L00080 Teodor Dziędziel

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Teodora Dziędziela

Urodziłem się w 1941 roku w Chybiu. W moim rodzinnym domu od przedwojennych czasów mówiło się tylko po polsku, chociaż po wybuchu II wojny światowej moi starsi bracia byli zmuszeni nauczyć się języka niemieckiego.

Patriotyzm w naszym domu był bardzo związany z katolicyzmem. Rodzice zawsze mi powtarzali: „Jak będziesz z Panem Bogiem, to będziesz i przyzwoitym człowiekiem i Polakiem”. Kiedy skończyła się wojna, to na Śląsk przenosili ludzi z różnych części kraju, również i repatriantów ze wschodu. Mieliśmy takich sąsiadów, którzy wrócili z Syberii. Pamiętam, że dorośli obawiali się wtedy mówić cokolwiek złego na władzę komunistyczną. Mimo to podsłuchiwałem rozmowy dorosłych i już jako mały chłopak znałem prawdę o Katyniu. Pamiętam, że kiedyś w szkole wyrwałem się ze swoją wiedzą na ten temat i za to najpierw oberwałem od dyrektora szkoły, a potem wytłumaczył mi, że on nie chce mieć bezpieki w szkole. To był temat tabu. Kiedy mojego wujka Ludwika ubecy zamknęli za to, że niepochlebnie wyrażał się o sowietach, to przez dwa tygodnie się nad nim znęcali. Bili po piętach tak, że potem chodzić nie mógł. To było gdzieś na przełomie 1948 i 1949 roku. W późniejszych latach trochę ten ucisk zelżał, ale to i tak była niewola.

Po ukończeniu nauki zacząłem szukać pracy. Nie bardzo chciałem iść do wojska, więc szukałem takiej pracy, żebym mógł w niej wojsko odrobić. Ponieważ takie warunki zagwarantowane były dla górników, więc w 1960 roku rozpocząłem pracę w PRG (ówcześnie PBK) na KWK 1 Maja. Wcześniej krótko pracowałem na kolei w Czechowicach-Dziedzicach, ale to była dorywcza praca. Potem poznałem swoją żonę i w 1962 roku pobraliśmy się. Najpierw mieszkaliśmy w Ochabach koło Skoczowa, a w 1965 roku przeprowadziliśmy się do Jastrzębia. Żonie trudno było zaakceptować fakt, że będziemy mieszkali w błocie, na placu budowy (zaproponowali mi mieszkanie przy ul. Połomskiej, obecnie oś. Przyjaźń), ale po roku jednak się na to zgodziła. Od 1965 roku pracowałem na KWK Jastrzębie i to cały czas w przodku.

Absurdem tamtych czasów na kopalniach były tzw. wyścigi. Wyglądało to mniej więcej tak... Na początku załatwiali dobry przodek. Organizowali kilka brygad; u nas były brygady Dajka, Stokłosy (to od nazwisk hajerów – przodowych), oczywiście przydzielali takiej brygadzie kierownika. Potem strzelanie, wybieranie i zabudowa. To była robota na zabój i mieliśmy różne trudności. Wtedy było jeszcze tzw. centralne strzelanie, a więc strzelano dopiero jak wszyscy z dołu wyjechali. A swoje trzeba było zrobić... Pamiętam, że jak jechaliśmy w piaskowcu na obudowy dziewiątki, to mieliśmy normę cztery metry na zmianę (strzelić, wybrać, zabudować i powiercić). Normalne brygady w tym czasie robiły dwa, dwa i pół metra, w zależności od skały. Na potrzebę tych brygad wyścigowych wszystko stało, wszystkie przekopy stały, bo my musieliśmy mieć wozy na urobek. To było absurdalne, ale wyścigi były elementem propagandy sukcesu. Robiliśmy calutkimi tygodniami, na okrągło. Życie rodzinne praktycznie nie istniało. Człowiek wracał do domu tylko po to aby się wyspać i z powrotem w kierat. Ledwo na nogach chodziliśmy. Nie zwracano oczywiście uwagi na żadne normy bezpieczeństwa. To, że wypadki zdarzały się tak rzadko zakrawa na cud. Może to była kwestia doświadczenia pracowników... Nie wspominam tego bardzo źle, ale kto źle wspomina swoją młodość? Byłem wtedy młody i pieniędzy było trochę więcej... Poza tym nagradzali nas tak, że raz na jakiś czas zabierali nas na popijawę do Kokoszyc. Upoili wódką i do domu, ale myśmy z tego nie robili specjalnych problemów, bo komu w Polsce żyło się wtedy dobrze. Poza tym odrabiałem wojsko i nie mogłem sobie pozwolić na porzucenie tej pracy, bo od razu by mnie „ubrali w kamasze” i do woja.

Po wyborze kardynała Wojtyły na papieża i po pierwszej pielgrzymce Ojca Świętego do kraju dało się wyczuć wśród nas pewne napięcie. Miałem wrażenie, że górnicy jakby na coś czekają. Po prostu czuło się, że coś wisi w powietrzu. Z drugiej jednak strony mieliśmy w pamięci wydarzenia z Czechosłowacji w 1968 roku oraz interwencję „bratnich” wojsk. To sprawiało, że trudno było rozmawiać w jakiś nieskrępowany sposób. Przykładowo w mojej brygadzie pracował sekretarz POP PZPR przy PRG, no i nie można było w jego obecności swobodnie wymieniać poglądów czy opinii. Nie było jak, nie było z kim i nie było gdzie, a przy piwie, to poruszało się bardziej rozrywkowe tematy.

Do kościoła chodziliśmy do Zdroju, bo na „Przyjaźni” kościoła nie było. Kiedy proboszczem kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Zdroju został ksiądz Anzelm Skrobol, od razu podjął działania mające na celu budowę kaplicy i salek katechetycznych na Przyjaźni. Ponieważ w tamtych czasach władze naszego państwa były wrogo nastawione do kościoła, to uzyskanie takiego pozwolenia było niemożliwością. Zatem nasz proboszcz postanowił postawić komunistów przed faktem dokonanym. Jacyś ludzie udostępnili swój teren pod budowę niby to zabudowań gospodarczych i grupa najbardziej zaufanych parafian w sto dni wybudowała kościół. Ksiądz Skrobol poświęcił budynek, a po krótkim czasie rozpoczęły się kłopoty. Ksiądz Skrobol był wielokrotnie wzywany na milicję do Wodzisławia, a my parafianie dniami i nocami pilnowaliśmy naszej kaplicy, aby komuniści nam jej nie rozebrali. W końcu jakoś pogodzili się z faktem jej istnienia.

W Jastrzębiu zaczęło przybywać ludzi. Rozbudowali oś. III i pojawiła się paląca potrzeba budowy kościoła na tamtym terenie. Starania o zezwolenie na budowę trwały bardzo długo. W końcu kiedy je już uzyskano, postanowiono wybudować kościół w pobliżu kaplicy na ul. Arki Bożka, kaplicy, którą wcześniej przeniesiono z ul. Katowickiej (wtedy ul. Średnicowej, z naprzeciwka obecnego Urzędu Miejskiego). Władze starały się na różne sposoby utrudniać tę budowę. Dla przykładu – na każdym placu budowy jest błoto, więc patrole milicyjne stały przy skrzyżowaniu ulic A. Bożka z Podhalańską i każdy kierowca, który z budowy wywiózł na drogę choćby trochę błota, natychmiast karany był mandatem.

W 1980 roku, jeszcze zanim stanęło wybrzeże, zaczęło się kotłować w Lublinie. Już wtedy sporo dyskutowało się na kopalni o tych wydarzeniach i zaczęło się wyczuwać w powietrzu jakieś napięcie. Kiedy stanęło wybrzeże, to my byliśmy już gotowi do jakiegoś działania i czekaliśmy jedynie na kogoś, kto by rozpoczął protest na naszej kopalni. W końcu kopalnie stanęły. Czy ktoś był pierwszy, czy ktoś był drugi, wtedy to nie było ważne. Ważne było, że lawina runęła i my z PRG również przyłączyliśmy się do strajkujących kopalń. Nawet tak technicznie; kiedy kopalnia stoi to PRG nie ma co robić. Na początku strajków nie bardzo wierzyłem w to, aby coś udało się nam osiągnąć. Ale jednak się udało i powstał NSZZ „Solidarność”. Jeśli chodzi o przywódców związku z naszej kopalni z tamtego okresu, to pamiętam głównie (nieżyjącego już) Heńka Nejmana. Muszę jednak powiedzieć, że ja miałem raczej sceptyczne odczucia co do tego naszego zrywu. Komuna była wtedy jeszcze bardzo silna i nie wierzyłem w to, aby uszła nam „Solidarność” na sucho. Była oczywiście radość i satysfakcja, no bo jednak związek zaczął coś zmieniać na zakładach pracy. Ludzie, którzy przychodzili do pracy, zaczęli czuć się bardziej u siebie. Była to jednak ciągła szarpanina z władzą. No i te ciągłe prowokacje ze strony komunistów... Dla trzeźwo patrzącego obserwatora było widoczne gołym okiem, że za wszystkie trudności i kłopoty władza obarczy odpowiedzialnością Solidarność. Czułem, że nie skończy się tylko na intrygowaniu, czułem, że będzie musiało dojść do konfrontacji.

Pewnej pięknej zimowej niedzieli okazało się, że niestety miałem rację. 13 grudnia 1981 roku przed wyjściem do kościoła włączyłem telewizor. Na ekranie Jaruzelski wypowiedział wojnę narodowi. W poniedziałek następnego dnia chciałem sobie wziąć urlop. Przyszedłem na kopalnię. Na cechowni było mnóstwo ludzi bojowo nastawionych i gotowych do strajku w proteście przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego oraz w obronie aresztowanych przywódców związku. Rozpoczął się strajk. Stanęła cała załoga. 15 grudnia, dzień wypłaty. Pobrałem pieniądze, ale nie poszedłem z nimi do domu, bo to by było bardzo nie w porządku gdybym opuścił strajkujących kolegów. Nawet wtedy, gdy siły milicyjno-wojskowe pojawiły się pod kopalnią, to niektórzy z nas nie wierzyli w to, że nas rozbiją. Tak się wszyscy umówiliśmy: stoimy do końca. Zomowcy sami porozcinali łańcuchy na bramie. Jedna grupa zomowców otoczyła cechownię, a druga ustawiła się w szyku bojowym. Kiedy załoga w cechowni zaczęła śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”, ZOMO zaatakowało. Potłukli wszystkie szyby w drobny mak. Część zomowców była uzbrojona w pałki szturmowe, obok nich wchodzili również nieuzbrojeni, nie wiem po co. Tam wejście i wyjście jest bardzo ciasne, góra troje ludzi na raz może wejść lub wyjść. W chwili rozpoczęcia ataku znajdowałem się w środku grupy. Nagle ludzie się cofnęli. Podbiegł do mnie jeden z zomowców i zaczął mnie tłuc po głowie. W tym momencie jeden z tych nieuzbrojonych krzyknął do niego aby przestał mnie bić. Dwóch z nich złapało mnie pod ręce i wyprowadzili mnie z cechowni, a potem przekazali mnie już chyba esbekom. Wzięli mnie chyba za jednego z przywódców strajku. Być może dlatego, że nie uciekałem, albo dlatego, że byłem w środku całej grupy. Jeszcze jak mnie wyprowadzili za bramę, to myślałem, że mnie puszczą wolno, bo uwolnili mi ręce. Może mógłbym uciec, ale miałem buty bez protektora, a na dworze było ślisko. Poza tym wszędzie było pełno uzbrojonych milicjantów. Zrezygnowałem z ucieczki. Zaprowadzili mnie do suki milicyjnej. Przy okazji widziałem jak złapali jakiegoś człowieka na placu przed kopalnią i najpierw strasznie go zbili, a potem też go wrzucili do suki. Kiedy czekaliśmy na to, co z nami zrobią, to słuchaliśmy odgłosów pacyfikacji. Docierały do nas straszne krzyki, ale zamknięci w suce niczego nie widzieliśmy. Nie wiem jak wyglądał koniec pacyfikacji, ale po rozbiciu strajku powsiadali do samochodów i pojechali z nami na Moszczenicę. W suce był taki mały lufcik, więc zaczęliśmy przez niego oglądać, co się dzieje. Cały ten ciąg skotów, czołgów i suk milicyjnych zatrzymał się na placu przed Moszczenicą. Na Moszczenicy wiedzieli już, co się stało na Jastrzębiu, więc tam pacyfikacja wyglądała nieco inaczej. Większość ludzi na wezwanie dowódcy sił milicyjnych opuściła zakład z własnej woli. Tam też bili, ale już nie tak jak u nas. Pamiętam, że jednego z górników już za bramą bardzo zbili, a potem tak jak i nas wrzucili go do suki. Po Moszczenicy pojechali na Manifest. Tam ustawili nas tak, że staliśmy naprzeciwko bramy głównej, więc widzieliśmy ten czołg, który wjechał na teren kopalni. Widzieliśmy również, jak strzelali. Najpierw po budynku, a potem do ludzi. Widziałem jak rzucali petardami z gazem łzawiącym w ludzi, którzy zgromadzili się wokół placu i od strony Domu Górnika. W pewnym momencie całej akcji zauważyłem, że zomowcy wyprowadzają strażnika ze Straży Przemysłowej. Dwóch wywlokło go przez bramę, a trzeci za nim, bił go pałą. Zresztą ci z boków też go bili. Okładali go tak od bramy aż do naszego samochodu. Jeszcze przed samochodem oberwał kilka razy, bo coś wyrzucił z kieszeni. Nie wiem, może miał w kieszeni znaczki Solidarności? Jak go wrzucili do samochodu, to ten człowiek był cały czarny po razach. Nie mogliśmy z sobą w tej suce rozmawiać, bo na przednim siedzeniu siedział milicjant i wrzeszczał na nas kiedy próbowaliśmy jakoś się porozumieć. Zresztą ten strażnik był tak zbity i wystraszony, że w ogóle nie potrafił z siebie wydobyć, żadnego odgłosu. Pacyfikacja na Manifeście trwała dosyć długo i było tam duże zamieszanie. Przychodzili do pracy ludzie, którzy pracowali na ciepłowni, a ciepłownia nie mogła stanąć. Zomowcy nie chcieli ich wpuścić.

W końcu wszystko się uspokoiło. Wozili nas jeszcze dosyć długo, ale po latach nie pamiętam wszystkich szczegółów. Zmarzliśmy bardzo w tej suce, bo był duży mróz. W końcu zorientowaliśmy się, że zawieźli nas do Katowic-Piotrowic na teren szkoły milicyjnej. Milicjanci z tej szkoły zaczęli się kłócić z tymi co nas przywieźli, że oni tu nie chcą żadnych strajkujących. W takim układzie ci, którzy nas eskortowali, zabrali się z nami w jakieś miejsce, które wyglądało jak opuszczona szkoła. Ten budynek był już pełen zomowców, którzy bardzo cieszyli się, że będą mogli się na nas powyżywać. Aż zacierali ręce z uciechy. Było nas jedenastu. Obejrzeli nas sobie dokładnie. Zaczęli się naradzać, trwało to około godziny i w efekcie zapakowali nas z powrotem do tej suki i znowu w drogę. To wszystko oczywiście bez jedzenia, picia i na tym wielkim mrozie. Muszę powiedzieć, że jak nas tak wozili, to przychodziły nam różne myśli do głowy. Nie wiedzieliśmy, czy nie wywiozą nas do lasu i nie rozstrzelają. Różnie reagowaliśmy. Niektórzy byli przerażeni. Ja przeżyłem to jakoś spokojnie. Pomyślałem sobie: „Trudno, taka jest wola boża”. Nie potrafiłem sobie tylko wybaczyć, że nie uciekłem tym zomowcom na placu przed kopalnią. W końcu przywieźli nas chyba na jakiś posterunek. Kazali się nam rozebrać, powyciągać wszystkie dokumenty i pieniądze. Zamknęli to w depozycie, a nas zaprowadzili do piwnicy, w której były cele. Pozamykali nas po czterech czy pięciu, a tego pobitego strażnika dali osobno. Dopiero jak już siedzieliśmy, to dostaliśmy trochę kawy zbożowej i po kawałku chleba ze smalcem. W celi była jedna prycza, na której mogły położyć się trzy osoby, a nas było czterech. Przesłuchiwali nas w nocy. Pytali mnie, co robiłem na tej kopalni, więc odpowiedziałem, że strajkowałem. Zapytali mnie wtedy, dlaczego strajkowałem. Odpowiedziałem, że w proteście przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Pytali o prowodyrów i przywódców strajku. Pytali nawet czy należę do „Solidarności”... Ale oczywiście najbardziej interesowały ich nazwiska przywódców protestu. Cóż, wiele się ode mnie nie dowiedzieli. Trzymali nas tam do 17 grudnia. Warunki w celi były straszne. Zamiast WC, była tylko dziura w podłodze, a jedzenie gorsze niż dla psa. O papierosach można było zapomnieć, bo wszystko było w depozycie. Później dowiedziałem się, że siedzieliśmy Chorzowie.

Rankiem 17 grudnia (a to było już po tragedii na Wujku), do celi wpadli zomowcy i byli tak agresywni wobec nas, że nawet strażnicy więzienni się ich bali. Niektórzy z nas porządnie oberwali. Pozakładali nam kajdanki, pozbierali nasze depozyty i zapakowali nas do takiej stonki, ale już z oknami, więc widzieliśmy gdzie nas wiozą. Jeden z nas znał tą okolicę i zorientował się, że wiozą nas w kierunku Opola. Dojechaliśmy do więzienia w Strzelcach Opolskich. Jak już byliśmy przed bramą więzienną, to jeden z tych agresywnych zomowców, którzy nas eskortowali, wyskoczył z samochodu i zaczął krzyczeć i wydawać komendy strażnikom więziennym. Wtedy jeden ze strażników pilnujących bramy odbezpieczył broń skierował ją w stronę tego zomowca i kazał mu wsiąść do samochodu. Zomowiec zrobił się zielony ze strachu i szybciutko schował się w aucie. Okazało się, że ten dzielny zomowiec jest zwykłym tchórzem, który przed innym człowiekiem w mundurze i z bronią uciekał jak pies z podwiniętym ogonem. Więcej już nie wyszedł z samochodu. Dowódca naszej eskorty zaprowadził nas na taką „salę przyjęć”. Tam nas porozbierali, porobili nam zdjęcia i pozdejmowali odciski palców. Uświadomiłem sobie wtedy, że skoro jesteśmy w więzieniu, to „rozwałka” w lesie już nam nie grozi.

Powsadzali nas do cel. Wyposażyli nas w koc, menażkę i łyżkę. Siedzieliśmy w specjalnym, dla nas przygotowanym bloku. Jeszcze przed stanem wojennym wszystkich kryminalnych poprzenosili do innych bloków. Ten opróżnili specjalnie dla internowanych. Cela, w której siedziałem, była tak zimna, że szron zbierał się na ścianach, oczywiście zamiast ubikacji była dziura w podłodze, ale tam byliśmy tylko kilka godzin, a potem przenieśli nas do innej celi. Co prawda do jedzenia nic nam na razie nie dawali, ale żaden z nas nie czuł głodu... Pierwszy posiłek w Strzelcach otrzymaliśmy dopiero wieczorem. Jeśli chodzi o moich współwięźniów, to przypomniała mi się zabawna historia: siedział ze mną człowiek, który pracował w Baildonie przy produkcji kajdanek i do tego więzienia przywieziono go skutego wytworem własnych rąk.

Warunki w więzieniu wyglądały tak: w celi każdy miał swoją pryczę, a wieczorem poskładane ubrania na taborecie trzeba było wystawiać na korytarz. Było zimno, to fakt. Na śniadanie dawali zabielaną kawę, kawałek chleba i cebulę albo jabłko dla tych, którzy nie podpadali, ale to też tylko raz na kilka dni. Na obiad dawali nam suchą kaszę, którą nazywali gulaszem, a praktycznie codziennie dostawaliśmy zupę z „botwinki”. To co pływało w środku przypominało poszarpaną nać z buraków. Tego jedzenia nie należało wąchać (śmierdziało nieludzko), należało je jeść. Przynajmniej było ciepłe.

Nasze rodziny w ogóle nie wiedziały, co się z nami dzieje. Kilku kolegów widziało, jak mnie zabierali na placu przed kopalnią, ale nie mieli pojęcia, dokąd mnie zabrano. Dobrze, że w domu mieliśmy jakiś zapas pieniędzy, bo przecież mnie zabrali razem z wypłatą. Nie chcę sobie nawet wyobrażać tego, co moja żona w tym czasie przeżywała; jedni jej mówili, że nas zabili, inni że wywieźli Bóg wie gdzie. W firmie, tzn. w PRG, powiedzieli jej, że żyję, ale nie wiadomo kiedy mnie zobaczy. To było straszne, gdyż udzielano sprzecznych informacji.

Przed świętami każdy z nas otrzymał kartkę papieru i mógł napisać do domu. Zastanawiałem się, co mógłbym napisać żonie, żeby to przeszło przez cenzurę. Napisałem tylko, żeby się o mnie nie martwili. W sumie napisałem chyba trzy czy cztery listy, ale i tak żaden nie doszedł. Po świętach wypuścili na wolność kolegę Nagrodzkiego Władka. Obiecał, że przekaże mojej żonie informację o mojej sytuacji i dotrzymał słowa.

Przesłuchania w więzieniu w Strzelcach rozpoczęły się już pierwszego dnia, ale mnie zaczęli przesłuchiwać nazajutrz. Znowu ten sam magiel: „Co? Gdzie? Jak? Kto?” Całe mnóstwo pytań, na które nie znałem odpowiedzi. Byłem szarym członkiem „Solidarności”. Nie miałem żadnej styczności z przywódcami związku. Za dwa dni kolejne przesłuchanie i w kółko to samo. Ten wojskowy, który mnie przesłuchiwał za drugim razem, był bardzo nieprzyjemny. Straszył, że nas wszystkich rozwalą. W przebiegły sposób próbował wyciągnąć ze mnie informacje o tym, czy byliśmy uzbrojeni. Uświadomiłem sobie, w co on gra, i byłem bardzo ostrożny. Strasznie biadolił nad poszkodowanymi zomowcami, więc zapytałem go „po co się tam pchali?” Wszystkie moje wypowiedzi tego typu skrzętnie wynotowywał, a czasami mnie ponosiło, pomimo iż wiedziałem, że powinienem być ostrożny, ale w końcu się opamiętałem. Miałem jeszcze jedno przesłuchanie. Oczywiście znowu ten sam zestaw pytań, a z mojej strony ten sam brak konkretnych odpowiedzi. W więzieniu nas nie bili, tylko ten drugi trochę straszył.

Do świąt nie byliśmy ani razu na spacerze. Jeden raz pozwolili się nam wykąpać. Po świętach wypuścili nas raz na spacer, a potem dopiero po Nowym Roku. Jeśli chodzi o papierosy, to paliłem bardzo mało więc właściwie mogłem się bez nich obejść. Byli koledzy, którym było bardzo ciężko. W jakiś czas po zamknięciu wyprowadzili naszą celę na wypiskę i w przywięziennym kiosku zaopatrzyliśmy się w papierosy, mydło i pastę do zębów. To ciekawe, że kiedy tam siedziałem, to przynajmniej przez pierwszych kilka dni, naprawdę nie umiałem sobie wybaczyć tego, że im wtedy nie uciekłem. Kiedyś podczas modlitwy uświadomiłem sobie, że przecież Pan Bóg wie co robi. Od tego czasu opuścił mnie ten natrętny żal do samego siebie. Poleciłem się Panu Bogu i przestałem się martwić. Zacząłem spać spokojnie. Po prostu czekałem już tylko na zwolnienie.

Po Nowym Roku otrzymałam kartkę i paczkę od żony. Okazało się, że przyjechała do Strzelec, ale pierwszego dnia jej pobytu władze więzienia nie dopuściły do widzenia ze mną. Widzenie z żoną miałem drugiego dnia. Stałem przed nią jak zamurowany. Nie mogliśmy sobie nawet podać rąk. Trochę porozmawialiśmy. Widzenie trwało niecałe pół godziny. Żona przekazała mi papierosy. Już nie pamiętam, wolno jej chyba było przekazać mi trzy paczki, które oczywiście strażnik skrupulatnie sprawdził. Najważniejsze było to, że wiedziała, że żyję i że nic mi się nie stało. W tej niewesołej przecież sytuacji był to jakiś komfort.

Wypuścili mnie 15 stycznia 1982 roku. Przyszli do celi i kazali mi pozbierać wszystkie swoje rzeczy. Zebrałem cały swój majdan i zaprowadzili mnie do jakiegoś pomieszczenia przed bramą. Tam dwóch esbeków zrobiło mi szkolenie na temat, jak mam się zachowywać po wyjściu z internowania. Pouczyli mnie, że nie wolno mi brać udziału w zgromadzeniach, nie chodzić w grupach, nie podjudzać do strajku, nie zbroić się i natychmiast podjąć pracę. Powiedzieli również, że w razie gdybym uzyskał wiedzę o jakichś nielegalnych działaniach, to mam obowiązek zgłosić sprawę odpowiednim władzom. Kazali mi się podpisać pod tą instrukcją. Cóż, każdy z wychodzących musiał podpisać ten dokument, bo inaczej wróciłby do celi. Wypuścili mnie około godz. 16.00 i jeszcze tego samego dnia miałem obowiązek stawić się na Komendzie MO w Jastrzębiu i w swoim zakładzie pracy. Pojęcia nie miałem, jak wyjechać z tych Strzelec Opolskich, a przechodnie nie chcieli mi pomóc. W końcu dotarłem na dworzec PKP i pociągiem dojechałem do Wodzisławia. Potem już autobusem do Jastrzębia. Oczywiście w pierwszej kolejności udałem się na milicję, a to już było około 21.00, więc potem szybciutko do domu i na kopalnię na nocną zmianę. Akurat na nocce był kierownik mojego oddziału. Ucieszył się, że wróciłem, i stwierdził, że nie ma sensu abym tego dnia szedł do pracy. Powiedziałem mu, że muszę mieć dzisiejszą dniówkę zaliczoną, bo przecież mam nakaz. Obejrzał ten nakaz, wpisał mi dniówkę i kazał mi iść do domu.

W okresie internowania zwolniono mnie z pracy, ale po powrocie bez większych problemów przyjęto mnie na powrót. To znaczy do 6 stycznia pisali mi bumelki, a potem mnie zwolnili. Oczywiście pisałem później do firmy o usprawiedliwienie mojej absencji w tym czasie i niby mi to uwzględnili, ale i tak trzynastki za ten rok nie dostałem. Nie mogłem pracować jako strzałowy, bo ciążyło na mnie odium aresztanta, więc nie dano mi dostępu do materiałów wybuchowych. Dopiero jesienią starałem się o przywrócenie prawa strzału, bo to jednak był jakiś dodatek finansowy.

W późniejszych czasach strasznie było mi żal tego straconego czasu, tych strat. „Solidarność” zniszczyli, nie byłem w stanie uwierzyć w jej reaktywację. Widziało się, że wokół panuje terror i zamordyzm. Nie byłem ani przed internowaniem, ani potem, żadnym wielkim opozycjonistą, byłem szeregowym członkiem związku. Jeśli mam mówić o działaniach opozycyjnych w latach 80., to ani opozycjoniści nie szukali kontaktu ze mną, ani ja z nimi.

Kiedy po 1989 roku związek zalegalizowano na nowo, a w Polsce nastąpiły przemiany demokratyczne, miałem bardzo ambiwalentne odczucia. Z jednej strony była wiara w zmiany na lepsze, z drugiej była jednak obawa przed nowym. Poza tym nowa władza nikogo nie rozliczyła. Prezydentem został Jaruzelski. W sejmie pierwszej kadencji komuniści ciągle mieli większość. W ogóle ten kontraktowy sejm to była wielka pomyłka... Liczyłem jeszcze na jakąś sprawiedliwość w momencie, kiedy prezydentem został Wałęsa. Niestety panowała już filozofia grubej kreski, która komunistycznym bandytom zapewniała dobrobyt i znakomite samopoczucie. Weźmy choćby pod uwagę kwestię ustawy o odszkodowaniach i zadośćuczynieniach dla byłych opozycjonistów i wszystkich tych, którzy ucierpieli w wyniku represji komunistycznych; przecież dzisiaj to ci sami sędziowie, którzy skazywali ich w stanie wojennym prowadzą ich sprawy odszkodowawcze! Przecież to czysta paranoja... Nie ma żadnej sprawiedliwości. Platforma Obywatelska robi to samo, co robił SLD. Zniszczyli po prostu cały etos i dorobek pierwszej „Solidarności”. Właśnie teraz nasza władza, widocznie niezadowolona z efektów stanu wojennego, dożyna go bardzo sumiennie. Czy stocznie musiały paść, czy nasz przemysł zbrojeniowy musi wyglądać tak jak wygląda? Nie, ale każdy, kto dostanie się do władzy chce tylko zagarnąć coś dla siebie. Okradają ten kraj jak się da. Nikt nie myśli o dobru publicznym i o dobrym gospodarowaniu zasobami kraju. Władza chwali się tym, że potrafi sobie radzić z kryzysem, a prawda wygląda tak, że gdyby przeciętny Kowalski sobie z tym kryzysem nie potrafił poradzić to władza nie mogłaby nic zrobić. Władza potrafi tak naprawdę jedynie szkodzić i wyprzedawać. W końcu dojdzie do tego, że całkiem będziemy w kieszeni u obcokrajowców. A jeśli idzie o Unię Europejską, to tam też liczą się tylko silni, więc polska racja stanu prawie w ogóle nie jest brana pod uwagę. I tak właśnie według mnie wygląda Polska dnia dzisiejszego.

Jastrzębie Zdrój, 8 stycznia 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński