L00082 Tomasz Hypki

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Tomasza Hypkiego

Pochodzę z Poznania. W moim rodzinnym mieście nie miałem żadnego kontaktu z działalnością podziemną. Dopiero w roku 1979 po przyjeździe do Warszawy na studia zamieszkałem w akademiku Mikrus i tam po raz pierwszy zetknąłem się z ruchem opozycyjnym. Zacząłem uczęszczać na spotkania, zajmowałem się drobnym kolportażem ulotek i brałem udział w imprezach wspierających Teosia, którego chcieli wyrzucić z uczelni. Po roku 1980 pojechaliśmy z kolegą na wybrzeże. Byliśmy w pobliżu Gdańska, w którym właśnie wybuchł strajk, i postanowiliśmy tam pojechać. Oczywiście nie uczestniczyliśmy w strajku, ale mieliśmy okazję przyjrzeć się na własne oczy, jak to było. Po wakacjach wróciłem do Warszawy na sesję poprawkową i tam już zawiązała się grupa paru osób chcących rozpocząć jakąś działalność opozycyjną. Oczywiście przyłączyłem się do nich. Wraz ze Zbyszkiem Chadelem wydelegowano nas, żebyśmy poszli do rektora uczelni (zatwardziałego komunisty) i wynegocjowali pomieszczenie dla tworzącej się organizacji. Byłem mocno wystraszony, ale udało się i otrzymaliśmy lokal. Rozpoczęliśmy zapisy. Zostałem szefem biura informacyjnego, gdzie były przygotowywane różne druki. W międzyczasie były organizowane imprezy ogólnowarszawskie z udziałem m.in. Jacka Kuronia. Na Politechnice była drukarnia i za drobną opłatą po zorganizowaniu papieru dla drukarzy powielali nam po godzinach pracy nasze teksty. Tym sposobem zaopatrywaliśmy niemal pół Warszawy w nasze ulotki. Drukowaliśmy „Informator Politechniki”, którego autorem był Krzysztof Leski. Był z nim problem, ponieważ nie należał do NZS-u. Potrafił natomiast bardzo szybko pisać na maszynie i to nas skłoniło do współpracy. Krzysiek pisał teksty, ja je sklejałem i drukowaliśmy to w dużej ilości. Później Leski przeniósł się do „Solidarności” i tam zaczął wydawać informator regionów „Solidarności”. Przy okazji warto wspomnieć, że między nami a „Solidarnością” była duża niechęć. „Solidarność” traktowała nas jak piąte koło u wozu. Oprócz tego często nie zgadzaliśmy się pod względem ideowym, oni prowadzili politykę KOR-owską, natomiast my byliśmy zdecydowanymi radykałami. Szefem „S” był Andrzej Smirnow, z którym – jeśli mam być szczery – nie lubimy się do tej pory.

W październiku odbyło się chyba największe spotkane organizacyjne NZS-u. Było na naszym wydziale i brała w nim udział głównie Politechnika. Przyszło sporo ludzi i zapisało się wtedy około 200 osób. Do lokalu wstawiliśmy powielacz i drukowaliśmy na okrągło. Po rejestracji NZS-u odbyły się wybory do władz. Szefem został Teoś. Ponieważ miałem nieco inne niż reszta poglądy na sposób działania NZS-u postanowiłem się odłączyć. Działałem oczywiście dla NZS-u ale po swojemu.

Gdy w listopadzie 1981 roku wybuchł strajk, przejęliśmy władzę strajkową. Przewodniczącym był Damian Wróblewski. Kontrolowaliśmy biuro prasowe i tylko dzięki nam coś się ukazywało, gdyż przewodniczącym biura był Robert Luśnia, który okazał się być TW. Pamiętam, że był dylemat, czy zamykać całą uczelnię, czy przeznaczyć pomieszczenia dla strajkujących, a w pozostałej części niech się ludzie uczą. Nasze stanowisko było jednoznaczne: strajk to strajk i należy zamknąć całą uczelnie. Początkowo mieliśmy problem z aprowizacją strajkujących. Część ludzi miało swoje jedzenie, ale starczyło na krótko. Członkowie komitetu strajkowego wychodzili za przepustką i organizowali żywność. Krzysztof Drabarek nawiązał kontakt z ATK. Było to dość istotne, gdyż oni otrzymywali pomoc z zagranicy. Dostawali całe wozy wypełnione puddingiem. Na moim wydziale jeden z asystentów był fanem gier i przynosił nam pełno gier planszowych. Zgarnęliśmy jedną grę w ruletkę i w pomieszczeniu komitetu strajkowego rozgrywki trwały do rana. Pamiętam, jak zaprosił nas do siebie szef zakładu wytrzymałości profesor Brzoska i powiedział: „chłopcy, jak ja się cieszę, że dożyłem takich czasów... Skoro nie ma nauki, to daję do waszej dyspozycji cały zakład, mój osobisty gabinet i bibliotekę”.

Pomagaliśmy w organizacji strajku na uczelni pożarniczej. Dostarczaliśmy im bibułę i utworzyliśmy specjalne struktury, które mialy ich wspierać podczas strajku. Kiedy przyleciały śmigłowce i zajęto ich budynek, wzięliśmy strajkujących na naszą uczelnie. Razem z nimi przyszedł ksiądz Popiełuszko. Na początku grudnia strajk zaczął się sypać. Ogłosiliśmy jeszcze strajki rotacyjne pod hasłem „Rotuj się kto może”, a potem zacząłem wycofywać się z akcji. 12 grudnia pierwszy raz od paru tygodni spałem we własnym łóżku w akademiku. Dokładnie pamiętam moment, w którym czytałem książkę Borysa Łewyckiego Terror i rewolucja i nagle przestało grać radio. Około północy przyszli do mojego pokoju koledzy i mówią, że coś się dzieje. Powiedziałem żonie, że ma spać, a sam ubrałem się i zszedłem na dół. Telefon jeszcze działał, więc zadzwoniłem do gmachu głównego, gdzie była resztka strajkujących. Zapytałem, co się dzieje i dlaczego pod akademikiem stoi wóz opancerzony. Odpowiedziano mi, żebym się nie przejmował, a w razie czego pomoże mi Wojtek Woźniczka. Zaczęły dochodzić różnie informacje. Pożegnałem się ze wszystkimi i poszedłem pod region Mazowsze. Tam się trochę pokręciłem, zobaczyłem wojskowych na ulicach miasta. Strajk na uczelni upadł i trzeba było jakoś działać, więc zaczęliśmy wywozić sprzęt. Jeden z kolegów miał auto, a oprócz tego weszliśmy w porozumienie z taksówkarzami. Podczas wynoszenia sprzętu doszło do szarpaniny z komunistami, którzy się jakoś uaktywnili i blokowali nam przejścia. Jadąc już autem, gdy widzieliśmy jakiś patrol wojskowy, to podjeżdżaliśmy do nich i pytaliśmy o drogę. Nie byli z Warszawy, więc szybko próbowali się nas pozbyć. Prawie wszystko udało nam się wywieźć i już po paru dniach wznowiliśmy druk w prywatnych mieszkaniach.

W roku 1982 działalność NZS-u przybrała charakter zdecentralizowany. Daniel Wróblewski zaczął się ukrywać, a ponieważ nie znał żadnych zasad konspiracji, to spotkałem się z nim tylko raz, bo groziło to wpadką. Niewielu z nas zostało internowanych, więc wróciliśmy do poprzednich działań, korzystając z dużo już szerszych kontaktów. Tomek Wiśniewski został dystrybutorem książek wydawnictwa NOWa na ogromną skalę. Grzesiek Jasiński, Radek Wasilewski i Tomek Kopalski byli w grupie oporu, natomiast ja w dalszym ciągu zajmowałem się drukiem i kolportażem książek. Znakomity był pierwszy rok, który przyszedł na studia w 1981 r. Weszli od razu w strajk, byli bardzo zaangażowani i pomocni. W tamtym okresie bardziej wspieraliśmy „Solidarność” podziemną niż prowadziliśmy samodzielne działania. Mieliśmy nieźle rozwiniętą konspirację i po latach wyszło, że u nas było najmniej wpadek. Wyjątkiem był Luśnia, który okazał się TW. U nas na wydziale SB miało dojścia przez Matyldę Sobieską, która nic by nie wiedziała, gdyby nasz kolega się w niej nie zakochał oraz brat lub kuzyn Goszczyńskiego. W działalności podziemnej zajmowaliśmy się większością spektakularnych akcji w mieście. Na potrzebę tychże akcji konstruowaliśmy różne wynalazki. Oprócz tego zajmowaliśmy się w dalszym ciągu drukiem i kolportażem. Staraliśmy się na różne sposoby zasilić finansowo działalność podziemia. Raz nawet koledzy obrobili Komitet Wojewódzki w Kielcach. Przebrali się wtedy za esbeków. Mając przyrządy drukarskie (sito, powiększalniki, lampy UV) łatwo można było podrobić wszelkie dokumenty i pieczątki. Pojechali do Kielc i weszli wieczorem do gmachu głównego pod pozorem jakiejś kontroli. Wzięli ze sobą wynajętego włamywacza, który miał za zadanie otworzyć im kasę. Okazało się, że nie potrafił sforsować zamka, więc chłopcy niewiele myśląc wyrzucili całą kasetę za okno. Mieli nadzieję, że przy zderzeniu z gruntem sama się otworzy. Niestety wryła się na pół metra w ziemię. Wyszli na zewnątrz, jak gdyby nigdy nic zabrali skrzynkę i potem w warsztacie otworzyli ją za pomocą palnika.

Do końca studiów zajmowałem się głównie drukiem i dystrybucją książek. Potem znalazłem kumpla z samochodem i zawoziliśmy książki do Poznania. Po 1985 roku wyjechałem na dwa lata do Poznania. Gdy wróciłem do Warszawy założyliśmy na Politechnice dwudziestoosobową spółkę, w której składzie byli w większości ludzie z NZS-u. Brałem z wielką przyjemnością udział w manifestacjach. Miałem bardzo nowoczesny jak na tamte czasy aparat fotograficzny i jeździłem na manifestacje i robiłem zdjęcia. Nieraz ZOMO nieźle mnie przegoniło po mieście, często musiałem się ukrywać na jakichś peryferiach i w nocy przekradać się chyłkiem do akademika. Mimo wszystko były to dla mnie najciekawsze czasy w życiu. Byliśmy młodzi, uczestniczyliśmy w rewolucji, która zakończyła się dla nas zwycięsko. Zobaczyliśmy jak jest za komuny, więc możemy odpowiednio docenić jakość życia w dzisiejszych czasach. Uważam, że dzięki tym przeżyciom jesteśmy najszczęśliwszym pokoleniem od setek lat w Polsce.