L00095 Jan Przybyła

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Jana Przybyły

Urodziłem się 15 czerwca 1940 roku w Krakowie. Moja mama urodziła mnie jako panna i nie znam swojego ojca. Mój dziadek pracował na utrzymanie całej rodziny. Było nam bardzo ciężko. Często chodziłem głodny, lecz mimo to nie wspominam źle mojego dzieciństwa. Zarówno dziadkowie, jak i matka wychowywali mnie po katolicku. Ponieważ w domu było ciężko pod względem materialnym, w końcu zostałem podopiecznym ochronki w Borku Fałęckim (dzielnica Krakowa) i stamtąd wysłano mnie do szkoły. Po ukończeniu drugiej klasy szkoły powszechnej matka odebrała mnie z ochronki, bo wyszła za mąż w Dąbrowie Górniczej i tam zamieszkaliśmy całą rodziną. W Dąbrowie ukończyłem szkołę powszechną jak również Zawodową Szkołę Górniczą. Po ukończeniu nauki rozpocząłem pracę w nieistniejącej już dzisiaj Fabryce Urządzeń Mechanicznych w Dąbrowie. W tym zakładzie najpierw pracowałem jako formierz, a potem ukończyłem kurs na odlewnika. W wieku 19 lat zdałem w Katowicach egzamin na to stanowisko. Komunizm w tym okresie jakoś mi nie doskwierał. Brałem życie takim jakim było, a w firmie czuliśmy się jak jedna rodzina.

Dorosłem i byłem już wieku poborowym, a powiem szczerze – nie chciałem iść do wojska. Jedynymi zakładami pracy, które ratowały swoich pracowników przed wojskiem, były kopalnie, więc rozpocząłem pracę na kopalni Gen. Zawadzki również w Dąbrowie Górniczej. Dopiero tam dostrzegłem, jak system komunistyczny potrafi dzielić ludzi na tych lepszych, partyjnych, i tych gorszych, bezpartyjnych. Różnice były wyraźne. Jeżeli ja pracując na ścianie, w miesiącu przepracowywałem 28 dni, a miałem płacone za 15 dni, to wiedziałem, że moje pieniądze trafiają do tych lepiej „ustawionych”. Pamiętam takiego sztygara, też był bezpartyjny i za to stracił stanowisko. Tłumaczył mi się, że on musi tak po cygańsku zapisywać te dniówki, bo takie polecenie dostał z góry. Oczywiście bardzo naciskali na mnie, abym się zapisał do partii czy chociaż do ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej). Raz nawet kazali wyjechać mi z dołu i udać się na zebranie jednego z tych ugrupowań. Kazali to poszedłem. Oznajmiłem przewodniczącemu, że nie przystąpię do żadnego ugrupowania.

Na Zawadzkim przepracowałem do 1965 roku. Wcześniej ożeniłem się, a w Dąbrowie na mieszkanie musiałbym czekać 15 lat. Dyrektor Wójcik z KWK Jastrzębie przekonywał mnie, że jeśli rozpocznę pracę na jego kopalni, to mieszkanie otrzymam po kwartale.

Pracę na KWK Jastrzębie rozpocząłem w tym samym roku. Ponieważ miałem żonę, więc bardzo zależało mi na tym mieszkaniu. Po kilku miesiącach zaczęli mnie agitować, abym wstąpił do PZPR. Poniekąd postawili mnie pod murem i niestety popełniłem ten błąd – wstąpiłem w ich szeregi. Z drugiej strony partia pełna była takich „ideowców”, którym nie pozostawiono innego wyjścia i ja też do nich należałem. Teraz muszę przyznać ze wstydem, że niejednokrotnie podobało mi się, kiedy na zebraniach partyjnych przewodniczący ustawiał do pionu sztygarów. Byłem wtedy młody i niedoświadczony i wydawało mi się, że partia walczy o prawa pracownicze. Szybko zorientowałem się jednak, że to taki pic na wodę, bo po zebraniu towarzysz przewodniczący z towarzyszem sztygarem rozmawiali już jak najlepsi koledzy.

Pewnego razu na kopalnię Jastrzębie przyjechała telewizja Katowice. Byłem wtedy jeszcze członkiem PZPR. Oprócz dyrekcji do wystąpienia przed kamerami wydelegowano mnie i jeszcze dwóch innych robotników. Wszyscy ci dyrektorzy z kopalni i ze Zjednoczenia zaczęli wychwalać partię; jak to ona zapewnia węgiel polskiej gospodarce, i że stale będziemy zwiększać wydobycie. Bardzo się zdenerwowałem, wstałem i zwróciłem się do dyrektora Zjednoczenia Kucharczyka: „Co pan tu opowiada? Pan obiecuje zwiększone wydobycie, a nam zależy na tym, żeby na tym węglu nie było górniczej krwi. Czy pan się orientuje, ile ludzie corocznie ginie na kopalniach? I gdzie ten węgiel idzie?” Poparł mnie jeszcze jeden sztygar. Nazywał się Nowak. Kucharczyk zapytał tylko dyrektora kopalni, kim ja jestem, i na razie się na tym skończyło. Jeszcze była herbata, jakieś ciastka. Ale już opuściłem to zebranie. Zaraz na drugi dzień zostałem wezwany przez sekretarza PZPR na Jastrzębiu, który wyzwał mnie od ekstremistów i na tym zakończyła się moja kariera w partii. Tego sztygara Nowaka też wyrzucili, ale on miał jeszcze gorzej, bo stracił stanowisko w dozorze.

Wrócę teraz do wydarzeń przed sierpniem 1980 roku. Otóż po pierwszej wizycie Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce cały naród zaczął jakoś inaczej patrzeć na naszą rzeczywistość. Wśród członków partii było tak samo... Partia podzieliła się wtedy na tych komunistycznych ideowców i tych, którzy wstąpili do niej, bo z różnych przyczyn zostali do tego zmuszeni. Wyczuwaliśmy, kto myśli po polsku, a kto po komunistycznemu. To czuło się na każdym kroku...

Jeszcze przed wydarzeniami z sierpnia 1980 roku uległem wypadkowi na dole. Miałem potrzaskany kręgosłup i poszedłem na rentę. Władze miejskie PZPR zaproponowały mi pracę w Komitecie Miejskim partii. No, niech sobie nikt nie myśli, że dostałem stanowisko sekretarza! Po prostu zrobili mnie tam portierem. Renta jak to renta, jeszcze nikt się od tego nie wzbogacił, więc nawet tych parę groszy, które zaproponowano mi za pracę w tej portierni było nie do pogardzenia, ale po wspomnianej grandzie z telewizją wkrótce wyrzucili mnie nawet z tej portierni.

Kiedy więc w sierpniu 1980 roku zamieszało się w Polsce, to ja ciągle jeszcze pracowałem w komitecie. Czasami zaglądałem – chociaż nie miałem do tego prawa – do pomieszczenia, w którym był dalekopis, więc sytuację panującą w kraju miałem całkiem nieźle rozeznaną. Wszystkiego nie wiedziałem, ale i tak więcej niż nawet przywódcy strajków. Kopalnie jastrzębskie stanęły prawie równocześnie.

Jeśli chodzi o strajk na kopalni Jastrzębie, to według mojej wiedzy inicjatorem strajku był Heniek Nejman. On był dobrym mówcą i wokół niego gromadzili się ludzie. Nominalnym przywódcą był co prawda Antek Jurkiewicz, ale Heniek był na Jastrzębiu bardzo ważną postacią. Zresztą oni razem dobrze współpracowali.

Po podpisaniu Porozumienia i legalizacji Solidarności również wstąpiłem do związku. Czułem wtedy, chyba podobnie jak większość Polaków, że komuna musi upaść. Przecież sama liczba członków Solidarności – 10 milionów – była porażająca i coś sobą wyrażała. Ludzie mieli dosyć zniewolenia. Nie wiem, jakie były pobudki wszystkich ludzi wstępujących do Solidarności, bo nikt nie prowadził żadnej weryfikacji członków związku, ale myślę, że spora część miała czyste intencje. Jednak 13 grudnia 1981 roku okazało się, że władza jest jeszcze bardzo silna i nawet te 10 milionów nie jest na razie w stanie jej unieszkodliwić.

Krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego – dzień, może dwa dni przed – późno wieczorem wpadł do mnie Heniek Nejman, aby dowiedzieć się, co się naprawdę dzieje, bo oni już coś wiedzieli, ale nie mieli żadnych pewnych wiadomości. Wiedziałem, że w Jastrzębiu był jakiś bonzo partyjny i że to była bardzo burzliwa wizyta w komitecie miejskim, więc ostrzegłem Heńka, aby na siebie uważał. Heniek mówił mi, że jeśli władza zdecyduje się na siłową konfrontację, to załogi zabarykadują się na zakładach pracy. Odpowiedziałem mu, że według mnie robotnicy w fabrykach i tak nie mają żadnych szans w starciu z regularnymi oddziałami wojska czy milicji. Pomimo moich ostrzeżeń Heniek nie uniknął jednak internowania. Tuż po tym jak SB zabrała go z domu, przybiegła do nas jego żona Jadwiga i poinformowała nas o całym zajściu. Najpierw, tak jak większość aresztowanych tego wieczora, zabrali go na Szeroką, a potem porozwozili ich po ośrodkach internowania. Widziałem potem pacyfikację kopalni Jastrzębie. To było smutne i przerażające. Później dotarły do mnie informacje o strzałach na Manifeście i o tym, że strajkujący na Boryni zaminowali szyb. W ciągu kilku dni zdławili nas siłą, ale nie zdławili nas całkowicie. Solidarność zeszła do podziemia.

Staszka Krzaka i Pawła Grossa (wołaliśmy na niego Wiesiek) poznałem jeszcze w okresie karnawału Solidarności i potem w 1983 roku, współpracując również z Heńkiem Nejmanem, stworzyliśmy taką nieformalną grupę opozycyjną. Wcześniej spotykaliśmy się i dużo rozmawialiśmy, a kiedy tylko pojawiły się warunki do działania, zabraliśmy się do pracy. Mam w Krakowie kuzynkę Zofię Serafin. W okresie stanu wojennego, ale i później także działała w tamtejszych strukturach podziemnej Solidarności. Ponieważ w Krakowie podziemie działało o wiele prężniej niż u nas, więc po ulotki i prasę podziemną jeździliśmy razem z żoną do niej. Poznałem tam zresztą wiele osób zaangażowanych w działalność opozycyjną, między innymi Mietka Gila. Przekazywaliśmy im informacje o tym, co dzieje się na kopalniach jastrzębskich, jak również na całym Śląsku, a oni informowali nas o tym, co się dzieje w Małopolsce. Opozycjoniści z Krakowa również nas odwiedzali i poznawali naszych ludzi, naszych przywódców. Tak zawiązywały się te konspiracyjne więzi. Robiłem więc za kuriera i jeździłem swoim „maluchem”, ale muszę podkreślić, że więcej pism przywoziłem do Jastrzębia, niż z niego wywoziłem. Kiedy obawiałem się możliwości zatrzymania, to jeździłem razem z żoną, bo zawsze była szansa, że któreś z nas dotrze do celu. Moja żona wprowadzona była we wszystkie nasze działania. Moją przykrywką oficjalną na te częste wyjazdy były konsultacje zdrowotne u nieżyjącego już dzisiaj prof. Bąka. W naszej grupie działali ludzie niekoniecznie związani z kopalniami. Pamiętam Staszka Krzaka, Wieśka Grossa, Heńka Nejmana, Antka Jurkiewicza; współpracował z nami również Tadek Jedynak. Niektórych nazwisk nie ujawnię nawet dzisiaj. Zresztą takich grup i tak działających ludzi było wtedy w Polsce tysiące i każdy z nich dołożył swoją małą cegiełkę w dziele budowy wolnej Polski. Ci ludzie byli cichymi bohaterami, ale bez nich nic by się nie udało.

W 1984 roku, większą grupą, bo byli tam ludzie i z Jastrzębia, i z Krakowa, i z Rzeszowa, udaliśmy się do Gdańska na spotkanie z Wałęsą, Borusewiczem i Kuroniem. Chodziło o ustalenie i unormowanie postulatów związku wobec władzy w razie powodzenia jakichś ewentualnych masowych protestów, na rzecz, których przecież przez cały czas pracowaliśmy. Interesowała nas struktura i w ogóle jakiś plan działań. Przecież to Gdańsk był dla nas naturalnym centrum. To tam, przy Wałęsie działali Geremek, Mazowiecki czy Osiatyński i to tam podejmowano najważniejsze decyzje. Otrzymaliśmy jakieś ogólne instrukcje dotyczące naszych działań, ale właściwie to spodziewaliśmy się czegoś bardziej konkretnego. Zrozumieliśmy wtedy, że musimy działać sami. Niestety „centrum” bardziej zajęte było sobą.

Materiały, które przywoziłem z Krakowa, Cieszyna, Bielska czy Nowego Targu kolportowałem już po drodze, tak że kiedy wracałem do domu to byłem już prawie czysty. Jeśli chodzi o Jastrzębie to przywożone przeze mnie materiały dostarczałem do kościoła „na górce”, najczęściej Tadkowi Jedynakowi. Natomiast w miejscach, skąd odbierałem materiały, mieliśmy skrzynki kontaktowe. Na przykład w Nowym Targu moim kontaktem była pani wicedyrektor szkoły... już nie pamiętam jej nazwiska. Kursowałem bardzo często, bywało, że kilka razy w tygodniu, a czasami wracałem do domu dopiero po siedmiu czy ośmiu dniach. Wystarczy powiedzieć, że „malucha” zajechałem w ciągu dwóch lat tej kurierki. Jeździłem głównie za swoje pieniądze, chociaż czasem otrzymywałem dofinansowanie na paliwo z kościoła. Mój syn Robert też „inwestował” w moją działalność. W trakcie tych podróży spotykały mnie różne, bywało że przedziwne historie. Pamiętam, pewnego razu, późnym wieczorem wracałem z Krakowa i zatrzymał mnie patrol milicyjny. Przygotowałem się na kontrolę, a oni pytają się mnie czy mam paliwo. Odpowiedziałem, że mało. Na to oni wyciągnęli kanister z radiowozu i zatankowali mi bak do pełna. Widzieli rejestrację, wiedzieli skąd jestem i pewno domyślali się, że mogę przewozić bibułę lub jakieś inne nielegalne materiały, a jednak postąpili tak, jak postąpili. Stąd wiem, że nie tylko opozycja działała dla wolnej Polski. Sam też należałem do PZPR, a jednak mi przeszło. Myślę, że komuny mieli już dość nie tylko zwykli ludzie, ale i niektórzy milicjanci czy esbecy. Weźmy pod uwagę choćby postać pułkownika Kuklińskiego. Dla mnie to prawdziwy bohater i nie interesują mnie głupie dywagacje tych, którzy mają go za sprzedawczyka.

Wracając do tematu... Innym razem miałem mniej przyjemne spotkanie z milicją. Rzecz działa się w 1986 roku. Jechaliśmy razem z żoną w kierunku na Cieszyn, ale jeszcze bez „towaru”. W pewnym momencie zauważyłem radiowóz, minąłem go, a tu kilkaset metrów dalej drugi radiowóz – obława. Zatrzymali nas i poprosili o dokumenty. Potem dokładnie zrewidowali samochód. Ponieważ byłem czysty, więc byłem spokojny, ale i tak zabrali nas i samochód na komendę do Cieszyna. Jeszcze wcześniej podczas kontroli wysypali mi na maskę samochodu zdjęcia i moje i innych opozycjonistów i zaczęli wypytywać o tych ludzi. Ponieważ nic im nie powiedziałem, więc wymyślili, że jestem pod wpływem alkoholu, chociaż byłem zupełnie trzeźwy. Zażądali ode mnie kluczyków od auta. Najpierw stawiałem opór, ale po krótkim czasie stwierdziłem, że to nie ma sensu. Na komendzie wypytywali mnie o to dlaczego migałem światłami do nadjeżdżających pojazdów i inne tego typu głupoty. Odpowiedziałem: „A co nie wiecie, że kierowcy się w ten sposób ostrzegają przed patrolami drogówki?” Potem przewieźli mnie do szpitala i kazali iść po takiej czerwonej linii, aby sprawdzić czy nie jestem pijany. Badający mnie lekarz, który podobnie jak ja okazał się być krakowianinem, powiedział milicjantowi, który przywiózł mnie na te badania, że jestem absolutnie trzeźwy i że w żadnym wypadku nie podpisze nieprawdziwych wyników badań, które miałyby stwierdzać coś innego. Przeprowadzili mi badanie krwi. Posłali tą próbkę do badania do Katowic. Wyniki, które przyszły z Katowic po jakimś czasie, również potwierdziły moją trzeźwość, ale i tak zatrzymali mi prawo jazdy, dowód rejestracyjny, no i oczywiście auto. Oprócz tego otrzymałem 25 tys. złotych kary zasądzonej na kolegium. To była zwykła zasadzka urządzona na mnie przez SB. Przyjechał wtedy po nas Staszek Krzak. Co ciekawe, kiedy przyszły wyniki z Katowic, to prawo jazdy i kluczyki od samochodu mi oddali, ale pieniędzy zasądzonych mi na kolegium już nie oddali. Wymyślili po prostu, że to kolegium to jest za to, że ostrzegałem innych kierowców światłami przed patrolem milicyjnym.

Z upływem lat intensywność moich wyjazdów się zmniejszała, ale właściwie trwało to aż do 1988 roku. Jeśli natomiast chodzi o spotkania naszej grupy tutaj na miejscu, to odbywały się one głównie na działce Heńka Nejmana albo w naszych mieszkaniach prywatnych. Spotkania na działce miały charakter pełnej konspiracji. Wystawialiśmy wartę przed bramą. Staraliśmy się o to, aby zawsze była jakaś droga ucieczki w razie nalotu. Spotkania odbywały się głównie wieczorami, kiedy działki pustoszały. Tam omawialiśmy nasze sprawy organizacyjne.

Przyszedł sierpień 1988 roku i ruszyła fala strajków. W momencie, w którym rozpoczęła się akcja protestacyjna na kopalni Jastrzębie, to chociaż byłem na rencie, od razu włączyłem się w pomoc strajkującym kolegom. Głównie chodziło o dostarczanie żywności, to była masa ludzi, których trzeba było wyżywić. Moja żona i pani Krzakowa gotowały obiady dla strajkującej załogi w tych naszych małych kuchniach domowych. Jak one sobie z tym dawały radę, to już nie wiem. Była z tym gotowaniem nawet taka humorystyczna historia, bo oczywiście więcej pań gotowało dla strajkujących górników (pamiętam między innymi, nieżyjącą już dzisiaj panią Porwał), ale moja żona gotowała w takim niebieskim wielkim garncu i widocznie gotowała bardzo dobrze (z zawodu jest kucharką), bo na kopalni tylko czekali na jedzenie w niebieskim garze. Krótko mówiąc, jeśli górnicy mieli wybór, to woleli obiad z niebieskiego garnka. Myśmy mieli stałe przepustki na kopalnię, więc nawet jacyś zupełnie nieznani ludzie przynosili nam różne przez siebie zakupione produkty, a myśmy je przemycali na kopalnię. Zresztą przy okazji przynosiłem na kopalnię prasę i ulotki z kościoła „na górce”. Pieniędzy nie przyjmowaliśmy, aby potem nikt nie mógł nam zarzucić defraudacji. Jedyne pieniądze, jakie przyjęliśmy, to od naszego proboszcza z „Przyjaźni” ks. Pawła Kaszy i od proboszcza z Połomi ks. Pisuli, który zawsze przyjmował nas bardzo gościnnie i łaskawym okiem spoglądał na naszą działalność. Oczywiście wszystkie te środki były pożytkowane na pomoc. Dostawałem wtedy stale wezwania na SB do Wodzisławia. Lekceważyłem je. W pewnym momencie zabrakło nam jednak i środków i produktów. Postanowiliśmy udać się po pomoc do Krakowa, do kardynała Macharskiego. No... wpadliśmy na taki pomysł, ale dostać się do metropolity krakowskiego to nie jest taka prosta sprawa. Otrzymałem co prawda poparcie z kurii biskupiej z Katowic i pomyślałem, że resztę spraw pozałatwiam sobie na miejscu w Krakowie. Trochę z tym było zachodu, ale w końcu się udało. Przedstawiliśmy księdzu kardynałowi nasz problem. Razem z nami był tam wtedy Stanisław Rutkowski „Cukier”. Okazało się, że trafiliśmy dobrze, bo kardynał Macharski przyjął nas bardzo życzliwie i mógł nam pomóc w naszym kłopocie. Podpisaliśmy konieczne dokumenty i ustaliliśmy, żeby obiecaną nam pomoc dostarczono do kościoła „na górkę”. Krótko po naszym powrocie auto dostawcze (TIR) z żywnością dotarło do Jastrzębia. Rozdziałem żywności zajął się ksiądz prałat Bernard Czernecki. Ładunek zawierał nie tylko żywność, ale i lekarstwa. Tego wszystkiego było kilka ładnych ton, także to była też duża akcja logistyczna.

Różne aspekty akcji strajkowej z zewnątrz też wyglądały dosyć ciekawie. Na przykład wszyscy pamiętaliśmy i pamiętamy pacyfikację kopalń z grudnia 1981 roku. W sierpniu 1988 roku władza nie zdecydowała się na użycie siły, ale podejmowali przecież pozorowane ataki. Kto miał wtedy wiedzieć, że atak jest pozorowany, a nie prawdziwy? W związku z tym prócz silnie zakonspirowanej grupy dywersyjnej na kopalni, która w razie ataku miała również odpowiedzieć siłą, zbroili się również ludzie z osiedla, ludzie za bramą kopalni. W wypadku konfrontacji siłowej także chcieli się bić z milicjantami. Z drugiej jednak strony czuło się pod koniec lat 80., że władza wykazywała już zdecydowanie bardziej miękkie stanowisko wobec społeczeństwa niż w okresie stanu wojennego i tuż po nim. Prezydentem miasta w tym czasie był pan Krypczyk. On nie był komunistą, należał do SD. To był bardzo lękliwy człowiek, ale jednak skory do współpracy z nami. Wiele informacji o działaniach władz otrzymywaliśmy od niego. Komuniści zresztą bardzo go lekceważyli. Innym symptomem jakiejś uległości czy chęci współpracy z nami był na przykład fakt, że któregoś dnia otrzymaliśmy informację z komitetu miejskiego PZPR o planowanym przez SB zatrzymaniu księdza Czerneckiego. Natychmiast przekazaliśmy mu tą wiadomość, ale on tylko machnął na to ręką i powiedział, że już tyle razy był przez nich zatrzymywany, że i tym razem nie będzie przed nimi uciekał. Trzeba pamiętać, że to jest bardzo dzielny człowiek, skoro nie wahał się zejść z górnikami z Moszczenicy na dół kopalni podczas tych strajków. Jego byle zatrzymaniem wystraszyć nie mogli. Ci, którzy obecnie tak pieją o swoich zasługach i o swoim bohaterstwie w walce z komuną, nawet w najmniejszym stopniu nie powinni porównywać się z takimi ludźmi jak ksiądz Czernecki. W każdym razie stanowisko władz w tamtym czasie uległo wyraźnemu zmiękczeniu, no i w istocie nic wielkiego się nie stało. W końcu i tak doszło do rozmów okrągłego stołu i wyborów 4 czerwca 1989 roku.

W późniejszym okresie podjąłem współpracę z Solidarnością Walczącą. Polegało to głównie na pomaganiu młodym ludziom, którzy nie potrafili się pogodzić z ustaleniami okrągłostołowymi, bo i mnie, prawdę powiedziawszy, ugoda z komunistami nie odpowiadała. Spośród tych, z którymi współpracowałem pamiętam Andrzeja Kamińskiego, Kubę Spornego czy dzieci Staszka Krzaka.

Na koniec pragnę wspomnieć o dwóch ważnych dla mnie postaciach. Jedną z nich jest mój nieżyjący już teść Bartłomiej Mazela, żołnierz AK. Miałem i mam dla tego człowieka bardzo wiele szacunku. On wiedział, że ja należałem do PZPR. Pozwolił mi przejść tą pomyloną drogą bez słowa przygany. To on udzielał mi lekcji prawdziwej historii Polski. To od niego czerpałem wiedzę o mordzie katyńskim i o wielu innych nieznanych mi faktach historycznych. O sobie i o swojej walce w AK mówił natomiast bardzo mało. Kiedy jednak zaangażowałem się w działalność opozycyjną, to właśnie on udzielał mi lekcji konspiracji, lekcji czujnej dyskrecji. Już po wojnie mój teść otrzymał dwa wyroki śmierci od komunistów i on naprawdę wiedział jak przeżyć godnie.

Drugą ważną dla mnie postacią jest również już nieżyjący mój przyjaciel Paweł Gross. Zapomniany dziś opozycjonista o niezwykle tragicznym losie... Był inwalidą i przez całe życie „klepał biedę”. Żona Pawła zginęła w wypadku ich trójkołowego wózka inwalidzkiego. On co prawda spowodował wywrócenie się tego wózka, ale bezpośrednią przyczyną śmierci była niewłaściwie udzielona pierwsza pomoc przez lekarza pogotowia ratunkowego. Sam Paweł zginął w wypadku windy budowlanej.

Dla mnie te dwie postacie łączy jakieś dziwne fatum, które zaciążyło nad ich życiem. Obydwaj walczyli o wolną Polskę, a ich osobiste losy splecione z losami ojczyzny, okazały tak bardzo dramatyczne. To dobrze, że można teraz o tych ludziach mówić, bo dobra pamięć im się należy.

Jastrzębie-Zdrój, 15 I 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński