L00089 Hieronim Ochnio

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Hieronima Ochnio

Urodziłem się 1 października 1948 r. w niewielkiej miejscowości Mroków leżącej w woj. mazowieckim. Moja rodzina była bardzo patriotyczna. Ojciec i bracia byli łącznikami w Armii Krajowej, ale ojciec z różnych względów niewiele o tym opowiadał. Pamiętam jednak taką historię... Kiedy Rosjanie weszli do Polski przeganiając Niemców, ojciec musiał się przed nimi ukrywać. Noce spędzał zazwyczaj u sąsiada w stodole. Pewnego razu przyśniło mu się, że całe podwórko i stodoła zostały otoczone przez ruskich sołdatów, wszystko jest oświetlone i przyszli, aby go zabić. Działo się to pod koniec 1944 albo na początku 1945 roku. Wybudził się z tego strasznego snu i wyszedł ze stodoły. Oddalił się na jakieś 200 m i skrył w stogu siana. W tym momencie spostrzegł, że cała stodoła jest oświetlona i Ruscy penetrują teren. Później sąsiedzi opowiadali mu, że żołnierze przekłuwali bagnetami snopki słomy. Wyglądało na to, że ktoś go zadenuncjował.

Tata w ogóle miewał dziwne przeczucia. Przed świętami Bożego Narodzenia w 1995 roku kiedy był już chory, odwiedziłem go z żoną i dziećmi. Kiedy odwoziłem go do szpitala, oznajmił mi, że za 10 dni umrze i rzeczywiście, 1 stycznia 1996 roku umarł. Ojciec był człowiekiem głęboko wierzącym, chociaż tego nie uzewnętrzniał. Uczył nas, czym jest totalitaryzm zarówno hitlerowski, jak i komunistyczny. Niemców oczywiście nie ma za co chwalić, ale oni zachowywali w czasie działań wojennych przynajmniej jakąś elementarną kulturę osobistą – sowieci nie potrafili nawet tego. Przykładowo sypiali po stodołach na snopkach słomy, a swoje potrzeby fizjologiczne zamiast załatwiać choćby za stodołą, to załatwiali pod snopek, na którym później znowu spali. Smród był po nich straszny. Oprócz tego kradli oczywiście zegarki i rowery, ale o tym wszyscy starsi Polacy pamiętają. To była po prostu dziczyzna... Pawie cały czas pili, a potem zachowywali się nieracjonalnie; na przykład ni stąd, ni zowąd strzelali. W ten sposób życie straciło kilka osób z naszej miejscowości.

Nasze strony były może biedne, ale po wojnie górali (okolice Żywca) przesiedlonych w nasze okolice do naszej wioski przyjęliśmy bardzo serdecznie. Ludzie dzielili się tym co mieli. Nasz dom również był otwarty, a moi rodzice do końca życia kochali się jak młode małżeństwo. Tata przez 25 lat był sołtysem i widocznie był dobry, skoro ciągle go na ten urząd wybierali. Jako dziecko często słuchałem razem z ojcem audycji radia Wolna Europa. Nie mieliśmy w domu aparatu radiowego, więc te nasłuchy prowadziliśmy u sąsiada. Ojciec zawsze nas uczył, że to co ze wschodu, to wszystko jest złe; że nawet wiatr ze wschodu jest niszczący, a ludzi zawsze należy się obawiać. Po wojnie przez prawie 50 lat zmagaliśmy się z tym, co stamtąd przyszło...

Wrócę jednak jeszcze do okresu dzieciństwa. Otóż historia, której uczono nas w szkole, a historia, którą przekazywano nam w domu to były oczywiście dwie różne sprawy, ale odbieraliśmy to spokojnie. Jakichś większych grand z tego powodu nie było. Po prostu u nas w domu zbierali się sąsiedzi, opowiadali i dyskutowali na temat prawdziwej historii. Jako dziecko pasałem krowy, a razem ze mną taki starszy znajomy mojego ojca pan Stefan Ochnio, który również opowiadał mi o prawdziwej historii. Wszystkie te opowieści sprawiły, że byłem mocno uodporniony na oficjalną propagandę.

Później, kiedy byłem w wojsku, za poglądy swoje przesiedziałem w areszcie. Zgłosiłem się poniekąd na ochotnika i w związku z tym zaproponowali mi dalszą edukację. Wybrałem podoficerską szkołę łączności w Mrągowie. Nie chodziło mi wcale o stopień podoficerski, interesowały mnie po prostu zagadnienia związane z łącznością. W szkole spędziłem pół roku jako „titajec”, czyli radiotelegrafista, potem na trzy miesiące przeniesiono mnie do Gdyni, natomiast służbę wojskową zakończyłem w Chojnicach. Najpierw służyłem tam jako radiotelegrafista na RCLO (radiostacja ruchoma, na samochodzie), a potem byłem dowódcą radiostacji stacjonarnej.

Do Jastrzębia przyjechałem tuż po odbyciu służby wojskowej. Kilku moich kolegów już tutaj mieszkało i pracowało. Przyznam, że przyjechałem tutaj tak jak większość ludzi za mieszkaniem. 10 lutego 1972 roku podjąłem pracę w KWK Manifest Lipcowy w dziale ZGM (Zakład Gospodarki Mieszkaniowej). Najpierw pracowałem tam jako ślusarz mechanik, ale ponieważ wykazałem się zmysłem organizatorskim, to chociaż nie ukończyłem technikum, ale miałem trochę średniego wykształcenia, zacząłem chodzić z kierownikiem ZGM-u na odbiór nowo oddawanych do użytku mieszkań. W pewnym okresie prowadziłem zasiedlanie mieszkań oraz prowadziłem sprawy meldunkowe i w ten sposób poznałem mnóstwo ludzi.

Pamiętam, jakie kłopoty miał nasz lokalny Kościół z władzami komunistycznymi w tamtych latach. Miasto się rozrastało, a kościołów nie wolno było budować. Samochodów było bardzo mało, więc najpierw wszyscy wierni z nowych osiedli na piechotę chodzili do kościoła p.w. św. Katarzyny. Potem pamiętam msze pod gołym niebem pod kapliczką św. Jana Nepomucena na ul. Katowickiej (okolice dzisiejszego Urzędu Miasta). W końcu komuniści zezwolili na budowę kościoła „na górce”. Brałem udział w budowie; kopałem fundamenty i starałem się tak jak wielu innych wspierać budowę finansowo. Poznałem wtedy ks. Stycha i ks. Czerneckiego. Podczas tych mszy i tej budowy zauważyliśmy, że jest nas naprawdę wielu i każdy z nas miał świadomość, że robimy to wbrew woli „czerwonych”.

O strajkach, które wybuchły w sierpniu 1980 roku w różnych rejonach kraju (Świdnik, Lublin, Gdańsk), dowiadywałem się głównie „pocztą pantoflową”; ktoś gdzieś był, ktoś coś widział, ktoś coś słyszał. Reżimowe media przedstawiały strajkujących jako warchołów, ale to wszyscy znamy. Ja z całego serca modliłem się o to, aby tym ludziom się udało, ale szczerze mówiąc nawet do głowy nie chciało mi przyjść, że komuniści ugną się pod żądaniami strajkujących robotników. Kiedy rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej, a stoczniowcy sprecyzowali już swoje postulaty, wtedy znad morza wrócił pewien mój znajomy, którego niestety nazwiska nie pamiętam, i przywiózł spisane postulaty stoczniowców. Był to drugi dzień strajku na Manifeście Lipcowym. Nie było mnie wtedy na kopalni, bo ja jak już mówiłem, pracowałem w administracji mieszkaniowej. Kiedy więc ten znajomy pokazał mi ich postulaty, to ja je złapałem i popędziłem z nimi na kopalnię. Górnicy pełniący wartę na bramie nie znali mnie, ale kiedy powiedziałem, że mam postulaty stoczniowców, to od razu mnie wpuścili. Z członków Komitetu Strajkowego znałem tylko Tadka Jedynaka. Pamiętam również Jurka Nowosielskiego, Poldka Sobczyńskiego, Staszka Paska i Stefana Pałkę. Postulaty przekazałem albo Tadkowi Jedynakowi, albo Poldkowi Sobczyńskiemu; już dzisiaj nie pamiętam. W każdym razie mimo że pracowałem poza kopalnią, to przyjęli mnie jak swojego i tak mnie już potem traktowali. Ponieważ moje godziny pracy były nienormowane i mogłem wyjeżdżać z ZGM-u, kiedy chciałem, więc bardzo często podczas strajku bywałem na kopalni. Przekazywałem informacje między strajkującymi górnikami a ich rodzinami. Razem z moją żoną Marianną oraz Danusią Pleszak dostarczaliśmy jedzenie i owoce dla tych, którzy mieszkali gdzieś daleko, jak również dla protestujących mieszkających w hotelu robotniczym. Na teren kopalni wchodziłem małą furtką, którą otwierali mi Józek Pleszak, Marian Dziadkowiec lub inni znajomi górnicy, którzy akurat pełnili przy niej wartę. Nawet wtedy kiedy całe ogrodzenie było obstawione przez milicję i ZOMO, potrafiłem się jakoś dyskretnie między nimi przemknąć i wejść na teren zakładu. Byłem wysyłany na inne kopalnie z różnymi wiadomościami od Komitetu Strajkowego i stamtąd również dostarczałem informacje na Manifest. Przekazywałem bardzo różne informacje; także takie o nastrojach w mieście i działaniach milicji. Chyba trzeciego dnia strajku wprowadziłem na kopalnię wraz z kilkoma innymi osobami księży Bernarda Czerneckiego i Henryka Białasa. Zostali przez załogę bardzo serdecznie powitani. Podczas strajku miałem okazję uczestniczyć również w mszy celebrowanej przez ks. Antoniego Stycha. W każdej z tych mszy uczestniczyło bardzo wielu górników, jak również przedstawicieli innych zakładów pracy. Ludzie masowo spowiadali się i przystępowali do Komunii Świętej. Strajkujący górnicy w trakcie protestu zachowywali się bardzo odpowiedzialnie. Tzw. „ruch” na kopalni był utrzymywany bez przerwy, a kopalnia była dobrze chroniona. Oczywiście reżimowe media przedstawiały sytuację zgoła inaczej, ale takie to były czasy.

3 września 1980 roku strona rządowa podpisała Porozumienie z przedstawicielami strajkujących górników, i nie tylko górników, w Jastrzębiu-Zdroju. Komuniści ulegli i zgodzili się m.in. na legalizację wolnego związku zawodowego, który po legalizacji otrzymał nazwę „Solidarność”. Do NSZZ „Solidarność” wstąpiłem natychmiast. Pamiętam, że tworzyły się kolejki po deklaracje związkowe. To naprawdę była wielka radość. To była prawie euforia. Cieszyliśmy się, że nareszcie Polska będzie rządzona przez prawdziwych Polaków, przez patriotów i ludzi uczciwych.

Niedługo po strajkach pojechałem w moje rodzinne strony. Tam razem z moim ojcem uczestniczyłem w spotkaniach Solidarności Rolniczej. Ojciec mój, jak już wspomniałem, sprawował funkcję sołtysa w naszej wsi, a wtedy został jednym z założycieli SR w naszej okolicy. Ci spracowani ludzie, ogorzali i zmęczeni, stali się nagle radośni. Nabrali optymizmu i wiary w lepszą przyszłość. Na spotkaniu w Korytnicy k. Garwolina poznałem Gabriela Janowskiego, który jeździł po woj. warszawskim i pomagał organizować związek. Opowiedziałem wtedy tym ludziom o strajkach w Jastrzębiu-Zdroju, a szczególnie o proteście na KWK Manifest Lipcowy. W okresie „karnawału Solidarności” życie w Polsce się zmieniło. Staliśmy się dla siebie serdeczni i otwarci. W moim życiu również nastąpiły zmiany, zacząłem udzielać się społecznie, uczestniczyłem we wszystkich mszach za Ojczyznę, byłem współorganizatorem struktur NSZZ „Solidarność” w ZGM.

Stan wojenny zastał mnie, gdy pełniłem dyżur w Pogotowiu Awaryjnym ZGM, a siedziba Pogotowia mieściła się w budynku obecnego Urzędu Stanu Cywilnego przy ul. Zielonej. Dyżur rozpocząłem o godz. 6.00. Telefon był nieczynny, radio również nie działało, więc nic nie wiedziałem o ogłoszeniu przez Jaruzelskiego i WRON-ę stanu wojennego w Polsce. Gdzieś około godz. 7.00 do Pogotowia przyszedł jeden z lokatorów z ul. Zielonej i opowiedział mi, że w nocy miały miejsca zatrzymania i aresztowania członków „Solidarności”. Chyba wszyscy obecni na dyżurze byliśmy członkami „Solidarności” i nie mogliśmy uwierzyć w te informacje. Nie mogliśmy uwierzyć, że 10 milionów członków „Solidarności” mogą posadzić. Znając jednak komunistów, ich metody działania i wiedząc o morderstwach, jakich czerwoni dopuścili się na żołnierzach AK, zaczęliśmy się obawiać o przywódców naszego związku i – jak się wkrótce okazało – nasze obawy się niestety spełniły.

W poniedziałek 14 grudnia rozpoczął się strajk okupacyjny zarówno na Manifeście, jak również na innych kopalniach w Jastrzębiu. Czołgi i pojazdy opancerzone oraz autobusy z zomowcami przejeżdżały przez miasto od jednej kopalni do drugiej. Uzbrojeni sługusi reżimu rozbijali barykady na bramach kopalń i niszczyli wszystko, co stanęło im na drodze. Na Manifeście użyli broni palnej, strzelając do bezbronnych górników. O tym dniu napisałem rymowankę „15 grudnia roku pamiętnego”. W tym okresie wielu moich znajomych zostało aresztowanych bądź internowanych. Na oddziale ZGM urządzałem zbiórki pieniędzy i kartek żywnościowych dla rodzin internowanych. Przykro o tym mówić, ale po kilku miesiącach trwania stanu wojennego znacznie zmalała liczba darczyńców. W tych trudnych dniach, wspólnie z Wackiem Wereszczyńskim i jeszcze kilkoma osobami, których niestety nazwisk już nie pamiętam, organizowaliśmy po godzinach pracy spotkania członków „Solidarności” w świetlicy ZGM oraz w salkach katechetycznych w kościele „na górce”, oczywiście za zgodą i aprobatą ks. Bernarda Czerneckiego, który wykazywał się wielką odwagą, inteligencją i sercem do walki o naszą wspólną sprawę.

Po odwołaniu stanu wojennego razem z Tadkiem Jedynakiem i Józkiem Pleszakiem wyjechaliśmy do Warszawy aby wziąć udział w mszy świętej za Ojczyznę celebrowanej przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Odwiedziliśmy wówczas „ciotkę”, u której Tadek Jedynak się ukrywał oraz jeszcze jedno mieszkanie, również „skrytkę”.

W 1983 roku brałem udział w spotkaniu z Ojcem Świętym Janem Pawłem II w Katowicach na Muchowcu. Wyjazd zorganizował ks. Czernecki. Pomimo bardzo szczegółowej kontroli udało nam się przemycić znaczki „Solidarności”, które już w sektorach powpinaliśmy sobie w klapy marynarek i byliśmy z tego bardzo dumni. Widzieliśmy, że cieszyło to także innych ludzi, biorących udział w tej uroczystej mszy.

Lata 1983-1989 to okres wytężonej konspiracyjnej pracy. Bywałem w Jastrzębiu i w Żorach na spotkaniach takimi osobami jak Janek Lityński, Jarek Szczepański, Zbyszek Romaszewski i z wieloma innymi, równie ciekawymi. Comiesięczne uczestnictwo w mszach św. za Ojczyznę dodawało sił i wzmacniało każdego z nas. Ks. Czernecki i ks. Białas w swoich kazaniach uczyli nas prawdziwej historii; uczyli i wpajali w nas patriotyzm. Spotykaliśmy się potem w salkach katechetycznych, już mocniejsi i odważniejsi. Nabywaliśmy tam cegiełki, gazetki, ulotki i znaczki albo wymienialiśmy się pamiątkami, symbolizującymi niepodległość, o której wszyscy marzyliśmy. W każdej z tych mszy brał udział jakiś tajniak-kapuś, który nagrywał i podsłuchiwał treść kazań. Niektórych z nich rozpoznawaliśmy. Pamiętam, że kiedyś Poldek Sobczyński poczęstował któregoś z nich kilkoma „ciepłymi” słowami.

Członkostwo w PTTK Pielgrzym umożliwiło mi nie tylko kontakt ze wspaniałymi ludźmi, zapoznałem się dzięki temu z wieloma tytułami prasy podziemnej. Czytywałem wtedy: „OŚĆ”, „KOS”, „RiS”, „Bajtla” i inne. A ludzie byli wspaniali. Wspomnę tylko ks. B. Czerneckiego, ks. H. Białasa, E. Bogdanika, W. Kapłona, Cz. Kopczyńskiego, R. Bożko, W. Możwiło, E. Słoń, N. Wolnikowską, S. Krauz, J. Wawoczny, M. Nowaka, R. Horaka, A. Kowalczyka czy małżeństwo T. i B. Chorążyczewskich. W tym okresie rozprowadzałem gazetki, znaczki i ulotki nie tylko wśród zaufanych ludzi z mojego oddziału, ale również pomiędzy osobami poznanymi podczas mszy za Ojczyznę. Często te nielegalne wówczas druki przywozili do kościoła „na górce” studenci. Pamiętam Przemka Miśkiewicza z żoną Dorotą, a może wtedy jeszcze narzeczoną. Jego nieodzownym atrybutem był plecak. Przyjeżdżali do nas studenci z Wrocławia i z Krakowa. Ten kontakt z ludźmi z zewnątrz, chociaż jeszcze młodymi, ale już tak rozumnymi, był bardzo budujący. Tak jak wszyscy lubiliśmy się bawić i urządzaliśmy sobie zabawy we własnym gronie. Na ogół odbywały się one w restauracji Leśna. Głównymi organizatorami tych naszych spotkań byli S. Kosek i W. Matysiak, a brali w nich udział najczęściej: T. Jedynak, G. Stawski, J. Bożek, K. Włodarek, J. Ajzychart, J. Pleszak jak również wielu innych, wszystkich trudno zapamiętać. Między sobą czuliśmy się po prostu wolni. Rocznice tragedii na KWK Wujek czciliśmy wspólnie z kolegami J. Pleszakiem i L. Sobczyńskim uczestnictwem w mszach świętych i manifestacjach w Katowicach. Te wszystkie manifestacje były oczywiście rozganiane i tłumione przez milicję. Wyjeżdżaliśmy również do Częstochowy, Wrocławia, Piekar i Warszawy. Wyjazdy były organizowane przez PTTK Pielgrzym, tj. głównie przez Cz. Kopczyńskiego i ekipę. Wspomnę, że wspólnie ze Zbyszkiem Jaskólskim i Józkiem Pleszakiem brałem udział w pogrzebie ks. prałata Bohuckiego, proboszcza i opiekuna ks. J. Popiełuszki. Razem z T. Jedynakiem naszym małym fiatem dystrybuowaliśmy „bibułę” na terenie całego Górnego Śląska. Czasami sam nie wiedziałem, co przewożę. W rocznice Porozumienia Jastrzębskiego, a także wprowadzenia stanu wojennego składaliśmy pod pomnikiem przy Manifeście wiązanki kwiatów. Przeważnie brał w tym udział ten sam zespół, tzn.: W. Matysiak, St. Kosek, J. Nowosielski, J. Pleszak, Z. Jaskólski, L. Sobczyński, J. Golec, E. Jarek, Cz. Wrzesiński i T. Jedynak. Często spotykaliśmy się u siebie w mieszkaniach. Pewnego razu gościłem u siebie Tadka Jedynaka, który przyprowadził do mnie jakiegoś zakonnika, od którego kupiłem płytę z homiliami JP II. Kiedyś na obiedzie u państwa Pleszaków – a ich dom był zawsze otwarty dla gości – pojawił się Zbyszek Romaszewski. Jego osobowość, jego oddanie sprawie wolności naszej Ojczyzny wywarły na nas bardzo duży wpływ. Po jego wyjeździe marzyliśmy i rozważaliśmy to, kiedy pozbędziemy się jarzma komunizmu i to, jak się nam wtedy będzie żyło. Pamiętam również spotkania w domu u Lecha Osiaka. Pewnego razu poznałem tam „Bartka”, Marka Bartosiaka. U „Bartka” z kolei bywałem w mieszkaniu jego rodziców przy ul. Krakowskiej. Na ogół ja rozmawiałem sobie z mamą „Bartka”, a on przygotowywał dla mnie ulotki i prasę. Według zapisków Staszka Koska (był bardzo skrupulatny, jeśli idzie o daty) to w sierpniu 1986 roku u Jurka Nowosielskiego spotkaliśmy się dwa razy w składzie: J. Nowosielski, St. Kosek, W. Matysiak, J. Pleszak, M. Buszta i ja. Na drugim spotkaniu oprócz wyżej wymienionych udział wzięli: J. Golec i St. Pasek. Chyba to właśnie wtedy powstawały zręby Tajnej Komisji Zakładowej przy KWK Manifest Lipcowy, którą oficjalnie powołaliśmy 1 marca 1987 roku na spotkaniu w mieszkaniu Staszka Koska. Na przewodniczącego TKZ wybraliśmy W. Matysiaka, jego zastępcą został J. Nowosielski, a sekretarzem St. Kosek. Członkami założycielami byli: J. Pleszak, St. Pasek i moja skromna osoba. Spośród grona sześciu osób zostało wybrane trzyosobowe prezydium TKZ i byli to: W. Matysiak – przewodniczący, St. Kosek – I zastępca i J. Nowosielski – II zastępca. Prezydium przyjęło pseudonim „SOKÓŁ”. Zresztą każdy z nas przybrał sobie jakiś pseudonim, moim np. był „Jastrząb”.

W 1987 roku wybraliśmy się na spotkanie z Janem Pawłem II do Gdańska. Oprócz mnie jechali jeszcze Z. Jaskólski i J. Pleszak. Podróż była dosyć nerwowa, bo nie dość że w bagażniku mieliśmy kanister pełen benzyny, to jeszcze przewoziliśmy bibułę, konkretnie „Manifeściaka”. Wiadomo, że w związku z przyjazdem papieża po drodze były wzmożone kontrole milicji. Kontrolowali nas chyba ze trzy razy, ale szczęśliwie niczego nie znaleźli i jakoś dotarliśmy na miejsce. W Gdańsku przyjął nas brat Bogdana Lisa z kolegami. Właśnie w mieszkaniu Bogdana zostawiliśmy „Manifeściaka” i znaczki z wizerunkiem Ojca Świętego oraz napisem „Solidarność Jastrzębie wita Ojca Świętego”. Przebraliśmy się w mundury górnicze, po czym brat B. Lisa przeprowadził całą naszą grupę na Zaspę. Przed mszą rozdawaliśmy przybyłym nasze znaczki z papieżem. Nawiasem mówiąc jeden jeszcze taki posiadam. W zamian ludzie z innych rejonów Polski ofiarowywali nam pamiątki przywiezione od siebie. Msza koncelebrowana przez Ojca Świętego, a szczególnie homilia i słowa o naszej „Solidarności”, to była dla nas cudowna uczta duchowa. Ten nastrój pośród identycznie myślących i przeżywających ludzi wyzwolił w nas siłę do dalszej walki. Łzy radości popłynęły wtedy z oczu i poczuliśmy ogromną wdzięczność dla JPII za przypomnienie i głoszenie otwartym tekstem tego wspomnienia o obowiązku SOLIDARNOŚCI. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że za rok „Solidarność” zwycięży, ale bardzo w to wierzyliśmy. Zresztą Ojciec Święty również w to wierzył, ba, on tego był po prostu pewien. Po mszy utworzyła się ogromna manifestacja, a my górnicy z Jastrzębia-Zdroju stanęliśmy na jej czele. Prowadziły nas pod ręce studentki i studenci z Gdańska. Wznosiliśmy okrzyki: „Solidarność zwycięży”, „Solidarność Jastrzębie”, „Gdańsk – Jastrzębie”, „Górnicy z nami”, „Bądźmy razem” i wiele innych. Szliśmy całą szerokością ulicy, ale milicja zaczęła zawężać i rozciągać nasz pochód aby „odcinać końcówki”. W pewnym momencie ZOMO zaatakowało. Zostałem wyciągnięty z manifestacji przez kolegów brata B. Lisa i wyprowadzony bocznymi uliczkami. Okazało się, że przez cały czas opiekowała się nami grupa ludzi z Gdańska.

Jeśli chodzi o naszą działalność na terenie Jastrzębia-Zdroju, to przez pewien czas w maszynowni windy przy ul. Kaszubskiej drukowaliśmy wspólnie z Edkiem Wolnym gazetkę „Manifeściak”, różne ulotki, a od chwili wybuchu strajków w sierpniu 1988 roku odezwy dla strajkujących i wieści na masówki, które opracowywał St. Kosek. W opracowywaniu materiałów do „Manifeściaka” brali udział m.in.: Elżbieta Bardziej, Kaziu Włodarek, St. Kosek, W. Matysiak, W. Wereszczyński i ja również wniosłem w to niejaki wkład. Wielokrotnie spotykaliśmy się w mieszkaniu Elżbiety Bardziej przy ul. Turystycznej. Ela była skromna, ale odważna i dużo pracowała dla TKZ i „Solidarności”. Rodzice Eli bezpośrednio nie uczestniczyli w naszych spotkaniach, ale narażali się. udostępniając nam dla naszych celów swoje mieszkanie. Serdecznie im za to dziękujemy.

W 1988 roku na oddziale ZGM składki płaciło już 59 członków. Wpłata miesięczna była dla wszystkich równa – 300 zł, a dla półetatowców – 150 zł. Jak na ówczesne pieniądze były to kwoty symboliczne, ale to nas jakoś łączyło. Składki przekazywałem St. Koskowi, który był skarbnikiem Tajnej Komisji Zakładowej. Wymienię tylko dwóch członków opłacających składki na naszym oddziale: byli to Poldek Sobczyński i Wojtek Radwan, ten który pomagał Stasi Krauz wynieść sztandar Międzyzakładowej Komisji Robotniczej z Urzędu Miasta, gdzie sztandar został „zaaresztowany” w okresie stanu wojennego. Pozostałych przepraszam, że ich nazwisk nie wymieniłem, ale po prostu zajęłoby to chyba zbyt wiele miejsca. Dodatkowo nasi członkowie przebywający na zwolnieniach chorobowych powyżej określonego czasu otrzymywali od nas paczki. Jeden spośród nas, spoza ZGM-u co prawda, ale człowiek, który pomimo choroby regularnie opłacał składki od 1987 roku, kupował znaczki i inne pamiątki i bardzo cieszył się z każdej mojej wizyty. Był bardzo gorącym patriotą, ale niestety w 1988 roku zmarł, więc jego żonie wypłaciliśmy kwotę statutową – 15 tys. zł, a ze zbiórek od górników KWK Manifest Lipcowy kwotę 45 tys. zł. Wspominam o tych kwotach tylko dlatego, że biorąc pod uwagę symboliczną wysokość składek jednostkowych, świadczą one o zaangażowaniu w pomoc słabszym, właściwie bardzo dużej ilości pracowników naszej kopalni.

Przed 3 Maja 1988 roku kilkakrotnie spotkaliśmy się z T. Jedynakiem, chodziło o zorganizowanie manifestacji z transparentami, konkretnie tutaj, u nas w Jastrzębiu-Zdroju. O ile dobrze pamiętam, planowaliśmy przemarsz z kościoła „na górce” przez dworzec autobusowy na A. Bożka do Urzędu Miasta. Już samego 3 Maja po mszy za Ojczyznę na hasło T. Jedynaka, a byliśmy już dobrze zorganizowani, wyruszyliśmy. Edek Wolny i ja nieśliśmy transparent. Jakie na nim było wypisane hasło, tego już dzisiaj nie pamiętam, w każdym razie na wysokości dworca zaatakowali nas milicjanci i tajniacy. Tajniacy byli ubrani w granatowe marynarki z jakimiś znaczkami w klapach; to był ich znak rozpoznawczy. Na przedzie manifestacji szedł Tadek Jedynak z kilkoma chłopakami. Rozpoczęła się „łapanka”. Milicjanci zaczęli nas pałować i próbowali zwijać wszystkich do suki. W pewnym momencie tajniacy uchwycili Edka Wolnego i zaczęli go ciągnąć w stronę radiowozu. Edek wypuścił transparent. W tym samym czasie dwóch innych esbeków próbowało złapać mnie, więc rzuciłem transparentem w jednego z nich. Ten pierwszy zaplątał się w ten transparent, a drugi po prostu uciekł. Mnie udało się zbiec na ulicę Pomorską. Po chwili dołączył do mnie Edek Tabor, a później jeszcze dwóch innych kolegów, którzy w tych okolicach mieszkali. Od nich dowiedzieliśmy się, że milicja jeździ po mieście i poszukuje uczestników manifestacji. Wsiedliśmy więc czym prędzej do przejeżdżającej taksówki i udaliśmy się do mojego przyjaciela Michała Łukaszewicza. Żona Michała Halina poinformowała moją zaniepokojoną żonę, że przebywam u nich w mieszkaniu. Okazało się, że rzeczywiście suka i esbecki samochód cywilny jeździły po mieście. Wieczorem ok. godz. 22.00 ja i Edek Tabor opuściliśmy mieszkanie Łukasiewiczów i udaliśmy się do własnych mieszkań. Pamiętam, że podczas tej demonstracji zatrzymani zostali T. Jedynak i J. Pleszak i wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam.

W maju uczestniczyłem w kościele „na górce” w wyborach na przewodniczącego MKS-u. Na szefa wybraliśmy wówczas Marka Bartosiaka „Bartka”. Przed wybuchem strajków w sierpniu 1988 roku byliśmy już dobrze do całej akcji przygotowani. Drukowałem ulotki na powielaczu, do których materiały przygotowywał Stasiu Kosek, a które rozprowadzane były podczas „masówek” na kopalni. Sam rozprowadzałem je również w ZGM-ie. Grunt pod strajk był przygotowany. Kiedy 15 sierpnia rozpoczął się strajk na Manifeście, to od nas z ZGM-u na kopalni był chyba Poldek Sobczyński, ale nie daję głowy. Ja od razu wziąłem sobie dwa tygodnie urlopu, natychmiast poszedłem do kościoła „na górce” i wziąłem się za robienie tego, co zazwyczaj robiłem w czasie strajków, tzn. byłem głównie łącznikiem, a poza tym pomagałem jak się tylko dało. „Na górce” był sztab całej akcji protestacyjnej, tam się robiło prawie wszystko. Poprzyjeżdżało tam wtedy mnóstwo cennych ludzi z całej Polski. Pamiętam Zbyszka Romaszewskiego, prawnika Władysława Siłę-Nowickiego, Pawła Czartoryskiego, Henryka Sienkiewicza. Poznałem tych wszystkich ludzi, ale moje zadania były jak zwykle skromne; rozwoziłem „maluchem” żywność po strajkujących kopalniach. W tę żywność zaopatrywali nas rolnicy z całego kraju. Jeździłem tyle, że chyba kilkadziesiąt razy byłem zatrzymywany przez milicję. Wspomnę tu jeszcze o koledze z Żor, który nosił pseudonim „Kaszuba”. Prowadził on sklep rybny i kiedy podczas strajków pojechałem do niego, to on na rzecz strajkujących górników przekazał mi kilkadziesiąt kilogramów ryb. Pewnego dnia zaopatrzenie na Manifest zleciliśmy synom Niny Wolnikowskiej, milicja jednak nie dopuściła ich do protestujących; powrócili z nią „na górkę”. Strasznie się wtedy zdenerwowaliśmy i wspólnie z Niną i Stasią Krauz wróciliśmy z tym jedzeniem na kopalnię i przeszliśmy między pilnującymi milicjantami jak czołg aby dostarczyć prowiant załodze. Zresztą „na górkę” przyjeżdżało też bardzo wiele osób, które nas wspomagały; pamiętam Przemka Miśkiewicza, Anitę Gargas, Michała Lutego, Bogdana Lisa, Danutę Skorenko i ich też trzeba było nakarmić. To było duże przedsięwzięcie logistyczne. Ksiądz Czernecki nie dałby rady wyżywić ich sam. Oprócz zaopatrywania ludzi w żywność, rozwoziłem po kopalniach prasę i ulotki, takie „newsy” na dany dzień. Podwoziłem również księży pod kopalnie; oni potem różnymi, dziwnymi często drogami na teren zakładów się przedostawali. Kiedy przewoziłem na kopalnię Morcinek księży A. Wieczorka i W. Zajusza, ZOMO i milicja nie chcieli nas przepuścić, to jakimiś bocznymi dostaliśmy się w końcu na kopalnię. Niejednokrotnie musiałem przeczekiwać w obcych mieszkaniach u zaufanych ludzi na zmierzch, abym mógł jakoś się przedrzeć między patrolami milicyjnymi. Jeszcze tylko wspomnę, że z „górki” przewoziłem Mariana Nowaka na kopalnię Moszczenica, tuż przed zjazdem tych najbardziej wytrwałych górników na dół kopalni. Oni tam na Moszczenicy kontynuowali strajk na dole jeszcze trzy dni po zakończeniu strajku na powierzchni, a M. Nowak przewodził tej grupie. 3 września zakończył się strajk na Manifeście. Po legalizacji NSZZ „Solidarność” uczestniczyłem w organizacji struktur związkowych w ZGM i zostałem jej pierwszym przewodniczącym na oddziale. W lutym 1989 roku byłem na Kongresie Opozycji Antyustrojowej. Przed wyborami z czerwca 1989 roku zaangażowałem się w pracę Komitetu Obywatelskiego w Wodzisławiu i Jastrzębiu.

Niestety, z perspektywy czasu uważam, że Wałęsa wraz całą swoją ekipą w 1989 roku poszedł na ugodę z komunistami, co dzisiaj zresztą uwidacznia się w postaci stanowisk i bogactwa byłych dygnitarzy partyjnych. I chociaż mamy nie do końca wolną Polskę, tym niemniej uważam, że warto było walczyć, a inna sprawa, że walkę, może innymi metodami, należy kontynuować w dalszym ciągu. Aż do zwycięstwa!

Terenowe Biuro Stowarzyszenia Pokolenie, Jastrzębie-Zdrój, 27 VIII 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński