L00079 Jacek Czaputowicz

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacje Świadków Historii • Historia warszawskiego NZS

Relacja Jacka Czaputowicza

W działalność opozycyjną zaangażowałem się jeszcze w okresie przedsierpniowym. Wraz z kolegami z Komitetu Obrony Robotników działałem na rzecz utworzenia niezależnej organizacji studenckiej, która byłaby alternatywą dla istniejącego wówczas SZSP. Pamiętam pierwsze moje zatrzymanie w 1979 roku. Zorganizowaliśmy wtedy z krakowskim SKS-em demonstrację pod ośrodkiem czeskim, podczas procesu Karty 77. Później pamiętam szereg akcji dotyczących działalności opozycyjnej, w tym także studenckich. Ważnym momentem w tamtym okresie było powołanie w Krakowie przez tamtejszych działaczy Akademickiego Ruchu Odnowy. Działo się to w końcu 1979 i początku 1980 roku. Zbieraliśmy w Warszawie podpisy pod petycją o treści mniej więcej takiej: „domagamy się rozwiązania SZSP i utworzenia niezależnej organizacji studenckiej”. Tych podpisów zebrano w Krakowie blisko dwa tysiące, w Warszawie około tysiąca i sześćset w Toruniu. Oczywiście nasze działania spotykały się z represjami ze strony władzy.

Wiosną 1980 roku powołaliśmy Akademickie Biuro Interwencyjne, które miało na celu obronę studentów represjonowanych ze względów politycznych. Bardzo aktywni byli działacze poznańscy, wśród nich Jacek Kubiak, a także osoby z Krakowa m.in. Ewa Kulig i Marek Ciesielski. Powodem powołania tej organizacji był fakt iż, kilkoro studentów (w tym Janusz Majewski ze Śląska) zostało relegowanych z uczelni warszawskich za zbieranie podpisów pod petycją o rozwiązanie SZSP. Pod pismem powołującym Akademickie Biuro Interwencyjne podpisanych jest 30 osób. Bardzo aktywne były osoby z Akademickiej Biblioteki Niezależnej, która była jądrem organizacji, jądrem wokół którego organizowali się studenci niezależni. Wszystko w Warszawie obracało się wokół tej biblioteki. Pożyczaliśmy co tydzień książki, następnie były wymieniane. Wiele osób się przez to przewinęło, kilkaset pozycji, itd. Poza mną organizował to Wojciech Borowik, Wacław Cholewiński oraz (ten wyrzucony) Janusz Majewski.

Mocne było również środowisko na Politechnice. Była to już generacja ludzi młodszych niż ci, którzy zakładali SKS-y. Studencki ruch opozycyjny, został dynamicznie opanowany przez młodsze pokolenie. Włączyły się w to później takie osoby jak Zbyszek Lutowski (późniejszy przewodniczący NZS na Uniwersytecie Warszawskim), Robert Czarnota, oraz Stelmachowski. Moje główne motywacje sprowadzały się wówczas do tego, aby pozbawić monopolu Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. SZSP rościł sobie pretensje do reprezentowania wszystkich studentów. Jak wiadomo, owa organizacja nie była neutralna światopoglądowo, gdyż reprezentowała ideologie marksistowską, a nam chodziło o stworzenie organizacji o charakterze apolitycznym i związkowym. Należy powiedzieć, że NZS była organizacją, która stanowiła odpowiednik Solidarności w środowisku studenckim. Bo nie można było stworzyć „Solidarności” wśród studentów.

Po wydarzeniach z sierpnia okazało się, że nasz zamiar powołania niezależnej organizacji studenckiej stał się bardziej realny. Studenci wspierali strajki robotników. Sam byłem zatrzymany za zbieranie informacji na temat strajków. 10 września z kilkunastoma kolegami z uczelni warszawskich u mnie w domu podpisaliśmy Deklarację o powołaniu Niezależnego Związku Studenckiego. W środowisku studenckim trwały wtedy dyskusje, inna grupa powołała Samorząd. Można więc uznać, że od tego momentu niezależna działalność studencka w Warszawie została sformalizowana. Byliśmy świadomi, że trzeba powołać ogólnopolską organizację pluralistyczną o charakterze związku zawodowego. Przecież o to toczyła się walka! Mieliśmy świadomość, że aby wygrać z władzą albo choć cokolwiek znaczyć, nie możemy dać się podzielić. Dlatego właśnie dążyliśmy do stworzenia organizacji ogólnopolskiej. Tymczasem tworzone są już Statuty - w Warszawie, w Krakowie, w Gdańsku, wcześniej we Wrocławiu oraz Poznaniu. Powstają więc różne organizacje. Wiedzieliśmy, że musimy to zintegrować.

22 września 1980 roku odbyło się spotkanie ogólnopolskie. Brały w nim udział osoby z Krakowa, Poznania, Szczecina, Gdańska, Wrocławia oraz my z Warszawy. Spotkanie odbywało się początkowo u mnie w domu, ale później przenieśliśmy się do Mikrusa, żeby spotkanie miało bardziej formalny charakter. W jego trakcie wybuchł między nami spór. Dotyczył on tego, czy robić federację i zarejestrować różne statuty, czy też zrobić jedną organizację ogólnopolską, żeby nie dać się władzy zdominować. W końcu uzyskaliśmy większość. Później odbywały się różne komisje, tzw. statutowe. Zaczynało się nam to wszystko rozłazić. Równocześnie odbywały się różne kontrakcje władz i służby bezpieczeństwa. Władze Uniwersyteckie nie szły nam na rękę, nie dano nam siedziby w centrum miasta. Współpraca była trudna. Polityka władz była taka: nie dopuścić do powstania organizacji, skanalizować ją w formie samorządu; jeżeli już rejestrować, to ograniczyć ją do uczelni, ale nie dopuścić do powstania jednej ogólnopolskiej organizacji.

Ponieważ uznaliśmy, że musimy pójść w kierunku stworzenia jednego podmiotu i rejestrować się tak jak Solidarność to chcieliśmy się zarejestrować w Sądzie. 16 i 17 października zwołaliśmy ogólnopolskie spotkanie w Warszawie. Odbyło się ono na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Elektroniki. Brało w nim udział 59 przedstawicieli różnych miast i organizacji. Wybraliśmy Ogólnopolski Komitet Założycielski i ustaliliśmy, że idziemy z jednym statutem. Naszym ekspertem prawnym był wtedy Jarosław Kaczyński. Złożyliśmy jeden wniosek do Sądu, o rejestrację organizacji jako związku zawodowego. Idea była taka, że będzie to „Solidarność” wśród studentów, a nie organizacja polityczna. Władze oczywiście zaczęły przeciwdziałać. Sąd wniosek oddalił. Uznał, że studenci nie są pracownikami i nie mają prawa należeć do związków zawodowych, wskazał Ministra Edukacji i Szkolnictwa Wyższego jako organ właściwy dla organizacji studenckich. W tym czasie cztery organizacje z Krakowa również złożyły wnioski do Sądu. Był tam więc wniosek OKZ i inne, m.in. z UJ i Politechniki Krakowskiej. Widać więc, że pomysł tworzenia jednej organizacji wcale nie był oczywisty.

Władza nadal walczyła. Chciała podtrzymać swoje ramię wśród młodzieży, czyli SZSP i zapewnić jej monopol. Odrzucili więc nasz wniosek. Sprawa zaczęła się rozgrywać o kształt rozporządzenia o organizacjach studenckich. Wcześniej, wiosną przed Sierpniem 1980 roku w oparciu o to rozporządzenie Minister odmówił rejestracji Akademickiego Ruchu Odnowy twierdząc, że nie ma potrzeby tworzenia innej organizacji, bo SZSP dobrze pełni swoją funkcję. Nie zaakceptowaliśmy tego i zażądaliśmy zmiany rozporządzenia. Na znak protestu zorganizowaliśmy w Warszawie strajk. W grudniu 1980 roku zostało ogłoszona zmiana rozporządzenia i w styczniu 1981 weszło w życie co następuje: Minister rejestrował organizacje, jeżeli ich statut nie był sprzeczny z prawem. Zaraz stworzyliśmy wniosek o rejestrację naszej organizacji. W tym samym czasie w Polsce trwają już strajki. Jesteśmy tam obecni. Natomiast Minister przysyła nam pismo, że nasz statut jest zły. Wylicza kilkanaście poprawek, które trzeba nanieść. Czyli nic się nie zmieniło. Część poprawek uwzględniliśmy, inne – jakieś bezsensowne – nie. A strajk trwa. Władze przeciągają – tydzień, drugi, miesiąc. Mija czas, a oni nie chcą zarejestrować NZS-u. Do porozumienia doszło dopiero pod koniec strajku łódzkiego. Po długich zmaganiach z władzą w końcu udało nam się wywalczyć upragnioną zmianę. Brałem więc bezpośredni udział w tworzeniu NZS-u. Byłem członkiem Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego. Odpowiadałem za rejestrację. Wkrótce potem wybrany zostałem do Prezydium, a później zostałem kierownikiem Biura Krajowego i członkiem Komisji Krajowej.

Wraz z ogłoszeniem stanu wojennego zostałem internowany. Przyszli do mnie 13 grudnia o godz. 12.00, pukanie do drzwi i tak dalej. Później, gdzieś w sierpniu 1982 roku zostałem przewieziony z Białołęki do Strzebielinka. Siedziałem tam z Markiem Adamkiewiczem i Józkiem Taranem, który był szefem sekcji zagranicznej. Zaraz po wyjściu – jeśli dobrze pamiętam 25 listopada 1982 roku zostałem zwolniony – nie byliśmy zbyt aktywni, ale trudno było tego oczekiwać, bo sytuacja nie była prosta. Musiałem sobie znaleźć jakieś zajęcie. Miałem żonę, dzieci więc musiałem znaleźć pracę.

Pamiętam też taki artykuł programowy, który napisałem w Białołęce na temat: „NZS, co dalej?” Został opublikowany w 1982 roku pod moim własnym nazwiskiem, gdy jeszcze byłem w więzieniu. Artykuł dotyczył strategii dalszego działania. Była tam zawarta koncepcja, że trzeba organizować się na nowo, bo władze organizacji zostały internowane, ale mimo to nie można zrezygnować z działalności jawnej. Działalność podziemną należy prowadzić nadal. Ale NZS należy ujawnić, tworzyć samorządy, koła naukowe i tak dalej. Chodziło o to, aby środowisko studenckie mogło korzystać z tego, co zostało wcześniej wywalczone. Działali jeszcze na przykład rektorzy, którzy byli wybrani w sposób prawidłowy, działały samorządy i należało to wykorzystywać. Była to dobra koncepcja, bo ruch studencki działał skutecznie jeszcze przez parę lat. Dopiero w 1985 roku władze zmieniły Ustawę o szkolnictwie wyższym. Tymczasem te pozostałości niezależnych struktur – jak na przykład niezależne Senaty – jeszcze jakiś czas trwały.

Po wyjściu z internowania wróciłem na uczelnię i od razu zaczęliśmy działalność. Przyjechałem pociągiem do Warszawy, poszedłem do domu. Wokoło panował marazm, kryzys i przygnębienie. Wszystko było rozbite, ludzie się bali. Pozałatwiałem najpierw sprawy rodzinne. Potem mieliśmy spotkanie kolegów z Białołęki, z Solidarności, z NZS-u. Organizował je Wojciech Starzyński u siebie w domu na Ursynowie. Miało charakter przyjacielski, a skończyło się wejściem milicji, rewizją i zatrzymaniami. Milicja siedziała nam na głowie cały czas. Obserwowali mnie i wzywali. Teczkę miałem od stycznia 1980 roku.

W każdym razie powstała grupa, utworzona przez trójkę działaczy: Konstanty Radziwiłł, który był szefem Krajowej Komisji i Skarbnikiem, ja – byłem szefem Biura Krajowej Komisji oraz Józek Taran. Reaktywowaliśmy Akademickie Biuro Interwencyjne, nie podpisywaliśmy ku temu jednak żadnych oficjalnych dokumentów. Był rok 1983, biuro zbierało środki i pomagało pokrzywdzonym przez władze osobom. Chcieliśmy też prowadzić koordynację środowiska studenckiego na tyle, ile było to możliwe.

W tym czasie pojawiały się młode ruchy NZS-owskie. Ich działania opierały się między innymi na wydawaniu pisma „Mors”. Ze swej strony wspomagaliśmy tych młodych działaczy. Ponieważ mieliśmy jeszcze środki finansowe ze starej działalności, to staraliśmy się wesprzeć osoby represjonowane. Na przykład po zatrzymaniu Teodora Klincewicza pomagaliśmy jego rodzinie. Poza tym wydawaliśmy „Czas przyszły” – pismo Niezależnego Zrzeszenia Studentów i młodej inteligencji. Redagowałem je, a wychodziło w formie grubych numerów i dotyczyło spraw studenckich. Później zaczęło wychodzić jako pismo WiP-u.

W 1983 roku gdy byłem szefem Biura NZS-u zatrudniałem do współpracy jako drukarzy wiele osób, które działały tam wcześniej. Byli to m.in. Wacław Cholewiński, Wojciech Borowik i Witold Sielewicz. Były to osoby, które działały jeszcze przed Sierpniem 1980. Współpracowałem też z podziemnym pismem „Wakat”, które redagował Wojtek Borowik, a później wydawane było przez wydawnictwo Nowa. „Czas przyszły” wykorzystywał zasoby drukarskie „Wakatu” i „Nowej”. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że trzeba stworzyć pismo dla środowiska studenckiego i NZS-u. Mieliśmy więc „Wakat”, który był pismem ogólnospołecznym, i „Czas przyszły” skierowany do studentów. Pismo informowało o wszystkim, co się działo w ruchu studenckim w Polsce. Ostatni numer „Czasu przyszłego” wyszedł w 1985 roku. Do tego jako osobne przedsięwzięcie działało Akademickie Biuro Interwencyjne, które gromadziło informacje o represjach. Zbieraliśmy wiadomości o tym, kiedy i jaki student został zatrzymany oraz o pomocy jakiej udzielaliśmy. Podtrzymywaliśmy też kontakty ogólnopolskie. Pamiętam wizyty kolegów z Krajowej Komisji Koordynacyjnej, między innymi Wojtka Szaramy ze Śląska.

Równocześnie w tym czasie założyliśmy na Uniwersytecie międzywydziałowe Koło Naukowe Historyków. Spotykaliśmy się, dyskutowaliśmy. Chodziło nam o to, aby nie oddać możliwości legalnych działań. Interesował nas też samorząd studencki. Brałem udział w wielu spotkaniach tego samorządu na Mazurach, w Koninkach. Nie byłem co prawda członkiem władz samorządowych, ale zapraszali mnie jako osobę z pewnym autorytetem, a nie jako przedstawiciela NZS-u czy samorządu. Jan Konwicki (?) z Uniwersytetu Jagiellońskiego był liderem ruchu samorządowego. Byli też Czerwiński z Poznania, Marcin Nawrot, Tomasz Strzembosz i wielu innych. To był niezły ruch. Nie pozwoliliśmy się zepchnąć do podziemia, ani wyeliminować ze środowiska. Zabieraliśmy głos oficjalnie na różnych forach. Na przykład w ramach koła międzywydziałowego KNH, którego byłem założycielem i członkiem. Chodziłem więc tam, dyżurowałem, siedziałem, rozmawiałem. Uważam więc, że byłem w NZS-ie cały czas do 1985 roku i w tym czasie organizował się młodszy NZS. Wśród młodszych roczników działała legenda starszego NZS-u. Przychodzili do nas, pomagaliśmy im, pojawiały się jakieś pieniądze, był ruch.

Mamy 1984 rok. Marek Adamkiewicz, jeden z działaczy NZS-u ze Szczecina, odmawia złożenia przysięgi wojskowej. Były takie przypadki, że tolerowano odmowę przysięgi, jeżeli było to zgodne z sumieniem – a w tekście przysięgi mieliśmy wierność Armii Radzieckiej i obronę socjalizmu przed zakusami imperializmu. Taki tekst obowiązywał i każdy taką przysięgę składał. To, że on odmówił, to jeszcze nic takiego (znane były już osoby, które odmawiały), ale on został za to skazany na 2,5 roku więzienia! To był precedens, wcześniej gdy odmawiali, to wyciszano sprawę i nic się nie działo. Wystosowaliśmy więc apel w jego obronie, w którym domagaliśmy się zmiany treści przysięgi i uwolnienia Adamkiewicza. Podpisało go 15 osób – było to właśnie środowisko składające się trochę z NZS-u i trochę przedstawicieli samorządów. Apel opublikowany został w „Czasie przyszłym”, był to numer 4/5 ze stycznia 1985 roku. Była to bardzo ważna akcja NZS-u. Uzyskaliśmy poparcie prawników m.in. Stelmachowskiego, Izdebskiego, którzy wykazali, że postępowanie władz jest niezgodne z prawem. Wysłaliśmy list do Rady Państwa, do Sejmu. Byliśmy na rozprawie w Sądzie apelacyjnym, ale to nic nie dało. No i w marcu 1985 roku zaczęła się największa akcja w obronie Marka Adamkiewicza: głodówka w Podkowie Leśnej. Głodówka studentów, NZS-owców z Warszawy, Wrocławia i Szczecina. Trwała tydzień. Brało w niej udział dwanaście osób. Oprócz nas w głodówce wzięły udział też inne osoby. Przystąpiły osoby z SKS, Jarek Guzy, Jarosław Dubiel, Roland Kruk. Wsparł nas między innymi Jacek Kuroń. Pojawiła się opozycja, osoby od Stelmachowskiego, Geremka. Później w Krakowie dołączył Jan Rokita, szef NZS-u na UJ.

Większość z nas skończyła już studia i szukaliśmy nowej formuły działania. Wzięliśmy na tapetę sprawę wojska, sprawę pokoju. Powstaje ruch Wolność i Pokój, który z czasem osiąga skalę ogólnopolską. Udało się to tylko dlatego, że się świetnie znaliśmy z NZS-u, byliśmy internowani, doświadczeni, milicja niełatwo mogła nas podejść. Uczestniczyła w tym trójka z Akademickiego Biura Interwencyjnego – Konstanty Radziwiłł, Józek Taran i ja. Motywem naszych działań była też polemika z ruchami pokojowymi na Zachodzie. W maju 1985 roku tworząc WiP przystąpiliśmy do światowego ruchu pokojowego. Kto chciał do nas przystąpić odsyłał książeczkę wojskową. Fundamentem tego ruchu była idea, aby działać legalnie i nie dać się zepchnąć tylko do podziemia. WiP był pomysłem na działalność jawną. Odsyłaliśmy więc książeczki wojskowe, urządzaliśmy pikiety, organizowaliśmy głodówki. WiP był elitą polityczną, największym wyzwaniem w sferze intelektu i odwagi. W 1986 roku zostałem aresztowany za kierowanie WiP-em. Siedziałem 7 miesięcy, wyszedłem w ramach amnestii. Za odmowę przysięgi ludzie dostawali wyroki 2,5 roku – 3 lata. Książeczki odesłało dwadzieścia kilka osób na znak protestu.

W tym samym czasie organizowała się druga generacja NZS-u. Część z nich poszła w kierunku działań jawnych, przyłączali się też do strajku głodowego w Podkowie Leśnej. Inni przyłączali się do działań konspiracyjnych, wydawali pisemka i kolportowali ulotki. NZS Uniwersytetu Warszawskiego im. Józefa Piłsudskiego na przykład wydawał pismo „Mors” i nieźle to wszystko funkcjonowało. NZS młodego pokolenia działał prężnie. Oczywiście świetnie się z nimi znaliśmy, z Ciompą, z Kamińskim.. Zastanawiam się jednak, czy to jak ich dzisiaj postrzegamy, ich hierarchia i znaczenie, nie wynikają z ich późniejszej roli i stanowisk. Trzeba to brać pod uwagę. Liderami w Warszawie oprócz tych, których wymieniłem byli na przykład Ziemiński i Szczerba.

Od maja 1985 roku pokolenie, które zakładało NZS, zaczęło dołączać do WiP-u. Ci najważniejsi to m.in. Jarek Guzy, Rokita, Radziwiłł, cała Komisja Krajowa NZS. Klincewicz też odesłał książeczkę. Nowe pokolenie zaczęło tworzyć podziemne grupy, tak jak wcześniej my. Nie chcieliśmy dać się zepchnąć do podziemia, a władza się tego bała. Obawiała się naszych wpływów w oficjalnych strukturach – w samorządach uczelnianych, wpływu na rektorów.

Nasze stosunki z władzami uczelni w różnych okresach wyglądały różnie. Na początku rektorem był Samsonowicz – mieliśmy z nim jakieś kontakty, bo odbywały się negocjacje i strajki. Oni NZS-u nie wspierali, zawsze nas traktowali jako przeciwników. Nie mogli nam darować, że znaleźliśmy formułę działań jawnych. Wywieraliśmy znaczny wpływ na samorząd.

Jako NZS uruchomiliśmy też kontakty zagraniczne. Przyjeżdżały do nas różne organizacje, byliśmy w Międzynarodówce Studenckiej. Byłem kiedyś w związku z tym w Paryżu, jeździli tam też inni działacze. Nawiązaliśmy kontakty z niezależnymi organizacjami studenckimi. Zajmował się tym szczególnie Józek Taran, który działał w Komisji Krajowej, był szefem sekcji zagranicznej. Działaliśmy więc także na arenie międzynarodowej i władze się tego obawiały.

Jeśli chodzi o finansowanie, to do chwili delegalizacji mieliśmy swoje środki z dotacji budżetowej. Oczywiście to był ułamek tego, czym dysponował SZSP. Mieliśmy biuro, pracowało tam kilka osób. Księgowa, zaopatrzenie, kierownik biura, sekretarka. Pracownikiem był Wacław Cholewiński i kilku innych działaczy opozycyjnych. Mieliśmy środki, żeby płacić czynsz, pensje, na działalność kulturową itp. Później, w 1982 roku, gdy NZS został rozwiązany, a ja internowany. do biura weszła milicja, zrobili zdjęcia i jakieś brzydkie propagandowe filmy. Wszyscy pracownicy zostali zwolnieni. Ja też – jako kierownik biura. Musieliśmy załatwić wiele formalności jako organizacja likwidowana. Pamiętam, że był problem z powielaczem, który chyba został wyniesiony. Złożyliśmy odwołania w sądzie pracy – najpierw wygraliśmy, potem przegraliśmy. Cholewiński został potem szefem jednego z lepszych wydawnictw opozycyjnych, tj. „Przedświtu”. Wszyscy pracownicy kontynuowali potem działalność opozycyjną. My – szczególnie ta trójka osób związana z Krajowym Biurem Interwencyjnym – przez cały okres do założenia WiP postrzegaliśmy swe działania jako kontynuację NZS-u. Nie było to nigdzie formalnie ujęte, ale takie były nasze przekonania.

Pracę magisterską formalnie obroniłem chyba w 1985 roku, złożyłem ją w grudniu, a w styczniu 1986 roku mnie aresztowali. Moje studia i obrona pracy przeciągały się. W 1985 roku, gdy zacząłem organizować WiP, coraz rzadziej bywałem na uczelni i w środowisku studenckim. Jako absolwenci dalej działaliśmy w NZS-ie. Nie było jak wybrać nowych władz – nie było możliwości zorganizowania Zjazdu. Ale kilka osób z młodego NZS-u nadal utrzymywało z nami kontakt. Ten nowy NZS zaczął organizować manifestacje w 1987 i 1988 roku. Przez cały wcześniejszy okres kontaktowaliśmy się z młodszymi rocznikami, które przychodziły na studia. Legenda lat 1980 i 1981 była żywa w środowisku studenckim. Organizowaliśmy im obozy, opowiadaliśmy o działaniach NZS-u w poprzednich latach. Pisma, obozy, ulotki – z tym się stykali. Pamiętam dwa obozy zorganizowane przez samorząd na Mazurach. Jeden obóz był latem, drugi zimą. Warto zaznaczyć, że rola studenckiego ruchu samorządowego jest niedoceniona, ale te działania są dobrze udokumentowane. Samorząd był luką w systemie i wykorzystaliśmy go do działań legalnych. Wykorzystywaliśmy dzięki temu władze uczelni i koła naukowe. Władze dobrze to zrozumiały, bo w końcu musieli zmienić ustawę.

W tamtym okresie studiowałem zaocznie na SGH. Chodziłem na uczelnię w weekendy. Chciałem po cichu zrobić magisterium. Milicja wiedziała o tym, odwiedzali uczelnię, byli w sekretariacie, sprawdzali dokumenty. Jakoś udało mi się te brakujące półtora roku czy rok dochodzić. Złożyłem pracę magisterską równocześnie prowadząc działalność opozycyjną. Na Uniwersytecie miałem urlop dziekański. Władze jakoś nie do końca się w tym połapały, bo byłem na dwóch uczelniach. Tu obserwowali, tam naciskali, żeby mnie wyrzucić.

Ostatecznie punkt ciężkości moich działań opozycyjnych przesunął się z NZS-u na WiP. W pracach Okrągłego Stołu nie brałem udziału.

Warszawa 2010

Opracowanie: Waldemar Sadowski