L00084 Edward Jarek

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Edwarda Jarka

Mój ojciec, żołnierz AK z okolic Krakowa, zawsze powtarzał mi, że to co piszą w książkach, to nie jest prawdziwa historia. Prawdziwą historią jest to, czego nie chcą ci powiedzieć. Dał mi jako przykład takie oto zdarzenie: gdy odchodził ze swojej jednostki wojskowej, na pożegnanie dowódca wyszedł przed front pułku i przekazał swoim żołnierzom, że powinni wchodzić we wszystkie możliwe struktury państwa komunistycznego dlatego, że kiedy Ojczyzna będzie ich potrzebować, to będą już w środku, a jabłko jak wiadomo gnije od środka.

Jako młody chłopak popełniłem ten błąd i wstąpiłem w szeregi PZPR. Kombinowałem w ten sposób – jeśli podczas zebrań będę stale zgłaszał sprzeciwy, to jakoś będę demontował ten ich kolorowy, piękny światek. W trakcie mojej służby wojskowej w marynarce wojennej padł raz temat Monte Cassino, a porucznik prowadzący zajęcia podał w wątpliwość kompetencje oficerów II Korpusu Wojska Polskiego gen. Andersa oraz legalność ich szarż. Stanąłem w ich obronie twierdząc, że stopnie oficerskie nadał im legalny Rząd Polski i że należy ich szanować za waleczność, nie bacząc na ich sympatie polityczne. Za tę wypowiedź trafiłem na dywanik do zastępcy dowódcy ds. politycznych, a on zabronił mi udziału w zajęciach politycznych, gdyż uznał mnie za politycznie nieodpowiedzialnego.

Po odbyciu służby wojskowej przyjąłem się do pracy na KWK Manifest Lipcowy. Tam również na jednym z otwartych spotkań POP PZPR dyrektor perorował o dorobku PRL-u, a ja wywaliłem na stół dziurawe buty gumowe, w których akurat byłem, i zapytałem go, czy to jest właśnie dorobek socjalistycznego państwa? Zapytałem, czy dorobkiem socjalistycznego państwa jest to, że po 20 czy 30 latach trwania tego ustroju górnicy muszą chodzić w dziurawych gumowcach? Zrobił się wtedy straszny harmider. Dyrektorzy pobiegli do sekretarza partii, pewno na skargę. Wkrótce zostałem wezwany przez dyrektora ds. pracowniczych, który sprawę ze mną załatwił tak, że bez żadnych problemów mogłem z magazynu pobierać odzież roboczą, jakiej tylko potrzebowałem.

W strajkach sierpniowych w 1980 roku brałem czynny udział, pomimo że jeszcze formalnie należałem do PZPR. Wstąpiłem również do „Solidarności” i brałem możliwie czynny udział w działalności związku. Jakoś krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce mieliśmy zebranie w kościele „na górce”. Organizowaliśmy wtedy – tak na wszelki wypadek – drugi garnitur Komisji Zakładowej, już utajniony, oraz milicję robotniczą. Ja i Janek Golec zostaliśmy wyznaczeni do formowania milicji robotniczej na terenie kopalni w razie strajku.

Po wprowadzeniu stanu wojennego nie zostałem jednak internowany, bo esbecja miała na mój temat zbyt mało danych, chociaż mieli mnie na oku. Kiedy chciałem pojechać na Pomorze po teścia, który przeszedł ciężką operację, to komendant miejski MO w Raciborzu nie dał mi przepustki i usłyszałem od niego: „ty skurwysynu, masz siedzieć w mieście, bo jak się ruszysz to cię zamkniemy”. Krótko po tym zdarzeniu na najbliższym zebraniu POP wydarłem moje zdjęcie z legitymacji partyjnej i rzuciłem im ją pod nogi. Powiedziałem, że nie mogę być w organizacji, która walczy z własnym narodem.

Wystarczająco długo wśród nich wytrzymałem, bo przecież byłem na kopalni podczas kiedy nas pacyfikowali. Czesław Kłosek, który do dzisiaj nosi kulę w kręgosłupie po tamtym dniu, stał wtedy obok mnie. Kiedy zaczęli strzelać, niestety panika wzięła górę i wszyscy uciekaliśmy, gdzie kto mógł. Strach był tak wielki, że albo ja, albo ktoś biegnący przede mną ciałem wywalił tę zbrojoną szybę w drzwiach cechowni. Uciekaliśmy po prostu najprostszą drogą przed siebie. Żadne próby obrony przed zomowcami uzbrojonymi w pistolety maszynowe nie miały szans powodzenia. Skończyło się jak się skończyło... Dobrze, że nikogo nie zabili.

Po roku czy dwóch od wprowadzenia stanu wojennego zaangażowałem się w kolportaż prasy podziemnej. W 1987 roku napisałem list do Jaruzelskiego, w którym domagałem się, aby ludzie mogli posiadać swoje paszporty w domu. Pod tym listem podpisał się oprócz mnie rzeźbiarz śp. Aleksander Magłysz i Janusz Małek.

Jesienią 1987 roku wpadłem na pomysł uczczenia poległych na Wujku. Zastanawialiśmy się nad tym wspólnie z Jankiem Golcem i wtedy Alek Magłysz powiedział, że wyrzeźbi nam tablicę. Na tej tablicy wyrył hasło: „Ofiarom poległym z rąk władzy ludowej w imię wolności i sprawiedliwości społecznej, Solidarność Racibórz”. Lutek Gąsiorowski z jeszcze jednym kolegą powiesili tę tablicę na cmentarzu raciborskim. Wisiała cały dzień na drzewie pośrodku głównej alei, na wysokości 5 metrów. Esbecy nie mogli się do niej dostać. W końcu gdzieś około godz. 15.00 wyrwali tę tablicę, ale kobiety zaczęły tak na nich krzyczeć, że musieli uciekać z nią z cmentarza. W 1988 roku obstawili już wszystkie cmentarze raciborskie, gdyż obawiali się, że ponowimy akcję.

Nasza raciborska grupa była powiązana z KPN-em. Pamiętam spotkanie z początku 1988 roku, na które przyjechał Rysiek Bocian z Krakowa, śp. Leszek Zubik, Andrzej Andrzejczak i kilku chłopaków z Jastrzębia i Żor. Spotkanie odbyło się u mnie w domu w Raciborzu i dotyczyło wyboru przewodniczącego KPN na nasz region. Na przewodniczącego wybraliśmy Andrzeja Andrzejczaka, zostałem jego zastępcą. Krótko przed strajkami sierpniowymi z 1988 roku Andrzejczak przekazał mi przewodniczenie, bo on już całkowicie zaangażował się w „Solidarność”.

Strajk na Manifeście Lipcowym. Próbowaliśmy podejść do tego tematu dwa razy... Pierwszy raz w maju, kiedy wybuchły strajki w Nowej Hucie, w Stoczni Gdańskiej i chyba w Ursusie; chcieliśmy wtedy wzniecić strajk popierający. Potem w czerwcu nasza grupa raciborska złożyła wniosek w sądzie w Katowicach dotyczący rejestracji „Solidarności”. Pod tym wnioskiem podpisaliśmy się wszyscy z Raciborza, z Jastrzębia podpisali się chyba tylko Józek Pleszak i Krzysztof Zakrzewski. Zaczęliśmy ogłaszać komunikaty o powstaniu Jawnego Komitetu Solidarności. Byliśmy oczywiście zatrzymywani przez esbecję. Pewnego razu zatrzymali mnie i Janka Golca na trzy dni. Po tym czasie właściwie wynieśli nas na zewnątrz, bo chcieliśmy od nich kartę zatrzymania, a oni nam jej nie wydali, więc zrobiliśmy „dym”. Za to mieliśmy najpierw kolegium w Jastrzębiu, potem jakieś odwołania, ale odpuściliśmy, bo uważałem, że to tylko zbędna strata pieniędzy związkowych. Muszę wspomnieć, że kiedy esbecja mnie namierzyła, to złożono mi propozycję współpracy. Nie poszedłem na to, więc nasłali na mnie Urząd Górniczy. Termin mojej rozprawy zbiegł się z wybuchem strajku, więc na rozprawie nie byłem. Po strajku panowie z Urzędu Górniczego już całkiem inaczej ze mną rozmawiali.

Wrócę jeszcze na chwilę do próby wzniecenia strajku w maju. Najpierw mieliśmy spotkanie „na górce”. To było zebranie Tajnej Komisji Zakładowej. Wcześniej nie wiedziałem, że takie ciało w ogóle istnieje, i dopiero Janek Golec mi to uświadomił. Powiedział mi, że Józek Pleszak poinformował go, abyśmy na to spotkanie przybyli. Na tym spotkaniu ustaliliśmy, że zorganizujemy strajk popierający już protestujące zakłady w kraju. Uzgodniliśmy że ja, Jasiu Golec, Andrzej Kornak, Lutek Gąsiorowski i reszta tej naszej grupy raciborskiej wzniecimy strajk na dole, na poziomie 580. Na poziomie 705 strajk mieli wywołać inni obecni na spotkaniu. Zaczęliśmy agitację na poziomie 580. Głownie prowadził ją Janek Golec; jego ludzie lepiej znali, bo był strzałowym i kombajnistą. Również starałem się udzielać. Niestety, kiedy przyszła wiadomość, że na poziomie 705 nikt nic nie robi, to się po prostu rozmyło. Przed końcem pierwszej zmiany wyjechaliśmy na powierzchnię. Po tej nieudanej próbie udaliśmy się „na górkę” na spotkanie z Danką Skorenko. Ona miała to wszystko koordynować. Poinformowaliśmy ją, że się nie udało. Danka wydrukowała nam chyba dwa albo trzy tysiące ulotek. Między pierwszą a drugą zmianą rozrzuciliśmy te ulotki na kopalni i wróciliśmy do Raciborza. U Janka w domu już był „kocioł”, więc poszliśmy do mojego mieszkania. Miecia, żona Janka jakoś się wyrwała i również do nas przyszła. Wieczorem wróciliśmy na kopalnię i tam na bramie esbecy Janka zatrzymali. Powiedziałem wtedy do kolegów, że ja tak Janka nie zostawię. Wtedy zamknęli nas na trzy dni i mieliśmy kolegium. W naszej grupie działali oprócz mnie i Golca jeszcze Kornak, Olewiński i Małek i myśmy tak biegali od zakładu do zakładu dystrybuując tę bibułę. Naszym głównym zaopatrzeniowcem jeśli idzie ulotki i prasę podziemną była w dalszym ciągu Danusia Skorenko. Dzwoniliśmy do niej, albo jakoś inaczej się z nią kontaktowaliśmy, a ona nam je dostarczała i była zawsze na czas.

Pamiętam, że kiedy w sierpniu rozpoczął się strajk, to Jasiu właśnie wrócił z Warszawy, a ja miałem wykupione wczasy w Pobierowie. Janek powiedział mi, że w poniedziałek wieczorem podejmiemy próbę wywołania strajku. Było mi głupio, ale musiałem zawieźć żonę i dzieci do Pobierowa, więc odpowiedziałem mu, że nie mogę, ale jak tylko ich zawiozę to wskakuję w samochód i wracam. 15 sierpnia wywołali ten strajk. Wspomnę jeszcze, że kiedy wyjeżdżałem z rodziną, to przez cały czas jechał za mną jakiś samochód, miałem „ogon”. Przy samym dojeździe do Pobierowa byłem trzy razy zatrzymywany i kontrolowany. Słyszałem jak ci milicjanci meldowali przez krótkofalówkę, że: „on jest w Pobierowie”. Z radia dowiedziałem się, że wybuchł strajk na Manifeście, więc rano wsiadłem w samochód i pojechałem z powrotem na Śląsk. Nie wracałem oczywiście głównymi drogami, bo starałem się nie rzucać w oczy. Samochodu nie zaparkowałem przed domem, tylko zajechałem z drugiej strony i udałem się do Małka. Przed moim domem stała esbecja. Rankiem wskoczyliśmy w autobus kopalniany i najpierw udaliśmy się „na górkę”. Tam spotkałem się z Danką Skorenko, a potem sam doszedłem na Manifest. Na teren kopalni dostałem się od tyłu, przez ogrodzenie. Kiedy spotkałem Janka Golca, miałem do niego pretensje, dlaczego Tajna Komisja Zakładowa nie przejęła Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Przecież Janka wszyscy znali i mógł mieć na to duży wpływ... Straciliśmy po prostu wpływ na MKS. Wróciłem „na górkę” i po rozmowie z Danką trochę się uspokoiłem. Danka poleciła mi przyprowadzenie Bogdana Lisa na teren kopalni. Zrobiłem to i sam tam już zostałem. W pewnym momencie ze strony naszego Komitetu Strajkowego zaczęły wypływać niepokojące sygnały dotyczące przerwania strajku. Wówczas Janek Golec, Andrzej Kornak, Bolek Olewiński, Staszek Kosek i ja zrezygnowaliśmy z uczestnictwa w pracach KS. Zresztą potem niesieni emocjami napisaliśmy do Rady Państwa pismo z rezygnacją z obywatelstwa polskiego. Uzasadniliśmy to nieuznawaniem przez nas władz komunistycznych rządzących naszym krajem. Napisaliśmy w nim również, że jedynym legalnym rządem, który uznajemy jest rząd londyński. List został podpisany przeze mnie, Janka Golca i Andrzeja Kornaka.

Po rezygnacji z udziału w TKZ Jurka Nowosielskiego urządziliśmy nowe wybory, w których zostałem wybrany na przewodniczącego Tymczasowej Komisji Zakładowej Solidarności Manifest Lipcowy. Potem jakoś nasze drogi się rozeszły, ale to już w momencie wyborów na zjazd delegatów „Solidarności”. Członkowie TKZ-u argumentowali to tym, że ja jestem członkiem KPN-u, a więc jestem upolityczniony. Na którymś z zebrań jakiś młody chłopak z Jastrzębia stanął w mojej obronie mówiąc im, że mnie widział, jak rozrzucałem ulotki, natomiast o żadnym z nich tego powiedzieć nie może. Podziękowałem mu za dobre słowo, ale i tak zrezygnowałem ze stanowiska, bo mnie o „koryto” nie chodziło. Poszedłem wtedy już całkowicie w działalność KPN-owską.

Samo zakończenie strajku wyglądało mniej więcej tak: ostatnie rozmowy rozpoczęły się 2 września gdzieś między godz. 20.00 a 21.00. Jakoś około godz. 23.00 przysnęło mi się, co zresztą zostało ujęte na filmie Robotnicy ’88. Potem dyr. Grzywa przemówił do załogi. Oznajmił, że doszliśmy do porozumienia, podpisujemy zobowiązanie i ogłaszamy, że strajk zakończył się o północy. W tym czasie było już grubo po północy, więc upomniałem dyr. Grzywę, aby był skrupulatny. Wtedy raziły nawet najmniejsze przekłamania ze strony władz. Ostatniego dnia strajków dla kopalń przyszły dary żywnościowe z Francji; było tego dwie tony. Na sam Manifest przypadło pół tony żywności. Ustaliliśmy, że dla siebie bierzemy tylko kawę, natomiast resztę żywności przekazujemy dla dzieci z zespołem Downa z Domu Opieki Społecznej, bo ja właśnie tak widziałem solidarność. „Solidarność” to pomoc słabszym, to pomoc robotnikom, a niektórzy dzisiejsi liderzy związku o tym zapomnieli.

2 września na Manifest przyjechał Wałęsa razem z ks. Jankowskim. Zrobiliśmy zebranie załogi na placu. Wałęsa wszedł na murek pod krzyżem i zaczął nam opowiadać jakieś banialuki, że kto jest za „Solidarnością” to wyjdzie razem z nim z kopalni, a kto zostanie na strajku ten jest przeciwko „Solidarności”. Myśmy byli zmęczeni, ale bardzo zdeterminowani. Powiem krótko: Wałęsa tak nas „podgrzał”, że Janek Piłat „Lalunia” i kilku chłopaków z Jastrzębia i z Raciborza „przytargało” taczkę i już go chcieli na niej wywieźć. Było do tego naprawdę blisko... Gdybym wtedy wiedział o Wałęsie to, co wiem dzisiaj, to tę taczkę posmarowałbym smarem, żeby się kółko nie zatarło i żeby szybciej z tej taczki zjechał za bramą. Niestety ja, wówczas przewodniczący KS, byłem jednym z tych, którzy zatrzymaliśmy „Lalunię” i innych chłopaków.

Dzisiaj mówią, że Alojz Pietrzyk wstrzymywał tę bojową grupę, więc wyjaśniam, Pietrzyk nikogo nie wstrzymywał, bo nie miał nic do gadania. Pietrzyk był „chłoptasiem” namaszczonym przez Lisa dla Wałęsy. Doszło do tego tak: Pietrzyk został wprowadzony na strajk trzeciego lub czwartego dnia przez Józka Pleszaka. Ja tak do końca nie znam kulisów tej całej sprawy, ale on został przedstawiony jako jeden z organizatorów strajku z 1980 roku i tak dostał się do MKS-u. W 1980 roku byłem tylko szeregowym uczestnikiem strajku, ale jego sylwetki sobie nie przypominam. Nie wiem dlaczego Krzysiek Zakrzewski na to przystał. Według mnie on był zwolennikiem zbyt miękkiej linii. Przecież oni oprócz zebrań „na górce” i pisania sprawozdań nie robili nic. W pewnym momencie zwołałem zebranie KZ i postawiłem wniosek o przesunięcie Krzyśka z MKS-u do KZ, ale nie zostałem poparty przez większość. Chciałem żeby szefem MKS-u został Jasiu Golec. Był radykałem, ale był pragmatyczny i był znakomitym organizatorem, co udowodnił już w 1989 roku wprowadzając trzech członków KPN do Rady Miasta w Raciborzu. Ale wracam do sprawy Pietrzyka... Otóż kiedy ja wprowadziłem na kopalnię B. Lisa, to on od razu zaczął sondować, z kim ewentualnie Wałęsa mógłby spośród nas współpracować, na swoich zasadach oczywiście. Okazało się, że takim układnym człowiekiem jest właśnie Pietrzyk i tak już pozostało. Dopisali mu legendę, w którą on potem sam uwierzył i tak został największym jastrzębskim opozycjonistą, a w istocie tylko „kapciowym” Wałęsy na Jastrzębie.

Po strajku włączyłem się mocno w działalność KPN-owską. Ryśka Bociana znałem jeszcze z wcześniejszego okresu i po sierpniu 1988 roku zaczęliśmy współpracować. Leszek Moczulski miał wtedy z nami spotkania: najpierw w Żorach, a potem w Raciborzu. Organizowaliśmy wtedy wiele demonstracji, kolportowaliśmy własne pisma, braliśmy również udział w demonstracjach Solidarności Walczącej, m.in. brałem udział w słynnej demonstracji pod katedrą w Katowicach, a potem przez trzy dni byłem na strajku głodowym, którego uczestnicy domagali się przyjęcia do pracy pozwalnianych po strajkach. Sam byłem trzy razy zwalniany i z powrotem przyjmowany do pracy. Podczas tej manifestacji wyratowałem od pobicia przez esbecję Dankę Skorenko. Głodówkę w Katowicach opuściłem tylko dlatego, że jechałem na Manifest, aby na dole zorganizować popierający strajk głodowy. Kiedy wszystko było już przygotowane i byłem dogadany z chłopakami z Jastrzębia, wtedy jeden z nich przekazał mi informację od Pietrzyka i Andrzejczaka, że Leszek Moczulski polecił, by nie organizować żadnych akcji protestacyjnych. Trochę się zdziwiłem, ale podporządkowałem. Jeśli chodzi o przywrócenie tych zwolnionych do pracy, to byłem uczestnikiem rozmowy z dyrektorem. Oprócz mnie był tam Pietrzyk i chyba (ale nie jestem pewny) Stawski. Dyrektor Grzywa powiedział, że wszyscy zostaną przywróceni do pracy oprócz Golca.

Po jednej z mszy za Ojczyznę w Raciborzu zrobiliśmy naradę tego naszego środowiska i umówiliśmy się, że organizujemy demonstrację w Katowicach. Przyjechaliśmy do Katowic. Demonstracja miała się rozpocząć około godz. 15.00 jak ludzie będą wychodzili z pracy. Byliśmy my, tzn. ja, Golec i Małek, była grupa ludzi z Jastrzębia i byli chłopcy z Marcela. Nagle dostrzegliśmy stojących w klatce schodowej: Pietrzyka, Jedynaka i Andrzejczaka. Któryś z nich powiedział do nas, że nic nie wyjdzie z tej manifestacji, bo jest wszędzie strasznie dużo milicji. Pamiętam, że odpowiedziałem mu: „Pewno, że nic z tego nie wyjdzie jeśli będziesz stał w klatce schodowej”. Cała nasza grupa przeszła jeszcze jakieś 50 metrów w pobliże klombów; były tam jakieś ławeczki. Rozwinęliśmy się w pierścień, złapaliśmy pod ręce; dwóch spośród nas rozwinęło transparent i zaczęliśmy wykrzykiwać jakieś nasze hasła. Było nas już dosyć dużo. Wtedy otoczyli nas zomowcy. Nie wiem jakim cudem dostał się do nas Pietrzyk, ale w każdym razie w którymś momencie znalazł się między nami. Podobnie Jedynak i Andrzejczak w podejrzany sposób dotarli do nas po czasie. Zaczęli przemawiać, ale nas to nie interesowało, co oni mówią. Pozwolili nam zanieść petycję w sprawie naszych zwolnionych kolegów do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Oczywiście petycję przyjęli, ale nikt nic w tej sprawie nie zrobił, przynajmniej w stosunku do Janka Golca.

Pod koniec lutego 1989 roku wziąłem udział w II Zgromadzeniu Delegatów NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego w Ustroniu. Na przewodniczącego wybrali Pietrzyka. Ja właściwie pojechałem tam tylko by zobaczyć, czy to jeszcze można jakoś ukierunkować, ale stwierdziłem, że esbecja ma to już wszystko w swoich rękach. Wolałbym, gdyby przewodniczącym został Jedynak, ale wybrali jak wybrali. Zresztą podczas którejś tury wyborów, kiedy wyszedłem do toalety, to Andrzejczak za mnie postawił kreskę na Pietrzyka. Wybory na dobrą sprawę zostały sfałszowane. Pietrzyk wyprzedził Jedynaka o ten mój nieważny głos!

Pomiędzy lutym, w którym odbyło się to zgromadzenie Solidarności, a marcem, w którym miał miejsce III Zjazd KPN w Warszawie, byłem jeszcze kilkakrotnie zatrzymywany przez SB i po raz kolejny ukarano mnie kolegium za „zadymy” w różnych zakładach pracy. Otrzymałem maksymalną karę, jaką kolegium mogło nałożyć, czyli 52,5 tys. zł za to, że zupełnie lekceważyłem przedstawicieli władz komunistycznych. Nawet pierwotnie chcieli mnie wsadzić do aresztu na trzy miesiące za obrazę kolegium. W sumie wtedy ukarano mnie, Janka Golca, Małka i Olewińskiego i to było ciągle za te same rzeczy, czyli nawoływanie do tworzenia struktur „Solidarności” i informowanie ludzi o złożeniu przez nas wniosku do sądu o rejestrację związku. Pamiętam, że Kornak na tej rozprawie przebrał się za esbeka i robił sobie z nich wszystkich „jaja”. My również zachowywaliśmy się – delikatnie mówiąc – niepokornie. Z naszej strony było sporo inwektyw i lekceważenia tego sądu, którego po prostu nie uznawaliśmy. Robiliśmy różne awantury, np. złożyliśmy wniosek do Prezydenta Miasta Racibórz o przydział lokalu na działalność KPN-u i do dyr. kopalni Manifest Lipcowy również, bo jeśli PZPR mogła mieć siedzibę i struktury na zakładach pracy, to niby dlaczego inna partia polityczna nie? Oczywiście zbywali mnie byle czym. Zbieraliśmy pieniądze do puszek na działalność KPN pod bramami kopalń. Jednym ze zbierających i w ogóle bardzo udzielającym się młodych ludzi z Jastrzębia był o ile pamiętam Adam Wasilewski. Esbecy pytali nas: „co wy tutaj robicie?” Odpowiadaliśmy im, że komuniści kradną ludziom pieniądze z paska, a my zbieramy dobrowolne datki.

Muszę powiedzieć, że kiedy Leszek Moczulski zabronił nam radykalnej działalności, a myśmy ciągle widzieli tylko tę zgniłą rzeczywistość wokół siebie, ten okrągły stół, który w istocie był stołem kanciastym, i brak jakichkolwiek zmian na lepsze, wtedy zdecydowałem się na wyjazd z Polski. Uznałem po prostu, że ojczyzna została sprzedana i że nie ma nikogo, kto chciałby się temu skutecznie przeciwstawić. Do dzisiaj myślę, że to tylko były kosmetyczne zmiany, a PRL zamienił się w PRL-bis. Dla mnie ani nie było III Rzeczpospolitej, ani nie ma IV. Kiedy wyjechałem do Australii, to Czesiu Lipka wciągnął mnie w środowisko Polonii australijskiej i tam próbowałem działać. Czesiu założył tam Związek Więźniów Okresu Stanu Wojennego i w działalność tej organizacji mnie wciągnął pomimo tego, iż nigdy nie siedziałem w więzieniu. Czesiu i zarząd związku mieli do mnie zaufanie. Wcześniej zresztą prześwietlili mnie swoimi kanałami w kraju. Nigdy nie przypisywałem sobie żadnych wielkich zasług i nigdy o żadne stołki mi nie chodziło. Walczyłem o niepodległą i uczciwie rządzoną Polskę dla dobra całego narodu. Rzeczywistość polityczna po „kanciastym” stole bardzo mnie rozczarowała. Zresztą tam w Australii ZWOSW również został opanowany przez męty i zarówno ja oraz Czesiu wystąpiliśmy z tej organizacji. Z Cześkiem ciągle mam dobre relacje. W Australii i innych krajach te różne polonijne organizacje są infiltrowane i przerośnięte esbecją. Oni tego nigdy ze swoich łap nie wypuszczą, nie ma się co łudzić. Weźmy takiego TW Kokoszkę. On co prawda do związku nie został przyjęty, ale jeszcze wcześniej zrobił tam sobie sztuczną, rozdmuchaną legendę. Prawda wychodzi na jaw bardzo powoli, a oni ciągle robią tą swoją krecią robotę.

Przyjechałem teraz do Polski i co widzę: transport nie funkcjonuje, zakłady przemysłowe w opłakanym stanie... Próbują to tłumaczyć dyrektywami unijnymi, ale dlaczego Niemcy mogą dotować stocznie, a my nie, dlaczego Niemcy mogą dotować kolej, a my nie, oni mogą dbać o swoją gospodarkę, a nasz rząd zarzyna naszą gospodarkę kierując się dyrektywami unijnymi. Co to za Unia? Co to za wspólnota? Przedtem byliśmy w sowieckim kołchozie, a teraz trafiliśmy do europejskiego kołchozu. Cóż się zmieniło? Tylko nazwa. Wolno nam tylko mówić, co chcemy i jeździć, gdzie chcemy, ale to nie tworzy kraju, narodu i na pewno nie o to nam chodziło w latach walki z komuną. Ludzi ogłupia się przy pomocy mediów, dwie największe partie serwują im ciągle tematy zastępcze, a to tylko po to, aby ukryć prawdę o aferach, które ciągle wybuchają w sferach rządzących. PO ma ich teraz na swoim koncie około 400; te dane mam z Internetu. Nie ma tutaj wolnej Polski. Każdy szarpie dla siebie. A podpisanie przez Prezydenta Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego, który w istocie jest Konstytucją Europejską, także jest aktem zależności, bo Konstytucja Europejska jest już ważniejsza od Konstytucji RP. Nie ma więc niepodległej Rzeczypospolitej, jesteśmy znowu częścią składową kołchozu. Walczyłem o niepodległą Polskę, ale jej nie ma i dlatego się tutaj nie widzę. Czuję po prostu gorycz, smutek i niespełnienie. Nie widzę celu. Uważam, ze zmarnowano wielki entuzjazm i potencjał społeczny. Polska stała się przedsionkiem Europy i dostarczycielem żywej siły roboczej. To czego Niemcy nie zrobiły zbrojnie w czasie II Wojny Światowej, teraz dokonały pokojowo i udało się im to w pełni.

Terenowe Biuro Stowarzyszenia Pokolenie, Jastrzębie-Zdrój, 3 IX 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński