L00090 Wiolleta Osiak

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Wioletty Osiak

Urodziłam się 7 sierpnia 1960 roku w Pyskowicach, ale od dzieciństwa mieszkałam w Zabrzu. Tam mieszkali również moi dziadkowie, którzy do Polski przyjechali z Francji. Ponieważ mój dziadek przepracował wiele lat za granicą, otrzymywał również emeryturę francuską. Mnie osobiście nie żyło się źle za komuny, bo część rodziny pozostała na Zachodzie i przysyłali nam paczki z żywnością i ubraniami. Chodziłam w dżinsach, wiedziałam, co to są orzeszki ziemne, ananasy, daktyle czy gumy do żucia. Nie miałam tego tylko i wyłącznie na święta. Dziadek wspomagał nas również finansowo. Każdemu wnukowi co miesiąc wpłacał jakąś kwotę na książeczkę oszczędnościową. Nasza rodzina biedy nie odczuwała, ale przecież widziałam, jak żyją inni. Najgorzej żyło się dzieciom robotników. Matki i ojcowie pracowali od rana do wieczora, przeważnie na zmiany. Kobiety stały w gigantycznych kolejkach, by kupić kawałek jakiegoś ochłapu. Mężczyźni gonili za każdym groszem. Ludzie, jeśli tylko mogli, to wyjeżdżali z Polski.

Mieszkaliśmy w Zabrzu w dwupiętrowym bloku. Była to istna wieża Babel. Mój tata urodził się we Francji, naprzeciwko nas mieszkała Niemka, pod tą Niemką mieszkała Czeszka, naprzeciwko niej Rosjanin, a pod tym Rosjaninem dwie polskie rodziny. Tych ludzi do Polski przywiała wojna. Wszyscy staraliśmy się dobrze ze sobą żyć. Kilka bloków od nas mieszkali Cyganie, więc na podwórku bawiłam się z cygańskimi dziećmi. Ciekawe miałam dzieciństwo.

Na mieszkanie w tamtych czasach czekało się bardzo długo. Moi rodzice czekali w Zabrzu około 20 lat. W końcu dostaliby kawalerkę, ale mój wujek zaproponował, aby przyjechali do Jastrzębia-Zdroju, bo tutaj o mieszkanie było dużo łatwiej. Do Jastrzębia przyprowadziliśmy się w 1971 roku. Początkowo byłam przerażona, bo jednak Zabrze to było miasto, a Jastrzębie było wielkim placem budowy. Wszędzie było pełno błota. Rodzice kupili mi wtedy pierwsze w życiu gumowce. Miałam blisko do szkoły, bo mieszkałam na ulicy Pomorskiej, a chodziłam do szkoły nr 7, ale i tak te gumowce gubiłam w tej glinie. Chociaż na początku byłam przerażona, to jednak w Jastrzębiu było widać postęp. Przybywało nowych bloków mieszkalnych i drzew. Powoli robiło się zielono.

Jak wszyscy pamiętamy, propaganda epoki gierkowskiej była bardzo dostrzegalna, a tu przychodzi rok 1976 i nagle w sklepach zaczyna brakować podstawowych produktów. Produkowaliśmy wszystkiego o 1000% więcej, a nigdzie niczego nie można było dostać. Podstawowe braki w zestawieniu z oficjalną propagandą – to była jakaś groteska.

Zaczęłam naukę w Liceum Ogólnokształcącym w 1975 roku. Dyrektorką naszej szkoły była pani Głogowska. Chodziłam do babskiej klasy i pewnego dnia pani dyrektor kazała przynieść nam na drugi dzień zdjęcie do legitymacji, jakąś kwotę pieniędzy i ładnie się ubrać, tzn. biała koszula i granatowa spódnica. Zaprowadzili nas pod halę sportową, ustawili w dwuszeregu. Przyjechała telewizja z Katowic i jakiś redaktor z Dziennika Zachodniego. Zaczęli nam wręczać jakieś legitymacje. Co się okazało? Okazało się, że cała nasza klasa wstąpiła w nieświadomości do ZSMP. Potem słyszałyśmy w radiu czy telewizji, że wzrosły szeregi młodzieży socjalistycznej.

Sierpień 1980 roku zastał mnie na koloniach w Koszarawie, w Beskidach. Dorabiałam sobie wtedy jako opiekunka. Tam nie docierały ani gazety, ani specjalnie nie słuchało się radia, ani nie oglądało się telewizji. Sierpień minął mi jakoś w nieświadomości tego, co się w kraju dzieje. Pracowałam wtedy w SP nr 7 jako wychowawca świetlicy. Kiedy rozpoczął się karnawał „S” i zaczęły do nas docierać prawdziwe informacje o naszej sytuacji, to dopiero wtedy elementy tej dziwnej układanki zaczęły do siebie pasować. Zrozumiałam, skąd wziął się ten bunt. Przecież nikt z nudów nie wywołuje powstań czy strajków! Ludzie byli zrozpaczeni i nie potrafili już dłużej znieść tej paranoicznej sytuacji.

Ze środowiskiem górniczym miałam niewiele wspólnego, ale widziałam jak bardzo podzieliło się moje środowisko nauczycielskie. Niestety większość nauczycieli przyjęła stanowisko prorządowe. Nie wiem, czy wśród nas byli konfidenci, nie miałam tak dobrego rozeznania. Pamiętam, że prowadziliśmy ożywione dyskusje i przysłuchiwałam się wszystkim bardzo uważnie.

Wprowadzenie stanu wojennego spowodowało we mnie przełom. Uczyłam się wtedy w Krakowie w studium turystycznym. Zajęcia odbywały się w weekendy. Nocowaliśmy tam na miejscu. W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku również byłam w Krakowie w akademiku. Słuchaliśmy radia, jakiejś listy przebojów. Nagle muzyka się urwała, a radio zaczęło buczeć. Pomyśleliśmy, że odbiornik zaczął szwankować, i poszliśmy spać absolutnie nieświadomi sytuacji. Rankiem w akademiku dało się odczuć jakieś zamieszanie, ludzie biegali po korytarzach i dopiero portier poinformował nas, że jest wojna. Byłam przerażona. Do domu nie można się było dodzwonić. Nie wiedziałyśmy, czy zajęcia w ogóle się odbędą. W końcu pojechałyśmy do tej szkoły i okazało się, że zajęcia zostały odwołane. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam pojazdy wojskowe na ulicy i usłyszałam ten ogłuszający huk. Wszyscy się baliśmy. Nasi koledzy odwieźli nas do Katowic i powsadzali do autobusów.

Kiedy przywrócili zajęcia w szkole, to żeby dostać się do Krakowa, trzeba było co dwa tygodnie stać w kolejce w Urzędzie Miejskim po przepustkę. Chyba ze dwa razy stanęłam w tej kolejce, aż w końcu się zbuntowałam. Stwierdziłam, że mam tego dosyć, i zaczęłam jeździć do Krakowa bez tej przepustki. Szczęśliwie udawało mi się, widocznie mam wygląd nie wzbudzający podejrzeń. Pracowałam wtedy w Szkole Podstawowej nr 7. Byli u nas nauczyciele związani z konspiracją i z kościołem „na górce”. Zbierali oni w dniu wypłaty tzw. resztówki na rzecz osób represjonowanych i więzionych. Na pewno robili to pani Rydel, Staszek Grzesiowski i Alina Podmagórska.

Potem rozpoczęłam pracę w Szkole Podstawowej nr 13. Razem ze mną pracowała tam Hanka Danecka. Dyrektorka naszej szkoły poinformowała nas, że wuefista Józef Bek jest dyrektorem do spraw politycznych w naszej placówce. On mnie lubił, gdyż według niego byłam podobna do Ireny Jarockiej. W związku z tym miałam u niego fory. Któregoś jesiennego dnia po pracy kazali nam wszystkim młodym zostać w szkole. Zebrała się taka komisja, w skład której wchodził właśnie ten pan Bek oraz jeszcze jakaś osoba z Urzędu Miejskiego i tak przyjmowali nas po kolei. Stanęłam przed nimi, oczywiście Bek rozanielony powiedział do mnie: „Pani Wiolu, my potrzebujemy młodej krwi, czy nie zechciałaby pani wstąpić w nasze szeregi?” Zdziwiłam się, ale oznajmiłam im, że nie chcę wstępować w żadne szeregi. On na to zapytał, czy w takim razie nie zechciałabym podjąć studiów na WUML-u. Ja mu na to odpowiedziałam, że chciałabym studiować, ale nie to, co mi proponują, tylko geografię. Poinformował mnie, że może coś się da załatwić. Opuściłam to pomieszczenie. Zaraz po mnie stanęła przed nimi Hanka Danecka, ale musieli potraktować ją nieprzyjemnie, bo wyszła stamtąd z płaczem. Hanka była twarda i honorowa, nie chciała nam się przyznać, co oni jej tam nagadali. Wczesną wiosną następnego roku zostałam wezwana „na dywanik” przez panią wicedyrektor Siemieniewską. Powiadomiła mnie, że od października mogę rozpocząć studia. Jeśli chodzi o Hankę to był to jej ostatni rok pracy w tej szkole. Zmusili ją do tego, aby się zwolniła. Po prostu była nieprawomyślna.

Mojego męża Lecha poznałam właśnie przez Hankę wiosną 1987 roku. Lech przez jakiś czas u niej mieszkał. Hanka opowiadała mi o nim, że działa w opozycji i że siedział za to w więzieniu. Chciałam go poznać z czystej ciekawości. Lechu nie ukrywał przede mną tego co robi, więc od razu byłam wprowadzona w temat. W sierpniu tego roku razem zamieszkaliśmy. Co prawda już miałam swoje mieszkanie na osiedlu nr VI, ale zamieszkałam u Lecha na ul. Kurpiowskiej, bo miałam bliżej do pracy.

Lechu od razu wciągnął mnie do roboty opozycyjnej. Przepisywałam cudze teksty, pisałam swoje. Robiło się to w ten sposób, że na kartce papieru w kratkę co kratka wstawiało się jeden znak, aby wiedzieć, ile znaków zmieści się w wierszu. Chodziło o to, aby później przy przepisywaniu na maszynie szło to w miarę szybko. Korekty przy pomyłkach robiło się pastą do zębów. Z dzisiejszego punktu widzenia były to śmieszne problemy. Wiadomo, że maszyna do pisania stuka, a tu przecież pełna konspiracja, więc podczas przepisywania trzeba było włączać radio, aby zagłuszać odgłosy maszyny. Jeśli chodzi jeszcze o to moje mieszkanie na oś. nr VI, to tam zainstalowali się ludzie z PPS-u, Grzegorz Ilka i Małgorzata Ponulak ps. Ruda. W gorącym okresie strajkowym byli niezwykle aktywni i pożyteczni. Później w tym lokalu wydawane były pierwsze numery „Gazety Jastrzębskiej”. Ponieważ mieszkanie Lecha było swoistą skrzynką kontaktową, o newsy nie było trudno. Opracowywałam je między innymi dla „Gazety Jastrzębskiej”. Współpracowałam także z pismami: „SPiS”, „Wolność” i jastrzębskimi pismami SW. Pamiętam pierwsze spotkania redakcyjne, w których brałam udział wraz z Markiem Bartosiakiem („Bartek”), Lechem, Andrzejem Kamińskim i Michałem Brewczykiem. Nagrywaliśmy również audycje radiowe SW, które potem były emitowane tak po partyzancku. Lechu z kolegami (Wojciech Szczęsny, Robert Rychel i oczywiście „Bartek”) różnymi sobie znanymi sposobami zmieniali głos lektora. Nie znam się na tym, bo nie jestem „politechniczna”. W każdym razie nie za bardzo im się to udawało, bo kiedy puszczaliśmy w domu taśmę z jakimś moim nagraniem, to moja córka Ola, która wtedy była malutka, od razu mnie rozpoznała: „O, mama”.

Nadszedł sierpień 1988 roku. 11 albo 12 sierpnia przyszedł do nas „Bartek” Marek Bartosiak i powiedział, że w poniedziałek (15 sierpnia) zatrzymuje kopalnię. Lechu odpowiedział mu na to: „Ale ja się jutro żenię”. Ślub mieliśmy 13 sierpnia i to gdzie... w kasynie milicyjnym! Bartek musiał zostać sam. Myśmy wzięli ślub i rozpoczęło się wesele w tym kasynie, ale tak koło północy zaczęli pojawiać się jacyś dziwni panowie. Wzięli na bok szefową kasyna i dali jej do zrozumienia, że będzie lepiej jak ta impreza się czym prędzej zakończy. Nasze wesele w sumie zakończyło się krótko po północy.

W niedzielę jeszcze był spokój, ale w poniedziałek naprawdę się zaczęło. Pierwszy stanął Manifest Lipcowy. Do nas na Kurpiowską, do tej kawalerki Lecha zjechało się chyba z 10 osób z całej Polski. Gościli u nas m. in. Anita Gargas i znany nam wcześniej dysydent litewski Leonidas Wilkas. Przewijali się dziennikarze z Reutersa, BBC oraz mediów francuskich. Siłą rzeczy musiałam również udzielać im wywiadów. Sypialiśmy na materacach, jeden koło drugiego, jak śledzie w beczce. W Jastrzębiu odcięli wszystkie telefony, ale dzięki Rożakowi i jego ekipie nasz telefon stale był czynny. Co nas odłączali, to chłopcy z telekomunikacji nas podłączali. Mieliśmy chyba jedyny cywilny telefon czynny w całym mieście. Dzwonili do nas z Wolnej Europy, z Głosu Ameryki. Tadek Jedynak, który siedział wtedy w Australii, właśnie od nas dowiedział się, co się dzieje, i momentalnie wrócił do kraju i bardzo nam pomagał. To małe nasze mieszkanko na Kurpiowskiej stało się nieoficjalnym biurem prasowym opozycji na naszym terenie. Potem niektórzy mieli do nas o to pretensje, że byliśmy samozwańczymi rzecznikami, ale przecież działało się na gorąco. Informacje musiały iść w świat. Byłam potwornie zmęczona. Kiedy zadzwonił do mnie kolega z gratulacjami z okazji zamążpójścia, a ja nie spałam już dwie doby, to wydawało mi się, że siedzę na skraju wanny z prysznicem przy uchu i że za chwilę do tej wanny wpadnę. Z domu wychodziłam tylko, żeby przenieść pieniądze lub ulotki do kościoła „na górce”. Miałam taką sukienkę z pagonami i wszywali mi pieniądze w te pagony. Kursowałam z tą kasą do kościoła i z powrotem. Oficjalnie chodziłam z dzbankiem po wodę do źródełka, które znajduje się w pobliżu kościoła. Któregoś dnia udało mi się zwiać esbekom, którzy już mnie namierzyli... ale nie na długo, bo po kilku godzinach przyszli do nas. Wpadła do nas cała ekipa. Pamiętam takiego łysego esbeka, typ nordycki. Wszedł do mieszkania, na co Lechu do mnie powiedział: „Dzwoń do adwokata”. Złapałam za słuchawkę, ale ten esbek nie pozwolił mi zatelefonować. Zgarnęli wtedy Lutkę Wujec, Martę Voit i właściwie całe towarzystwo oprócz mnie. Przez miesiąc miodowy ani razu nie byliśmy sami. Przetrzymali ich ze trzy godziny na komendzie, przesłuchali i wypuścili. Lutka potem opowiadała, że ten esbek próbował ją prymitywnie zawstydzić, mówiąc jej, że młodym po ślubie taka doświadczona kobieta powinna dać święty spokój, a nie mącić im w głowach. Zdrowo się z tego uśmieliśmy. A propos inteligencji jastrzębskich esbeków... To było jeszcze przed strajkami. Nad nami mieszkał taki „wesoły Romek” i jak czasami zrobił zbyt głośną imprezę, to sąsiedzi wzywali milicję. Któregoś dnia wyszłam z psem na spacer i kiedy wracałam, przed wejściem do bloku na parkingu zauważyłam radiowóz milicyjny. Pomyślałam sobie, że pewno do nas albo do „wesołego Romka”, a u nas mieszkanie całe zawalone było ulotkami. Wjechałam windą na czwarte piętro, patrzę – przed drzwiami stoi pan w cywilu. Pomyślałam: „Aha, jednak do nas”. Zapytałam tego esbeka: „Co? Nikogo nie ma?” Esbek odpowiedział: „Nie ma”. A ja na to: „Cholera, nigdy nie można ich zastać”. Zjechałam z nim windą na dół. No, nie wykazał się ten esbek zbytnią przenikliwością. Chciałam wspomnieć, że w tych latach myśleliśmy o jakiejś działalności zinstytucjonalizowanej i tak na początku 1989 roku powstało w Jastrzębiu Towarzystwo im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego zostałam wiceprzewodniczącą. Organizowaliśmy się właśnie po to, by na fali odradzania się uczuć patriotycznych i wolnościowych w różnych formach aktywizować lokalną społeczność.

3 września Wałęsie udało się wygasić strajk na Manifeście. Powiem szczerze, on nigdy nie był idolem mojego środowiska. Byliśmy związani z Solidarnością Walczącą i mieliśmy zdecydowanie bardziej radykalne poglądy. Przebaczanie bez skruchy ze strony winowajców nie ma żadnego sensu, a Wałęsa z Michnikiem na siłę wszystko komunistom przebaczyli. Skoro Jaruzelskie i Kiszczaki do dzisiaj czują się niewinni, to niby co ja mam im przebaczyć?

Solidarność Walcząca kontestowała oczywiście wybory z 4 czerwca 1989 roku, bo dla nas to nie były żadne wolne wybory. Patrząc wstecz, mogę jednak powiedzieć, że nie wszystko z ostatnich 20 lat było złe. Mamy jednak paszporty w szufladach, możemy sobie pojeździć po świecie. Zatrważają mnie jednak te resentymenty do PRL-u. Często się słyszy: „Komuno wróć”, a rozsądny człowiek zastanawia się, czy ci, którzy tak tęsknią za PRL-em, przypadkiem nie zgłupieli. Wszyscy pracowali, a niczego nie było. Nie było bezrobocia, bo robotę, którą dzisiaj wykonuje jeden człowiek, wtedy wykonywało pięciu. Mówią, że jesteśmy niegospodarnym narodem, a to guzik prawda. Jesteśmy narodem jak każdy inny. Weźmy dla przykładu Niemcy. Jeden naród podzielony przez wypadki historyczne przez kilkadziesiąt lat na socjalistyczny wschód i kapitalistyczny zachód... Dalej Korea Północna i Korea Południowa – nawet nie ma porównania... Kapitalizm sprzyja rozwojowi, natomiast socjalizm uwstecznia gospodarczo i cywilizacyjnie. Niektórych należałoby wysłać na roczne wczasy do Korei Północnej. Gwarantuję, że to by ich wyleczyło z socjalizmu na całe życie! Rozumiem, że wielu ludzi, którzy niby tęskni za PRL-em, tak naprawdę rozpamiętuje minioną młodość, ale na litość boską! – niech im się to nie myli! Ci ludzie nie chcą i nie potrafią nauczyć młodych zamiłowania do prawdziwej wolności. Potrafią powiedzieć tylko jedno: „Róbta co chceta, nic nas nie obchodzita”. Ja jakoś potrafiłam nauczyć moją córkę uczciwości i przyzwoitości. Staramy się być szczerzy wobec niej i nie mamy najmniejszego powodu, aby jej nie ufać. Komputer i telewizor nie zastąpi rodzica i niech mi nikt nie mówi, że rodzice są aż tak zapracowani, że w ciągu dnia nie znajdą chwili czasu na rozmowę z dzieckiem. To jest tanie usprawiedliwianie lenistwa dorosłych. Skoro nie mają czasu dla dzieci, to niech sobie ich nie robią.

Dzisiaj o ludziach, którzy kiedyś tam walczyli o tę naszą wolność, myśli się tylko wtedy, kiedy się o nich słyszy. Jeśli pokarzą cię w mediach, to ktoś powie: „O! Znam jego czy ją”, ale w ogóle to ludzie są raczej obojętni na myślenie kategoriami historycznymi. Komuniści kiedyś mieli władzę, a teraz mają kasę. Wystarczy przyjrzeć się prezesom jastrzębskich banków, przecież to wszyscy byli komuniści. Pozwalamy na to, aby media nami manipulowały, i wpadamy w swoistą hipnozę samozadowolenia. Jak mnie irytują opinie moich koleżanek, przecież wykształconych kobiet, opinie typu: „Na kogo idziesz głosować? Na Kwaśniewskiego, bo jest przystojny”. No, cholera, czy to są wybory jakiegoś Mistera Uniwersum, czy kochanka sobie idą wybierać? Chodzi przecież o to żeby wybrać sensownego i uczciwego człowieka. I ludzie narzekają potem i narzekają, a kiedy przychodzi do wyborów, to wybierają, jak im telewizja każe. Według mnie pierwszym panaceum na ten cały marazm jest dogłębna lustracja, aż do bólu, a potem sensowna edukacja, bo nie wierzę w to, że do ludzi nie można dotrzeć. Jastrzębie Zdrój, 29 grudnia 2009

Spisał Mirosław Śliwa