L00086 Czesław Lipka

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Czesława Lipki

Urodziłem się 4 sierpnia 1949 w Olkuszu, małym mieście leżącym w połowie drogi między Krakowem a Katowicami. Rodzice byli prostymi ludźmi, mogę śmiało powiedzieć, że byli dziećmi wojny. W 1939 ojciec miał 11 lat, a mama 10. Moi dziadowie zginęli w czasie wojny, ojciec mamy w obozie w Auschwitz, a dziadek ze strony ojca najprawdopodobniej w partyzantce. Nic więcej o nim nie wiem, gdyż rodzice nigdy przy mnie o tych wydarzeniach nie rozmawiali. W domu nie kształtowano mojego charakteru od strony politycznej, natomiast rodzice mieli duży wpływ na rozwój mojej osobowości. Rodzina była przekonana, że po wojnie jesteśmy już w wolnej Polsce, a więc ja również tak myślałem. I szliśmy po tej czerwonej linii ku wolnej Polsce, tak mi się wtedy wydawało. Byłem więc w zuchach, harcerstwie, ZMS a później w wojsku w KMW. Dopiero po wydarzeniach w Czechosłowacji w 1968 otworzyły mi się oczy i zacząłem inaczej patrzeć na rzeczywistość, zacząłem szukać prawdy na własną rękę.

Od października 1967 byłem kadetem w Szkole Chorążych Wojsk Pancernych w Poznaniu. W sierpniu 1968 roku byłem uczestnikiem wydarzeń Praskiej Wiosny. Podczas zajęć mojego plutonu z j. polskiego z cywilną nauczycielką do sali lekcyjnej wszedł podoficer kompanii nakazując przerwanie zajęć i oznajmił, że jedziemy na wycieczkę do Gliwic. Dostaliśmy mundury wyjściowe i samochodami Star wyruszyliśmy w drogę. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, zajechaliśmy do nieznanych nam koszar z czerwonej cegły w Gliwicach. Na placu były rozstawione namioty. Przez kolejne 2 lub 3 dni byliśmy w Hucie Łabędy w Gliwicach, widziałem produkcję czołgów. Kolejne 2 dni w Wojskowych Zakładach Remontowych w Siemianowicach Śląskich przyglądaliśmy się remontom czołgów i następne 1-2 dni w koszarach w Gliwicach. W końcu wcześnie rano alarm. Zawieziono nas do lasu k. Dobrej, wyszliśmy z samochodu, na poligonie był II pułk czołgów średnich. Wtedy powiedziano nam o Czechosłowacji. Moja kompania składała się z dowódców czołgów, przydzielono nam więc czołgi i załogi. Na dwa Stary wrzucono worki z umundurowaniem, kombinezonami i sprzętem, pierwszy raz dostałem na wyposażenie „raka” tj. 9-milimetrowy pistolet maszynowy, który strzelał serią i pojedynczo. Ogłoszono pogotowie bojowe i nocą pojechaliśmy w okolice Liptowskiego Mikułaszu. Stacjonowaliśmy w lesie. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Informację mieliśmy tylko od dowódcy. Nic tam nie robiliśmy, byłem tylko kilka razy na patrolu. Powiedziano nam, że wojska Bundeswehry mają ćwiczenia, odbywają się manewry o kryptonimie Czarny Lew, że w Czechosłowacji ma powstać nowy rząd i wtedy Bundeswehra przez ten rząd zostanie zaproszona, lepiej więc mieć w nich przyjaciela, niż być dla nich wrogiem. Podlegaliśmy prawu „W” tj. prawu wojny, podlegaliśmy pod sąd wojskowy. Byliśmy młodzi, miałem wtedy 19 lat i wierzyłem w to, co do nas mówiono. Gdy wracaliśmy, po przejechaniu kilku kilometrów od granicy zostaliśmy zatrzymani i przesiedliśmy się z czołgów do samochodów. Zawieziono nas do Poznania. Nie strzelałem do nikogo ani do mnie nie strzelano, nie widziałem drastycznych scen i całą operację przeżyłem pokojowo.

W lutym 1970 roku będąc na III, ostatnim roku zostałem usunięty ze szkoły. Nie byłem pierwszym ani ostatnim. Każdemu jako oficjalny powód wpisywano w dokumenty: złe wyniki w nauce i brak dyscypliny. Na prawdziwy powód złożyło się jednak kilka przyczyn. Jedną z nich była moja postawa, którą demonstracyjnie prezentowałem przy każdej okazji. Z książki, wypożyczonej z wojskowej biblioteki szkolnej, Marka Sołonina 22 czerwca 1941, czyli jak zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana 1941-45 po raz pierwszy dowiedziałem się, że 17 września 1939 sowieci napadli na Polskę. Wykorzystałem ten fakt na jednym ze szkoleń politycznych nt. „Braterstwa broni państw Układu Warszawskiego” i na pytanie dot. moich działań w sytuacji, gdybym spotkał wroga powiedziałem, że „jeśli miałbym się zająć wrogiem z przodu, to wcześniej musiałbym zabezpieczyć boki oraz tyły, więc musiałbym usunąć tych, którzy naszym ojcom w 1939 r. wbili nóż w plecy – najpierw zastrzeliłbym Rosjanina”. Nie trudno było przewidzieć reakcję dowództwa, a książka zniknęła z biblioteki. Po jakimś czasie wezwał mnie komendant batalionu mjr Kowalczyk i zaproponował mi wstąpienie do PZPR, ale odmówiłem. Na drugi dzień zostałem zawieszony w prawach ucznia, potem usunięty ze szkoły i skierowany do służby zasadniczej do jednostki wojskowej w Opolu. Do służby wojskowej nie wliczono mi szkoły, zaliczono w sumie tylko 6 miesięcy poligonów. Podobnie zostali potraktowani inni koledzy z roku: śp. Stanisław Choroszewski w proteście przeciwko mojemu usunięciu ze szkoły porzucił ją i został skierowany do jednostki wojskowej w Krośnie Odrzańskim; Tadeusz Tuliszka zwolniony 2 miesiące przed promocją za sprzeciwienie się codziennym 8-godzinnym próbom orkiestry wojskowej na korytarzu pod drzwiami pokoju; Benedykt Zając, szef kompanii łączności w II pułku średnim został zraniony nożem, a następnie jako ofiara zwolniony ze służby zamiast sprawcy napadu, który po tym zdarzeniu wstąpił do PZPR. Tak było wtedy w wojsku.

W jednostce wojskowej w Opolu mocno mnie gnębił por. Borowiec. Służbę pełniłem w takim układzie: doba na nogach, doba odpoczynku i znowu doba służby. Wszystko było zgodne z regulaminem. Trzy miesiące przed końcem służby brałem ślub. Należało mi się 12 dni statutowego urlopu, niestety nie otrzymałem go. W zamian przyznano mi 5 dni urlopu nagrodowego. Po wyjściu z wojska podjąłem pracę w PBKRMN Bytom (Przedsiębiorstwo Budowy Kopalń Rud Metali Nieżelaznych), niestety po scysji z kierownikiem Chrostem przeniosłem się do KGH Bolesław w Bukownie (Kombinat Górniczo-Hutniczy Bolesław). Tutaj także po konflikcie z oddziałowym sekretarzem PZPR musiałem zwolnić się z pracy. Potem pracowałem w PKS w Olkuszu. Tam gdy nie dawało się łapówek, to dostawało się zły samochód, który prawie cały czas stał w warsztacie. Z kolei, aby mieć pieniądze, trzeba było kraść, po prostu nie sprzedawać biletów.

W 1979 zostałem zatrudniony jako sygnalista szybowy w KWK ZMP w Świerklanach k. Żor. Byłem zawsze niepokorny i to chyba zadecydowało o tym, że we wrześniu 1980 załoga KWK wybrała mnie na przewodniczącego Komisji Wydziałowej „S” na Oddziale Szybowym i członka Plenum Komisji Zakładowej NSZZ „S” kopalni. Sądziliśmy, że Układ Warszawski będzie interweniował i do Polski wkroczą obce wojska. Po marcowych wypadkach w Bydgoszczy w 1981 każdy zdrowo myślący Polak nie powinien mieć już najmniejszych złudzeń co do intencji władz. Nie miałem ich i ja. Wiedziałem bardzo dobrze, że władza za wszelką cenę będzie chciała zniszczyć rodzące się w społeczeństwie zalążki demokracji. Zdawałem sobie sprawę z tego, jaka może być cena, oraz z tego, że cena ta dla władzy nie ma żadnego znaczenia. Byłem pewien, że ludzie stawią czynny opór a znając siebie wiedziałem, że spokojnie na miejscu nie usiedzę. W związku z tą sytuacją stawałem się coraz bardziej nerwowy i rozdrażniony. Opinie swoje na temat władzy wyrażałem zazwyczaj głośno i w każdym miejscu. Po ok. 3 miesiącach byłem już w konspiracji, najpierw jako członek honorowy w KPN a następnie w Legionie Polskim. Początkowo nie planowaliśmy wielkiego oporu, były to ulotki „Bagnet” i zbiórki pieniędzy. Oczywiście w tym czasie nie dysponowaliśmy praktycznie niczym. Nie mieliśmy pieniędzy, papieru, farby drukarskiej. Nie mieliśmy także żadnego sprzętu poligraficznego, nie wspominając już nawet o broni czy innych środkach walki. Wszyscy mieliśmy jednak gorące chęci, aby cokolwiek robić i nie siedzieć z założonymi rękami, cokolwiek by się działo.

Konfrontacja władzy ze społeczeństwem zbliżała się bardzo szybko. Zaczynaliśmy myśleć o metodach walki zbrojnej i postanowiliśmy się w jakiś sposób do tej walki przygotować. Wszyscy byliśmy górnikami i pracowaliśmy w pobliskich kopalniach, kilku z nas miało dostęp do materiałów wybuchowych. Zaczęliśmy je gromadzić. Słoiki wypełnione materiałem wybuchowym i śrubami wydawały nam się świetną bronią na początek. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że gdy wejdą Rosjanie, trzeba będzie czegoś więcej. Myślałem o bombach. Sama konstrukcja bomby to łatwe zadanie, trzeba było jednak wykonać bombę zegarową. Myślałem nad tym trochę, a pomysł przypadkowo podsunął mi kolega ojca Antek Sawczyński z Olkuskiej Fabryki Naczyń Emaliowanych. Przypomniałem sobie, jak ojciec mój zabierał mnie do niego, gdy byłem dzieckiem. Antek był głuchoniemy, a ponieważ nie słyszał dzwonka budzika skonstruował mechanizm, który włączał bardzo silną lampę zawieszoną wysoko nad jego łóżkiem. Lampa połączona była z budzikiem, który nastawiony na określoną godzinę włączał ją. Bardzo silne światło budziło p. Antka. Wykorzystałem jego pomysł do skonstruowania mechanizmu uruchomiającego zapalnik bomby. W miejsce lampy wstawiłem zapalnik elektryczny i bomba zegarowa była gotowa. Przed ogłoszeniem stanu wojennego mieliśmy już gotową bombę. Planowaliśmy jej użyć do wysadzenia torów, po których jechały pociągi wiozące rudę z ZSRS do Huty Katowice. Akcję tę zaproponowałem z kilku powodów. Po pierwsze wiadomo było, że w razie wkroczenia Sowietów przynajmniej jakaś ich część jechałaby w głąb Polski po tych torach, a po ich wcześniejszym wysadzeniu zapewne jechaliby już troszkę wolniej. Po drugie chcieliśmy pokazać władzy, chociaż symbolicznie, że społeczeństwo nie boi się jej. Po trzecie mieliśmy bardzo dobrą bazę wypadową, ponieważ tory znajdowały się w niewielkiej odległości od domu moich rodziców w Olkuszu. Wystarczyło tylko 15-20 min. forsownego marszu w lekko zalesionym terenie i byliśmy na miejscu. Nie mogłem użyć mechanizmu opóźniającego, ponieważ nikt z nas nie znał dokładnie rozkładu jazdy pociągów. Nie wchodziło w grę także wysadzanie torów bezpośrednio pod elektrowozem ze względu na bezpieczeństwo jego załogi. Koła elektrowozu miały zamknąć obwód elektryczny i spowodować zadziałanie zapalnika, natomiast wybuch miał nastąpić po kilku sekundach, kiedy elektrowóz wraz z załogą będzie już w bezpiecznym miejscu. Bomba miała uszkodzić wagony w środku składu, nie chciałem nikogo zabić ani zranić. Termin akcji zaplanowany był na 31 grudnia 1981. Byliśmy pewni, że Rosjanie dadzą nam spokojnie spędzić Święta Bożego Narodzenia i zaatakują po nowym roku. Akcję miała przeprowadzić tzw. Grupa 0 z Legionu Polskiego w składzie: ja – Czesław Lipka, Brunon Ponikiewski, Leszek Kokoszka, Andrzej Andrzejczak i Kazimierz Sacha. Podejrzewam, że SB o wszystkim wiedziała, dzisiaj wiem, że w grupie działał TW. ps. Skorpion.

Jako sygnalista szybowy pracowałem bardzo dużo. 13 grudnia 1981 w niedzielę miałem pierwszą zmianę. Obudziłem się o 4: 45, po śniadaniu szybki marsz na mroźnym powietrzu do przystanku przewozów pracowniczych. Brak ludzi na przystanku wcale mnie nie zdziwił. W niedzielę w kopalni pracowali ludzie tylko na zabezpieczeniu ruchu. Na przystanku zobaczyłem kilku kopalnianych ormowców i pomyślałem, że na pewno mają ćwiczenia. Po przyjeździe do kopalni udałem się w kierunku łaźni, aby się szybko przebrać i zmienić kolegę na stanowisku pracy. Początkowo nie zwróciłem uwagi, że wokół mnie było dość dużo ludzi, którzy stali w kilkuosobowych grupach. Ktoś zapytał czy idę do „Solidarności”. Nie wiedziałem, o co chodzi i powiedziałem, że idę do pracy. Po paru krokach zorientowałem się, że dzieje się coś ważnego, bo wszyscy byli poważni i widać było, że są bardzo przejęci. Poszedłem więc do biura KZ „Solidarności”. Był tam już Zbyszek Grab, który na wieść o stanie wojennym wyjechał trochę wcześniej z nocnej zmiany, ażeby zająć się organizacją strajku. Spodziewając się wprowadzenia stanu wojennego i internowania aktywnych członków związku, Komisja Zakładowa „S” w porozumieniu z kilkoma członkami wyznaczyła kilka osób do kierowania strajkiem w sytuacji, gdyby jej członkowie zostali internowani. Do KS wyznaczono mnie, Zbyszka Graba i jeszcze dwie osoby, które przestraszone stanem wojennym nie przystąpiły do niego. Ustaliliśmy nasze zadania: Zbyszek zatrzymuje ludzi na kopalni, a ja w tym czasie prywatnym samochodem jadę do mieszkania przewodniczącego KZ NSZZ „S” Henryka Zgryźniaka. O 6:20 rano żona poinformowała mnie, że został zatrzymany i zabrany z domu o północy. Więcej już do nikogo nie jeździłem. Uznałem, że jeśli zabrali Heńka, to musieli zabrać także Piotra Wołowicza. Po powrocie do KWK ZMP wspólnie z Grabem zajęliśmy się organizacją strajku. Zbyszek zajął się kierownictwem strajku, a ja służbami zabezpieczającymi teren zakładu. W pierwszej kolejności musiałem zorganizować warty zabezpieczające i wyznaczyć im sektory do zabezpieczenia. Nie miałem z tym żadnych kłopotów, ponieważ chętnych do pełnienia warty robotniczej było w nadmiarze. Następną bardzo ważną sprawą było zwalnianie ludzi, którzy musieli lub chcieli wrócić do domu. Około godziny 9:00 odebraliśmy telefon z kopalni Jastrzębie w sprawie wytypowania i przysłania delegata do MKS. Wyjaśniam, że chociaż telefony w całej Polsce zostały zablokowane około godz. 24.00 (12/13 XII) to linie węglowe działały jeszcze w niedzielę do godzin popołudniowych. Ponieważ nie było chętnych do wyjazdu do Jastrzębia uzgodniliśmy ze Zbyszkiem Grabem, że on sam będzie zajmował się strajkiem w naszej kopalni, a do Jastrzębia pojadę ja.

Do kopalni Jastrzębie dotarłem bez żadnych problemów w godz. 9-10 i zgłosiłem się do Komitetu Strajkowego, dołączając do Jan Dąbrowskiego, Romana Auksztulewicza, Jana Winiarczyka. Uzgodniliśmy, że nie będziemy używać swoich nazwisk, aby nie ułatwiać esbekom pracy. Przedstawiałem się jako reprezentant KWK ZMP. Niedziela 13 grudnia 1981 upłynęła w atmosferze prawie sielanki. Nie byliśmy niepokojeni przez nikogo poza dwoma sytuacjami, kiedy dwóch milicjantów rozklejało na ogrodzeniu kopalni plakaty z dekretem o stanie wojennym. Rozwiesiwszy je w pośpiechu odjechali. Potem podjechało kilka samochodów z zomowcami, którzy po wyjściu z samochodów w szyku bojowym podeszli pod główną bramę. Uderzyli pałami kilka razy o tarcze i odeszli w kierunku samochodów. Przyglądający się temu górnicy nagrodzili pokaz musztry bojowej oklaskami. Tak upłynęła nam niedziela. Ze swoją kopalnią kontaktowałem się telefonicznie, telefony linii węglowych zostały zablokowane, natomiast telefony ratownicze działały nadal. Dzięki temu wiedziałem, że strajk w kopalni ZMP trwa i ma się dobrze. Do KS dołączyli inż. Marian Kosiński i Bronisław Piwowar. W tym składzie dotrwali do końca strajku i razem byli sądzeni za jego kierownictwo w ZMP.

MKS w Jastrzębiu miał siedzibę w biurze Głównego Mechanika. W MKS-ie było już kilkanaście osób, dołączyli delegaci z innych kopalń. W poniedziałek 14 grudnia zadzwonił do nas komisarz wojskowy kopalni Jastrzębie, zaproponował spotkanie i zgodził się przyjść do siedziby MKS. Przyjęliśmy propozycję spotkania pod warunkiem, że będzie bez broni i przyjdzie w zamiarach pokojowych. Kapitan od samego początku namawiał nas na rozmowy w budynku dyrekcji, który znajdował się poza terenem kopalni. Janek Dąbrowski stanowczo się temu sprzeciwił obawiając się aresztowania całego Komitetu Strajkowego zaraz po wyjściu za ogrodzenie kopalni. Zgodziłem się pójść na te rozmowy, ale tylko wtedy, gdy zgodę na to wyrażą wszyscy strajkujący. Kilku kolegów także na takich samych warunkach zgodziło się pójść do budynku dyrekcji. Komisarz był wyraźnie ucieszony, że tak łatwo udało się mu przekonać nas do wyjścia poza teren kopalni. Zadeklarował chęć zapytania osobiście strajkujących górników o zgodę na rozmowy członków MKS poza terenem kopalni. Jakież było zaskoczenie kapitana, gdy na jego propozycję usłyszał od górników gromkie: „NIE! Co chcecie ich pozamykać tak samo jak poprzednich? My wam nie wierzymy! Jeśli chcecie z nami rozmawiać, to sami do nas przyjdźcie!” – słychać było zewsząd. Kapitan zdenerwował się, gdyż jego zabiegi wyprowadzenia kierownictwa strajku na zewnątrz kopalni spełzły na niczym, a dodatkowo spotkały się z salwą śmiechu ze strony strajkujących. Po jakimś czasie jeszcze raz ponowił próbę namówienia nas do pójścia do budynku dyrekcji. Odmówiliśmy stanowczo uzasadniając to stwierdzeniem, że kilku przychodzi do tysięcy, a nie tysiące do kilku. Z kolei zadzwonił komisarz ze Zjednoczenia Przemysłu Węglowego, płk LWP, i zaproponował, że ewentualnie mogą przyjść do nas na rozmowy, o ile zapewnimy im pełne bezpieczeństwo. Uzgodniliśmy, że będzie nas po pięć osób każdej ze stron i rozmowy będą słyszalne na terenie całej kopalni, teren zostanie nagłośniony. W rozmowach udział wzięli: z naszej strony – Jan Dąbrowski, Roman Auksztulewicz, Jan Winiarczyk, Czesław Lipka i jeszcze jeden kolega, którego nazwiska nie pamiętam; z drugiej strony – komisarz ze Zjednoczenia Przemysłu Węglowego, komisarz KWK Jastrzębie, prokurator z Prokuratury Rejonowej, dyrektor Zjednoczenia i dyrektor kopalni Jastrzębie. Na początku prokurator poinformował nas o tym, co nam grozi za kierownictwo strajkiem po wprowadzeniu stanu wojennego. Wyraźnie nas straszył, ale nie przestraszył. Pułkownik natomiast wezwał nas do jak najszybszego zakończenia strajku. Kiedy oświadczyliśmy mu, że to nie wchodzi w rachubę, zapytał co musiałoby się stać abyśmy zakończyli strajk? Nasza odpowiedź: zniesienie stanu wojennego, zwolnienie wszystkich internowanych i przywrócenie działalności związkowej. Pułkownik oświadczył, że z tego, co wymieniliśmy on nie jest w stanie nam nic zagwarantować, ale przekaże to dalej. Delegacja wyszła, a sytuacja nie zmieniła się ani trochę, ponieważ zmienić się nie mogła. Pozostała część dnia upłynęła nam we względnym spokoju. Żołnierzom, którzy stali za murem kopalnianym, wynieśliśmy termos zupy grochowej, wiedzieliśmy, że chłopcy ci stali tam bez żadnej zmiany i zaopatrzenia. Żołnierze ci pokazywali nam puste magazynki od swoich „kamaszników” i zapewniali nas, że na pewno nie będą do nas strzelać. Powoli mijał drugi dzień strajku w całym regionie. Drugą noc nie zmrużyłem oka i byłem bardzo zmęczony. We wtorek rano miałem problem z utrzymaniem się na nogach. Ktoś poradził mi, abym poszedł na stację ratowniczą, bo tam będę mógł się trochę przespać. Miałem zamiar stamtąd zadzwonić do swojej kopalni. Telefony ratownicze były już jednak zablokowane. Spałem jakieś 1,5 godziny, obudził mnie ratownik i zdenerwowany powiedział: „Wstawaj szybko, bo coś się zaczyna dziać”. W drodze do cechowni, w której zebrali się wszyscy, zobaczyłem kilka czołgów przed bramą główną kopalni oraz chmarę uzbrojonych zomowców. W cechowni była już Młodzieżowa Orkiestra Dęta kopalni Jastrzębie, zagrała Hymn Polski oraz „Boże, coś Polskę”. Widziałem, jak ktoś podszedł do kapelmistrza orkiestry i coś mu powiedział do ucha. Natychmiast po tym kapelmistrz zaczął wyprowadzać orkiestrę z cechowni. Moim zdaniem ZOMO wstrzymało się parę minut z atakiem, ponieważ w orkiestrze tej grali bardzo młodzi chłopcy i dziewczęta, nie chcieli prawdopodobnie, aby ktoś z nich został ranny lub zginął. Był to dzień wypłaty i wiele osób pobierało w tym czasie pieniądze z kasy. Stałem z kolegą na balkonie cechowni, na wprost wejścia. Były to podwójne duże drzwi ze szkła hartowanego, dalej był mały korytarzyk i takie same drzwi. Górnicy spokojnie ustawili się jeden przy drugim pomiędzy drzwiami i na całej cechowni. Pierwsze szeregi zomowców podeszły pod drzwi i nikt z górników nawet się nie ruszył, a przecież dzieliła ich tylko szyba. Zastanawiałem się jak oni tutaj wejdą, gdyż przy tej masie ludzi wydawało mi się to niemożliwym. Na komendę dowódcy zomowcy ruszyli do przodu, pałami uderzali w drzwi i po prostu rozbili je. Pod naporem cofających się ludzi pękły następne drzwi. Zaczęliśmy śpiewać Hymn, którego jednak nie skończyliśmy, rzucono gaz. Oddziały ZOMO były wyposażone w maski przeciwgazowe. Wśród górników zaczął się bezładny odwrót. Ci, którzy pobierali pieniądze i nie zdążyli ich schować przed rozpoczęciem ataku po prostu je stracili, pieniądze fruwały w powietrzu. Widziałem górnika, którego zomowiec uderzył pałką szturmową w oczy, jak mu wyskoczyła czerwona pręga i człowiek ten zaczął się zachowywać, jakby był po prostu ślepy. Widziałem górników, którzy byli pałowani i kopani, którzy nie bronili się, bo byli nieprzytomni, widziałem jak „bohaterowie z ZOMO” w kilku pałowali bezbronnego człowieka. Wraz z całą grupą ludzi wszedłem do jednego z pomieszczeń biurowych, z którego przez okno ludzie skakali na dach łącznikowy pomiędzy dwoma budynkami, a następnie przez małe okno z tego dachu wchodzili do łaźni. Zomowcy rzucali na dach świece gazowe, a my je odrzucaliśmy. Forsowanie okna, przez które mógł się jednorazowo przedostać tylko jeden człowiek szło dość niemrawo, a gazu z każdą chwilą przybywało. Z kolegą, który w MKS był prawdopodobnie przedstawicielem KWK Pniówek i mieszkał w Żorach, zdecydowaliśmy się wrócić tą samą drogą, którą tam dotarliśmy. W cechowni poza zomowcami nie było już nikogo. Stali na dole poustawiani, jak drzewa w lesie a pod ich butami leżały pieniądze, które zapewne chętnie by posprzątali. Ruszyliśmy w kierunku schodów. Kolega szedł pierwszy, ja parę kroków za nim. Widziałem jak jeden z zomowców uderzył go pałką. No teraz ja, pomyślałem i mimo woli zacisnąłem zęby. Nic się takiego nie stało i spokojnie przeszedłem obok tego samego zomowca. Sytuacja ta powtarzała się jeszcze parę razy i za każdym razem pały spadały na plecy kolegi, a mnie żadna nie dotknęła.

Z Jastrzębia do Żor jest kilkanaście kilometrów. Postanowiliśmy wspólnie iść do Żor, ziemia była zmarznięta, szliśmy więc na przełaj. Chciałem dostać się do kopalni i powiadomić KS o sytuacji, kolega zdecydował się pójść ze mną. Około południa doszliśmy do mojej kopalni na taką odległość, że swobodnie mogliśmy ją obserwować. Wyglądało na to, że kopalnia strajkuje i panuje na niej względny spokój. Aby nie wywoływać sensacji wśród ludzi, z których wielu wiedziało o moim pobycie w Jastrzębiu, udałem się na boczną bramę. Od stojącego na posterunku górnika dowiedziałem się, że wszystko jest w porządku. Poprosiłem go, aby nikomu nic nie mówił o mnie i zawiadomił Zbyszka Graba (przewodniczącego KS), aby przyszedł do biura szybowego, gdzie na niego czekam. Zbyszek zjawił się błyskawicznie wraz z kilkoma kolegami. Opowiedziałem wszystko najdokładniej, jak tylko mogłem. Dyskutowaliśmy nad tym, co robić dalej. Ja byłem ostrym przeciwnikiem jakiegokolwiek zbrojnego oporu, gdyż zdawałem sobie sprawę, że poza ofiarami nic to nie da. Nic ludziom nie mówić wiedząc, co ich czeka, także nie wchodziło w rachubę. Jedynym rozsądnym wyjściem było poinformowanie o zaistniałej sytuacji i samodzielne podjęcie decyzji przez strajkujących. Wspólnie ustaliliśmy, że udam się do kopalni, spotkam się z górnikami i o wszystkim opowiem. Tak zrobiłem. Po mojej relacji z pobytu w Jastrzębiu wielu mężczyzn miało łzy w oczach, chociaż to była Górnicza Brać. Nasza kopalnia była w tym czasie bardzo młoda, średnia wieku załogi KWK ZMP wynosiła ok. 26 lat. Wiadomo, że mężczyźni w tym wieku są bardzo pobudliwi i skorzy do walki, w związku z tym i ofiar mogłoby być więcej. Udało nam się wytłumaczyć i przekonać ich, że walka nie ma sensu. Większość postanowiła rozejść się do domów. Uzgodniliśmy, że po powrocie do pracy zaczynamy strajk włoski, który spowoduje drastyczny spadek produkcji. Miałem wtedy ogromny problem moralny, ale teraz uważam, że wtedy podjąłem dobrą decyzję. Za strajki nie byłem sądzony, ponieważ w mojej kopalni mnie nie było, a koledzy z Jastrzębia, którzy znali moje nazwisko, nie wydali mnie. Oczywiście nie oznaczało to dla mnie, że mogę teraz spocząć na laurach. Dopiero zaczynałem pracować na swój wyrok w Legionie Polskim.

Zacząłem zbierać pieniądze dla rodzin internowanych i więzionych, zawsze ze swojej pensji dokładałem 1000 zł. Wspólnie z p. Glińską liczyliśmy pieniądze i oddawaliśmy do grupy. Po doświadczeniach w Jastrzębiu chciałem zabijać, podkładać bomby pod obiekty MO. Gdy wszystko było gotowe przyszło opamiętanie. Przecież nie wszyscy byli źli. Pierwsza bomba miała być podłożona pod garaże milicyjne w Żorach 31 stycznia 1982. Nic z tego nie wyszło, bo nie miałem zabezpieczenia ze strony L. Kokoszki, który nie przyszedł o umówionej godzinie, a ponadto przy garażach był strażnik. Bomba poszła pod pomnik wdzięczności Armii Czerwonej i Batalionowi Czeskiemu za wyzwolenie Żor (czołg), ale nie wybuchła. Zapalnik nie zadziałał, budzik zatrzymywał się co pół godziny. Do końca nie wiedzieliśmy, co będziemy wysadzać, padały różne propozycje. W końcu padła propozycja na Sierp i Młot. Nie pamiętam czyja ona była, chyba A. Pokorskiego. Udało się to 29 kwietnia 1982. Apetyt rósł, chcieliśmy m.in. wysadzić Dom Partii w Jastrzębiu. Później już zaniedbaliśmy konspirację, chcieliśmy tylko coś wysadzać i straciliśmy czujność. Ja wiedziałem, że wcześniej czy później i tak pójdziemy do więzienia. W konspiracji ludzie nie powinni się znać. Zadania powinny być podzielone. A w Legionie wszyscy robili wszystko. Decyzje były podejmowane grupowo, a w konspiracji tak nie powinno być. Byliśmy niedoświadczeni, była to zabawa a nie konspiracja, nie chcieliśmy nikogo zabić. Liczyłem, że mogę dostać wyrok nawet 15 lat więzienia i nawet żonę na to przygotowywałem. Dzisiaj to wszystko robiłbym inaczej, uniknąłbym wielu błędów, które wtedy popełniłem. 8 marca 1985 po zwolnieniu z więzienia, a dokładniej ze szpitala więziennego we Wrocławiu z L. Zubikiem pojechaliśmy do Warszawy na grób ks. Jerzego Popiełuszki. Spotkałem się z p. Krystyną Janiszewską z biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Zaproszony zostałem na obóz z dziećmi do Puszczy Bolimowskiej, organizowałem tam wycieczki. Na I turnusie poznałem prof. dr hab. Elżbietę Mycielską Dowgiałło, rektora Uniwersytetu Przymierza Rodzin w Warszawie. Nawiązałem współpracę m.in. z mgr Jerzym Siedleckim, Katarzyną Lipszyc i wieloma innymi wspaniałymi ludźmi. Znowu działałem w konspiracji, wymieniałem bibułę, przywoziłem potrzebne klisze do offsetu. Moje wspomnienia z głodówki więziennej były opublikowane w biuletynie FMP. I tak było aż do wyjazdu z Polski do 11 czerwca 1986. Kiedy 13 czerwca 1986 znalazłem się w Australii, całe moje dotychczasowe życie uległo przemianie.

Sydney, Australia, 22-23 V 2010

Opracowanie: Halina Żwirska