L00088 Zbigniew Młynarski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Zbigniewa Młynarskiego

Urodziłem się w 1959 roku w Strzelinie na Dolnym Śląsku. Tam ukończyłem szkołę podstawową i szkołę zawodową w zawodzie murarz-tynkarz. Jako młody człowiek mieszkający na wsi nie odczuwałem jakoś szczególnie tych wszystkich trudności związanych z życiem w komunie.

Jako 19-latek (gdzieś na początku 1980 roku) wyemigrowałem razem z bratem do Jastrzębia-Zdroju i rozpocząłem pracę na kopalni Moszczenica. Przybyliśmy tutaj oczywiście za lepszym życiem. Na kopalniach były dobre zarobki i perspektywy otrzymania własnego mieszkania. Na początku zamieszkaliśmy razem z bratem w hotelu górniczym (dzisiaj w tym budynku mieści się siedziba Jastrzębskiej Spółki Węglowej). Robota była ciężka i pracowało się praktycznie na okrągło, cały miesiąc. Mój oddział fedrował na Szybach Zachodnich. Czuło się, że ludzie mieli już tej harówki serdecznie dosyć. Jako młodzi ludzie, którzy dopiero zaczęli pracę na kopalni, nie zwracaliśmy na to tak bardzo uwagi, ale starsi byli mocno niezadowoleni. Zła atmosfera była w całym kraju i w końcu doszło do masowych protestów. Wszystko zaczęło się na Szybach Głównych. Nie pamiętam inicjatorów strajku na naszym zakładzie, ponieważ Szyby Zachodnie na Moszczenicy są dosyć oddalone od Szybów Głównych. Pamiętam, że przewodniczącym „Solidarności” po legalizacji związku został Romuald Bożko. Podczas tego strajku młodsza część załogi była zdecydowana na wszystko jak to młodzi, energiczni i żądni przygód mężczyźni. Pchaliśmy się zawsze na czoło. No, wtedy skończyło się dla nas szczęśliwie. Kiedy „Solidarność” została zalegalizowana, to oczywiście od razu do niej wstąpiłem; brat również. Okres 1980-1981 roku to czas, którego nie da się zapomnieć. To był prawdziwy powiew wolności, chyba wszyscy Polacy tak to odczuwali. Działania „Solidarności” na zakładach pracy bardzo ułatwiały ludziom życie. Nareszcie mogliśmy trochę utrzeć nosa PZPR-owi. Każdy problem pracowniczy był załatwiany od ręki. Sam chodziłem z różnymi sprawami i pamiętam, że nigdy nie zostałem odprawiony z kwitkiem. Wtedy związek działał sprawnie i energicznie. Nikt nie układał się ani z dyrekcjami zakładów, ani z żadną władzą. Prowokacje ze strony władz wywoływały oczywiście pewien niepokój. Mieszkałem z bratem w jednym pokoju w hotelu robotniczym. Często słuchaliśmy radia Wolna Europa. Czasami słuchaliśmy relacji o tym, w jaki sposób opozycjoniści są traktowani przez władze Wiedzieliśmy o prześladowaniach Michnika, słyszeliśmy o pobiciu Rulewskiego i jak mówiłem, to wywoływało pewien niepokój, jednak złości więcej. W każdym razie nie nachodziła mnie żadna myśl czy refleksja o zbliżającej się konfrontacji z władzą. W związku z tym stan wojenny zaskoczył nas tak jakby trzasnął grom z jasnego nieba.

Stan wojenny wprowadzono z 12 na 13 grudnia, pracowałem wtedy na nocną zmianę. Gdzieś między trzecią a czwartą nad ranem szliśmy niewielką grupką pod szyb na wyjazd. Nagle usłyszeliśmy przez głośniki rozporządzenie dyspozytora, który nakazywał wyjechać na powierzchnię wszystkim pracownikom, którzy znajdowali się na dole kopalni. Byliśmy tym zupełnie zaskoczeni. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to dozór urządził na nas jakąś łapankę, ale ponieważ zauważyliśmy, że wszyscy górnicy zmierzali pod szyb więc spokojnie wyjechaliśmy na powierzchnię. Tam dowiedzieliśmy się, że o północy wprowadzony został stan wojenny i że na kopalni już rozpoczął się strajk. Na Szybach Zachodnich siedzieliśmy chyba do szóstej rano. Potem zarządzeniem Komitetu Strajkowego podstawiono nam autokary i przewieziono nas na Szyby Główne. Widzieliśmy całe kolumny czołgów i pojazdów wojskowych i milicyjnych nadjeżdżających od strony Wodzisławia i Mszany. Nasza kopalnia była pierwsza po drodze, więc mogliśmy się spodziewać ataku jako pierwsi. Widzieliśmy to wszystko z okien łaźni. Roman Bożko, nasz przewodniczący, powiedział do nas, żebyśmy w żadnym wypadku nie pozwolili się sprowokować. Najpierw jednak pojechali na kopalnię Jastrzębie, aby spacyfikować tamtejszy strajk. Może gdybyśmy wtedy wiedzieli, co zomowcy zrobili górnikom z Jastrzębia, zachowalibyśmy się inaczej. Przygotowalibyśmy się jakoś na tak brutalne działania zomowców... Bo nawet jeśli z Jastrzębia ktoś do nas dotarł – o czym nic mi nie wiadomo – to i tak było już za późno. Nie mogliśmy się przygotować na „godne” przywitanie tej zgrai.

Wszystko rozegrało się około godziny 9 rano. Obstawili dokładnie całą kopalnię. Czołgi podjechały pod bramę. Zomowcy utworzyli szpaler. Przyszedł do nas na cechownię jakiś żołnierz, chyba w stopniu kapitana. Zapytał, czy opuścimy sami teren kopalni, czy mają użyć wobec nas siły. Ludzie zaczęli krzyczeć w stronę przewodniczącego Bożko, że nie chcą się poddać. Ten kapitan powiedział do nas, że daje nam pół godziny na zastanowienie, a potem wyrzucą nas siłą. Romuald Bożko prosił nas, abyśmy nie próbowali ich atakować, bo skończy się to masakrą, ale ludzie byli już bardzo podekscytowani. Zadrutowaliśmy drzwi do cechowni. Wraz z kilkoma młodymi chłopakami stanęliśmy w pierwszym rzędzie, gotowi na wszystko. Rozpoczął się atak. Rozwalili te zadrutowane drzwi i wpadli na cechownię. Gdy zomowcy zaczęli tłuc szyby, to zaczęliśmy się cofać w stronę łaźni. Nie uciekaliśmy, lecz chcieliśmy zbić się w zwartą grupę. Wściekli zomowcy zniszczyli nagłośnienie, wówczas Bożko krzyknął do nas: „Chłopy, wychodzimy. Powoli. Nie prowokujcie ich. Pójdziemy ulicą Adama Mickiewicza do kościoła w Zdroju”. Kiedy szedłem w tym szpalerze zomowców to spojrzałem prosto w oczy jednemu z tych bydlaków, a on do mnie takie słowa: „Co się skurwysynu na mnie patrzysz? Pierdolnąć ci?” Wolałem nie ryzykować, bo mógłbym stamtąd rzeczywiście nie wyjść. Opuściliśmy kopalnię i tak jak było zaplanowane poszliśmy do kościoła w Zdroju. Niestety był zamknięty. Nie widziałem żeby kogoś bili przy wychodzeniu z kopalni.

Ponieważ nie dostaliśmy się do kościoła, więc całą wielką grupą wróciliśmy i ustawiliśmy się na skarpie za placem kopalnianym. Zaczęliśmy ich wyzywać od gestapo, więc oni zaczęli nas gonić po całym placu autobusowym i okolicznych uliczkach. Pamiętam taką sytuację – przy ulicy Adama Mickiewicza stoją ogrodzone płotami domki jednorodzinne. Jakiś człowiek z naszej grupy uciekał przed kilkoma zomowcami i zamiast przeskoczyć przez płot, próbował przedostać się przez dziurę w tym płocie. Zaklinował się, a goniący go zomowcy dogonili chłopaka i skatowali pałami. Naprawdę żal było patrzeć. Tam oczywiście działy się też inne przykre rzeczy, ale tą sytuację zapamiętałem najlepiej. W końcu nas rozgonili, a ja i mój brat wróciliśmy do hotelu. Złość w nas aż kipiała! Nie umiałem pogodzić się z tym, że tak łatwo im z nami poszło. 13 grudnia przyjechał do nas w odwiedziny ojciec. Ludzie na wsi wiedli spokojne życie i to co ojciec zobaczył w Jastrzębiu mocno go przeraziło.

Zaproponowałem ojcu, żebyśmy przeszli się na kopalnię zobaczyć czy milicja jeszcze tam stoi. Zobaczyliśmy tam odziały ZOMO. Ojciec bardzo się przestraszył, że wybuchła wojna. Zaczął krzyczeć na mnie i na brata, że mamy natychmiast zwalniać się z kopalni i wracać do domu. To mnie jeszcze bardziej poirytowało. Spostrzegłem trzech milicjantów. Powiedziałem do ojca: „Zobacz co się będzie działo... Idziemy na nich. Zobaczysz, że się odsuną. Ich trzech i nas trzech”. Na szczęście się rozstąpili. Jeśli mam być szczery to żałowałem, że nam ustąpili, bo szukałem zaczepki żeby wyładować całą swoją złość i agresję. Kiedy wróciliśmy do hotelu, to ojciec pogniewał się na nas, że nie chcemy rzucić pracy i jechać do domu. I tak nie mogliśmy tego zrobić, bo kopalnie zostały zmilitaryzowane i o żadnych zwolnieniach nie mogło być mowy. Ostatecznie ojciec wrócił do domu sam.

Na wezwanie jednego z przywódców związku naszej kopalni przez trzy dni nie chodziliśmy do pracy na znak protestu przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Spotykaliśmy się na cechowni na Szybach Głównych, po czym rozchodziliśmy się do domów. W końcu komisarz wojskowy wydał rozporządzenie wygłoszone w radiowęźle kopalnianym, że jeśli w ciągu trzech dni nie zgłosimy się do pracy, to grozi nam ciężka kara, do kary śmierci włącznie. Był to już kompletny terror. W końcu ta nasza złość ustąpiła miejsca apatii i zwątpieniu. Wróciliśmy do swoich kopalnianych obowiązków.

Mieliśmy z bratem w naszym pokoju mnóstwo ulotek solidarnościowych, jakiś proporzec związkowy oraz znaczki „Solidarności”, które potem pochowaliśmy. Pewnego razu gdy wróciliśmy do pokoju po drugiej zmianie na kopalni, pod hotel podjechały dwa autokary z zomowcami i esbekami. Na korytarzu zrobił się harmider. Milicjanci wpadali do pokojów i jeśli znaleźli coś niedozwolonego, to właściciel obrywał potężne cięgi. Szli od pokoju do pokoju. Ostatecznie hotel miał cztery piętra, więc trochę mieli do przejścia. Do naszego pokoju weszło dwóch „po cywilnemu” i jeden mundurowy. Leżeliśmy każdy na swoim łóżku. Kazano nam wstać. Burknąłem pod nosem, że „nie będę stał, a na pewno nie przed takimi psami”. Któryś z nich to usłyszał, ale widocznie niezbyt dobrze, bo tylko wydarł się na mnie. Przetrzepali nasz pokój dokładnie i nie znaleźli niczego, do czego mogliby się przyczepić. Zaczęli głośno zastanawiać się: „Co wam tu przypierdolić?” W pokoju grało radio; dosyć głośno. Jeden z tych po cywilnemu powiedział nagle do mnie: „500 złotych mandatu za zakłócanie ciszy nocnej”. Nie było sensu się z nimi kłócić, więc podałem mu banknot 1000 złotowy, bo drobniejszych nie miałem. Schował to 1000 zł do kieszeni i reszty mi nie wydał.

W okresie stanu wojennego nie udzielałem się w opozycji. Byłem młody; szalałem. Pamiętam oczywiście te wszystkie niedogodności związane z życiem w komunie. Może to i dobrze, że nie trafiłem wtedy na nikogo z konspiracji, bo jestem bardzo porywczy i chyba źle bym skończył, gdybym się wtedy zaangażował w otwartą walkę. Oczywiście uczestniczyłem w mszach za Ojczyznę. Uważałem, że to był obowiązek każdego prawdziwego Polaka. Przez jakiś czas pracowałem w WPRINŻ-u (Wodzisławskie Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych), a potem, w 1987 roku, rozpocząłem pracę na Manifeście Lipcowym, również na dole. W międzyczasie ożeniłem się i urodziła mi się córka. Pamiętam z tego okresu swoje kłótnie ze sztygarem zmianowym na moim oddziale. To był zapamiętały komunista, nazywał się Zarzański. Strasznie obrażał Solidarność. Kiedyś w cztery oczy powiedziałem mu: „Wasz koniec jest już bliski, bo Solidarność była, jest i będzie”. Myślałem, że faceta rozerwie. Tego typu spory były wtedy na porządku dziennym.

W sierpniu 1988 roku znowu Manifest rozpoczął strajk. Pamiętam, że wtedy staraliśmy się zabezpieczyć przed wszystkimi ewentualnościami. Uzbroiliśmy się, aby nie pozwolić na to, co ZOMO i milicja zrobiła z nami w grudniu 1981 roku. Bramy zostały zabarykadowane, a na specjalnych stanowiskach przygotowane były ciężkie śruby i inne „pociski”. Szkoda, że nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego i nie obfotografowałem tego strajku.

Byłem już wtedy żonaty. Moja córka miała 5 lat. Zomowcy, którzy nas tam „pilnowali” byli z całej Polski; wiedziałem o tym, bo tak z ciekawości trochę z nimi rozmawiałem przez płot. Pamiętam jak dziś moją pięcioletnią córkę, która w siatce niosła mi jedzenie. Szła od strony hotelu robotniczego. To było którejś niedzieli, bo pamiętam, że to było po mszy świętej. Trochę się wystraszyłem, żeby któryś z tych zomowców nie zrobił jej jakiejś krzywdy. Zacząłem się na nich drzeć: „Jeżeli, któryś ją ruszy, to przeskoczę ten płot i wszystkim wam napierdolę”. To było niepotrzebne, ale nerwy mi puszczały. Na strajku byłem od początku, ale do końca nie wytrzymałem. Wielu z nas spanikowało. Wyszedłem ze strajku gdzieś po 10 dniach. Wzięli nas na zmęczenie i ci bardziej nerwowi nie dali rady. Ale nie tylko to było powodem, dla którego tak wielu z nas opuściło kopalnię. W Komitecie Strajkowym zaczęła się walka o „stołki”. To się działo na naszych oczach. Paskudnie „wykopali” Krzyśka Zakrzewskiego, a gdyby nie on, to nie wiadomo jakby potoczyły się losy strajku. Uważam, że wtedy go złamali. Prawdopodobnie jego późniejszy tragiczny los był konsekwencją tamtych wydarzeń. Oczywiście śledziłem do końca to, co się działo u nas na kopalni i w ogóle w kraju. Niestety muszę powiedzieć, że z dużym niesmakiem.

Po 1989 roku próbowałem angażować się w pracę związku, ale gdziekolwiek zgłosiłem swój akces, to albo mi odradzali, albo wręcz dawali mi do zrozumienia, że jestem pomiędzy nimi niepożądany. Myślę, że odsuwali mnie dlatego, że taki jestem narwany i mógłbym im popsuć jakieś układy.

Na początku lat 90. pomagałem trochę w kampanii wyborczej jastrzębskiego UPR-u, ale poza tym starałem się nie udzielać politycznie. Uważam, że wolność, którą sobie wywalczyliśmy, została przez kolejne ekipy rządzące mocno ograniczona. A jeśli chodzi o Unię Europejską, to co z tego, że mamy otwarte granice, skoro nawalili nam tyle przepisów, tyle ograniczeń, że człowiek już nie wie, jak ma się w tym poruszać. Poza tym na dotacjach z Unii zyskali chyba tylko rolnicy. Zresztą za darmo nikt nic nie da. Mniej korzystamy z tych dotacji niż się na nie składamy. Na koniec chcę powiedzieć, że strasznie mnie denerwuje stałe ograniczanie roli Jastrzębia-Zdroju w przemianach lat 80. W mediach, w prasie, w podręcznikach podkreśla się udział Gdańska, Szczecina czy innych miast, a o Jastrzębiu cicho. To boli. To nie jest to, o co tak naprawdę walczyliśmy.

Terenowe Biuro Stowarzyszenia Pokolenie, Jastrzębie-Zdrój, 26 I 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński