L00077 Andrzej Anusz

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacje Świadków Historii • Historia warszawskiego NZS

Relacja Andrzeja Anusza

W październiku 1984 roku rozpocząłem studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Jako laureat olimpiady zostałem przyjęty na historię bez egzaminu. Zanim jednak w ogóle rozpocząłem studia, docierały do mnie informacje o tym, co tam się dzieje. Miałem kolegę jeszcze z liceum, który był dwa lata starszy ode mnie. On również studiował historię. Informował mnie o wszystkich wydarzeniach na uniwerku. Działał w jednej z niewielu niezależnych instytucji – w Studenckim Kole Naukowym Historyków. Opowiadał mi, że Koło Naukowe Historyków jest niezależną instytucją, w której grupują się byli działacze NZS-u (tego pierwszego, który został przez władze zdelegalizowany 5 stycznia 1982 roku) oraz ludzie o niezależnych poglądach, którzy byli związani z samorządem studenckim.

SKNH organizowało obozy dla studentów roku zerowego. Pojechałem na taki obóz. Na miejscu poznałem kolegów (między innymi Mariusza Kamińskiego), którzy jak się później okazało odegrali istotną rolę w NZS-ie. Obóz odbył się we wrześniu. Prowadzili go starsi koledzy. Podczas rozmów i dyskusji odwoływali się wprost do tradycji NZS i niezależnej działalności. Te obozy odgrywały ważną rolę w tworzeniu niezależnego ruchu studenckiego. Później ja też zaangażowałem się w ich organizację. Dwa lata później zostałem prezesem SKNH i te obozy organizowaliśmy aż do roku 1989. Można powiedzieć że imprezy te były w dużym stopniu pierwszą próbą wyszukiwania ludzi o niezależnych poglądach.

W październiku rozpocząłem studia. Od początku nawiązałem kontakt ze starszymi kolegami. Miałem też swego rodzaju poczucie mitu NZS-u. To była dla mnie po prostu studencka „Solidarność”, a należy wspomnieć, że mój ojciec i brat byli w „Solidarności”. Starszy brat kończył studia w 1981 roku, brał udział w strajkach listopadowych, więc dla mnie zaangażowanie w działalność NZS była naturalna. Gdy już znalazłem się w środowisku studenckim, było dla mnie oczywiste, że należy się włączyć w NZS jako część ruchu „Solidarności”.

Początek moich studiów przypadł na okres bardzo szczególny, bo 19 października doszło do uprowadzenia księdza Jerzego Popiełuszki. Wywiesiliśmy wtedy na tablicy ogłoszeniowej pierwszego roku informację, że zbieramy ekipę, która pójdzie do kościoła św. Stanisława Kostki i w tych dniach oczekiwania podejmie straż i czuwanie. W działaniach tych uczestniczyli ludzie, którzy odwoływali się do tradycji NZS-u. Z ich działaniami zetknąłem się na przełomie roku 1984 i 1985. Zobaczyłem wtedy pierwsze ulotki sygnowane przez NZS, bardzo ciekawie podpisane: „UW imienia Józefa Piłsudskiego”. Pojawiły się 17 lutego w głównym przejściu Uniwersytetu, w okolicach dużego dziedzińca. Były porozrzucane albo porozkładane gdzieś na parapetach. Pojawiły się też 8 marca, w rocznicę Wydarzeń Marcowych. Ta grupa już się utworzyła i wtedy zaczęliśmy sobie uświadamiać – „no dobrze, jakieś ulotki się pojawiają, ale gdzie jest ten NZS?” Postanowiliśmy się jakoś włączyć z kolegami, między innymi ja, Mariusz Kamiński, Piotrek Ciompa z Wydziału Historii. Uważaliśmy, że działalność tego NZS-u podziemnego trzeba trochę zaktywizować. Zaczęliśmy szukać kontaktu. Wówczas, na początku 1985 roku, zaczęło funkcjonować pismo „MIŚ”, „Międzyuczelniany Informator Środowiskowy”. W piśmie umieszczona była informacja, że jest wydawane przy współpracy „NZS UW im. Józefa Piłsudskiego”. Poprzez sieć kolportażu, poprzez kolporterów „MIŚ”, udało nam się dotrzeć do środowiska, które sygnowało te ulotki i – można powiedzieć – przechowało ciągłość NZS-u od stanu wojennego do 1984/1985 roku. Poza tym równolegle na czuwaniach dotyczących ks. Jerzego Popiełuszki u św. Stanisława Kostki byli też jacyś ludzie z prawa. Powoli, od słowa do słowa następowało wzajemne poznawanie. Była to grupa osób z Wydziału Prawa, m.in. Tomek Ziemiński, Paweł Porucznik. Właśnie wtedy udało nam się nawiązać z nimi kontakt. Można powiedzieć, że istniały wtedy na Uniwersytecie dwa środowiska: grupa na prawie, skupiona wokół Tomka Ziemińskiego i grupa na historii, skupiona wokół Mariusza Kamińskiego i mnie. Postanowiliśmy, że obydwa środowiska utworzą formalnie podziemny Zarząd NZS UW. Od tego czasu, gdy powstał podziemny zarząd, zaczęliśmy funkcjonować jako NZS, jako struktura. I tak później sygnowaliśmy ulotki. Ten proces miał miejsce w 1985 roku, od wiosny do jesieni.

Można powiedzieć, że od 1985 do 1989 roku brałem udział w większości inicjatyw i wydarzeń związanych z NZS-em, ale moja działalność opozycyjna nie ograniczała się tylko do tego. Działałem jeszcze m.in. w Studenckim Kole Naukowym. W 1985 roku wszedłem w skład podziemnego Zarządu NZS. Później postanowiliśmy, że utworzymy pismo studenckie, które będzie należało wyłącznie do NZS-u. Tak powstał „Kurier Akademicki”, redagowany przez naszą grupę z Wydziału Historii. Oprócz mnie w składzie redakcji byli Mariusz Kamiński, Piotrek Ciompa, Marek Gessel. Później mieliśmy korespondentów z innych uczelni, na przykład Tomka Jakubiaka z ATK, również ludzi z SGPiS-u, z Politechniki. Oni przekazywali nam informację o tym, co działo się na ich uczelniach. W ścisłej redakcji były cztery osoby z historii. Pismo ukazywało się do 1989 roku, aż do zalegalizowania NZS-u. Wydawanie „Kuriera Akademickiego” było właściwie naszą główną aktywnością. Mieliśmy do dyspozycji trzy, cztery mieszkania prywatne. Przykładowo była w naszym kręgu osoba, której ciotka wyjechała na dłuższy czas poza Warszawę i mogliśmy korzystać z jej lokum. W 1986 roku sam dodatkowo wynająłem mieszkanie, prostą kawalerkę. Odbywały się tam ważne spotkania i redagowanie gazet. Mieściło się ono na ulicy Sieleckiej na Dolnym Mokotowie i nigdy nie zostało zdekonspirowane. Mieliśmy je od 1986 roku aż do końca. Wtedy takich mieszkań brakowało. W pewnym momencie odbywały się tam nawet zebrania „Solidarności”. Jeśli chodzi o materiały do pisma, to mieliśmy sieć informatorów z innych uczelni, dzięki którym zbieraliśmy informacje oraz większe materiały publicystyczne. Teksty pisane były długopisem, później następowało przepisywanie na maszynie. Mieliśmy dwie zaprzyjaźnione maszynistki, które to przepisywały. Później robiło się makietę. Ja również robiłem takie makiety. Polegało to na tym, że tytuły wybijało się letrasetem (w sklepach plastycznych można było takie rzeczy kupić) w skali jeden do jednego. Później następowało naświetlanie. Pierwsze numery „Kuriera Akademickiego” były drukowane metodą sitodruku, później drukowaliśmy na offsecie. Później, już w 1988-1989 roku pojawiły się maszyny elektroniczne, komputery, więc efekty naszej pracy wyglądały coraz lepiej, jednak przez większość czasu była to ręczna robota.

Ważną dziedziną naszej aktywności było obchodzenie rocznic związanych ze środowiskiem akademickim. 17 lutego w rocznicę rejestracji NZS-u robiliśmy akcję ulotkową, publikowaliśmy specjalne artykuły. 8 marca – bardzo istotna data, rocznica Wydarzeń Marcowych – współorganizowaliśmy wiec, na którym pojawiła się po raz pierwszy tzw. gadała, czyli radio. Tę grupę pomagał nam zorganizować Wojtek Nachiło i ludzie z Politechniki. Jak się później dowiedziałem, to od tego momentu SB zajęła się nami w sposób zorganizowany. Na wiecu było około tysiąca osób i władze potraktowały to bardzo poważnie. Obudzili się. Wcześniej na uczelni działał tylko samorząd studencki i ta rocznica nie była chyba obchodzona w taki sposób, czyli gazeta, akcje ulotkowe, wiec, kolportaż itp. Stworzyliśmy sieć i kolportowaliśmy materiały na uczelni oraz w akademikach, nie tylko na Uniwersytecie, ale również na innych uczelniach.

Następnym ważnym zadaniem było odtworzenie struktury warszawskiej NZS, w której Uniwersytet odegrał ważną rolę. Odtworzyliśmy strukturę warszawską, byliśmy na ATK, na Politechnice i na innych uczelniach. Powstało porozumienie uczelni warszawskich: Unia NZS Warszawa. Oczywiście nie ma co ukrywać, że wiodącą rolę odgrywał tu Uniwersytet.

Wiosną 1988 roku – może nawet wcześniej, w styczniu lub lutym – postanowiliśmy uruchomić proces ujawniania się. Opieraliśmy się na wzorach „Solidarności”. Uznaliśmy, że jeżeli NZS ma być ruchem masowym, to może się nim stać tylko poprzez działania jawne. Działalność podziemna jest siłą rzeczy defensywna. Ujawniając się, postanowiliśmy jednak zachować infrastrukturę podziemną, jak tajemnicę wydawania gazet, drukarnie, całe zaplecze. Decyzję podjęliśmy na Uniwersytecie podczas jednego z posiedzeń podziemnych zarządów. Doszliśmy wtedy do wniosku, że część podziemnego zarządu, czyli Mariusz Kamiński i ja, ujawnimy się. Chodziło też o zachowanie ciągłości personalnej. To była ciekawa sytuacja, bo 19 lutego odbył się duży wiec na Uniwersytecie dotyczący spraw socjalnych pracowników naukowych, studentów, sytuacji BUW-u. Zaraz potem udałem się z Mariuszem Kamińskim do rektora z petycją, która była podjęta na wiecu. Ujawniliśmy się więc już wtedy, bo przyszliśmy tam w imieniu NZS-u. 8 marca miał miejsce wiec pod hasłem „NZS wraca”, na którym wystąpiło 10 osób, wcześniej wybranych i zdecydowanych na taką akcję. Przygotowaliśmy program i wszyscy staliśmy obok siebie, żeby pokazać, że jesteśmy razem, że jesteśmy organizacją. W związku z ujawnianiem się mieliśmy problem techniczny, bo wystąpiliśmy oficjalnie do władz dzielnicy Śródmieście o możliwość zarejestrowania NZS-u jako stowarzyszenia i trzeba było podać adres zwrotny. Nie mieliśmy go, większość z nas mieszkała w akademiku, a należało podać jakiś adres stały, więc musiałem podać adres mieszkania, w którym mieszkałem z rodzicami. Sygnalizowałem to rodzicom. Oczywiście później odmówiono nam zarejestrowania.

Na wiecu pod deklaracją podpisało się 899 osób z imienia i nazwiska. To był sukces i mieliśmy dzięki temu poczucie bezpieczeństwa. Przekroczyliśmy masę krytyczną i barierę strachu. To już nie jest anonimowa grupa, jest już imienna lista i my ją składamy do władz. A później w kolejnych dniach dopisało się kolejnych kilkaset osób, mieliśmy do 2 tysięcy nazwisk. To już była naprawdę nowa jakość, to był ruch! Uważam, że 8 marca był momentem przełomowym. Później wieczorem tego dnia zamówiliśmy mszę w kościele św. Anny, a po mszy chcieliśmy przejść pod pomnik Adama Mickiewicza, żeby złożyć kwiaty. Wtedy zablokowała nas milicja. Doszło do regularnej bitwy, milicja użyła siły. W demonstracji po mszy brało udział około 1000 osób. Była to więc dosyć duża demonstracja. Mieliśmy poczucie sukcesu, bo ludzie przyszli. Oczywiście brałem udział w tej demonstracji.

Po operacji ujawnienia byliśmy cały czas nękani, milicja przychodziła, zabierali nas, przetrzymywano nas często pod pretekstem udziału w nielegalnym spotkaniu. Kilka razy udało mi się uciec. Mieli zwyczaj przychodzenia o tej samej porze. Przypominam sobie taki przypadek, gdy matka Pawła Lisickiego należącego do dziesiątki, która się ujawniła, zadzwoniła do mnie i mówi, uciekaj, bo Pawła właśnie wyprowadzają z domu. Mieszkałem z rodzicami. Zbiegłem szybko po schodach, pobiegłem gdzieś tam na koniec osiedla, zadzwoniłem z budki telefonicznej do domu, a mama mówi, że właśnie byli i gdy zobaczyli, że cię nie ma, to poszli.

Maj 1988 rok, mamy strajk. Wszedłem w skład siedmioosobowego komitetu strajkowego. Zorganizowaliśmy strajk solidarnościowy ze strajkującą Nową Hutą i Stocznią Gdańską i 48-godzinny strajk okupacyjny, to był strajk udany. Brało w nim udział kilka tysięcy ludzi. Na centralnym terenie uczelni, za zamkniętymi bramami. Sami wszystkiego pilnowaliśmy. To wtedy doszło do sporu z Mariuszem Kamińskim. On uważał, że trzeba strajkować do oporu. Ja z kolei do dzisiaj uważam, że skoro powiedzieliśmy ludziom, że strajkujemy 48 godzin, to powinniśmy tak zrobić. W strajk łatwo jest wejść, ale trudno wyjść. A działając zawsze według planu, ludzie poczują się bezpieczniej i będą mieli do nas zaufanie. I doszło do głosowania. Mariusz złożył wniosek o przedłużenie strajku, ale przegrał. Komitet strajkowy podjął decyzję, że kończymy strajk tak jak zakładaliśmy. Oczywiście pogotowie strajkowe utrzymujemy. Później były wiece, kroczące protesty. Codziennie był wiec, ludzie przerywali zajęcia i wychodzili na wiec. Komitet strajkowy się nie rozwiązał, cały czas działał. A nawet się rozszerzył w Akademicki Komitet Akcji Protestacyjnej, AKAP. Chodziło o to, żeby ludzie, którzy nie byli w NZS-ie, też mieli w akcji swoich przedstawicieli. To był taki quasi-parlament na uczelni. Oczywiście wiodącą siłą był NZS. Ale w protestach brali też udział ludzie, którzy nie byli w NZS-ie, ale podpisywali się pod naszymi celami. Ten strajk był bardzo istotnym elementem.

Jesienią 1988 roku zostałem zatrzymany. Pracowałem w Szwecji w czasie wakacji i wracałem z powielaczem. Dostałem referencje od RKW, że jestem w porządku i nawiązałem kontakty. Dzięki temu zorganizowałem przerzuty – jakieś sprzęty, komputery, aparaty fotograficzne. Krzysiek Miler był naszym fotografem i przywiozłem mu japoński aparat. Poza tym książki, sita, wszystko, co się dało. Miałem tam kilku kolegów, więc dałem do przewiezienia rzeczy mniej trefne, a sam zostałem z powielaczem. Miałem na to specjalną torbę, nie miałem żadnych rzeczy, więc nie rzucało się to aż tak w oczy. Wtedy ludzie, którzy wracali z Zachodu mieli dużo większe rzeczy. Ale mam wrażenie, że byłem namierzony. Bezpieka dostała pewnie informację ze Szwecji, po prostu bez żadnego problemu mnie wyjęli i zostałem zatrzymany. Sytuacja była trochę śmieszna jak teraz na to patrzę. Od razu odmówiłem zeznań, trzymali mnie wiele godzin. Byłem zatrzymany przed przekroczeniem granicy, więc przesłuchiwał mnie WOP-ista. Potem wychodziłem do toalety i zobaczyłem ekipę z SB ze Szczecina, bo to było w Świnoujściu. Siedzieli w sąsiednim pokoju. Oni mówili mu o co ma mnie pytać. Później dostałem za to karę grzywny. Została zapłacona z funduszu praworządności prowadzonego przez Romaszewskiego. Ale inne rzeczy zostały przemycone. Na przykład komputer IBM, na którym potem był łamany biuletyn Centrum Informacji Akademickiej. Przyszedł rok 1989. Zorganizowaliśmy wybory do władz. Stworzyliśmy komisje wydziałowe, uczelniane, były gotowe na jesieni 1988 roku. Przez cały czas byłem we władzach. Powoli dochodzimy do Okrągłego Stołu.

Na przykład działalnością związaną z NZS-em, którą powołaliśmy trochę wcześniej, był Ruch Wolność Słowa. Rozpoczęliśmy w Warszawie kolportaż niezależnych gazet. Brał w tym udział m.in. Maciek Wojciechowski, Anita Gargas. Polegało to na tym, że braliśmy niezależne wydawnictwa, na przykład „Tygodnik Mazowsze”, wychodziliśmy w najbardziej ruchliwe miejsca Warszawy i rozdawaliśmy. Początkowo zatrzymywali nas, legitymowali, przepędzali, ale po jakimś czasie już machnęli na to ręką. Żądaliśmy przy tym zniesienia cenzury. I to już był okres, kiedy równolegle trwały rozmowy Okrągłego Stołu. Nadeszły wybory.

Uważam, że NZS przy Okrągłym Stole został pominięty, nie miał gwarancji legalizacji. Uważali nas za przeciwnika i nie godzili się na legalizację. Mieliśmy poczucie, że przy Okrągłym Stole „Solidarność” nie walczyła o nas do końca. Oczywiście rozmawialiśmy wtedy z przedstawicielami „Solidarności”. Miałem wówczas kontakt z Kuroniem, Bujakiem, Andrzejem Celińskim, który był szefem Stolika Młodzieżowego. Przekazywaliśmy im nasze negatywne oceny tego wszystkiego. Później nadeszła kampania wyborcza. Uważałem, że mimo iż sprawa nie została załatwiona, powinniśmy się włączyć, bo trzeba było brać nawet ten kawałek wolności. Wraz z grupą z Uniwersytetu Warszawskiego zgłosiłem się do Niespodzianki – sztabu Warszawskiego Komitetu Obywatelskiego. Skierowano nas do prowadzenia kampanii Jacka Kuronia. Wiadomo było, że Kuroń będzie rywalizował z Siłą-Nowickim, i były obawy, że Kuroń może przegrać. Rozmawiałem wtedy z Wujcem, z Kuroniem, przyjmowali nas jako sprytną ekipę z Uniwersytetu. Tak zostałem szefem kampanii Jacka Kuronia na Żoliborzu. Ale po paru miesiącach nasze drogi się rozeszły. Ja uważałem, że polityka „grubej kreski” jest błędem i zostałem w Komitetach Obywatelskich.

Jeśli chodzi o podstawy polityczne NZS-u, to uważałem, że NZS powinien grupować wszystkich ludzi z kręgów antykomunistycznych. Czy to będą socjaliści niepodległościowi, czy narodowcy, chadecy czy konserwatyści, było dla nas sprawą drugorzędną. Były oczywiście różnice, jedni chodzili do kościoła, inni nie. Natomiast dyskusje na ten temat odbywały się na szczeblu Komisji Krajowej. Była próba Komisji z Krakowa i Lublina, oni się zdefiniowali w duchu prawicowym. Doszło do sporu i ta opcja NZS jako organizacja społecznościowo-solidarnościowa wygrała. Warszawa była prowodyrem założenia, że nie powinniśmy robić NZS-u jako przybudówki jednej opcji politycznej i ta opcja wygrała. Ale spory były... Ryszard Czarnecki, który reprezentował Wrocław, i Wojtek Bogaczyk, który reprezentował Lublin, widzieli NZS jako młodzieżówkę określoną politycznie.

W NZS-ie mieliśmy samofinansowanie. Generowaliśmy zyski poprzez kolportaż książek i pism. Stosowaliśmy marże i mogliśmy z tego finansować działalność, ale dopłacało się też do tej działalności z własnej kieszeni. Oczywiście nie było żadnych etatów. RKW Mazowsze ofiarowało nam w 1988 roku trochę popsuty i zużyty powielacz, ale udało nam się go naprawić. Na tym powielaczu drukowaliśmy pewną ilość „Tygodnika Mazowsze”, który sprzedawaliśmy na Uniwersytecie na wystawionych stolikach. To nam dawało pieniądze. Zyski były przeznaczane na działalność NZS-u. Podatków oczywiście nie płaciliśmy. Po 1989 roku część z tego się skomercjalizowała, powstał biznes wydawniczy, księgarski, niektórzy do dzisiaj się tym zajmują, prowadzą działalność wydawniczą. Większe wsparcie rzeczowe dostawaliśmy od RKW Mazowsze, ale wartość tego wsparcia nie była porażająca. Mój wypad do Szwecji też przyniósł korzyści materialne. Miałem taki wykład o naszej sytuacji na Uniwersytecie w Sztokholmie i po wykładzie odbyła się zrzutka. Przy tamtych kursach wymiany dolara nawet 100 dolarów to były w Polsce spore pieniądze. Można było kupić sporo papieru.

Współpraca z władzami uczelni układała się różnie. Zaczęło się jeszcze na wiecu 19 lutego 1988, kiedy wraz z Mariuszem Kamińskim poszedłem do rektora Białkowskiego z petycją. Rektor bardzo dobrze nas przyjął i powiedział wprost „Panowie, ja wiem, że jesteście realną rzeczywistością. Musimy być w kontakcie”. Trzeba pamiętać, że on był potem senatorem OKP. Relacje z Białkowskim oceniam bardzo pozytywnie. Co mógł na tamte czasy, to robił, był dla nas parasolem ochronnym, taki dobry duch. Potem pamiętam, że spotykałem się nawet potajemnie z prof. Wierzbowskim, prorektorem do spraw studenckich w Łazienkach. Rozmawialiśmy o różnych ciężkich i drażliwych sytuacjach. Przekazywał mi jak władze naciskają na uczelnię w sprawach NZS-u. Była to wiosna 1988. Tak że utrzymywaliśmy kontakt z władzami uczelni. Później po 8 marca też. Oczywiście nie wszyscy z władz uczelni tak postępowali. Była przecież Komisja uczelniana PZPR. Miałem też konflikt z dziekanem Garlickim, który jeszcze za Studenckie Koło Naukowe Historyków i za spotkania z niezależnymi działaczami opozycji straszył, że mnie wyrzuci.

Moja działalność w NZS zakończyła się w sposób naturalny. W 1989 roku wszedłem w kampanię wyborczą Jacka Kuronia. Później zostałem członkiem ogólnopolskiego Komitetu Obywatelskiego, jeszcze jako student, bo studia skończyłem w 1991. W roku 1990 robiłem kampanię samorządową, sam jako wiceszef Żoliborskiego Komitetu „Solidarność” nie kandydowałem. W 1990 roku byłem w grupie, która założyła Porozumienie Centrum. Zaangażowałem się politycznie. W 1991 roku z listy Porozumienia Obywatelskiego Centrum zostałem posłem Sejmu pierwszej kadencji. Byłem więc już aktywny politycznie. Tak więc w sposób naturalny przeszedłem z NZS-u do działalności politycznej.

Przez cały czas współpracowaliśmy z innymi uczelniami. Poznałem na początek Tomka Jakubiaka, który założył potem NZS na ATK i został jego szefem. Zacząłem jeździć do różnych uczelni w Polsce, żeby ich namawiać do tworzenia takich komitetów jak u nas. Pamiętam, że w marcu 1988 pojechałem do Krakowa. Miałem w klapie znaczek NZS. Na miejscu powiedzieli mi, żebym go zdjął „bo tu nie jest Warszawa i zaraz nas zdejmą”. Przykryłem więc znaczek. Potem było spotkanie w akademiku AGH. Było tam kierownictwo krakowskiego NZS-u z różnych uczelni. Przekonywałem ich i parę miesięcy później się ujawnili.

Przyjeżdżali też do nas z różnych uczelni. Człowiekiem, który sporo jeździł, a nie był jeszcze ujawniony, był Tomek Ziemiński. On właściwie odpowiadał wtedy za kontakty z innymi miastami. Jeśli chodzi o kontakty zagraniczne, to raczej były to wyjazdy przypadkowe. Mam tu na myśli np. mój wyjazd do Szwecji. Nawiązywałem wtedy wiele wartościowych kontaktów. Staraliśmy się zawiązywać kontakty z emigracją i ośrodkami „Solidarności” na obczyźnie.

Opowiem trochę szerzej o mojej pracy w drukarni. Dużo pracowałem przy składaniu książek, byłem składaczem książek i introligatorem. Z ramką i na powielaczu pracowałem tylko symbolicznie. Profesjonalnie zajmowali się tym moi koledzy. Jak trzeba było, to oczywiście robiłem. To było rzemiosło, ustawianie tego, dokładanie proporcji farb było fascynujące. Do receptur dochodziło się metodą prób i błędów, każdy drukarz miał potem swoje tajemnice. Wiedział ile pasty komfort, ile danej farby, jak to rozłożyć na sicie. Jak mieliśmy mieszkanie z powielaczem, to drukowaliśmy od rana do wieczora. Drukarnie były rozrzucane po Warszawie, ale druk na sicie odbywał się nawet w akademiku, bo nie robił hałasu. W 1987 lub 1988 dostaliśmy powielacz Rex Rotary od RKW Mazowsze. Miał dużą wydajność. Drukowaliśmy na nim „Tygodnik Mazowsze”. Nie mogliśmy drukować na nim cały czas, bo trzeba było oszczędzać papier.

Mieliśmy też wpadki lokali z magazynem papieru i wydrukowanych książek. Raz wpadliśmy z lokalem na ul. Klaudyny. Wpadła po prostu osoba, która znała ten punkt, i czyściliśmy tam na wszelki wypadek. Wynosiłem z Mariuszem Kamińskim w plecakach materiały.

Była też słynna akcja związana z przyjazdem Jaruzelskiego na Uniwersytet w 1987 roku. Postanowiliśmy, że założymy tam radio NZS. Chcieliśmy założyć go na drzewie przy Audimaksie. To był magnetofon na żyłkach. Po pociągnięciu audycja się uruchamiała. W nocy zorganizowaliśmy całą akcję przygotowawczą. Moje zadanie polegało na tym, że przyniosłem wszystko w plecaku i przerzuciłem przez płot, tam czekał na mnie Wojtek Lewicki. On był taternikiem, miał dobre buty i sprzęt. Wszedł na to drzewo, a Mariusz Kamiński go na miejscu obstawiał. Przeszedłem na stronę Uniwersytetu i patrzyłem, co się dzieje po drodze. Stałem tak półtorej godziny i udawałem, że czekam na przystanku na nocny autobus. Nagle pojawiły się hordy milicji. Wiedziałem już, że coś się dzieje. Byliśmy umówieni, że po akcji, cokolwiek by się działo, spotykamy się w umówionym miejscu. Wycofałem się i czekam, a po pół godziny przychodzą zziajani koledzy. Okazało się, że już w momencie schodzenia z tego drzewa, po zainstalowaniu wszystkiego, Lewicki został dostrzeżony. Uciekał, esbek krzyczał nawet „stój, bo strzelam”, ale Wojtek nie zatrzymał się i uciekł. Niestety przed przyjazdem Jaruzelskiego zdjęli to radio. Podobne urządzenia zakładaliśmy w kilku miejscach w Warszawie, ale nie sprawdzały się. Narażały ludzi na duże ryzyko. Więc poszliśmy w formułę radia NZS przy wykorzystaniu nadajników wielokrotnego użytku, dzięki czemu powtarzaliśmy audycje. W ulotkach informowaliśmy, kiedy będzie audycja. W akademiku udało się parę razy nadać. Były to audycje firmowane przez NZS Warszawa. Dawaliśmy materiał i lektorzy to czytali. Mieliśmy nadajniki od „Solidarności”, to było bardziej skuteczne i nie było wpadki.

Gdy patrzę wstecz, to w 1988 roku nastąpił przełom. Ale wcześniej, przed ujawnieniem, wszystko robiły te same osoby. Składało się to z różnych sfer. Wieczorem na przykład wychodziłem na spotkanie z Tadeuszem Konwickim, w nocy musiałem jechać gdzieś składać książkę, a następnego dnia rano redagowałem gazetkę i przygotowywałem pismo. Ta działalność polegała na zaufaniu. Ta organizacja bez telefonów komórkowych była specyficzna. Cały system miejsc, spotkań w ciemno, przerzuty, przejazdy, to było pracochłonne.

Publikowałem też sporo tekstów, wiele z nich pod pseudonimem Mruczek. Jeżeli do jednego numeru musiałem napisać dwa, trzy teksty, to wymyślałem różne pseudonimy, żeby nie wyglądało, iż wszystko robi jedna osoba. Dużo pisałem do „Kuriera Akademickiego”. Byłem jednym z głównych piszących do „Kuriera”. Jeden z tych tekstów przedrukowała nawet „Kultura” paryska. Byłem z tego dumny.

Warszawa 2010

Opracowanie: Waldemar Sadowski