L00093 Paweł Piskorski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacje Świadków Historii • Historia warszawskiego NZS

Relacja Pawła Piskorskiego

Do NZS-u przystąpiłem jak tylko przyszedłem na studia, to znaczy jesienią 1987 roku. Był to dla mnie dosyć oczywisty wybór, bowiem już w liceum byłem zaangażowany w działalność opozycyjną – druk prasy podziemnej, kolportaż, udział w demonstracjach, kółka samokształceniowe. Kontakt z NZS-em nawiązałem więc natychmiast po pojawieniu się na uczelni poprzez moje kontakty podziemne. Działała tu niewielka grupka, która reaktywowała NZS po zapaści w połowie lat osiemdziesiątych. Grupę tę tworzyli na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego przede wszystkim Mariusz Kamiński, Piotrek Ciompa, Piotrek Gesler. Był październik 1987 roku, działacze NZS-u jeszcze się wtedy nie ujawnili.

W ramach struktury o nazwie Grupy Oporu Solidarni rozpocząłem działania organizowane przez śp. Teosia Klincewicza z Politechniki. Grupę tworzyły bardziej radykalne osoby z opozycji, gotowe do poświęceń, z różnych środowisk warszawskich, które zajmowały się realizacją różnych akcji specjalnych, na przykład wywieszaniem transparentów z dachów, akcjami ulotkowymi, mini-wybuchami ładunków z ulotkami, które rozlatywały się na wszystkie strony, dzięki czemu minimalizowało się możliwość wpadki.

Drugi kierunek działań koncentrował się wówczas na przygotowaniach do ujawnienia NZS-u mimo że czas jeszcze temu nie sprzyjał. Należy zwrócić uwagę, że opozycja i „Solidarność” znajdowały się w stanie zapaści i nie przewidywaliśmy, że wybuchną strajki i że nastąpią jakieś istotne zmiany. Byliśmy jednak przekonani, że po pierwsze zmiany powinny zacząć się od nas, a po drugie jesteśmy już na tyle silni i zdeterminowani, że możemy sobie pozwolić na ujawnienie NZS-u. Uznaliśmy, że prawdopodobnie nie pociągnie to za sobą konsekwencji, które zniszczą NZS. Byliśmy gotowi na represje wobec nas, ale wiedzieliśmy, że NZS się już od tego nie zawali. Nie pełniliśmy jeszcze żadnych funkcji formalnie, byliśmy gronem wtajemniczonych osób, które to grono otaczało się kolejnymi kręgami. Byłem wtedy nieformalnym liderem mojego rocznika na Wydziale Historii. Przynależność oparta była na przyjacielskich relacjach i pełnym zaufaniu, bo nie był to już czas, kiedy za taką działalność skazywano na długoletnie odsiadki. Na szczęście polityka władz Uniwersytetu była taka, że nikomu nie groziło wyrzucenie ze studiów. Nadal bywało jednak groźnie – były zatrzymania, przeszukania mieszkań i tego typu nieprzyjemne sprawy.

Okres do lutego 1988 roku był okresem przygotowań i organizowania się. 19 lutego 1988 roku odbyła się pierwsza zorganizowana przez nas demonstracja związana z rocznicą rejestracji NZS-u. Była to bardzo specyficzna demonstracja, nie wyszła poza mury Uniwersytetu – obawialiśmy się, że na zewnątrz natychmiast zostanie zlikwidowana. Sądziliśmy, że milicja nie będzie naruszać immunitetu, jakim cieszyły się uczelnie. Była to manifestacja wokół BUW-u, przeszliśmy pod rektorat, potem powrót, okrzyki itp. Brało w niej udział około 100 osób. Chodziło nam o to, aby to wydarzenie odbiło się jak najgłośniejszym echem i tak się też stało – zaczęło się o tym mówić na Uniwersytecie.

Głównym jednak wydarzeniem, do którego się przygotowywaliśmy, była rocznica 8 marca 1988 – okrągła rocznica Wydarzeń Marcowych. Mieliśmy zorganizować wydarzenie na dużą skalę, które pokaże, że jesteśmy silni. Wtedy też zapadły decyzje, że się ujawniamy. Między 19 lutego a 8 marca miała miejsce akcja szycia biało-czerwonych opasek i malowania na nich emblematów NZS. Przygotowania odbywały się w pełnej konspiracji. Byliśmy wprawdzie inwigilowani, ale udało nam się zorganizować całość bez wpadek. Nie zabrano nam na przykład opasek czy innych materiałów. Demonstracja była przedsięwzięciem na dużą skalę. Odbywała się na dziedzińcu Uniwersytetu, przy okazji wmurowania tablicy pamiątkowej. Wszystkie bramy Uniwersytetu zostały zamknięte. W wiecu wzięło udział kilka tysięcy studentów. Największą wartością tego wydarzenia było ujawnienie nazwisk działaczy NZS, wskutek czego mogliśmy się potem bardzo łatwo organizować. Wokół nas zaczęła się tworzyć organizacja. Ujawniony został zarząd oraz inni działacze, w sumie kilkadziesiąt nazwisk, wśród których byłem także ja jako jeden z organizatorów. Na wypadek, gdyby się wydarzyło coś nieprzewidywalnego, kilka osób nie ujawniło się i mieli pełnić rolę struktury przetrwalnikowej. Chodziło też o to, aby nie zniszczyć struktur podziemnych związanych z drukiem i kolportażem. Ujawniły się wszystkie najważniejsze osoby. Same obchody dzieliły się na przedpołudniowe na Uniwersytecie i popołudniowe pod Kościołem Św. Anny, gdzie zostaliśmy zaatakowani przez ZOMO. Rozbili nas i mocno stłukli. Pamiętam, że i mnie się dostało. Uciekałem w kierunku ul. Bednarskiej. Dostałem pałkami, tarczą. Zomowcy byli opancerzeni, w hełmach, z tarczami i pałkami. Dostałem nie po raz pierwszy, obrywałem jeszcze w czasach licealnych. Byliśmy jednak młodzi i bardziej zdecydowani niż ludzie w wieku starszym, nie ponosiliśmy odpowiedzialności za rodziny.

Począwszy od 8 marca wydarzenia nabrały tempa. Okres od tego momentu do maja, kiedy to zorganizowaliśmy strajki na Uniwersytecie, przypominam sobie jako czas niewiarygodnej gonitwy, organizacji i budowania. Przed strajkiem majowym ważnym wydarzeniem była demonstracja 3 maja pod Kościołem Św. Stanisława Kostki. Zachował się z tego film. Na ul. Felińskiego stały szeregi ZOMO, naprzeciwko nich pojawiła się nasza demonstracja. Za nami w tłumie było wielu ubeków ubranych po cywilnemu, którzy złapali i zgarnęli część ludzi.

Z kolei strajk majowy był kolejną mobilizacją środowiska. Było to o tyle istotne, że w Warszawie oprócz fabryk Ursus i FSO na Żeraniu w zasadzie nic się nie działo. Region „Solidarności” był niezdolny do organizacji poważnych przedsięwzięć. Jeżeli więc coś się w tym okresie działo w ramach opozycji, to działo się to dzięki NZS. Pamiętam, że całe władze „Solidarności” wraz z Maćkiem Jankowskim siedziały u nas, a nie odwrotnie, bo u nas było centrum wydarzeń. Oprócz Uniwersytetu strajkowali też studenci na Politechnice i SGPiS. Największe rozmiary strajk przybrał jednak na Uniwersytecie, zamknięty został cały kampus. W strajku w ciągu dnia brało udział, albo lepiej użyć sformułowania – przewinęło się przez niego – kilkanaście tysięcy osób. Osób, które nosiły opaski strajkowe i uczestniczyły w służbach porządkowych, było według mnie od dwóch do trzech tysięcy. Trzecią kategorią uczestników byli studenci, którzy zostawali na noc. To jest istotne rozróżnienie, bo w dzień w zasadzie nie baliśmy się. Owszem, istniały jakieś obawy, ale w świetle kamer zagranicznych mediów wydawało się mało prawdopodobne, że wjadą i nas spacyfikują. W nocy mogło się to zdarzyć. Tych osób, które tworzyły twardy rdzeń strajku i zostawały w nocy, było około czterysta osób. Studenci ci otwierali Uniwersytet następnego dnia, obstawiali bramki i pełnili inne służby porządkowe.

Byłem jedną z osób, które ten strajk organizowały, i oczywiście byłem tam również nocą. Najbardziej aktywne były wydziały historii i prawa, ale uczestniczyli w tym także studenci innych wydziałów. Na kampusie, na którym trwał strajk, znajdowały się budynki wydziałów polonistyki, geografii, prawa, biologii, historii. Warto wspomnieć, że Uniwersytet nie był wtedy w wielu miejscach zamknięty ogrodzeniem. Od strony skarpy nie było na przykład żadnego muru i gdyby milicja chciała nas pacyfikować, to zapewne przedostaliby się właśnie od tej strony. Zorganizowaliśmy więc cały system wartowniczy, przepustki. Jak na miarę tamtych czasów byliśmy dobrze zorganizowani. Potem jednak pojawił się pierwszy konflikt w łonie tamtego NZS – musieliśmy podjąć decyzję o zakończeniu strajku. Rozgrywało się to w atmosferze dramatycznych rozmów, poprzedzonych spotkaniem z rektorem, który obawiał się, że może nastąpić pacyfikacja. Środowisko kierujące strajkiem podzieliło się wtedy na grupę radykalną i grupę ugodową. Osią sporu była kwestia, czy kontynuować strajk, czy nie. Sprawa o tyle istotna, że rozpoczynały się strajki w innych ośrodkach. Wtedy mieliśmy już działającą tzw. Krajówkę, czyli organizację ogólnopolską, i fakt, że Uniwersytet Warszawski strajkuje, był sygnałem dla innych, żeby zaczynać lub kontynuować rozpoczęte strajki. Wiadomo było, że jak Uniwersytet się wycofa, to akcja strajkowa na uczelniach się zakończy. Odbył się wtedy cały szereg dyskusji. Nie pamiętam momentu głosowania. W grupie radykalnej, czyli tej, która chciała kontynuować strajk, oprócz mnie znalazł się min. Mariusz Kamiński, z którym wtedy bardzo blisko współpracowałem. W bardziej ugodowej grupie, tej, która zwyciężyła i przeforsowała decyzję o zamknięciu strajku, był między innymi Andrzej Anusz, który był jednym z jej liderów. Potem te podziały zupełnie się zmieniły. Andrzej Anusz poszedł do PC, Mariusz Kamiński popierał Tadeusza Mazowieckiego w wyborach, ja poparłem Lecha Wałęsę. Naszym wspólnym mianownikiem był wtedy jednak antykomunizm. NZS tworzył opozycję, która chciała działać jako opozycja antykomunistyczna.

Strajk się zakończył, rozeszliśmy się. Należy pamiętać, że maj to dla studentów specyficzny okres, zbliżają się sesje egzaminacyjne i w związku z tym aktywność polityczna również osłabła. Był to dla nas równocześnie czas zbierania się, organizowania, tworzenia formalnych struktur, wyborów i wydawania pierwszych legitymacji. Do dzisiaj mam taką zieloną legitymację z tamtego okresu. Dystrybucja główna legitymacji odbyła się w październiku 1988, ale przygotowania do ich wydania rozpoczęły się chyba jeszcze wiosną. Sekwencja wydarzeń była następująca: zakończył się rok akademicki, ale w sierpniu 1988 rozpoczęły się strajki w zakładach. Większość z nas nie wyjechała na wakacje, staraliśmy się włączać w działania opozycyjne w innych miejscach, bo na uczelni nie można było organizować wakacyjnego strajku. Na Uniwersytecie mogliśmy się spotykać w węższym gronie. Organizowaliśmy wówczas tzw. kadrówki, czyli niewielkie demonstracje zwoływane pocztą pantoflową. Działo się to tylko wśród osób zaufanych. Puszczaliśmy na przykład wiadomość, że spotykamy się o godzinie 14.00 na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Przeważnie była to ta sama grupa kilkudziesięciu osób z transparentami i ulotkami. Demonstracje trwały 5-10 minut. Organizowane były w ważnych miejscach miasta, aby dowiedzieli się o tym dziennikarze z mediów zagranicznych i żeby rozdać ludziom ulotki. Zanim przyjechała milicja, wszystko się już rozmywało, rozpływało. W sierpniu 1988 roku w Warszawie znowu nic się nie działo. „Solidarność” nie potrafiła zorganizować strajków. Zaczynały się i zaraz upadały. Pomagaliśmy wtedy „Solidarności” i zachowały się zdjęcia z tamtego okresu, na których ja, Kamiński i Meller rozdajemy ulotki przed bramą Ursusa. Zaczęliśmy działać jako kurierzy, było to robione całkowicie nieprofesjonalnie. Ja jeździłem do Gdańska. Konspiracja sprowadzała się do tego, że ulotki nie wystawały z plecaka, przykryte były jakimś kocem. Nie przejmowaliśmy się wpadkami, każdy zresztą miał już z nimi do czynienia, gdzieś siedział. Pilnowanie tych działań przez SB było też bardzo trudne. Mogli nas inwigilować przez agentów, ale nie dało się upilnować każdego. Pakowałem więc cały plecak ulotek i udawałem się pociągiem do Gdańska, potem z dworca do kościoła Św. Brygidy, potem z ulotkami do Stoczni. Stamtąd zabieraliśmy porcję ulotek do Warszawy. Miało to dużą wartość, bo świeża, ciepła jeszcze ulotka ze strajku trafiała prosto do środowisk warszawskich – to robiło wrażenie! Taki sam efekt wywoływały nasze ulotki w Stoczni. Przewoziłem przede wszystkim ulotki, książki sporadycznie.

Jesień 1988 roku. Pojawiła się zapowiedź rozmów z opozycją, zapowiedź Okrągłego Stołu, kończy się strajk w Stoczni. Zaczęliśmy wtedy organizować dużo wieców i demonstracji wspólnie z „Solidarnością”. W wielu miejscach – m.in. w Warszawie – demonstracje odbywały się na uczelni, bo „Solidarność” była za słaba, żeby zorganizować to gdzieś u siebie. Na przykład wiec protestacyjny przeciwko zamykaniu Stoczni odbył się na Uniwersytecie, pod BUW-em, na dziedzińcu głównym. Przemawiali tam działacze od nas, ale także kierownictwo „Solidarności” – Jankowski, Michał Boni. W październiku 1988 roku odbyła się duża manifestacja, a raczej happening, organizowany przez Pomarańczową Alternatywę na Placu Dzierżyńskiego. Brałem w tym udział. Milicja interweniowała, rozganiała wszystkich, zatrzymywała kogo się dało. Byłem wtedy odpowiedzialny na szczeblu krajowym za stworzenie Akademickiego Biura Interwencji i przez dłuższy czas działałem też w tej strukturze.

Przychodzi Okrągły Stół. Jako NZS jesteśmy podwójnie zdystansowani do tego pomysłu. Po pierwsze dlatego, że delegacja NZS-u jest zapraszana do Okrągłego Stołu tylko marginalnie. Po drugie, kierownictwo „Solidarności” krótko mówiąc „olało” nas. To nam się nie spodobało, bo rok poprzedzający spotkania Okrągłego Stołu był rokiem NZS-u, a nie „Solidarności”. To my swoją aktywnością przygotowaliśmy wówczas społeczeństwo i władzę do zmian, reform. W styczniu, lutym 1989 roku byliśmy przekonani, że zmiany przygotowane zostały naszymi rękami.

Nie pamiętam od kiedy zacząłem pełnić w NZS-ie oficjalne funkcje. Szybko zostałem członkiem różnych Zarządów, brałem udział w Krajówkach, zostałem szefem NZS-u na Uniwersytecie Warszawskim. Pamiętam, że w 1989 roku ujawniły się ostre spory wewnętrzne. Pojawiły się frakcje, podwójne zjazdy. Pierwsza linia podziałów to był stosunek do Okrągłego Stołu, druga dotyczyła spraw statutowych. Środowiska NZS-u składały się z różnych środowisk ideowych. Na przykład krakowski czy lubelski NZS był znacznie bardziej na prawo niż pozostali, niż NZS Uniwersytetu Warszawskiego, który był uznawany za kontynuację tzw. Komandosów i środowiska lewicowego. Na przykład Mariusz Kamiński był wtedy uznawany za lewicującego członka NZS-u.

Z działaczami uczestniczącymi w Okrągłym Stole miałem stały kontakt. Byłem ekspertem stolika Praworządności, przy którym pracował Janek Rokita. Znalazłem się tam z ramienia NZS-u i Akademickiego Biura Interwencyjnego, gdyż dysponowałem wiedzą o prześladowaniach i akcjach policji. Materiały dostarczali głównie Romaszewscy i ja. Byliśmy więc przy Okrągłym Stole, ale pomocniczo, jako „dostawcy” materiałów. Odbiegało to znacznie od tego, jak według nas powinniśmy być traktowani przez starszych kolegów z „Solidarności”. Przyczyn było kilka, główną pewnie nasz wiek. Tak nas postrzegał na przykład Michnik i inni przywódcy: jako radykalną bandę, która nie wiadomo co zrobi i nie jest do końca przewidywalna. Tylko Jacek Kuroń traktował nas inaczej. Potrafił z nami rozmawiać. Starsi uznawali więc, że oni są ludźmi odpowiedzialnymi, a jak zbyt dużo spraw przekażą NZS-owi, to nie wiadomo, co z tego wyniknie. Nie było tu komunikacji pokoleniowej. Efekt był taki, że nie doszło do ustaleń dotyczących rejestracji NZS-u, które by pozwalały na uzyskanie tzw. podwójnej osobowości prawnej. Problem ten dzielił zresztą sam NZS – część ośrodków chciała tego, inni nie. Miał miejsce cały szereg rozmów, żebyśmy poszli na ustępstwa i przyjęli bardziej praktyczną formułę, czyli pojedynczą osobowość. Muszę przyznać, że był w tym pewien sens. Rozmawiałem o tym na przykład z Geremkiem. Nie znał do końca sytuacji albo może lekceważył specyfikę niektórych ośrodków, z jego perspektywy wyglądało to na kompletnie fikcyjny problem. Część tych ośrodków wyłamała się, gdy poszliśmy na ustępstwa. Mogę zrozumieć Geremka, bo on tego nie czuł dokładnie, ale z drugiej strony gdyby starsi chcieli, to na pewno by tę niewielką zmianę na stronie rządowej wymogli.

Po zakończeniu Okrągłego Stołu rozpoczęły się przygotowania do wyborów. NZS został podzielony. Część członków była zdeterminowana, żeby dalej pomagać „Solidarności”, bo mamy przede wszystkim walczyć z komunistami. Należałem do tej grupy. Nie pamiętam, czy pełniłem już wtedy funkcję przewodniczącego NZS-u, ale ogólnie należałem do kilkunastoosobowego grona, które uczestniczyło w tamtych strukturach. Zaczęliśmy więc współpracę z Komitetami Obywatelskimi, rozpoczęły się dyskusje na tematy wyborcze. Najczęściej kontaktowałem się wtedy z Janem Lityńskim, który był wyznaczony do kontaktów z nami. Większość struktur warszawskiego NZS-u zaangażowała się w kampanię wyborczą. Angażowaliśmy się w kampanie indywidualne kandydatów, jak Andrzej Anusz i kilka innych osób w kampanię Jacka Kuronia. Angażowaliśmy się w różnych dzielnicach, w Śródmieściu, na Mokotowie. Kontynuowałem akcje naszych struktur – akcje ulotkowe, dystrybucję materiałów informacyjnych. W ramach przygotowań robiliśmy szkolenia dla chętnych do pracy w Komisjach Wyborczych. Uczyliśmy ich, na co mają zwracać uwagę, jak nie dopuścić do fałszerstw, a potem rozsyłaliśmy te osoby na Komisje, które im pasowały. NZS był już na tyle duży, że w samą tę akcję komisyjną zaangażowanych było kilka tysięcy ludzi. W każdej Komisji było po kilka osób, które miały się wzajemnie asekurować. Była na przykład zasada, że nasi przedstawiciele nie mogą nigdy zostawić samej Komisji na sali, a więc gdy ktoś chce pójść do łazienki, to na sali powinien zostać zmiennik.

W czerwcu 1989 r. odnieśliśmy zwycięstwo. Po wyjściu z Komisji Wyborczych świętowaliśmy to w „Niespodziance”. W tym samym czerwcu miały też miejsce wydarzenia na Placu Tiananmen w Pekinie. Jako studenci odczuwaliśmy to szczególnie mocno. My tu robimy wielkie rzeczy, a tam naszych kumpli komuniści rozjechali czołgami. Organizowaliśmy protesty pod Ambasadą Chińską. To były pierwsze akcje NZS-u nie związane ściśle ze sprawami polskimi.

Powstaje rząd Mazowieckiego, mamy 12 września. Potem zaczynają się jesienne zawirowania. Nabieram coraz większego dystansu do tego rządu. Nie jesteśmy w opozycji, ale nie jesteśmy też częścią nowego systemu. Dobrze, że komuniści są odsuwani od władzy, ale rząd Mazowieckiego pozwala na przykład na rozkradanie spółdzielni „zsypowskich”. Okazuje się na przykład, że jakiś ośrodek szkoleniowy przechodzi nagle w czyjeś prywatne ręce. Prywatyzują jakieś Almatury... Wywoływało to u nas radykalne nastroje. W lutym lub marcu 1990 roku współorganizowałem akcję okupacji budynków w proteście przeciwko polityce Aleksandra Hala, który był wtedy Ministrem ds. Kontaktów z Partiami. Głaskał nas po główce, mówił, że jesteśmy fajne chłopaki, ale kompletnie nic nie zostało zrobione, żeby złamać komunistyczny monopol wśród organizacji młodzieżowych. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jak tylko życie wróci na normalne tory, to studenci będą zainteresowani wyjazdami, praktykami, szkoleniami, programami edukacyjnymi i poprzedni monopol wróci. Jedyny instrument, który posłuży do realizacji tych zadań, znajduje się bowiem w rękach SZSP, które nie zostało pozbawione majątku i dodatkowo majątek ten jest prywatyzowany na rzecz ich działaczy! Pamiętam, że okupowałem biuro śp. Jurka Szmajdzińskiego na ul. Smolnej, który był przewodniczącym SZSP. Akcja organizowana przez NZS polegała na tym, że w całym kraju o umówionej godzinie – chyba 9.00 rano – zanim pracownicy przyszli do pracy, rozpoczęła się akcja siłowa. Dzwoniliśmy do poszczególnych siedzib, ktoś wstawiał nogę w drzwi, po czym cała wataha wdzierała się do środka i rozpoczynała okupację budynku. Było to dla nas istotne doświadczenie. Był to trochę odruch rozpaczy, bo nie mogliśmy działać przeciwko własnemu rządowi, ale z drugiej strony musieliśmy zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Za rok mogło być już za późno... Nasz rząd zagroził wysłaniem na nas milicji. Nie było mowy o negocjacjach, mieliśmy opinię radykalnej, niekontrolowalnej bandy. Szczególnie radykalny przebieg miała akcja w Krakowie. Pamiętam, jak Wałęsa przyjechał do nas i rozmawialiśmy w wąskim gronie w jakimś pokoju. Błagał nas, żeby uspokoić tych w Krakowie, bo skończy się katastrofą w skali Polski i wykolei się Okrągły Stół. Doszło do dyskusji wśród nas. Co innego walczyć z milicją komunistyczną, a co innego wysłaną przez własny rząd. Ostatecznie opuściliśmy więc okupowane budynki, było ich około 20. Majątku SZSP nie udało się już przejąć.

NZS zaczął się dzielić, nasza nieufność do rządzących rosła, ludzie odchodzili – głównie do OKP. Jako pierwsi odeszli Mariusz Kamiński i Piotrek Ciompa. Jest to też naturalny proces zmian generacyjnych. NZS podzielił się na mniejszą grupę ugodowców, do której należał Mariusz Kamiński, i na większą grupę radykałów, czyli zwolenników Lecha Wałęsy i przyspieszenia, do której należał Andrzej Anusz. Ja zaliczałem się wówczas do tej drugiej grupy. Niewielka grupa zaczęła też wspierać Mazowieckiego. Ostatecznie NZS włączył się bardzo mocno do kampanii Wałęsy, ale ta grupa też była podzielona na dwa środowiska: pierwsze, które angażowało się we współpracę z Kaczyńskimi i Porozumieniem Centrum. Do tej grupy dołączył Andrzej Anusz. Ja należałem do drugiego środowiska, które nie było zachwycone perspektywą współpracy z PC i Kaczyńskimi. Moja grupa włączyła się do współpracy z KLD, co znacznie wzmocniło tę niewielką partię.

Byłem już wtedy przewodniczącym warszawskiego NZS-u, ogólnopolskiego już chyba też. Odbył się wtedy Zjazd Zjednoczeniowy, na którym zostałem wybrany formalnie, a Kraków, Lublin i Częstochowa wróciły do NZS ogólnokrajowego. Potem, gdy zacząłem działać w KLD, zrezygnowałem z funkcji przewodniczącego NZS. Było to chyba w lutym 1991 roku. Zostałem wówczas wybrany na sekretarza generalnego KLD. Zostałem też doradcą Prezesa Rady Ministrów ds. Polityki Młodzieżowej. To wtedy też NZS zaczął otrzymywać dotacje budżetowe.

Warszawa, 2010

Opracowanie: Waldemar Sadowski