L00087 Jan Michalak

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Jana Michalaka

Wychowywałem się na wsi w prostej chłopsko-rolniczej rodzinie. Rodzice byli wielkimi patriotami i wychowywali mnie w duchu miłości oraz szacunku do Polski. Ponieważ szkoła nie uczyła prawdziwej historii, więc rodzice starali się uczyć mnie w domu prawdy o historii naszej ojczyzny. Mówili o zaborze pruskim, napaści Sowietów na Polskę i o Katyniu. W czasie II wojny babcia, ciocia i stryj byli w niemieckich obozach. Ojciec był wzywany na przesłuchania najpierw przez Niemców, później Sowietów. Podczas tych przesłuchań był niejednokrotnie bity i poniżany. Podczas wojny mama przymusowo pracowała u Niemca. Mama nauczyła mnie śpiewać piosenkę wojskową „Czerwone maki na Monte Cassino”. Gdy byłem w IV klasie szkoły podstawowej, zaśpiewałem tę piosenkę zamiast „Międzynarodówki”. Po dwóch dnach ojciec został wezwany na posterunek MO i musiał się tłumaczyć, dlaczego uczył mnie takich piosenek.

Mieliśmy radio Pionier na baterie. Często przychodzili do nas sąsiedzi i słuchali Wolnej Europy. Kiedy w naszym domu słuchano zakazanych wiadomości, musiałem pełnić wartę i pilnować, czy ktoś obcy się nie kręci na podwórzu.

W marcu 1956 roku zmarł Bolesław Bierut, miałem wtedy 6 lat. Pamiętam, że w tym dniu była u nas duża grupa sąsiadów. Ogniwa w naszym radiu były bardzo słabe i mocno szumiało. Ludzie byli spragnieni informacji i przystawiali uszy do odbiornika, żeby lepiej słyszeć. Gdy usłyszeli wiadomość o śmierci Bieruta skakali z radości i wszyscy wybiegli z domu z okrzykami. Wtedy tego nie rozumiałem, dopiero później ojciec wytłumaczył mi, jakimi mordercami byli Sowieci. Opowiadał, jak prześladowali i gnębili ludzi.

Gdy wyjeżdżałem na Śląsk, miałem 18 lat. Ojciec pożegnał mnie słowami: „Pamiętaj, abyś nigdy się nie splamił, bo my nigdy tego nie zrobiliśmy; żebyś zawsze był Polakiem”. W 1969 podjąłem pracę w Chorzowie jako kierowca w PTHW. Wkrótce jednak zostałem powołany do wojska. Szkolenie odbyłem w Głogowie, a po jego ukończeniu przeniesiono mnie do Słomczyna k. Grójca. Tam byłem magazynierem w stacji paliw oraz wykonywałem inne prace, m.in. dowoziłem do jednostki wodę i byłem dowódcą drużyny.

W 1970 roku uzbroili nas, co tłumaczyli tym, że „zachodnie siły chcą zdobyć stocznię”. Po grudniowych strajkach w Gdańsku tego roku, dowódca namawiał mnie do wstąpienia do PZPR. Później kpt. Malasiński wezwał mnie i zaczął zadawać trudne pytania na temat mojej wiary np., dlaczego wierzę w Matkę Boską. Odpowiedziałem, że jestem wierzący, a moja wiara jest tak silna, że mogę żyć bez partii i bez niej robić dobre uczynki. Wtedy nie wyciągnięto w stosunku do mnie żadnych konsekwencji, pamiętam jednak inną sytuację. Któregoś dnia pod koniec służby wysiadłem z autobusu i na ulicy napadli mnie milicjanci z Grójca. Zabrali na komisariat i dotkliwie pobili. Wtedy dostałem szału, a że byłem sprawnym i wysportowanym młodym mężczyzną zniszczyłem całe pomieszczenie i pobiłem milicjantów. Przyjechała po mnie żandarmeria wojskowa i zabrała do jednostki. Stacjonowaliśmy na przedwojennym lotnisku. Miałem świadków tych zajść, a milicja nie miała żadnych dowodów przeciwko mnie. Sprawę więc zatuszowano i została zamknięta. Po zakończeniu mojej służby dowódca kpt. Zalewski przesłał mojej mamie podziękowania za dobre wychowanie syna. Żegnając się ze mną powiedział, że znalazł się przynajmniej jeden człowiek, który poradził sobie z bandytami. Okazało się nawet, że gdy wyjeżdżałem do Australii w 1987 w moich dokumentach były papiery z tego incydentu.

Po odbyciu służby wyjechałem na Śląsk. Tam poznałem swoją przyszłą żonę i założyłem rodzinę. Na Śląsku pracowałem przez 18 lat, zżyłem się ze Ślązakami i dzisiaj bardziej czuję się bardziej Ślązakiem niż Wielkopolaninem. Początkowo pracowałem jako kierowca w chorzowskim przedsiębiorstwie TRANSBUD. Jednakże od 1976 roku po wypadku na budowie w Rudzie Śląskiej prowadziłem już magazyn paliw. Miałem kontakt ze wszystkimi pracownikami, ludzie cały czas narzekali.

Nadszedł rok 1980. Pracownicy namawiali mnie, abym zajął się organizacją związku. Podjąłem się tego zadania i zostałem inicjatorem powołania w TRANSBUD-zie NSZZ „S”. Wspólnie z Marianem Małolepszym, Kazimierzem Rutkowskim, Henrykiem Gajdą i Henrykiem Kozubem utworzyliśmy Komitet Założycielski NSZZ „S”, a po wyborach byłem członkiem Prezydium KZ, odpowiadałem za sprawy socjalne. Wkrótce zaczęło być niespokojnie. Z Kaziem Rutkowskim mówiliśmy, że nie można dłużej czekać, trzeba coś zrobić, tym bardziej że na wagonach przychodzących z Gdańska były namalowane hasła: „A wy Ślązacy to nie Polacy?” I jeszcze inne, bardziej dla nas przykre. Pod koniec sierpnia wspólnie z W. Czajewskim, H. Gajdą i K. Rutkowskim opracowaliśmy postulaty dotyczące poprawy warunków pracy w TRANSBUD-zie i wyraziliśmy poparcie dla akcji strajkowych i zmian w Polsce. Adresatem naszego oświadczenia była dyrekcja Oddziału TRANSBUD w Chorzowie. Listę postulatów podpisywali pracownicy własnoręcznie, była to spontaniczna akcja. Były jednak i takie przypadki, że po dwóch dniach przychodziły niektóre osoby z prośbą o skreślenie ich z listy lub przeniesienie nazwiska na niższą pozycję. Do Komitetu Założycielskiego „S” i jednocześnie do KS dołączyli Henryk Gajda i Wiesław Czajewski. Strajku, jako takiego nie było, były tylko akcje strajkowe w postaci kilkugodzinnych przestojów popierających strajki w innych zakładach pracy.

Wspomnę jeszcze, że w międzyczasie byłem trzykrotnie powoływany do rezerwy. W Oleśnicy w pierwszym dniu rezerwy zrobiono nam zebranie polityczne, na którym zadawaliśmy trudne pytania. Oficer polityczny wyszedł z sali i to było pierwsze i ostatnie szkolenie polityczne. Podobnie było we Wrocławiu i na poligonie w Drawsku Pomorskim.

Później odbyły się wybory do KZ. Została ona zarejestrowana pod numerem 190 w MKZ Katowice. W latach 1980-1981 uczestniczyłem w cotygodniowych zebraniach przedstawicieli wszystkich KZ z MKZ Katowice, które odbywały się w czwartki w Hucie Silesia w Siemianowicach-Bytkowie. Przyjeżdżali przedstawiciele z ok. 1000 zakładów. Najbardziej zapamiętałem zebranie, które odbyło się po powrocie K. Świtonia z wizyty u papieża w Rzymie. Byli na tym zebraniu m.in. Henryk Sikora z Jastrzębia, Marek Wach z Tychów, Andrzej Rozpłochowski z Katowic. Byli także Tadeusz Jedynak i Jan Górny. Sprawa dotyczyła połączenia się MKZ-ów: Jastrzębie, Tychy i Katowice. W czasie negocjacji doszło do kłótni i przepychanek między regionami, panowie zaczęli rzucać teczkami. Najbardziej agresywni byli przedstawiciele Jastrzębia. Wyglądało na to, że celowo robili awanturę, że nie chodziło wcale o połączenie się, ale o coś innego. Tychy dochodziły już do porozumienia z Katowicami. Ja z Florkiem z TRANSBUD-u z Czeladzi chcieliśmy zapytać o parę rzeczy, m.in. o Jacka Kuronia i Tadeusza Mazowieckiego. Chcieliśmy z dokumentami przedostać się do sceny i wtedy regularnie rozstawione osoby z Sali – najprawdopodobniej ludzie z SB – krzyczeli, że jesteśmy prowokatorami i chcemy rozbić zebranie. Musieliśmy uciekać, bo podekscytowany tłum mógłby nas zadeptać. Brałem również udział w comiesięcznych spotkaniach miejskiej struktury „S” Ogniwa Chorzowskiego w Hucie Kościuszko w Chorzowie, organizowanych przez Andrzeja Klytę z Huty Kościuszko.

25 listopada 1981 w Chorzowie w godzinach wieczornych brałem udział w akcji plakatowania i malowania haseł. Protestowaliśmy przeciwko brakowi dostępu Związku do radia i telewizji. Na udział w akcji zdecydowało się ok. 50 osób. Zebraliśmy się w siedzibie NSZZ „S” w Hucie Kościuszko. Akcje organizowali i kierowali A. Klyta i T. Buranowski, który przyjechał razem z księdzem Michałem. Każdy z nas zostawiał przed akcją dowód osobisty – gdyby ktoś go nie odebrał, to byłoby wiadomo, że został zatrzymany. Przygotowaniami do akcji kierowali Klyta i Buranowski, oni też wspólnie wszystko uzgadniali. Hasła i plakaty były z MKZ, część była drukowana w Hucie Katowice. Każdy z nas dostał pędzel i farbę. Mieliśmy zacząć od Rynku, potem Huta, pętla tramwajowa, estakada, Prezydium, ul. Wolności, Dom Partii, szpital dziecięcy, a dalej od poczty do kościoła św. Jadwigi i na tym mieliśmy skończyć. Pisaliśmy m.in. takie hasła: „dostęp do TV i radia”, „zwolnić więźniów politycznych”, „precz z komuną”, „uwolnić cały Rynek”. Rozpoczęliśmy malowanie i rozklejanie plakatów od godz. 20:00, szliśmy piątkami. Ks. Michał z kościoła św. Jadwigi chciał okleić mury kościoła i bardzo naciskał na nas, ale większość ludzi bardzo się na to oburzyła i sprzeciwiła. Doszliśmy do Złotego Rogu, stamtąd część (w tym ja) pojechała dalej tramwajem, a część poszła pieszo. Dotarliśmy do Huty Batory. Gdy byliśmy na dworcu kolejowym, widziałem na peronie sprzeczkę pomiędzy Buranowskim a kolejarzem. Ktoś wylał farbę kolejarzowi na plecy. Oplakatowaliśmy dworzec i szliśmy w stronę Huty Batory. Na wysokości Huty nastąpił atak. ZOMO jechało samochodami bez świateł, bili na oślep pałami. Andrzej Sorychta wskoczył przez bramę na lufę armatki. Było około 22:00, ludzie szli do pracy na trzecią zmianę (nocną). Zomowcy bili wszystkich, w końcu wszystkich rozgonili. Ukryłem się w koszu na śmieci stojącym w bramie i w ten sposób uniknąłem zatrzymania. Potem pieszo poszedłem w kierunku ulicy Truchana do domu. Na drugi dzień A. Klyta ogłosił pogotowie strajkowe w Hutach Chorzowa. W KBO w Chorzowie-Batorym przy ul. Armii Czerwonej odbyło się zebranie, na które przyjechała m.in. Elżbieta Szczepańska. Podczas wspomnianej akcji wiele osób zatrzymano. Z grupy biorącej udział w akcji zamknięto 19 osób. Zwolniono ich 26 listopada po interwencji ZR NSZZ „S” i w wyniku groźby strajku generalnego.

Przed stanem wojennym zajmowałem się kolportażem prasy, książek i ulotek między MKZ Bytom i Hutami Katowice, Baildon oraz Kościuszko. Dostarczał je również Andrzej Sorychta z Huty Batory. Kolportowałem je na terenie zakładu pracy i wśród kierowców wyjeżdżających w trasy w inne regiony Polski. Były to m.in.: „WZ”, „TM”, „Głos Śląsko-Dąbrowski”, „Archipelag Gułag”, książki Leszka Moczulskiego. Wspólnie z Marianem Małolepszym, Henrykiem Kozubem, Kazimierzem Rutkowskim i Henrykiem Gajdą współorganizowałem strajki solidarnościowo-ostrzegawcze w TRANSBUD-zie. Miały miejsce m.in. 3 października 1980, 27 marca i 7 sierpnia 1981.

13 grudnia byłem u ojca w Tarnówce. Tam dowiedziałem się o stanie wojennym. Byłem bardzo zdenerwowany tym, że nie było mnie w Chorzowie, bo uzgodniłem wcześniej z A. Klytą, że w razie jakiegokolwiek zagrożenia wyprowadzę cały sprzęt z TRANSBUD-u i przewiozę go na teren Huty Kościuszko. O godzinie 13:00 wsiadłem do pociągu relacji Gdynia – Katowice i wracałem do Chorzowa. Miałem przy sobie kilkaset gazet: „Biuletyn Katowicki” i „Wolny Związkowiec”, w których opisano listopadowe zajścia w Chorzowie. Rozdałem je pasażerom pociągu. Ok. 18:00 przyjechałem do Chorzowa. Walizki zaniosłem do domu i starałem się przedostać do Huty Kościuszko. Dotarłem do Rynku i tutaj zobaczyłem, że jest on obstawiony przez ZOMO. Wycofałem się i wróciłem do domu. Postanowiłem w poniedziałek 14 grudnia pójść do pracy i wtedy zdecydować, co robić dalej. Mój zakład nie był obstawiony. Dowiedziałem się, że dyrektor przygotował oświadczenie o lojalności tzw. lojalkę, zobowiązującą pracowników do nie podejmowania strajku. Namawiał ich do jej podpisywania. Bez wiedzy członków KZ Marian Małolepszy podjął samodzielnie decyzję i przekazał wszystkie pieczątki związkowe dyrektorowi TRANSBUD-u. Wiem również, że część dokumentacji Związku „S” spalono w kotłowni. U nas i w Hucie Kościuszko nie było strajku. 18 grudnia w godzinach południowych razem z K. Rutkowskim pojechaliśmy do KWK Wujek złożyć wiązanki kwiatów. Wkoło stały policyjne samochody, ale nikt nas nie zatrzymał. Złożyliśmy kwiaty w miejscu śmierci górników. Było tam już dużo bukietów, a wokół stało dużo ludzi. Znaleźliśmy w śniegu łuski od kul, które oczywiście zabraliśmy. Pamiętam, że je ukryliśmy, ale niestety teraz nie możemy ich znaleźć. Od tej chwili zawsze 16 grudnia jeździliśmy z kwiatami pod krzyż przy KWK Wujek.

Po 13 grudnia chciałem coś zrobić na własną rękę. Od śp. ks. dziekana Ryszarda Dylusa, proboszcza parafii św. Jadwigi w Chorzowie, otrzymałem listę osób potrzebujących pomocy. Sam także zbierałem informacje i sporządzałem listę szukających wsparcia. Przekazywałem te informacje (głównie ustnie) ks. R. Dylusowi, u którego w parafii działał punkt pomocy internowanym. Wykonywałem hulajnogi i inne zabawki dla dzieci. Wszystkie informacje i dokumenty (m.in. związkowe), które udało mi się zebrać, przekazałem Urszuli Rutkowskiej-Obarzanek. Przez okres ok. 8 miesięcy ukrywała się ona u Anny i Jerzego Falkiewiczów w Chorzowie. Obiecała, że wszystkie te dokumenty wywiezie z Polski i przekaże do Radia Wolna Europa, ale nie zrobiła tego. Korzystała z pomocy ks. Dylusa i mojej, bo – jak twierdziła – była prześladowana i nie miała środków do życia.

Przez A. Klytę poznałem Annę Knysok. Współpracowałem z nią przy pomocy dla internowanych, przy kolportażu ulotek i podziemnej prasy: „Wolnego Związkowca”, „Szerszenia”, „SW”. Organizowałem punkty kolportażowe i drukarnie w Chorzowie przy ul. Truchana w mieszkaniu T. Płóciennika i własnym. Farbę drukarską załatwiałem przez wujka, który pracował w drukarni w Hucie Baildon. W domu Płóciennika drukowaliśmy ulotki metodą pieczątkową. Pamiętam, że podczas rewizji udało mi się stamtąd uciec przez okno. W swoim mieszkaniu razem z żoną drukowaliśmy ulotki o demonstracjach, pieczątki do nich wykonał Piotr Cimander. Wiosną 1982 zorganizowałem spotkanie na terenie ogrodów działkowych na mojej działce. Byli na nim: Henryk Królak, Andrzej Woroniecki, Leszek Mazur, Roman Łukaszek, Andrzej Kurpanik. Jesienią 1982 lub w styczniu 1983 uczestniczyłem w zebraniu założycielskim Miejskiej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „S” w Chorzowie, zorganizowanym w mieszkaniu E.R. Łukaszków z inicjatywy A. Knysok. Na tym spotkaniu powołaliśmy biuletyn MKK „Nasza Solidarność”. Przy biuletynie współpracowałem z Andrzejem Woronieckim; wykonałem ok. 10 ramek niezbędnych do druku. Rozpocząłem nawet budowę maszyny drukarskiej. Jeździłem i oglądałem, jak pracują te maszyny w drukarni Huty Baildon. Tam drukarzem był mój stryj Ciołek z Tychów. Nie zdążyłem jej ukończyć ponieważ w październiku 1983 mnie aresztowano.

W kwietniu 1983 r. A. Woroniecki zorganizował w swoim mieszkaniu spotkanie w sprawie kolportażu. Byli na nim: H. Królak, A. Woroniecki, A. Klyta i ja. 30 kwietnia 1982 zostałem zatrzymany razem z T. Płóciennikiem w jego mieszkaniu. Jednocześnie u mnie w domu była rewizja. Zostaliśmy przewiezieni na przesłuchanie do KM MO w Chorzowie-Batorym. Po 48 godzinach zwolniono nas i zaraz po wyjściu z komendy MO zostaliśmy ponownie zatrzymani na kolejne 48 godzin. W 1983 byłem wielokrotnie wzywany do KM MO w Chorzowie, namawiany do współpracy i zachęcany wysoką pensją, a po odmowie szantażowany. Tak było do 16 grudnia 1983, kiedy to zostałem zatrzymany podczas rewizji u teściów na ul. Smoluchowskiego w Rudzie Śląskiej. Przewieziono mnie do KM MO w Chorzowie, a potem do KW MO w Katowicach na ul. Lompy. W drodze do Katowic na polecenie por. Dańca zatrzymano się w Kochłowickim Lesie. Zostałem wyprowadzony z samochodu, przyłożono mi broń do skroni i straszono zastrzeleniem. Drugi raz zatrzymano się w Dolinie Trzech Stawów i tam podobnie grożono, tym razem utopieniem. Potem w AŚ w Katowicach były przesłuchania. Zamknięto mnie w celi z kryminalistami, którzy w stosunku do mnie byli bardzo agresywni. Spałem na betonie. Zwolniono mnie z aresztu 21 grudnia1983.

6 stycznia 1984 zostałem wezwany do Prokuratury na ul. Mikołowską w Katowicach. Tutaj prokurator Książek zarzucił mi, że piszę paszkwile na władzę ludową. Zostałem zatrzymany i aresztowany. Zakuty w kajdanki zostałem przewieziony na ul. Lompy. W czasie przesłuchań byłem wielokrotnie poniżany. W celi nie było miejsca i ponownie spałem na betonie. Znów zamknięto mnie razem z więźniami kryminalnymi, nie politycznymi. Na spacer wyprowadzono mnie pierwszy raz po miesiącu. Po jakimś czasie zwolniło się miejsce na pryczy, spałem tam przez kolejne 2 miesiące. Żona dwukrotnie przyjechała mnie odwiedzić, niestety nie otrzymała zgody na widzenie ze mną. W marcu napisałem skargę do Ministra Sprawiedliwości zarzucając milicji przetrzymywanie mnie w areszcie bez możliwości spaceru i pobyt w warunkach niegodnych człowieka, np. spanie na betonie. Następnego dnia zostałem przeniesiony na Mikołowską. Tutaj były już lepsze warunki, chociaż w dalszym ciągu były „kipisze” i rozbieranie do naga. Spotkałem tutaj A. Woronieckiego. Byłem w celi razem z Kazimierzem Strąkiem, siedział również z nami złodziej o imieniu Sławek. Wszystkich prowokował, ale mnie się bał. Któregoś dnia w maju lub czerwcu dotkliwie pobił Kazia Strąka. Wpadłem wtedy w furię, rzucałem szafkami o ziemię. Gdy Sławek nacisnął na dzwonek to w tym samym momencie otworzyły się drzwi od celi. Oznaczało to, że służba więzienna cały czas stała za drzwiami i dobrze wiedziała, co się wewnątrz dzieje. Sławka zabrano i więcej go nie widzieliśmy. Potem w jednej celi siedziałem z Andrzejem Chojnackim, a później już nikt się nami nie interesował. W lutym lub marcu 1984 była rewizja w domu rodziców w Wielkopolsce, szukano maszyn poligraficznych.

27 października 1984 roku Sąd Wojewódki w Katowicach na zasadzie art. 1 ustawy o amnestii wydał postanowienie o uchyleniu tymczasowego aresztowania. Wyszedłem na wolność. Niestety nie przyjęto mnie do pracy w KPTB TRANSBUD i nigdzie nie chciano mnie zatrudnić, ponieważ nie miałem skierowania do pracy. W biurze zatrudnienia radzono mi poszukać sobie takiego zakładu, gdzie nie będzie zatrudnionych więcej niż 5 osób. Kiedy nie chciałem opuścić biura zatrudnienia, wzywano policję, która wyrzucała mnie przed budynek. Na drugi dzień było to samo. W końcu chyba po trzech takich akcjach zostałem przyjęty jako kierowca do Przedsiębiorstwa Budownictwa Węglowego BUDOMONT w Świętochłowicach. Musiałem jednak wyremontować sobie samochód, gdyż dobrego dla mnie nie było. Gdy go wyremontowałem, wtedy zabrano mi go do Ożegowa i musiałem remontować następny. Potem sprowokowałem protest kierowców o to, że nie dostają delegacji służbowych na wyjazd w teren i przez to mają zaniżone płace. W konsekwencji tego protestu kierowcom wypłacono delegacje za poprzedni rok, a ja musiałem odejść z pracy.

W 1986 roku założyliśmy sześcioosobową firmę. Praca była, ale nam nie bardzo to wszystko wychodziło i w końcu podjąłem decyzję o wyjeździe z Polski. A. Klyta już był z rodziną w Australii. W 1987 pojechałem do Warszawy do ambasady holenderskiej, ale przyjęto mnie nieprzychylnie. Złożyłem więc dokumenty w ambasadzie Australii. Dalej pracowałem i nie interesowałem się wyjazdem. W kwietniu, gdy pracowałem na rurociągu podjechał samochód SB i zabrano mnie do Rudy Śl. na przesłuchanie. Do tej pory nie wiem, o co chodziło. Wtedy pojechałem do ambasady do Warszawy. Zapytałem o moją sprawę, podałem jej numer i wtedy okazało się, że osoba, która przyjęła moje dokumenty nic z nimi nie zrobiła. Nadal leżały w szufladzie! Wtedy wszystko poszło bardzo szybko – za tydzień pojechałem na rozmowę, w następnym tygodniu na badania, a za 3 tygodnie miałem wydane wizy. Po 3 miesiącach odbierałem z synem paszporty w Katowicach. Syn został w biurze paszportowym, a mnie zabrano na ul. Lompy do KW MO. Usłyszałem tam, że udzielają zezwolenia na mój wyjazd, bo państwo polskie nie ma ze mnie żadnych korzyści, a wyglądam na psychicznie chorego.

Wyjeżdżając nie wiedziałem, co wziąć ze sobą. Wszystko sprzedaliśmy, pieniądze rozdałem ludziom, którzy przyjechali na lotnisko pożegnać nas. Wzięliśmy z żoną tylko 50 marek. W Warszawie na lotnisku byliśmy bardzo dokładnie zrewidowani. Najpierw pojechaliśmy do Frankfurtu, a stamtąd do Sydney. Do samolotu wchodziliśmy jako ostatni pasażerowie. Z Polski zabraliśmy tylko dzieci i po parze butów. Od 13 maja 1987 jesteśmy na emigracji w Australii. Wszyscy tęsknimy za Ojczyzną, ale trudno wrócić do Polski, skoro tutaj są nasze dzieci. Bardzo interesujemy się wszystkim, co dzieje się w Polsce i bardzo wszystko przeżywamy. Gdy rozmawiamy z młodymi Polakami, którzy teraz przyjeżdżają do Australii serce nas boli, że nie widzą, co dookoła nich się dzieje, że nie interesuje ich Polska. Są wielkimi materialistami i gonią tylko za pieniędzmi. Martwi nas to, co będzie dalej, jaka przyszłość czeka tych młodych ludzi i w jakiej Polsce będą żyli.

Lurnea, NSW Sydney, Australia, 25 VII 2010

Opracowała Halina Żwirska