L00091 Robert Pastryk

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Roberta Pastryka==

Pierwszy mój kontakt z opozycją miałem przez sąsiadkę Anię Ochojską, która była działaczką Solidarności w TKS-ie. Miałem wówczas 15 lat i rozpocząłem naukę w liceum (rok szkolny 1980/1981). Jak każdy chłopak w tym wieku, przechodziłem okres buntu. Poszukiwałem wolności, kwestionowałem panujący porządek i ten mój bunt pani Ania ukierunkowała w stronę działalności opozycyjnej. Zaprzyjaźniłem się z jej synem Wojtkiem, był dwa lata ode mnie starszy, ale chodziliśmy do tego samego liceum. Pamiętam, jak obaj chodziliśmy po szkolnych korytarzach z wpiętymi znaczkami „Solidarności”. Oprócz tego bardzo interesowaliśmy się fotografią.

13 grudnia wybuchł stan wojenny i z samego rana internowali panią Anię. Pojechaliśmy z Wojtkiem na miasto robić zdjęcia. Objechaliśmy pół miasta, robiąc zdjęcia ulicom, po których jadą czołgi i chodzi wojsko. Tego samego dnia wieczorem wypuścili panią Anię do domu. W jej mieszkaniu zebrali się sąsiedzi, żeby posłuchać, co się działo na komisariacie. Pani Ania przyznała, że podpisała lojalkę, żeby móc wrócić do domu. Wojtek się wściekł i zrobił jej awanturę, że mogła niczego nie podpisywać. Ona się prawie popłakała, tłumacząc, że zrobiła to tylko po to, by wrócić do dzieci.

Zaraz po powrocie do pracy rozpoczęła intensywnie działać w podziemiu i kolportować bibułę. Pod koniec grudnia 1981 za pośrednictwem pani Ani wpadły mi w ręce pierwsze egzemplarze pisma wydawanego w podziemiu. W naturalny sposób zacząłem rozprowadzać to w moim liceum. W ten sposób włączyłem się w kolportaż podziemnej bibuły. Do tego brałem oczywiście udział w demonstracjach (1, 3 maja i 31sierpnia 1982). Na szczęście udało mi się uniknąć aresztowania i oprócz paru razów pałą wyszedłem cało z tych demonstracji. Gdy zdałem maturę w 1984 roku, poddałem się owczemu pędowi i razem z większością znajomych złożyłem papiery na SGPiS. W ostatniej chwili stwierdziłem, że to jednak nie dla mnie, i nie podszedłem do egzaminów wstępnych. Ponieważ moja mama była lekarzem psychiatrą, miałem kategorię E i wojsko mi nie groziło. Rok później historia się powtórzyła. Tym razem miałem zdawać na filozofię, ale znów z jakiegoś głupiego powodu w ostatniej chwili wycofałem się. W tym samym czasie na uczelni zaczął rozwijać się NZS. Niestety zaczęto mnie wzywać na komisję wojskową i zmieniono mi kategorię, więc już musiałem rozpocząć jakieś studia.

W 1986 roku dostałem się na socjologię. Tak naprawdę to miałem już wcześniej kontakt z NZS-em z racji tego, że zajmowałem się kolportażem. Moja sytuacja rodzinna tak się potoczyła, że w wieku 20 lat mieszkałem sam w trzy pokojowym mieszkaniu. Można powiedzieć, że z tego powodu byłem jeszcze bardziej atrakcyjny dla NZS-u, bo byłem człowiekiem „sprawdzonym” i można było u mnie składować bibułę. Kontakt z NZS-em miałem przez Tomka Ziemińskiego. Ponieważ na socjologii nie działał NZS, więc stałem się kontaktem na tym wydziale.

Na przełomie lat 1986/1987 w podziemiu pojawił się Serwis Informacyjny Solidarności (SIS). Było to wydawnictwo podziemne pełniące funkcję serwisu prasowego, wydawane pospiesznie i w niewielkim nakładzie, a przeznaczone dla rozwijających się podziemnych redakcji. Podobny pomysł pojawił się u nas na uczelni. Wraz z Ziemińskim chcieliśmy wydawać biuletyn w kilkudziesięciu egzemplarzach. U mnie w mieszkaniu pisaliśmy tekst na maszynie, a później powielaliśmy go na ksero. Do kserokopiarki mieliśmy dostęp poprzez mojego kolegę z liceum Irka Kurzyńskiego. Mama Irka pracowała w spółdzielni mieszkaniowej i tam udostępniała nam ksero. W tym biuletynie zamieszczaliśmy kilka informacji głównie z warszawskiego NZS-u, ale z czasem próbowaliśmy dotrzeć także do środowisk pozawarszawskich. Staliśmy się namiastką podziemnej studenckiej agencji prasowej. Tak właśnie powstawał biuletyn informacyjny Centrum Informacji Akademickiej (CIA). U mnie powstało kilkanaście egzemplarzy tego biuletynu. Z czasem okazało się, że jest na to duże zapotrzebowanie. Nakład rósł i zaczęły być problemy z powielaniem na ksero. Mama Irka nie była w stanie załatwić tyle papieru (wówczas artykuł reglamentowany) i miała trudności z wynoszeniem takiej ilości kserówek. Było jasne, że nie możemy dalej narażać tej pani, i z czasem przeszliśmy na sito i offset. Poligrafią zajmował się Zimol, natomiast ja zbierałem materiały. W druku pomagały nam różne redakcje. W pewny momencie w podziemiu pojawiło się wydawnictwo , które wprowadziło na offsecie zdjęcia. Informacji do CIA przybywało i nakład rósł, więc też postanowiliśmy wejść ze zdjęciami. Rozpoczęliśmy współpracę z Krzysztofem Millerem (obecnie fotoreporter wojenny gazety Wyborczej). Z nim wiąże się zabawna anegdota, gdyż w jednym ze swoich albumów wspomina, że to ja zaraziłem go pasją do fotografii. Było to mniej więcej tak, że gdy weszliśmy do biuletynu ze zdjęciami, zapadła wśród nas konsternacja, kto ma te zdjęcia robić, niewiele się zastanawiając wskazałem palcem na Krzyśka i powiedziałem: „Ty będziesz robił”. Tak właśnie rozpoczęła się jego przygoda z aparatem fotograficznym. Ponieważ sam kiedyś interesowałem się fotografią, to miałem w mieszkaniu ciemnię i sprzęt do wywoływania zdjęć. Przekazałem ten cały majdan Krzyśkowi i pierwsze jego zdjęcia powstały właśnie na moim sprzęcie. Dzięki zdjęciom nasza gazetka zyskała na atrakcyjności i z czasem stała się głównym organem prasowym.

Pod koniec roku 1987 odbył się w Gdańsku podziemny zjazd komisji krajowej NZS-u. Na tym spotkaniu pojawił się pomysł, aby zacząć powoli przechodzić do działalności półjawnej (na kształt działalności WiP-u tj. ruchu Wolność i Pokój). Półjawność miała polegać na tym, że do wiadomości publicznej poda się nazwiska przywódców NZS-u i ujawni się adresy kontaktowe, natomiast cała działalność będzie nadal utajniona. Zaproponowano mi, żebym się ujawnił. Zgodziłem się. Miałem samodzielne mieszkanie z telefonem i pełną swobodę działania, więc z praktycznego punktu widzenia nadawałem się do ujawnienia. W następnym numerze CIA na ostatniej stronie zamieszczono informację, że przedstawicielem centrum wydawnictwa NZS jest Robert Pastryk, i podano mój numer telefonu i adres. Stałem się nieformalnym rzecznikiem prasowym NZS-u. Zaczęli do mnie docierać dziennikarze. Zadzwonił do mnie Jan Minkiewicz, korespondent Wolnej Europy w Amsterdamie. Zaproponował mi, żebym kilka razy w tygodniu opowiadał w Wolnej Europie o NZS-ie. Zbierałem informacje, w okolicy godziny 16.00 dzwonił do mnie Jan Minkiewicz i nagrywał moje wypowiedzi, po czym o godzinie 22.00 w wydarzeniach Wolnej Europy te rozmowy telefoniczne były emitowane. Gdy ludzie usłyszeli o mnie w radio, zaczęto coraz więcej do mnie dzwonić i informować o różnych akcjach w całej Polsce. W ten sposób zacząłem pełnić funkcję „przekaźnika” podziemnego NZSu.

Na przełomie lutego i marca 1988 roku następuje ujawnienie dziesięciu działaczy komitetu założycielskiego warszawskiego NZS-u. Byłem w tej dziesiątce, jako że ujawniłem się już wcześniej. Tak naprawdę to była tylko część zarządu. Parę osób pozostało w ukryciu do końca. To nasze ujawnienie było wystawieniem się na represje ze strony władz. Było parę rewizji, kilka osób zatrzymano na 48 godzin, ale nic poważniejszego nas nie spotkało. Pamiętam nawet zabawną historie związaną z jednym z moich zatrzymań... Siedziałem pewnego popołudnia u mnie w mieszkaniu z Joanną Kluzik (dziennikarką tygodnika „Mazowsze”) i pisaliśmy na dwóch maszynach artykuły. Wokół nas na stole pełno bibuły, jakieś ulotki. W pewnym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Wstałem i otworzyłem nie zajrzawszy nawet przez wizjer. Mocno się zdziwiłem ujrzawszy dwóch milicjantów (była to nietypowa sytuacja, gdyż aresztowań dokonywano o 6.00 rano, a było około 17.00). Milicjanci weszli i oświadczyli, że mam się zbierać ponieważ jestem zatrzymany. Zajrzeli do pokoju, a tam dwie maszyny, pełno bibuły i przerażona Aśka... Spojrzeli tylko na to i nic, nawet nie zapytali, co robimy. Upewniłem się, czy będę zatrzymany na 48 godzin. Zostawiłem Asi klucze i umówiłem się z nią, że odda mi je na sobotniej imprezie u Krzyśka. Ta historia pokazuj, że esbecja już wtedy „odpuściła”. Robili tylko to, co im kazali, nie interesując się naszą działalnością. Był rok 1988 i myślę, że dwa lata wcześniej przekopaliby mi całe mieszkanie, a może nawet zamknęli do więzienia. Z tego co pamiętam, nawet się im już nie chciało mnie przesłuchiwać... Otwierali tylko moją teczkę, zadawali kilka pytań, kazali podpisać protokół i puszczali do domu.

Inną, już mniej zabawną historią była akcja, którą zrobiliśmy, gdy Gorbaczow przyjechał do Polski. Brało w niej około dziesięciu osób. Weszliśmy na wiaty przystanków autobusowych w okolicy hotelu Forum, przy głównym warszawskim rondzie. Mieliśmy ze sobą transparenty z antyradzieckimi hasłami. Zaczęliśmy z tych przystanków rzucać ulotki, w wyniku czego zakorkowało się całe rondo. Auta trąbiły, przechodnie klaskali, ogólnie zrobił się rejwach. Przyjechała milicja i próbowali nas namówić, żebyśmy zeszli z tych wiat. Nie potrafili nas ściągnąć, więc wezwali grupę antyterrorystyczną. Weszli na te przystanki, skopali nas na dół, skuli, wrzucili do suki i zawieźli na komisariat. Po 48 godzinach zaczęli nas wypuszczać. Jako pierwszy zostałem wezwany na depozyt, dostałem swoje rzeczy i kazali mi się wynosić. Wyszedłem na zewnątrz i usiadłem na krawężniku, żeby włożyć sznurowadła do butów. Nagle widzę jak suką wiozą resztę moich kolegów! Jeden z nich walił w szybę i krzyczał do mnie, że wiozą ich na kolegium na Nowogrodzką. Okazało się, że ubecy postanowili mnie jako jedynego wypuścić bez kolegium, żeby podważyć zaufanie, którym darzyli mnie koledzy. Byłem tak przerażony, jak zobaczyłem ich w tej suce, że chyba zrobiłem rekord w sprincie, biegnąc na Nowogrodzką. Wpadłem na to kolegium i tam Janek Szczerba poklepał mnie po plecach, mówiąc, bym się nie przejmował, bo to stary numer uboli.

Tak mija rok 1988. Przez ten czas CIA stała się największą gazetą w podziemiu. Nakład wahał się od 3 do 5 tysięcy egzemplarzy. Redakcja w dalszym ciągu była u mnie w mieszkaniu. Przybywało coraz więcej pomocników. Zaczęliśmy pracować nad audycją radiową. Razem z Markiem Zalewskim nagraliśmy kilka audycji radia NZS. Pamiętam, że mieliśmy problem z dżinglem, a konkretnie chodziło o gong rozdzielający poszczególne wiadomości. Wypróbowaliśmy do tego celu wiele rzeczy: kufle od piwa, kieliszki i pokrywki garnków, jednak dźwięk, który nam idealnie przypasował, udało się uzyskać przez uderzenie tłuczka do mięsa o pokrywę pralki Frania. Natomiast wstępem był nieoficjalnie wydany utwór „Polska” zespołu KULT. Działalność podziemna szła pełną parą. Byłem tak mocno zaangażowany, że przerywałem studia.

Nadchodzi rok 1989 a wraz z nim Okrągły Stół. Jako przedstawiciel niezależnej prasy studenckiej brałem dział w konferencjach prasowych Urbana. Ogarnęło mnie poczucie, że działanie w wolnej Polsce jest nie dla mnie. W maju 1989 roku jeszcze przed wolnymi wyborami wyjechałem do Holandii. CIA przejęła moja późniejsza żona Joanna Szymanderska, która została również pierwszym legalnym rzecznikiem prasowym NZS-u. Do Polski wróciłem w lipcu 1990 r. Sympatyzowałem z różnymi organizacjami, ale nie zajmowałem się już żadną działalnością polityczną.