L00092 Józef Patyna

Z Encyklopedia Solidarności

Relacja Józefa Patyny

Moja rodzina starała się jakoś przetrwać czasy okupacji niemieckiej, a później komunizmu. Nie było wśród nas bohaterów biorących udział w walkach. Ojciec, słuchając radia Wolna Europa, miał świadomość, że naraża na represje nie tylko siebie, ale i całą rodzinę. Z reguły odbywało się to w ten sposób, że mama wyglądała przez okno, a ojciec słuchał radia albo na odwrót. Opozycjonistą byłem chyba „od urodzenia”. Pamiętam dobrze taki dzień, gdy byłem w piątej klasie szkoły podstawowej i rano po wejściu z kolegą do klasy zauważyliśmy brak krzyża na ścianie. Poszliśmy do ks. proboszcza powiedzieć, co się stało, i chcieliśmy, by nam to wytłumaczył. On dał nam nowy krzyż, z którym pobiegliśmy do szkoły i powiesiliśmy go w klasie na ścianie, na wprost biurka nauczycielki. Kierowniczka szkoły rozpoczęła dochodzenie. Oczywiście przyznaliśmy się, za co wymierzyła nam karę cielesną tzn. dostaliśmy „po łapach”. Poskarżyłem się w domu i w konsekwencji w najbliższą niedzielę po mszy przed kościołem doszło do wielkiej awantury pomiędzy kierowniczką i naszymi rodzinami. W rezultacie cała okolica dowiedziała się o tym incydencie. Tak zaczęła się „moja działalność w opozycji”, chociaż nie rozumiałem tego wszystkiego.

Później, od 1963 roku była praca w KWK Siersza w Trzebini. Pracowałem jako mechanik, przez kilka lat byłem sztygarem. W międzyczasie ożeniłem się i zostałem ojcem dwójki dzieci. Od dozoru wymagano bezdyskusyjnej pracy „na okrągło”, jak potocznie mówiono „24 godziny na dobę”. Ja nie chciałem być dyspozycyjny, zrezygnowałem więc z pracy w dozorze i przeniesiony zostałem na poprzednie miejsce. Nie odbyło się to bez problemów. Miałem kłopoty z dyrekcją kopalni, byłem wzywany na rozmowy i straszony przez dyrektora zwolnieniem z pracy, jeśli odejdę z dozoru. W odpowiedzi na to rzuciłem na biurko mój biały hełm ochronny i poszedłem do działu mechanicznego. Liczyłem się z konsekwencjami i kiedy po 2 tygodniach dostałem pisemne wezwanie na odprawę dozoru sądziłem, że otrzymałem wypowiedzenie z pracy. Jednak nie, po odprawie dyrektor wręczył mi dyplom III stopnia sztygarskiego uprawniający mnie do przypięcia gwiazdki na pagonach munduru górniczego. A więc awans... Mimo wszystko wróciłem do pracy jako mechanik.

Pod koniec lat 70. już się zaczęło „gotować” i „burzyć”. Mnie i moim kolegom wiele spraw w kopalni nie podobało się. Chciałem działać. Do związków branżowych należało się z chwilą przyjęcia do pracy. Z pracownikami mojego wydziału i oddziałów wydobywczych, w których prowadziliśmy remonty, miałem bardzo dobre stosunki koleżeńskie i opinię człowieka, który miał odwagę publicznie powiedzieć, co mu się nie podoba. Po strajkach sierpniowych i podpisaniu Porozumień – był to chyba czas przyznawania odznaczeń na Barbórkę – wezwano mnie do dyrektora kopalni. Zostałem delegowany na członka Komisji potocznie zwanej „orderową”. Byłem w niej jedynym robotnikiem, pozostali członkowie to przedstawiciele związków branżowych i członkowie PZPR, a więc o tych samych poglądach. Z tymi ludźmi nie rozmawiało się o „Nowym Ruchu”. Ludzie nadal bali się rozmawiać i dyskutować o nieuchronnie zbliżających się zmianach. Nie wiedzieliśmy, jak to wszystko ruszyć.

Przy wrześniowej wypłacie górnicy poczuli się oszukani i wtedy zaczęła się awantura. 17 IX 1980 pracownicy III zmiany nie zjechali na dół. Byłem w tym czasie u kolegi, mieliśmy oglądać mecz. Był wieczór, nagle pukanie do drzwi. W drzwiach zobaczyłem obcych ludzi w ubraniach górniczych i hełmach. Powiedzieli, ze muszę zaraz jechać na kopalnię, bo jest strajk. Trochę się bałem, ale pojechałem z nimi. Już na korytarzu było dużo ludzi, cała zmiana nie zjechała na dół. W cechowni Waldemar Słomski rozliczał nadzór i dyrektorów. Na mój widok ludzie się ucieszyli. Zaczęliśmy wybierać kandydatów do Komitetu Założycielskiego NSZZ „S”, następnie przeszliśmy na dużą salę, było tam ok. 100 osób, za stołem prezydialnym siedzieli przedstawiciele dyrekcji, i to oni ustalili, że w Komitecie Założycielskim a później w KZ, przy aktualnym zatrudnieniu w kopalni, będzie 5 osób. To właśnie dyrekcja KWK zaczęła wybory do Komitetu Założycielskiego „S”, podając swoich kandydatów. Wśród nich nie było nikogo z osób, które zorganizowały strajk i były w KS. Nie podano również mojej kandydatury, chociaż specjalnie ściągnięto mnie z domu. Wobec tego powiedziałem, że nie wiem, po co mnie tutaj przywieziono, a ponieważ nikt mnie nie podał, więc sam zgłaszam moją osobę, tym bardziej że w Komitecie Założycielskim znalazł się człowiek, który w czasie, gdy pracowałem w dozorze, był aktywistą PZPR. Poskutkowało i załoga samodzielnie przegłosowała swoje kandydatury. Zostałem wybrany do Komitetu Założycielskiego. Po wyborach ludzie zjechali do pracy na dół, ale część została na powierzchni, aby pilnować porządku i przygotować siedzibę dla NSZZ „S”. Jeszcze tej nocy pojechaliśmy do MKZ Jastrzębie zarejestrować nasz Komitet Założycielski NSZZ „S”. Powoli zaczynaliśmy funkcjonować. Drzwi od biura „S” nie zamykały się. Cała załoga kopalni zapisała się do NSZZ „S”. W listopadzie 1980 odbyły się wybory do Komisji Zakładowej, przewodniczącym został W. Słomski, ja wiceprzewodniczącym. Wybory były całkowicie demokratyczne. Jeszcze w XII 1980 wybrano delegatów na I WZD Województwa Katowickiego Regionu Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności” i wtedy faktycznie zaczęła się m.in. moja działalność pozakopalniana. Przed wyborami razem z W. Słomskim byłem na kilku zebraniach w MKZ Katowice i zastanawialiśmy się, czy nie przenieść naszej KZ „S” z MKZ Jastrzębie do MKZ Katowice. W Katowicach rozmawiano tylko o polityce, MKZ Katowice był nastawiony politycznie. Natomiast w Jastrzębiu zaczęło dziać się źle i nie dało się nic załatwić. Chcieliśmy być daleko od polityki. Nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić. i zdecydowaliśmy się na podjęcie decyzji w czasie Zjazdu. W VII 1981 podczas I WZD ktoś z kopalni podał moją kandydaturę do Zarządu Regionu, zostałem wybrany na członka ZR i oddelegowany do pracy w Dziale Interwencji. Podczas Zjazdu wybrano mnie na delegata na I KZD NSZZ „S” w Gdańsku. W czasie Zjazdu Regionalnego w Katowicach uderzyła mnie jedna rzecz. Byliśmy za Andrzejem Rozpłochowskim; wydawało nam się, że razem z MKZ Katowice byliśmy siłą, a przegraliśmy z Tychami. To nam się bardzo nie podobało, nie mieliśmy zaufania do Andrzeja Waliszewskiego i Marka Wacha. Trwała walka, robiono wszystko, aby A. Rozpłochowskiego odsunąć od władzy, bo był za bardzo radykalny. Dzisiaj wiem, że była to typowa esbecka robota. Podobnie było z K. Świtoniem. Wyrobiono mu opinię bardzo nawiedzonego, a w Związku przecież nie chcieliśmy nawiedzonych.

Sierpień 1981 był burzliwy – strajki, niepokój związany z wyczuwalnymi przygotowaniami rządu i władz ZSSR do wprowadzenia stanu wojennego, a może i wkroczenia wojsk sojuszniczych, podobnie jak podczas interwencji w Czechosłowacji w 1968. Razem z W. Słomskim jeździliśmy na interwencje do kopalń, nigdy nie jeździłem sam i nigdy bez drugiej osoby nie prowadziłem rozmów z dyrekcją. Pamiętam, kiedy w sierpniu podczas ogłoszonego pogotowia strajkowego w kraju miałem dyżur w kopalni, przyjechał do mnie jakiś mężczyzna i zapytał czy mam bibułę. Zwykle miałem jej duże ilości, gdyż przywoziłem ją i znaczki z regionu. Tym razem nie miałem, a więc pojechaliśmy do Katowic. Wracając z dużą ilością ulotek i innych materiałów poprosiłem kierowcę samochodu, aby zawiózł mnie do Ośrodka Wypoczynkowego położonego pomiędzy Trzebinią a Chrzanowem nad zalewem Chechło. Wiedziałem, że jest tam baza naszej kopalni, ale nie wiedziałem, kto nią kieruje. Było wczesne popołudnie, bardzo gorąco, nad zalewem było ok. 5 tys. ludzi. Byłem znany w kopalni i wiele osób rozpoznało mnie. Wszyscy byli zainteresowani tym, co się dzieje w regionie i wydarzeniami w Warszawie. Wszystkie ulotki, które wzięliśmy z Katowic rozdałem ludziom. Następnie udałem się do radiowęzła, aby wszystkim odczytać ostatni komunikat o sytuacji w Warszawie i wynikach rozmów kierownictwa „S” z rządem. Chciałem uspokoić ludzi. Za dopuszczenie mnie do mikrofonu i zorganizowanie masówki emerytowany milicjant, szef budynku kopalnianego został zwolniony z pracy, a ja później w KW MO w Katowicach byłem z tego rozliczany.

W październiku 1981 podczas I KZD zostałem wybrany w I turze do Prezydium KK NSZZ „S”. Zostałem przewodniczącym Komisji Interwencji i członkiem Krajowej Komisji Górnictwa. 28 października 1981 roku decyzją Prezydium KK byłem delegowany do Zielonej Góry na rozmowy w związku z lokalnym konfliktem w woj. zielonogórskim, który stopniowo przekształcił się w protest o zasięgu regionalnym. 13 października rozpoczął się strajk w Kombinacie PGR w Świebodzinie z powodu trwającego od dłuższego czasu konfliktu pomiędzy częścią załogi – reprezentowaną przez Komitet Założycielski NSZZ „S” – a dyrektorem i jego zastępcą w Zakładzie Rolnym w Lubogórze. W rozwiązanie konfliktu musiała zaangażować się KK NSZZ „S” i Lech Wałęsa, a wydarzeniami w województwie zielonogórskim zajmowały się najwyższe władze PRL. Do Zielonej Góry przyjechałem wieczorem, już w trakcie trwania rozmów pomiędzy delegacją rządową pod przewodnictwem wiceministra rolnictwa Andrzeja Kacały i członkami RKS. W trakcie rozmowy okazało się, że wiceminister nie posiadał pełnomocnictw umożliwiających prowadzenie negocjacji w sprawie wszystkich punktów konfliktu. Stwierdził, że takie uprawnienia posiada wojewoda. Spotkałem się więc także z wojewodą zielonogórskim Zbigniewem Cyganikiem. Powiedział, że tej sprawy nie rozwiążemy i nie jesteśmy nic w stanie załatwić, bo wszystko jest w rękach Warszawy. Moim zdaniem cały ten strajk został sprowokowany, a później podtrzymywany przez ZR.

Wracając z Zielonej Góry, po spotkaniu z Wałęsą we Wrocławiu na jego polecenie pojechałem do Sosnowca do górników strajkujących w KWK Sosnowiec. Wiozłem dużą ilość bibuły z regionu zielonogórskiego i z Wrocławia do Katowic. W Katowicach ja i kierowca zostaliśmy zatrzymani przez MO i aresztowani, a bibułę skonfiskowano. Gdy wieziono nas samochodem, przez otwarte okno krzyczeliśmy do ludzi, że jesteśmy z KK z Gdańska i aresztowano nas. ZR dowiedział się o naszym zatrzymaniu i interweniował. Próbowano nas przesłuchiwać, my natomiast domagaliśmy się kontaktu z Regionem. W końcu nas zwolniono i mogliśmy pojechać do Sosnowca. W Gdańsku skierowaliśmy skargę do Prokuratury o bezprawne zatrzymanie i zabranie bibuły. Za miesiąc został wprowadzony stan wojenny i sprawa ucichła.

W dniach 7-9 listopada 1981 byłem członkiem grupy mediacyjnej wspólnie z: Ryszardem Iwanem, Eugeniuszem Matyjasem i Janem Sieniem wysłanej przez Komisję Krajową do rozładowania pewnej konfliktowej sytuacji. Przeprowadziliśmy m.in. rozmowę z wojewodą, który nie zgodził się na zwolnienie z zajmowanego stanowiska dyrektora Zakładu Rolnego w Lubogórze Henryka Leśniewskiego. Negocjacje zostały więc przerwane, a impas trwał nadal. Podobna sytuacja była nieco wcześniej tj. w październiku 1981 w Tomaszowie Mazowieckim. Gdy cały region strajkował, w Domu Kultury prowadzone były rozmowy przedstawicieli NSZZ „S” z delegacją rządową. Na jej czele byli ministerm-członek RM prof. Zdzisław Krasiński („chrupiące bułeczki”) i dyrektor departamentu Indyk. Po naszym przybyciu jako przedstawicieli KK z Gdańska okazało się, że delegacja rządowa nie posiada pełnomocnictw do podpisania porozumienia. Wtedy też skończyła się dyskusja.

Od 11 grudnia 1981 byłem w Gdańsku na posiedzeniu KK NSZZ „S”. Mieszkałem w hotelu Monopol. 12 grudnia wieczorem poszedłem z kierowcą na dworzec na kolację, tam można było coś zjeść. Wyczuwało się dziwną atmosferę. Pojechałem z nim do miasta zobaczyć, co się dzieje. Twierdził, że dzieje się coś złego, chociaż wokół panował spokój i nie było podejrzanych ludzi ani samochodów, ani wojska czy milicji. Nagle szok i przerażenie, nigdy nie widziałem czegoś takiego, nie wiedziałem, co się dzieje. Jechali od strony Słupska: masa czołgów, samochodów, wozów pancernych, ogromna ilość żołnierzy i milicji na samochodach. Przyszła też informacja, że jadą jeszcze posiłki ze Szczytna, z drugiej strony Polski. Pomyślałem, że to będzie wojna, ale z kim niby mają się bić? Wróciliśmy. Obrady trwały do nocy. O tym, co zobaczyłem w mieście, próbowałem rozmawiać z Wałęsą i innymi członkami KK. Lech Wałęsa mówił, że nic się nie dzieje, że to są strachy na lachy i cały czas negował to, co mówiliśmy. Wszyscy byli trochę zaniepokojeni, ale przeszli nad tym do porządku dziennego. Około północy (między 23:00 a 24:00) ktoś powiedział, że nie może dodzwonić się do Regionu i że zostaliśmy odcięci. Wszyscy zaczęli się podnosić z krzeseł i zdecydowaliśmy, że wracamy do swoich regionów, bo nie wiadomo, co się dzieje. Obrady trwałyby jeszcze chyba 2 dni, bo było do omówienia wiele spraw, m.in. wybory samorządowe. Ludzie rozeszli się do hoteli. Ja razem z: A. Gwiazdą, A. Tokarczukiem i B. Lisem ze Stoczni Gdańskiej, któremu udało się uciec, wyszliśmy ze Stoczni nad ranem 13 grudnia ok. Godz. 1:00. Andrzej Gwiazda był bardzo zaniepokojony. Poszliśmy do hotelu Monopol, nic się nie działo, było „czysto”. Razem z Tokarczukiem i Gwiazdą udaliśmy się na dworzec, aby coś zjeść. Tam także był spokój, nie było nic niepokojącego. Wracając, na dworcu spotkałem Andrzeja Konarskiego z Wrocławia, kolegę z Gdańska i dziewczynę z Warszawy. Czekali na pociąg do Warszawy odjeżdżający ok. 4:00. Zaprosiłem ich do siebie do pokoju, aby do odjazdu pociągu nie czekali na dworcu. Tokarczuk poszedł do siebie i zostaliśmy w czwórkę. Było kilka minut po 3:00, nagle otworzyły się drzwi (były zamknięte na klucz od wewnątrz) i do pokoju wdarli się jacyś ludzie wyglądający jak roboty. Byli zainteresowani tylko mną, pozostałe osoby wyproszono z pokoju. Zostałem sam z sześcioma uzbrojonymi zomowcami i esbekiem, który jak się później okazało przyjechał po mnie z Katowic. Wyprowadzili mnie z pokoju. Przed hotelem było niebiesko, była tam już cała elita „S” oprócz Wrocławia. Ich opiekun esbek nie zdążył dojechać na czas, a oni rankiem byli już we wrocławskim podziemiu. Około 4:00 rano przewieziono nas do ośrodka ZOMO przy ul. Kartuskiej. To bardzo duży ośrodek, zmieściło się więc tam dużo ludzi. Z Regionu Śląsko-Dąbrowskiego byłem tylko ja, pozostali koledzy mieszkali w innych hotelach i nie wiem, gdzie zostali zawiezieni. Miałem przy sobie aparat fotograficzny, którego nie zdążyłem oddać do inf. prasowej, robiłem więc zdjęcia, a atmosfera była bardzo towarzyska. Po jakimś czasie wszedł funkcjonariusz, polecił mi zabrać swoje bagaże i iść ze sobą. W pomieszczeniu obok rozpakowałem torbę, zabrał aparat i naświetlił film. W południe zostałem przewieziony pierwszym transportem do Ośrodka Odosobnienia w Strzebielinku k. Wejherowa. Przewożono nas tzw. „czarnymi wronami” po 24 osoby. Nic nie było widać, tylko zwały śniegu... Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Pamiętam, że śp. Jacek Kuroń, który jechał z nami, powiedział, że sytuacja nie wygląda dobrze. W bramie wjazdowej do ośrodka widzieliśmy czołgi, karabiny maszynowe i ZOMO. Wszystkich nas umieszczono w jednej celi. Ponieważ znaliśmy się z KK, więc ufaliśmy sobie. Zrobiliśmy wspólną kolację, każdy z nas miał jeszcze jakieś zapasy, a Jacek Kuroń nawet miał 2 butelki alkoholu, które zostawił mu jego osobisty ubol, a nawet składane metalowe kieliszki.

Moja żona, podobnie jak żony, siostry i córki innych, przez kilka dni przyjeżdżała do Katowic i przed KW MO przez wiele godzin na mrozie oczekiwała na informację o najbliższych. Niestety nikt się nimi interesował, jedyną wiadomością było stwierdzenie, że „nie ma ich na liście zatrzymanych, ukrywają się”. Żonie powiedziano, że „ten Patyna to chyba uciekł, bo nie ma go na liście”. Mimo, że w Polskim Radio podawano nazwiska wszystkich ekstremistów zatrzymanych m.in. w Gdańsku, na tej liście miałem zaszczyt również być. O miejscu mojego pobytu rodzina dowiedziała się dopiero po dwóch tygodniach gdy przyszła do domu informacja z KW MO z Gdańska. Starając się o urlop u swojego pracodawcy, małżonka zatrudniona w Urzędzie Miasta Trzebinia usłyszała, że może już szukać sobie innej pracy. Oczywiście dostała wypowiedzenie. Aby przyjechać do Strzebielinka, musiała uzyskać zezwolenie na przemieszczanie się z miasta do miasta. Trochę to trwało i 8 stycznia 1983 roku przyjechała do mnie w odwiedziny. Po dwóch dniach podróży pociągiem i długim pieszym marszu w zaspach śniegu z Wejherowa do Strzebielinka uzyskała godzinne widzenie ze mną. Na szczęście wyrozumiały ubek dodał nam jeszcze jedną godzinę. Nie pamiętam nawet, o czym rozmawialiśmy. Zaraz po widzeniu i powrocie do celi zabrali nas i znowu wieźli w niewiadomym kierunku. Jacek Kuroń przypuszczał, że wiozą nas na Wschód. Przewieziono nas jednak do KW MO w Gdańsku i na noc umieścili w śmierdzącej i brudnej celi. Tutaj spotkałem się z R. Błaszczykiem, J. Łużnym i M. Mąsiorem z mojego Regionu. Następnego dnia rano znowu w drogę. Nie wiedzieliśmy, kto nas zabiera i dokąd wiezie. Po drodze dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Katowic. Samochód zatrzymał się w lesie abyśmy mogli załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Gdy wysiedliśmy z samochodu funkcjonariusze SB – było ich trzech – wyciągnęli pistolety. Większości z nas w tym stresie nie udało się załatwić. I tak pojechaliśmy dalej.

W Katowicach w KW MO w Pentagonie (tak ten kompleks nazywano) byliśmy wieczorem. Pojedynczo przechodziliśmy przez tzw. „depozyt”, tj. pokój, z którego wychodziło się odpowiednio „spreparowanym” psychicznie i fizycznie. Byliśmy tam zmuszani do rozbierania się, rewidowani, bici długimi zomowskimi pałkami i poganiani krzykiem po schodach i korytarzem między szpalerem zomowców w pełnym rynsztunku. Zaganiano nas do cel w gorszym nawet stylu niż znaną „ścieżką zdrowia”. Nie wiem, czy w trakcie tego biegu ktoś był pobity, czy to było tylko zastraszanie. W celi było nas 18 osób, a tylko cztery katafalki do spania, dlatego część z nas spała na podłodze: ja, Mąsior, Błaszczyk, Łużny, Jurek Mnich z Manifestu Lipcowego, którego znałem z Jastrzębia, i dwóch lub trzech jego kolegów z Manifestu, gdzie często jeździłem do MKZ. Reszta w celi to byli ludzie niezwiązani z „Solidarnością”, prawdopodobnie byli wśród nich donosiciele. Byliśmy bardzo zestresowani, odnosiliśmy wrażenie, że cała komenda MO podsłuchuje pod drzwiami naszej celi. Mówiliśmy szeptem, a J. Łużny opowiadał wesołe historyjki w gwarze śląskiej, aby rozładować nasz stres. Jasiu zdobył sławę na I KZD. Podczas dyskusji nad prowizorium budżetowym, gdy rząd chciał wprowadzić podwyżki cen, przedstawiciel chyba z Ministerstwa Handlu tłumaczył, na czym to ma polegać. Nic z tego nie rozumieliśmy i wtedy J. Łuzny po Śląsku powiedział: „jo wom zaroz tukej wytłumocza, jak to prowizorium wyglondo. Tukej je mój bontek (rozporek), a tukej som moje knefle (guziki), jak mi sie łone łobrywajom, to zapinom go na zicherka (agrafka). I to jest prowizorium”. Po kilku dniach pobytu w celi otworzyły się drzwi, wszedł funkcjonariusz z jakimiś papierami i wywołał Mąsiora, Błaszczyka i Łużnego. Wręczył im kolejną decyzję o internowaniu, pomimo, że jedną dostali już wcześniej w Strzebielinku. W tym czasie było bardzo gorąco i duszno. Po dwóch tygodniach pozwolono nam wykąpać się pod prysznicem, mieliśmy na to całe 2 minuty... Nawet opowiadano żart, że po dwóch tygodniach pobytu w celi nie trzeba się kąpać, bo brud sam odpada. Po kąpieli zostałem przeniesiony do mniejszej celi. Tym razem było nas 4: ja, A. Jedynak i dwóch więźniów, których śledztwo się dopiero toczyło. Zaczęliśmy wychodzić na spacernik. Jak długi był ten spacer? Nie wiem, może 10 lub 20 minut, nie mieliśmy zegarków. Liczyłem jednak kroki, w czasie spaceru robiłem 800-1000 kroków. Nie wolno było spacerować w grupie, tylko jeden za drugim krokiem miarowym, nie wolno było biegać, każdy w odległości jednego boku kwadratu, po którym chodziliśmy. W czasie pobytu na ul. Lompy dwukrotnie przyszedł po mnie funkcjonariusz SB i zabrał na przesłuchanie. Szliśmy długo korytarzami, następnie jechaliśmy windą. Na pierwszym spotkaniu wyciągnął plik dokumentów i powiedział: „Panie Józku, niech Pan zobaczy, ile my na Pana mamy”. Odpowiedziałem, że na mnie powinno być 20 cm, a nie 1 cm tych dokumentów, a tego człowieka, który je sporządził trzeba zwolnić z pracy. Zaczął znowu mówić o podpisaniu „lojalki”, której nie podpisałem w Strzebielinku. W Katowicach też jej nie podpisałem. W połowie lutego byłem już w Zabrzu-Zaborzu. Tutaj była inna dyscyplina, mieliśmy otwarte cele i mogliśmy się kontaktować ze sobą. Wracając po mszy do baraku, 200 osób śpiewało „Marsz Polonia”, strażnicy pilnujący nas byli bardzo zdenerwowani głośnym zachowaniem. W marcu zostałem przewieziony do szpitala w Zabrzu i umieszczony na Oddziale Kardiologicznym w związku z rozpoznaniem u mnie choroby serca. Lekarzom z tego Szpitala i ze Szpitala Miejskiego w Zabrzu należą się ogromne podziękowania za to, że bardzo wiele osób zabrali z więzień do szpitali, narażając siebie, swoje rodziny i swoją karierę zawodową. Nie wróciłem już do O.O. w Zabrzu, lecz po wyjściu ze szpitala do sierpnia 1982 przebywałem w Ośrodku Rehabilitacji REPTY w Tarnowskich Górach. Tutaj spotkałem Łużnego, który także miał kłopoty z sercem i do REPT przyjechał wcześniej. Zwolnienie z internowania otrzymałem w lipcu w Reptach – zostało doręczone przez funkcjonariusza SB.

Po zakończeniu rehabilitacji w sierpniu wróciłem do Trzebini. Z pracy zostałem zwolniony, nie wpuszczono mnie do kopalni. Po mojej interwencji rozmawiałem z wojskowym komisarzem w kopalni i doradzono mi, abym udał się do lekarza, gdyż moja choroba kwalifikuje mnie do przejścia na rentę. Tak zrobiłem i od września 1982 byłem na rencie. Byłem w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Żona również została zmuszona do zmiany pracy, w której otrzymywała najniższe wynagrodzenie. Dzieciom także utrudniano życie, córka nie mogła dostać się do liceum (syn miał dopiero 11 lat, był w 5 klasie SP). Podjęliśmy więc decyzję o wyjeździe z Polski i 14 XII 1983 wyjechaliśmy. Przez kilka dni byliśmy w Niemczech, a później wyemigrowaliśmy bezpośrednio do Stanów Zjednoczonych. Od samego początku mieszkamy w Providence w stanie Rhode Island.

Providence, Rhode Island, USA, 23 VII 2010

Opracowała Halina Żwirska