHP przejść od razu na dyrektora. Ja nie mam miłych wspomnień z czasów kiedy Grzywa był dyrektorem. Opinię mi taką wystawił, że pożal się Boże. On mi powiedział: mnie się stołek podoba, podoba mi się dyrektorowanie. No i jak nas nikt nie słyszał to żeśmy sobie po imieniu mówili, ale szczerze powiedziawszy to od razu miedzy nami nie grało. Jak po podpisaniu porozumienia pracowaliśmy razem w komisji; jest telefon ze Zjednoczenia: Grzywa ma się tam zgłosić. A ja dzwonię do Horaka i pytam: Gdzie jest oddelegowany Grzywa? Do pracy w komisji, czy do was do Zjednoczenia? W miejsce Grzywy niech jedzie kto inny. Grzywa ma być tu. A Grzywa wstaje i mówi: Patrzcie: jeszcze dobrze nie osiadł, a już chce rządzić. Ja mówię: Pan jest tu do komisji oddelegowany, a my nie będziemy tu siedzieć we dwóch, czy trzech. Bo siedziałem ja, Kowalczyk i Mnich. Jeszcze tam był radca prawny i Grzywa. Ich najczęściej nie było, więc po co taka komisja. No, to Horak mówi: To niech zostanie. My to inaczej załatwimy. I już wtedy mnie Grzywa skontrował. A to była inna historia jeszcze, bo ja potem to wyczułem kiedy zacząłem pracować z tymi ludźmi. Lubił wypić Bożek, lubił wypić Mnich, a o Grzywie to lepiej nie wspominać.

Był taki sztygar objazdowy z przygotówek, nazwiska nie pamiętam, on był już po pracy. Mnich był w pracy w prezydium i ktoś tam jeszcze był. Oni sobie siedzą i w robocie piją gorzałę. Pytam się Goździkowej, bo to u niej w biurze była ta biba: Co to jest? Mówię do Mnicha: A ty co tu robisz między nimi? Tego objazdowego się pytam: A pan jest po pracy, czy w pracy? Mówi: Po pracy. To ja: No to do domu. Zmiatać stąd. Kazałem babie biuro zamknąć i do domu. To były takie układy, które mnie się nie podobały, bo jak złapali kogoś na bramie z wódką to dostawał enkę i jeszcze naganę, ale tym tutaj wolno było pić. No i tak to było tak żeśmy się z tym wszystkim męczyli przez cały ten okres „karnawału”.

No i po karnawale „Noc generała”. Ja byłem wtedy na zwolnieniu lekarskim. Myśmy z żoną przyszli wtedy do domu, to było w sobotę o 22.00. Wtedy w telewizji leciał jakiś film „Noce i dnie” czy coś takiego. Nagle wyłączył się telewizor. Nie ma nic. Szum. Położyliśmy się spać. Rano; gdzieś godzina 7.00 przybiega do mnie zięć i mówi: tata stan wojenny jest. Jaki stan wojenny? Ja wiedziałem, że to szykują, ale to szykowali na 20 grudnia… bo oni chcieli najpierw 7 grudnia to zrobić. Wtedy był strajk na Wujku. Ja tam byłem u nich. I szykowali tylko my nie wiedzieliśmy, kiedy to dokładnie będzie. Mieliśmy informację, że 20, ale oni to wszystko przyśpieszyli. Bo pierwszy termin stanu wojennego miał być wyznaczony już na kwiecień. Wiem o tym, bo ja wtedy prowadziłem szkolenie w Ustroniu w naszym domu, w „Sokole”. A Wałęsa z Jaruzelskim się wtedy dogadali, na kompromisy poszli. No i komuniści dali spokój. Jak zięć przybiegł nam to powiedzieć; wstajemy, telewizor włączamy; faktycznie, jest „cichociemny”. Słuchamy. Ale w tym czasie, jak on gadał z telewizora mam telefon z kopalni: Bierz wszystkie dokumenty jakie masz i przyjeżdżaj na kopalnię. Zaraz samochód po Ciebie będzie.

A już w nocy gdzieś o 3.00 przyszli po Mnicha i Bożka. Najpierw przyszli po Bożka. Nie dał się zwinąć; tam była akcja u nich w klatce. Sąsiedzi myśleli, że to napad, zrobiło się zamieszanie. Janek skoczył na siatkę zabezpieczającą między piętrami i im uciekł. Zadzwonił do Świderskiego. Świderski jako komendant ORMO na kopalni, powinien coś o tym wiedzieć, a nie wiedział nic. Nic mu nie powiedzieli, bo on za dużo z nami współpracował. Janek jak udawał się na kopalnię to po drodze wziął ze sobą Mnicha, bo oni mieszkali na tym samym osiedlu. Więc ja, po otrzymaniu takiej informacji natychmiast udałem się na kopalnię. Wtedy jeszcze na kopalni nie było oficjalnie żadnego strajku. My byliśmy tak na to przygotowani, że były trzy garnitury działaczy. Jak by nas zwijali to każdy następny wiedział co robić. Na kopalni byliśmy chronieni przez załogę. Nie robiliśmy nic oficjalnie. Wszystkie dyspozycje były nieoficjalne. Robiliśmy blokadę na głównej bramie. Wywróciliśmy kilka przyczep i postawiliśmy dźwig, ale to wszystko i tak było za lekkie. Gdyby wjechali pierwszym czołgiem to by to wszystko się rozleciało. Czyli od niedzieli, od rana byłem na kopalni. W poniedziałek też. We wtorek już wiedzieliśmy, że rozbili, chyba ZMP.

Działały tylko telefony górnicze. Tylko tak można się było porozumiewać. U mnie telefon działał jeszcze wtedy jak po mnie przyszli. Ale do tematu.

Strajk wyglądał tak: Ludzie zgromadzili się na kopalni. Nikt nie chciał zjeżdżać. Zjeżdżały na dół tylko te służby, które musiały. My jako prezydium nie mówiliśmy do ludzi nic oficjalnie. To się odbywało przez osoby trzecie. Zorganizowaliśmy tylko straż, żeby ktoś nie zrobił jakiejś prowokacji. I oni wszyscy wiedzieli co mają robić.

Odbywały się rozmowy z komisarzami. I myśmy żądali od nich wyjaśnienia: przeciwko komu skierowany jest stan wojenny? Jakie zagrożenie Solidarność stwarza wobec Państwa Polskiego? Stan wojenny! No, kto na nas napadł? Przecież to idiotyzm. A muszę powiedzieć, że u nas w prezydium, tylko ja byłem po wojsku i wiedziałem jakie są reperkusje niewykonania rozkazu. Ludzie nie wiedzieli, że oni mają wykonywać rozkazy, a dopiero potem się z nich tłumaczyć.

I tak siedzieliśmy. Czasami docierały do nas informacje: ten zakład rozwalili, tamten rozwalili. Wiedzieliśmy, że szykują się na hutę Katowice. Wiedzieliśmy, co się na Wujku dzieje, Wiedzieliśmy co się dzieje po kolei na wszystkich kopalniach. Poniedziałek upłynął względnie spokojnie, ale we wtorek rano; u nas ludzie pobierali pieniądze, gdzieś o 9.00 rano dowiedzieliśmy się, że kopalnia Moszczenica jest rozbita, że tam masę ludzi przez okna leciało, bo zomowcy się nie patyczkowali. Przecież oni byli nafaszerowani i narkotykami i alkoholem. I wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, co robimy dalej? Bierny opór – to było zarządzenie odgórne. No, ale jak to przetłumaczyć załodze? Gro ludzi uzbroiło się w style od łopat i kilofów no i tym się bronili. Na placu drzewnym stało kilka wagonów pełnych noży kombajnowych. Taki nóż waży około 2,5 kg, ostry. Więc tych noży używała załoga zamiast granatów. Tarcze zomowskie pękały od tego. Nie wiem, czy tam był ktoś ranny.

O godz.10.00 dostaliśmy informację, że wszystkie kopalnie wkoło są rozbite. Informacje te dostarczali kurierzy, których się wysyłało na zwiad. To był dzień wypłaty, więc jak ZOMO wpadało na zakład, to pieniądze fruwały po całej cechowni.

Zablokowaliśmy bramę zachodnią od strony Bzia i bramę prowadzącą na plac drzewny. Przed 11.00 przyjechali do nas. Przed bramą stało chyba osiem karetek pogotowia. Wszystko było obstawione, ale myśmy tego nie widzieli. Tylko ci z Domu Górnika z górnych pięter widzieli jak to wygląda. No i właśnie o godz.10.40 pierwszy czołg rozwalił szlaban, rozwalił barykadę, barykadę usunął na bok i wjechał pod cechownię. Po prawej stronie stał hydrant. Ja i jeszcze dwóch młodych chłopaków złapaliśmy za węża i chcieliśmy ten czołg zalać, rurę wydechową. I kiedy tak biegliśmy, ja się przed tym czołgiem przewróciłem. W pierwszej chwili nie wiedziałem kto mnie wyciągnął. Moim aniołem stróżem był Jurek Zarembski. Ktoś widział całe to zajście. No i do żony jakoś doszło, że mnie czołg rozjechał. Łatwo mnie było poznać bo ja miałem taką charakterystyczną kurtkę skórzaną.

Jurek mnie odciągnął, czołg przejechał, ale pada petarda zza terenu kopalni i jeden z tych młodych chciał ją odrzucić i wtedy wybuchła. Wnętrzności na wierzchu. Niesiemy go do punktu opatrunkowego, a tam już kilku rannych leżało. Atakujący nie byli pewni, czy my nie użyjemy materiałów wybuchowych, dlatego te czołgi, a było ich chyba pięć, poruszały się bardzo niepewnie. Zresztą wszystkie bramy były atakowane. To wszystko, cała ta akcja działa się bardzo szybko. Z kolegą, z Lechem Błautem poszliśmy na zakład przeróbczy i z wyższego punktu obejrzeliśmy jak wygląda sytuacja. Cały zakład był otoczony skotami. My nie mieliśmy żadnych szans. Nie było innego wyjścia jak tylko kapitulacja. Wiedzieliśmy, że było wielu rannych. Na wartowni szyby były przestrzelone.

Kiedy zorientowaliśmy się jak wygląda nasza sytuacja nie szukaliśmy już Bożka tylko we dwóch podjęliśmy decyzję: konieczna jest interwencja dyr. Horaka i przerywamy akcję. Co chwila dzwoniliśmy do Zjednoczenia z innego telefonu, żeby nas nie namierzyli, bo już siedzieli na centrali telefonicznej. A nie chcieliśmy dać się zwinąć na terenie zakładu pracy. Dodzwoniłem się do Horaka, a on mówi: Ja nic nie mogę, od tego jest komisarz. To ja mówię: Daj mi komisarza. A on: Komisarz jest na kopalni. Więc rozłączyłem się i dzwonię do dyrekcji. Odezwał się dyr. Grzywa i zaproponował, że za 15 minut wszyscy spotykamy się na placu drzewnym, a akcja zostaje przerwana.

Na placu był już Janek Bożek i Waldek Maciaszek. Nie było Pietrzyka. Pietrzyk wcześniej uciekł z kopalni. A on do dzisiaj twierdzi, że był do końca. Ale do rzeczy. Grzywa powiedział nam, że taką dostał dyspozycję od komisarza, że do 13.00 mamy opuścić kopalnię i nikomu się nić nie stanie. Żadnych „ścieżek zdrowia”. No i z kopalni wszyscy wyszli normalnie. Naszym obowiązkiem, obowiązkiem prezydium było sprawdzenie czy ktoś nie został na terenie kopalni i czy wszystko jest w porządku. Po sprawdzeniu tych rzeczy, gdzieś o 14 z minutami my opuściliśmy kopalnię. Janek Bożek poczuł się źle, więc ostawiliśmy go do szpitala, no i to go uratowało przed natychmiastowym aresztowaniem.

Ja najpierw udałem się do szpitala, bo miałem rozbity nos, a potem do domu. Od lekarza dostałem dwa tygodnie chorobowego, dlatego cały okres świąteczny byłem w domu.

Przyszli po mnie na początku stycznia. Przyszli po cywilnemu, ale uzbrojeni. Było ich czterech. Około 22.00 pukanie do drzwi. Żona pyta: Kto tam? A tu: Otworzyć. Mówię do żony: Otwórz. Niech wchodzą. Trzepali mieszkanie przez dwie godziny. Prawie nic nie znaleźli. Chyba tylko książkę o Katyniu. Wcześniej syn wszystko wyniósł z domu. I jak mnie koło północy wyprowadzali to już w drzwiach oberwałem. Jak mnie jeden z nich uderzył, to mówię do niego: Przecież nic ci nie zrobiłem. Co chcecie żebym rabanu narobił? Narobię hałasu i ludzie się zlecą. W windzie znowu mi przyłożyli. Potem do „suki” mnie wsadzili i wywieźli na komendę w Jastrzębiu. Na komendzie znowu lanie. Spotkałem tam Wieśka Matusiaka z XXX-lecia i jeszcze kogoś… nie pamiętam. Poldka Sobczyńskiego dowieźli rano.

Od razu nas nie przesłuchiwali. Najpierw zaprowadzili mnie na trzecie piętro. Kazali oddać dowód osobisty, no to oddałem. Aha, jak mnie zabierali, to zapytałem czy mogę ze sobą wziąć jakieś pieniądze. Po co ci? Padła odpowiedź. No, ale jednak trochę pieniędzy ze sobą wziąłem. Wracamy na komendę. Przychodzi do mnie miejscowy milicjant, taki konus. Zaczyna przesłuchanie. Próbuje wyciągnąć ze mnie dane. Ja mówię: czytaj z dowodu. Ja nie mam ochoty z tobą rozmawiać. Po prostu bierny opór. Czyta: Urodzony na Syberii. O! To ty powinieneś być z niedźwiedzicą ożeniony. Nie odzywam się. Widzi, że na „huki” mnie nie weźmie, więc wyjmuje pistolet, kładzie na biurku. Magazynek jeden w pistolecie, drugi obok. Wstaje i wychodzi. Z godzinę go nie było, a broń leżała na stole. Siedzę i papierosa za papierosem palę. Przychodzi ten konus po godzinie, potem drugi. Wstać! To wstałem. Stoję sobie, a tu nagle; świst. Tą długą pałą przejechał mnie przez plecy. Mnie skóra na plecach pękła. Niewiele myśląc złapałem go za rękę i mówię: Sk……nu jeden, com ci zrobił? A ten drugi złapał za pistolet i mierzy we mnie. Ja mówię: Co k….wa szukasz prowokacji? Chcesz strzelać? Strzelaj. W tym momencie wchodzi jeszcze jeden i mówi: Zabrać go. Schodzę na dół i tam właśnie spotkałem kolegów, o których już mówiłem. O godz.8.00 wsadzili nas w „sukę”. Dziesięciu nas było. I wozili nas: Czechowice, Pszczyna i Bóg wie gdzie jeszcze. Jak nas przywieźli do „Pentagonu” w Katowicach to była chyba 19.00. A mróz przez cały dzień był okropny. Zaprowadzili nas do celi. W tej celi było nas chyba ze trzydziestu. Stamtąd zabierali nas pojedynczo na taką „kontrolę osobistą”. I wtedy to dopiero oberwałem baty. Kazali rozebrać się do naga. Kładłem ubrania na stół, to je sk….wiel zrzucał na podłogę. Jestem goły. Każą mi zrobić przysiad. Każą to zrobiłem. Wtedy jede3n stanął mi na jedną dłoń, drugi na drugą, a trzeci tak mnie kopnął z tyłu, że wylądowałem między regałami. Zwykły sadyzm. Dobra. Kazali mi się ubrać i zaprowadzili mnie do pojedynki. Byłem potwornie zmęczony, a tam nawet nie było się jak kimnąć. Łóżka nie było, krzesło przymocowane do podłogi, stół też, a tak od siebie oddalone, że siedząc na krześle nie można się było o ten stół oprzeć, więc usiadłem na ubikacji i tak zasnąłem. Nie wiem jak długo spałem. Straciłem rachubę czasu. Słyszę nagle, że drzwi się otwierają, a ja byłem cały odrętwiały. Zrzucił mnie z tego kibla i kopał tak długo, że wreszcie musiałem wstać. Stamtąd zawieźli nas na Mikołowską, do aresztu. Ale zanim nas tam zawieźli to urządzili nam „ścieżkę zdrowia”. Korytarz miał z 50 metrów długości, a oni po obu stronach stali. Nie wolno nam było biec, musieliśmy iść, a oni walili gdzie popadło. Kiedy żona znalazła mnie po miesiącu to ja jeszcze nie potrafiłem się wyprostować. Potem nawet obdukcji nie mogłem zrobić. Na Mikołowskiej mieliśmy względny spokój. W celi siedziałem z Andruszkiewiczem z Baildonu, z Wielgusem z Wujka i z Krawczykiem. Wielgus i Krawczyk to były „wtyki”. Zresztą Krawczyka od nas zabrali po pięciu minutach kiedy ja wszedłem do celi, bo od razu głośno powiedziałem co o nim myślę. Jeszcze był tali młody chłopak z KPN-u, nie pamiętam nazwiska. Dostał 12 lat do odsiadki. O! Krzysiek Zaniewski ze mną jeszcze siedział. On dostał 2,5 roku za piosenkę. Taką prześmiewczą na komunę. Jak go wieźli do aresztu to go chcieli powiesić. W każdym razie straszyli. Na przykład Andruszkiewicz jak żeśmy razem siedzieli to się zarzekał, że z Polski nie wyjedzie, ale wyjechał; do Australii. W tamtych czasach, z tamtymi ludźmi nie mieliśmy życia.

Siedziało nas w celi siedmiu. Było jedno łóżko, cela malutka, materace na podłodze. Pamiętam jak w lutym buty mi się rozwaliły, a Wielgus już wychodził, bo Wujka rozpracowali szybciej. To mówię: Janek, ja ci na kartce dam tylko swój podpis, żeby żona poznała, że ty swój i powiedz jej żeby mi buty przywiozła. Wielgus nosił perukę, więc karteczkę z tym moim podpisem wsadziłem mu pod nią. I ten sk…ły kapuś powiedział o tym wychowawcy jak wychodził. Później spotkałem się z chłopakami z Wujka, no to potwierdzili, że Wielgus to kapuś. Chyba z dziesięć razy tam w areszcie esbecja naciągała mnie na współpracę. Przychodzi jednego razu do mnie esbek, a był to już chyba siódmy raz z rzędu, to go o mało co krzesłem nie zabiłem. Jak ten gryps od Wielgusa przejęli to znowu przychodzi do mnie esbol i pyta: Co to jest? Wziąłem ten gryps do ręki i zjadłem. A informację o Wielgusie przekazałem dalej.

Jeśli idzie o widzenia z rodziną, to od momentu, kiedy żona mnie odnalazła, to praktycznie mogła przyjeżdżać do mnie co tydzień. Pamiętam taką śmieszną historię: raz zrobili mi awanturę o to, że miałem przy sobie obcinacz do paznokci. Nawrzeszczeli, zabrali mi go, ale pogadałem z wychowawcą i jakoś go przekonałem, żeby mi go oddali.

Wypuścili mnie 28 kwietnia 1982 roku. Od razu po wyjściu cała nasza grupa udała się pod pomnik, pod kopalnię, gdzie złożyliśmy kwiaty. Zorientowaliśmy się co do naszej sytuacji. Dowiedzieliśmy się, że zakład musi nam zapłacić za okres odsiadki ponieważ otrzymaliśmy wyroki uniewinniające. O przyjęciu do pracy nie było mowy. Nie wolno nam było nawet wejść na zakład. Szukałem pracy, ale nie miałem szans na zatrudnienie. Mój przyjaciel z Dolnego Śląska chciał mi dać pracę w swojej prywatnej firmie, ale mu mówię: Popracuję u Ciebie kilka dni i Tobie zababram papiery. Zastanawiałem się czy całkiem nie zejść do podziemia, ale co wtedy z rodziną. Nie miałem komu powierzyć rodziny. Miałem częste wizyty esbeków. To nas wykańczało. Żona co chwila w szpitalu. Domański mnie kiedyś spotkał i mówi: Zenek dla was tu nie ma miejsca. No i cóż było robić, a uciekałem z synem, z domu kilka razy, przecież. Nachodzili nas po nocach… z bronią. A stan wojenny był, trzeba było otwierać.

Mojej żonie, w tamtym czasie jak siedziałem, bardzo pomagali mieszkańcy Domu Górnika na XXX-leciu, bo ona tam w kiosku spożywczym pracowała. Odstępowali jej swoje kartki na żywność, bo mnie zostawili bez kartek. Żona pracowała, więc jakieś pieniądze miała, ale bez kartek niczego nie można było kupić. Było ciężko.

Złożyłem wniosek o paszport, o wizę. Do trzech krajów: USA, Szwecja i RFN. Człowiek już niemłody i musi iść na tułaczkę, ale tu już się żyć nie dało. Były różne perturbacje z tymi wizami. Ja chciałem jechać do Szwecji, ale tak wyszło, że wyjechaliśmy do RFN-u.

Początkowo było bardzo ciężko. Nie znaliśmy języka. Dzieci nie mogły porozumiewać się z rówieśnikami w szkole. Żona poszła na kurs językowy, bo myśleliśmy, że jako pielęgniarka z wykształcenia dostanie pracę szybciej ode mnie. Cała nasza rodzina bardzo tęskniła za krajem. Żona znów zaczęła chorować. Było naprawdę ciężko. Swoją pierwszą pracę tam w Niemczech otrzymałem w kopalni Auguste Victoria w Marl i musieliśmy z Hesji przenosić się do Westfalii. Pracowałem tam razem ze starszym synem Dariuszem, który nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie, budowlańca, bo nie znał języka. Na początku 1984 roku Darek zaczął pracować w firmie Thyssen Schachtbau i do dzisiaj tam pracuje. Imałem się różnych zajęć dodatkowych, bo ciężko wyżyć z jednej pensji. Żona tez dorabiała sprzątaniem. No i w 1986 roku, pewno pod wpływem stresu związanego z naszą sytuacją, przeszedłem zawał serca.

Żona otrzymała pracę w 1990 roku. Zatrudniono ją w domu starców. W tym samym czasie, młodszy syn Mirek ukończył szkołę zawodową. A mnie pech prześladował dalej. Miałem na kopalni kilka wypadków. W końcu ten najcięższy, w którym doznałem złamania podstawy czaszki. Lekarze obawiali się, że będę sparaliżowany. W końcu po jakimś czasie odzyskałem władzę w nogach. Cieszyłem się jak wariat. Po jakimś czasie wróciłem do pracy, ale jeszcze raz zdarzyło mi się, że nastąpił u mnie bezwład kończyn. No i cóż w 1995 roku po badaniach lekarskich komisja stwierdziła, że nie nadaję się do pracy. W końcu wysłano mnie na rentę. Znalazłem sobie jakieś zajęcia. To wędkowałem, latem chodziłem na grzyby. A obecnie, ponieważ moja żona jest już na emeryturze, a w Polsce mieszka razem z mężem nasza córka Ewa, jesteśmy raz w Polsce, raz w Niemczech. I staramy się pomagać dzieciom na ile umiemy.