L00094 Brunon Ponikiewski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Brunona Ponikiewskiego

Sięgając pamięcią wstecz, słyszę, jak w moim domu mówi się o Polsce, o jej historii. Zawsze jednak była ona inna niż ta, której uczono mnie w szkole. O Katyniu, Armii Krajowej czy WiN na lekcjach historii nie mówiono, były to słowa „zakazane”. Na jednym z cmentarzy, na którym bywałem z rodziną, stał krzyż i na nim napis „Orlęta Lwowskie”. Stały przy nim zawsze zapalone świece i znicze.

W mojej rodzinie każdy mężczyzna chciał być marynarzem i pływać po morzach, nikomu jednak to się nie udało. To była taka tradycja rodzinna, a ja byłem chyba najbliższy zrealizowania tego marzenia. Skończyłem kurs nurka, lecz w 1977 roku ożeniłem się i plany moje całkowicie uległy zmianie. Trzeba było myśleć o rodzinie, o mieszkaniu, które w tym czasie było niezwykle trudno otrzymać. W Rybnickim Okręgu Węglowym mieszkanie otrzymywało się praktycznie „z marszu”. Pojechałem więc tam. Jastrzębie, Żory, Rybnik to była mieszanina ludzi z różnych stron Polski. Miasta te były typowymi sypialniami dla ludzi z górnictwa. Sytuacja zaczęła się zmieniać po I Pielgrzymce śp. Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1979 roku, która przebiegała pod hasłem „Gaude Mater Polonia”, a jej celem było uczczenie biskupa św. Stanisława, który zginął za nieposłuszeństwo wobec władzy świeckiej. Ludzie podnieśli głowy i zaczęli mówić coraz głośniej o rzeczach, o których do tej pory mówili szeptem.

W lutym 1980 roku nawiązałem kontakt z KPN i podjąłem współpracę z Teresą Baranowską, szefową V obszaru. Spotkałem ją przypadkowo w Katowicach, gdy szedłem z osobą, która dobrze znała Teresę. Zostałem jej przedstawiony i później przegadaliśmy kilka godzin. Takich rozmów odbyło się jeszcze wiele. Dostałem od niej kontakt do Jastrzębia-Zdroju do Józefa Grembowskiego, który działał w KWK Borynia, i jego zięcia Andrzeja Andrzejczaka z KWK Manifest Lipcowy. Zacząłem rozprowadzać pisma i bibułę oraz tworzyć strukturę KPN na swoim terenie. Od czerwca 1980 roku pracowałem w kopalni ZMP w Żorach jako ratownik górniczy o specjalizacji nurek i mechanik sprzętu ratowniczego. Tu poznałem Leszka Kokoszkę, z którym organizowaliśmy struktury KPN. Ziuk, Grembowski i A. Andrzejczak działali już w Jastrzębiu, a w Bytomiu w Andaluzji Zbyszek Nylec.

W sierpniu jak co roku pojechałem z rodziną do Sarbinowa Morskiego. Zaczęły się już strajki, znajomy ze Stoczni Szczecińskiej dał mi wiele materiałów: prasę, ulotki, listę postulatów strajkujących stoczniowców i inne rzeczy. Przywiozłem te materiały do kopalni. Przyjechałem z powrotem do domu, gdy kończył się pierwszy dzień naszego strajku. Dołączyłem do strajkujących i włączyłem się aktywnie do straży strajkowej. Wtedy poznałem ludzi, którzy organizowali strajk w KWK ZMP: Heńka Zgryźniaka, Piotra Wołowicza, Ryśka Plutę, Janinę Glińską, Zbyszka Grabowskiego, Zbyszka Graba. Był to strajk okupacyjny, a więc trzeba było zapewnić wyżywienie, pilnować powierzchni kopalni, a także zabezpieczyć stanowiska pracy na dole. Pamiętam człowieka, który przywiózł nam pół wozu jabłek. Próbowaliśmy także porozumieć się ze związkami zawodowymi, niestety nie udało się. Mimo że ludzie byli z całej Polski, to można się było dogadać i wspólnie działać. Życzeniem załogi było zorganizowanie mszy w cechowni, Kopalnia ZMP była nowa i w cechowni nie było nawet figury patronki górników, czyli św. Barbary. Wystawiliśmy więc dużą skarbonkę, aby zebrać pieniądze na ołtarz. Strajk trwał i nic szczególnego nie wydarzyło się. Po podpisaniu Porozumienia w Jastrzębiu 3 września strajk został zakończony. Zaczęliśmy natychmiast organizować wolne i niezależne związki zawodowe. Zebrane w czasie strajku pieniądze pozwoliły ufundować figurę św. Barbary, która znalazła swoje miejsce w cechowni. Rozpoczęły się przygotowania wolnych wyborów do związków zawodowych. Leszek Kokoszka na swoim oddziale został wybrany na przewodniczącego Komitetu Oddziałowego „S”, mnie ludzie z mojego oddziału powierzyli funkcję przewodniczącego Oddziału Ratowniczego i Wentylacji Górniczej. Wszystko zaczęło wracać do normy. Razem z Ryśkiem Plutą pomagaliśmy tworzyć struktury „Solidarności” w WSS w Żorach.

W styczniu 1981 roku otrzymałem propozycję pracy w nowo budowanej kopalni Krupiński w Suszcu na stanowisku I mechanika. W ZMP nic mnie właściwie nie trzymało, a propozycja była ciekawa. Zdecydowałem się na pracę w KWK Krupiński. Gdy przyszedłem do kopalni, w NSZZ „S” wszystko już było poukładane. Pojechałem do Katowic na spotkanie z T. Baranowską i J. Zajkowskim w sprawie KPN. Teraz miałem więcej czasu, aby zająć się działalnością skierowaną na rozszerzanie struktur KPN, a wtedy było to bardzo ważne zadanie. Chyba we wrześniu na jednym ze spotkań w Katowicach, na którym byłem z Leszkiem Kokoszką, padły ważne słowa (niestety nie pamiętam, kto to powiedział): „komuniści coś szykują, trzeba się przygotować na najgorsze”. Od tego dnia zaczęliśmy gromadzić wszelkiego rodzaju materiały poligraficzne: matryce, papier, kalki, farbę i maszyny do pisania. Pod koniec września dołączył do naszej grupy Czesław Lipka i od tego momentu zaczęliśmy gromadzić także materiały wybuchowe.

Po wydarzeniach w marcu 1981 roku w Bydgoszczy stało się jasne, że komuniści nie odpuszczą. Sądziliśmy, że jeśli ma się coś wydarzyć, to najprawdopodobniej po nowym roku. Ruchy wojsk przy granicy i ćwiczenia w kraju sugerowały, że może nastąpić powtórka z Czechosłowacji. Mimo wszystko 13 grudnia 1981 roku całkowicie nas zaskoczył, gen. Jaruzelski rozpoczął wojnę z narodem. Gdy wracałem porannym autobusem z pracy do domu ze znaczkiem KPN i „S” w klapie, ludzie bardzo dziwnie na mnie spoglądali. W domu zrobiłem porządek, ukryłem książki, dokumenty i pieczątki. 13 grudnia nasza grupa spotkała się na parę minut, aby jeszcze coś zabrać i ukryć. Ja pojechałem do kopalni. Zostałem na strajku do 15 grudnia. Po kolei gaszono strajki w kopalniach. Nawet gdybyśmy chcieli stawiać opór, to nie było jak, bo większość kopalń była nowa i nawet nie miała porządnego muru. Telefony były wyłączone. Jedna linia była jednak czynna, można było porozumieć się z kopalniami poprzez telefony na stacjach ratowniczych. Wiedzieliśmy, kto i kiedy został zatrzymany i co dzieje się w innych kopalniach. Tą drogą dowiedzieliśmy się też, że w Manifeście Lipcowym padły strzały i są ranni. 16 grudnia wiadomość o zamordowaniu 9 górników w KWK Wujek była jeszcze bardziej tragiczna.

Na pierwszym poważnym spotkaniu 18 grudnia, gdy mieliśmy już zgromadzone materiały wybuchowe, padła propozycja, aby nasza grupa przyjęła nazwę Legion Polski. Okazało się, że nikt z naszej grupy nie został zatrzymany. Na tym spotkaniu oprócz mnie byli: Leszek Kokoszka, Czesiek Lipka, Andrzej Andrzejczak. Grupa była mieszana, jedni byli działaczami „Solidarności”, drudzy KPN. Legion Polski postawił sobie za nadrzędny cel: odzyskanie niepodległości, zniesienie stanu wojennego, legalizację „Solidarności”, pomoc rodzinom aresztowanych i internowanych. Podjęliśmy także decyzję o wydawaniu własnego biuletynu informacyjnego pod nazwą „Bagnet”. Od strony organizacyjnej miało to wyglądać tak: znamy się tylko w czwórkę, każdy prowadzi swoją grupę i jest za nią odpowiedzialny. Ja odpowiadałem za poligrafię. Każdy z nas we własnym zakresie miał starać się o materiały poligraficzne i pieniądze na nie. Cz. Lipka zorganizował maszynę do pisania, dostał ją od J. Glińskiej (była chyba sekretarką KZ „S”, mówiliśmy na nią Ciotka), uzgodniliśmy, że jeśli z tego powodu będzie miała kłopoty, pokryjemy koszty za maszynę. Ważniejsze akcje i działania uzgadnialiśmy wspólnie. Postanowiliśmy także, że za zabitych na Wujku uderzymy nie tylko propagandowo. Czesio Lipka wziął na siebie wykonanie ładunków wybuchowych i mechanizmów opóźniających. Ze względów bezpieczeństwa on i jego ludzie zostali wyłączeni z innej działalności. Przygotowanie pierwszego numeru biuletynu „Bagnet” graniczyło z cudem. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia drukarskiego, rąk ubrudzonych farbą nie można było niczym domyć, jedynie pumeksem. Byliśmy bardzo dumni, że udało nam się wydrukować około 150 sztuk. Później było coraz lepiej. W lutym 1982 roku w numerze 3 ukazał się piękny wiersz o „Wujku” napisany przez „Anakondę”, prywatnie moją żonę Teresę.

Rapsod żałobny pamięci pomordowanych przez siły bezpieczeństwa PRL Dziewięciu Górników z kopalni „Wujek”

I. Uwertura

Pamiętam dobrze, to zaledwie wczoraj
Lała się krew robotników poznańskich
To również z rozkazu ludowej władzy
W grudniu polegli stoczniowcy gdańscy
Zdradą następny podszedł krwawy grudzień
Jak echo strzałów z przed jedenastu lat?
Znów zabici zostali ludzie
Na śląskich górników tym razem los padł!

II. Pieśń

Mieliście jedynie nagie piersi
I tylko dłonie swe bezbronne
Przed sobą lufy automatów
Pancerne auta, gaz i czołgi
Mieliście w sobie wolę walki
O ludzką godność i o wolność
A przeciw wam stanęła siła
Siła zakuta w żelazo i podłość
Jak wyrok śmierci, zabrzmiał rozkaz?
Do tarczy waszych serc strzelają!
Wam gniewnym-nie żyć na kolanach
Tak drzewa stojąc-umierają

III. Tren

Przebaczcie nam żywym
Tym, co pod krzyżem zostali
Kirem głów się nie okryjemy
Łzom płynąć nie pozwolimy
Lecz wszystko zapamiętamy!
O tym chmurnym grudniowym dniu
Będą mówić legendy i pieśni
Jak zimą na białym śniegu?
Zakwitły czerwone róże
Wytrysłe z górniczych piersi

IV. Posłanie

A ty czarna śląska ziemio
Otul ich z troską matczyną
O rozstrzelanych twych synach
Tu pamięć nigdy nie zginie
Niech znicze hutniczych pieców
Błysną w chmury wysoko
Zapłacze niebo nad nimi
Skrwawioną łuną obłoków
Niech krzyże wież wyciągowych
Obejmą milczącą warte
Z ziarna gniewu górników
Z przelanej krwi robotników
Urodzisz nam skrzydło CZWARTE

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, rodziny internowanych i uwięzionych potrzebowały pomocy. Z Leszkiem Kokoszką rozpoczęliśmy zbiórkę pieniędzy i żywności. Ludzie byli hojni, gdy informacja o zbiórce się rozniosła, to sami do nas przychodzili z pieniędzmi i paczkami. Przed samymi Świętami grupa Zbyszka Nylca załatwiła słodycze i owoce dla dzieci.

Pod koniec stycznia 1982 roku Czesiek Lipka skończył budowę ładunku wybuchowego. Pozostało tylko wybranie obiektu do zniszczenia. Propozycje były różne, w końcu padło na obelisk ze stojącym na nim czołgiem w Żorach. Co właściwie symbolizował – nie wiedzieliśmy. Był jednak na tyle duży, że jego uszkodzenie byłoby widoczne i niełatwe do ukrycia, poza tym stał w takim miejscu, że nocą obok niego nikt nie przechodził. 31 stycznia Cz. Lipka, H. Zgryźniak i ja podłożyliśmy ładunek pod czołg. Jeśli dobrze pamiętam, zegar był ustawiony na godz. 12:30. Mieszkałem w takim miejscu, że z okien korytarza miałem doskonały widok na obiekt. Czekałem, czas minął, a wybuch nie nastąpił. Minęła godzina i nic, postanowiłem iść zobaczyć, co się stało i ewentualnie usunąć ładunek, niestety przy czołgu była już milicja.

Pomoc dla rodzin była już zorganizowana, zajmował się nią kościół w Żorach i Jastrzębiu. Początkowo zabieraliśmy stamtąd paczki i dostarczaliśmy do potrzebujących. Później przekazaliśmy adresy i pomoc była dostarczana bezpośrednio z kościoła. Z pozyskaniem pieniędzy pojawiły się trudności, a ludzie zachowywali się dziwnie, tak jak gdyby obawiali się kłopotów. Wydawanie „Bagnetu” mimo trudności jakoś szło. Naszym największym marzeniem był powielacz. Pod koniec lutego Leszek Kokoszka wyjechał w Polskę, aby nawiązać kontakty z innymi grupami i ewentualnie zdobyć jakiś sprzęt poligraficzny. Podróżowanie w tamtych czasach bez przepustki było bardzo ryzykowne.

5 kwietnia 1982 roku Leszek wrócił, spotkaliśmy się w domu Kazika Sachy. Przywiózł farbę, papier i całą szufladę zecerską. Czcionki były wymieszane, posegregowaliśmy je i ukryliśmy w wytłoczkach po jajkach. Stały w kuchni na szafce. W mieszkaniu K. Sachy była drukarnia „Bagnetu”. Spotykając się, zawsze mieliśmy przygotowane jakieś wytłumaczenie, dlaczego akurat jesteśmy w danym miejscu. Dzień wcześniej były imieniny Kazimierza, więc na stoliku stała butelka wódki i kieliszki, herbata i kanapki. Około 17:30 dzwonek do drzwi, żona K. Sachy poszła je otworzyć i po chwili do pokoju, w którym siedzieliśmy, wpadło trzech mężczyzn z legitymacjami SB w rękach. Ciarki przebiegły mi po plecach... Byłem wściekły o to, że zdobyte z takim trudem materiały przepadną i nie zostaną przez nas wykorzystane. Zaczęła się rewizja, dwóch szukało w całym mieszkaniu, a jeden z nich stał i obserwował nas. Wiedziałem, że matryce białkowe są podwieszone na tylnej ścianie meblościanki. Czcionki stoją w kuchni w opakowaniach po jajkach, a farba drukarska w butelkach po szamponie w łazience. Nie wiedziałem gdzie są: maszyna do pisania i co najmniej dwie ryzy papieru. W czasie tej rewizji odniosłem wrażenie, że szukają czegoś większego. Po przeszukaniu całego mieszkania dwóch z nich razem z Kazikiem zeszło do piwnicy, tam także nic nie znaleźli. Zatrzymali nas jednak i przez 48 godzin przetrzymywali w RUSW w Rybniku. Tłumaczyliśmy się, że było to spotkanie imieninowe. Małżonka Kazika pobiegła do mojej żony z informacją, co się wydarzyło. Moja żona wspólnie z matką uprzątnęły dom. Dopiero po powrocie dowiedziałem się, że i u mnie była rewizja. Po tym incydencie K. Sacha wycofał się z dalszej działalności. Twierdził, że tego nie wytrzymuje.

Ludzie byli wystraszeni. Gdy dzisiaj słucham opowieści niektórych działaczy, to nasuwa się prosty wniosek, że stan wojenny powinien trwać bardzo krótko.

Do grupy Czesława Lipki dołączyli Andrzej Pokorski i Leszek Zubik z Wodzisławia. Ulotki, które redagowaliśmy, były rozprowadzane głównie na kopalniach. 20 kwietnia 1982 roku do mojego domu wpadło 3 funkcjonariuszy SB, kapitan MO i dzielnicowy, była rewizja i oczywiście decyzja o przeniesieniu się do KM MO. Na pytanie żony (była w ósmym miesiącu ciąży), kiedy wrócę odpowiedzieli, że najpóźniej za 2 godz. Założyli mi kajdanki i polonezem przewieziono do KW MO na ul Lompy w Katowicach. Tam otrzymałem decyzję o internowaniu. Po dwóch dniach razem z L. Kokoszką zostaliśmy przewiezieni do Ośrodka Odosobnienia w Zabrzu-Zaborzu. W Ośrodku koledzy bardzo serdecznie nas powitali, byli tam już od jakiegoś czasu. Warunki nie były najgorsze, kilkuosobowe sale nie były zamykane, można było się normalnie poruszać. Zamykane i okratowane były główne drzwi wejściowe do pawilonu.

Na 29 kwietnia Cz. Lipka, A. Pokorski i L. Zubik zaplanowali i wykonali w Wodzisławiu Śl. akcję wysadzenia stojącego w centrum miasta postumentu z umieszczonym na nim sierpem i młotem. Jeszcze przed internowaniem w rozmowie ze Zbyszkiem Nylcem zaproponowałem mu stworzenie namiastki wywiadu i kontrwywiadu. Już na początku maja informacje z obozu internowania były przekazywanie na zewnątrz. Były to również materiały i wiadomości do biuletynów. 22 maja 1982 roku otrzymałem gryps od Nylca, że urodziła mi się córka, radość mieszała się z goryczą, dlatego że nie mogłem być z rodziną. Pobyt w Obozie Internowaniu był kopalnią nowych kontaktów i znajomości, nikt z tych, z którymi siedziałem nie myślał o zaprzestaniu swojej działalności i zarzuceniu oporu po wyjściu na wolność.

Po zwolnieniu z internowania wróciliśmy do działania. Kokoszka zdobył powielacz, który zaczął pracować u Ryszarda i Wandy Papierzańskich. Drugi powielacz, który załatwiłem w Rybniku, poszedł do Zbyszka Nylca w Bytomiu. W lipcu do grupy Leszka Kokoszki dołączył Eugeniusz Raszewski. Dostarczał między innymi materiał wybuchowy. Wszystko szło w miarę sprawnie, staraliśmy się być ostrożni, ale nie ustrzegliśmy się kłopotów. We wrześniu wpadł powielacz u Papierzańskich i po nitce do kłębka trafili do kilkunastu ludzi z naszej grupy. Rysiek Papierzański, Andrzej Pokorski, Leszek Zubik, Andrzej Andrzejczak, Kazik Sacha, Gienek Raszewski, i ja. Znowu znalazłem się w Katowicach w „Pentagonie”, najpierw zostałem internowany. Zaczęły się przesłuchania, które ciągnęły się godzinami, były konfrontacje, niektórych ludzi faktycznie nie znałem. Z zadawanych pytań zorientowałem się, że SB ma bardzo dużą wiedzę o naszej działalności. Wiedzieli o czołgu i wybuchu w Wodzisławiu. Podczas wielogodzinnych przesłuchań zmieniali się tylko funkcjonariusze.

10 listopada 1982 roku dostałem decyzję o tymczasowym aresztowaniu. Powodem było założenie związku mającego na celu spowodowanie wybuchów i kierowanie tym związkiem. Zostałem przewieziony do Aresztu Śledczego na ul. Mikołowską i umieszczony w celi z kryminalnymi więźniami. Byli bardzo przychylni i pomocni, po tygodniu nauczyłem się wielu potrzebnych rzeczy, takich jak: przerzucanie przedmiotów z celi do celi, pisania rękoma (prawie jak język migowy), gotowanie wody, rozmowy przez rury kanalizacyjne i wielu innych czynności przydatnych do przetrwania. Bardzo istotne były informacje prawne, które zresztą zaraz wykorzystałem, gdy wywieziono mnie na wizje lokalną do Żor. Znając swoje prawa odmówiłem udziału w wizji. Wśród ludzi, którzy byli uczestnikami wizji lokalnej, pierwszy raz od momentu zatrzymania zobaczyłem swoją żonę. Później przesłuchania nie były już tak intensywne, właściwie polegały tylko na straszeniu czekającymi mnie i innych wyrokami.

W grudniu, kilka dni przed świętami, dostałem gryps od Zbyszka Nylca. Wiadomości nie były dobre – dowiedziałem się, kto został zatrzymany oraz że moja żona została oskarżona o przenoszenie materiałów wybuchowych, matka zaś o pisanie artykułów do prasy podziemnej. Jedyną dobrą wieścią było to, że nie złapali Leszka Kokoszki. Fala aresztowań zaczęła się w grupach jastrzębskich i stamtąd przyszła wpadka. W domu bardzo często były rewizje, nie mogłem zrozumieć, czego tak szukają. Na początku lutego 1983 roku dowiedziałem się, że wpadł Leszek Kokoszka. Nawiązaliśmy kontakt, lecz nie trwało to długo, gdyż wszystkich więźniów politycznych przeniesiono na wydzielony oddział. Byłem w celi dwuosobowej z młodym człowiekiem o imieniu Mirek. Budził moją czujność i podejrzenia, gdyż zbytnio interesował się moimi sprawami, zadawał pytania dotyczące materiałów wybuchowych i broni. Wtedy stało się dla mnie jasne, czego szukano w czasie rewizji w domu podczas mojego pobytu w więzieniu.

11 maja 1983 roku odbyła się rozprawa sądowa. Wyroki – Czesiek lipka 4 lata i 6 miesięcy, Leszek Kokoszka 3 lata, Andrzej Pokorski 3 lata 6 miesięcy, Leszek Zubik 3 lata 6 miesięcy, Eugeniusz Raszewski 1 rok i 6 miesięcy, ja dostałem 3 lata i 6 miesięcy. Zostaliśmy przewiezieni do Zakładu Karnego w Strzelinie koło Wrocławia. Więzienie znajdowało się w pobliżu kamieniołomów. Cele były głównie ośmioosobowe i – jeśli dobrze pamiętam – dwie dwunastoosobowe. W więzieniu było ok. 120 więźniów politycznych. Tutaj spotkałem Józka Grembowskiego, który był w fatalnym stanie fizycznym i psychicznym. Byli tutaj także: Piotr Bednarz z Wrocławia i Krzysztof Bzdyl z Krakowa. Cele były zamykane i przebywaliśmy w nich przez 23 godziny w ciągu doby, dawali nam tylko godzinę spaceru. Łaźnia raz w tygodniu, raz w miesiącu widzenie z rodziną i raz w miesiącu możliwość zakupów w kantynie więziennej. Lipcowa amnestia przerzedziła nasze szeregi, zostało nas około 40 osób. Niektórzy mieli możliwość zwolnienia po odbyciu 2/3 orzeczonej kary. Nasza sytuacja poprawiła się wtedy, gdy zaczęliśmy dostawać pomoc z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w postaci leków i jedzenia, pomagały nam przetrwać.

W połowie listopada było nas już około 25 więźniów, zajmowaliśmy trzy cele. Wtedy zaczęliśmy odczuwać „przykręcanie śruby”. Pod koniec listopada Leszek Kokoszka dostał pięciodniową przepustkę (nie wiedziałem wtedy, że widzimy się po raz ostatni). Dobrym duchem naszej wspólnoty był Janusz Pałubicki. Jego spokój i opanowanie w maju 1982 roku niejeden raz pomogły załagodzić scysje i rozwiązać problemy. Było coraz trudniej, władze więzienne zaczęły nas karać dosłownie za wszystko, za: noszenie znaczka Solidarności, powieszenie Krzyża czy obrazu Matki Boskiej. Próbowano nas skłócić między sobą, pozbawiano nas praw lub ograniczano podstawowe przywileje nam przysługujące. Polegało to między innymi na: upokarzaniu poprzez zmuszanie nas do pisania próśb do Naczelnika ZK o talony żywnościowe (do tej pory przyznawane nam obligatoryjnie), zwiększeniu represji, np. karanie z błahych powodów, poprzednio niezauważalnych, ograniczaniu zajęć kulturalno-oświatowych, drastycznemu pogorszeniu się wyżywienia i zaopatrzenia kantyny więziennej, jednostajne wyżywieniu, braku owoców i warzyw (jeśli już były to bardzo złej jakości), zwiększonym nadzorze służby więziennej podczas widzeń z rodzinami. Podjęliśmy decyzję o strajku głodowym. Dodatkowym powodem podjęcia przez nas tego protestu było masowe zatrucie pokarmowe. Postanowiliśmy upomnieć się również o status więźnia politycznego. Strajk rozpoczęliśmy 5 grudnia 1983 roku. Głodowałem przez 54 dni. Szczegółowy opis protestu głodowego sporządził Czesław Lipka i można z nim zapoznać się na stronie internetowej.

Po zakończeniu głodówki życie w celach zaczęło wracać do normy. Wyraźnie dało się zauważyć, że sprawiła ona kierownictwu ZK duży kłopot. Zmniejszono rygory. Matka i żona uświadomiły mi podczas widzenia, że moja skóra wyglądała jak pergamin. Janusz Pałubicki do Strzelina już nie wrócił. Większość z biorących udział w głodówce nie dostała warunkowego zwolnienia. Uzasadniano to tym, że nie poddaliśmy się resocjalizacji. Było nas coraz mniej. W 1985 roku zaczęliśmy wychodzić na wolność, z naszej grupy najdłużej siedział w więzieniu Andrzej Pokorski.

Po powrocie do domu dowiedziałem się, że Leszek Kokoszka, mając do wyboru wyjazd z kraju z paszportem jednorazowego przekroczenia granicy lub powrót do więzienia i oddanie dzieci do domu dziecka, wybrał emigrację. Postanowiłem wrócić do pracy na swoją kopalnię. Poszedłem do dyrektora ds. pracowniczych, gdy wszedłem do jego gabinetu za biurkiem siedział Henryk Sienkiewicz, szef MKZ w Jastrzębiu z 1980 roku. W tamtym czasie parę razy spotkaliśmy się, poznał mnie i zapytał z czym przychodzę, powiedziałem, że chcę wrócić do pracy. Roześmiał się: „dla takich jak ty, w tym kraju pracy nie ma – spieprzaj za granicę”. To, co mu odpowiedziałem nie nadaje się powtórzenia i publikowania. Zostałem wyprowadzony przez straż zakładową poza budynek dyrekcji. Niestety jego słowa sprawdziły się, nigdzie nie mogłem znaleźć pracy. Co najmniej raz w tygodniu byłem wzywany na milicję, jeden z esbeków za każdym razem namawiał mnie do wyjazdu. Pojechałem do Warszawy do Prymasowskiego Komitetu Pomocy, aby się tam zarejestrować. Poznałem tam Jacka Fedorowicza i jego małżonkę. Zaraz po powrocie wezwano mnie na przesłuchanie i zorientowałem się, że jestem śledzony. Byłem zagrożeniem dla każdego, z kim się spotykałem. Zatrzymywano mnie bardzo często, namawiano do wyjazdu za granicę, ciągłe rewizje w domu. Bez pracy było bardzo ciężko, brałem wszystko, aby zarobić parę groszy. Tylko dzięki pomocy rodziny i paru osób mogłem z rodziną jakoś przetrwać. Pod koniec 1987 roku dostałem pracę kierowcy i sytuacja trochę się poprawiła. Nadszedł wreszcie 1989 rok i Okrągły Stół. W swojej naiwności sądziłem, że wreszcie będę się mógł ogolić (od momentu internowania zapuściłem brodę i postanowiłem, że ją zgolę w momencie, gdy Polska odzyska niepodległość i ludziom będzie się żyło lepiej). Patrzyłem ze zdumieniem, co się dzieje – sejm kontraktowy, generał prezydentem – po prostu szok. Potem już wszystko samo się potoczyło: waśnie, niesnaski, afery. Już dawno Bismarck powiedział: „po co walczyć z Polakami, dajmy im rządzić się samym”. Czasami tylko nawiedza mnie natrętna myśl – NIE TAK MIAŁO BYĆ. Więc może trzeba spróbować jeszcze raz, bo inaczej przelana krew, rozstania i cierpienia pójdą na marne!

Nowa Kuźnica, pow. częstochowski, 16 VIII 2010

Opracowanie: Halina Żwirska