L00096 Konstanty Radziwiłł

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacje Świadków Historii • Historia warszawskiego NZS

Relacja Konstantego Radziwiłła

Działałem w NZS-ie, jednakże trudno powiedzieć, że w jakimś konkretnym momencie wstąpiłem do tej organizacji. Był to raczej proces rozłożony w czasie. Na decyzję o zaangażowanie się w działalność opozycyjną w NZS-ie wpłynęła cała moja wcześniejsza historia. Nie było tak, że ktoś przyszedł i zaproponował mi „wstąp do NZS-u”, a ja wstąpiłem. Na pytanie, dlaczego zaangażowałem się w działalność w NZS-ie, muszę odpowiedzieć po prostu: dlatego, że tak zostałem wychowany. W domu panowała taka atmosfera, że bez względu na konsekwencje trzeba dawać świadectwo i angażować się. Robić to, co się da jak najlepiej. Była też tradycja działań, które poprzedzały wybuch Solidarności. Część mojej najbliższej rodziny, rodzice, brat i ja, byliśmy zaangażowani w różne działania związane z podziemnym ugrupowaniem.

Pod koniec września 1980 roku trudno było przewidzieć, może nastąpić. Nasze działania miały jeszcze charakter desperackich akcji mimo, że odbywały się już po podpisaniu Porozumień Sierpniowych. Mało kto jednak wierzył wtedy, że naprawdę coś się zmieni. Oprócz działań w ukryciu odbywały się też akcje jawne, jak na przykład akcja obrony nauczycieli w 1977 roku. Byłem wtedy jeszcze licealistą. Chodziło o nauczycieli, którzy podpisali się pod listem przeciwko wpisaniu do Konstytucji tzw. kierowniczej roli Partii i lojalności w stosunku do Związku Radzieckiego. Kilku nauczycieli wyrzucono z naszej szkoły tj. Liceum im. Rejtana w Warszawie. Byłem jedną z osób, które zbierały podpisy wśród uczniów przeciwko wyrzuceniu tych nauczycieli. Działałem więc jeszcze przed strajkiem sierpniowym.

Od wiosny 1980 roku była już u mnie pewna ciągłość działania, m.in. Strajki Lubelskie. Środowisko było ożywione, każdy zastanawiał się, co i gdzie można zrobić. W momencie, kiedy powstała Solidarność i było jasne, że będzie to związek zawodowy, to my studenci zorientowaliśmy się, że nie mamy czego szukać w organizacji związkowej. Latem 1980 roku byłem po 3. roku medycyny, a w październiku zaczynałem studia na 4 roku. Przypominam sobie, że w połowie września zaczęliśmy się „skrzykiwać”, czy to na Akademii Medycznej czy na innych uczelniach.

Pewnego razu spotkaliśmy się w Domu Studenckim Mikrus, który należał do Politechniki Warszawskiej. Mieszkał tam śp. Teodor Klincewicz. U niego w pokoju było takie centrum, gdzie wszyscy zaczęliśmy się zbierać. Nie pamiętam już, jak tam trafiłem. Dla wszystkich było oczywiste, że musimy coś zrobić, Solidarność była bowiem poza naszym zasięgiem. Musieliśmy powołać własną organizację, ale nie było to proste w środowisku studenckim; w zasadzie każdy powinien założyć związek u siebie na uczelni. Wkrótce rozpoczynał się nowy rok akademicki. Postanowiłem skrzyknąć znajome osoby na mojej uczelni, czyli Akademii Medycznej. Byłem jednym z nielicznych studentów na moim roku, którzy nie należeli do SZSP, a trzeba pamiętać, że nacisk na studentów pierwszego roku, by wstąpili do tej organizacji, był nieprawdopodobny. Zestresowany student rozpoczynający naukę na trudnym kierunku był przekonany, że to się może skończyć wyrzuceniem z uczelni. Mimo to byłem jednym z niewielu, którzy nigdy nie zapisali się do SZSP. Ludzie na uczelni wiedzieli o tym.

W pierwszych dniach października 1980 roku zorganizowaliśmy duże spotkanie w auli na rogu ulic Chałubińskiego i Oczki, tzw. Collegium Anatomicum. W trakcie tego spotkania ogłosiliśmy powstanie NZS-u. Aula mieści około 300-400 osób, może nawet więcej, a była pełna. Władze zostały tym chyba zaskoczone i trochę się „przyczaiły”. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba byłem organizatorem tego spotkania. Rektorem był wówczas profesor Szczerba, człowiek związany z partią. Nie mieliśmy jednak trudności ze zorganizowaniem tego spotkania. Potem już było wiele zebrań w tym samym miejscu. Poświęcone były różnym tematom, wiecowaliśmy... Drugie takie centrum działań było na Farmacji, czyli przy ulicy Banacha. Ludzie chętnie przystępowali do NZS-u, zapisywało się bardzo wiele osób, ale nie wydawaliśmy żadnych legitymacji. Była jakaś lista, ale legitymacje zaczęliśmy wydawać dopiero tuż przed stanem wojennym. W większości przepadły, a były piękne, w sztywnych oprawach.

Zostałem wybrany na przewodniczącego NZS-u. Nie pamiętam już, jak wyglądało głosowanie i wybór. Pamiętam za to na przykład zebrania, jakie odbywały się w tej samej auli, w trakcie których doszło do pierwszych konfliktów w NZS-ie. Chodziło o problemy związane z rejestracją związku. Nie dało się załatwić rejestracji w prosty sposób, bo trzeba było wpisać do statutu tzw. kierownicę, czyli uznać kierowniczą rolę partii. Było to łamanie niezależności. „Solidarność” miała zresztą ten sam problem, ale szybciej się obroniła i udało się jej zarejestrować. Z NZS-em trwało to bardzo długo. Przyszły ferie. Studenci się rozeszli, a można ich organizować jedynie, gdy mają zajęcia. Zauważalna obecność NZS-u na Akademii Medycznej zaczęła się pod koniec ferii ogólnopolskich, które u nas kończyły się wcześniej. Dlatego Akademia, obok Uniwersytetu Łódzkiego, postanowiła podjąć akcję strajkową w związku z niezarejestrowaniem NZS-u. Pamiętam taki wielki transparent: „Nie zmienimy statutu”. Uniwersytet Łódzki zaczął zajęcia tydzień przed nami, potem my, a potem dopiero po tygodniu następni w Warszawie. Głównym żądaniem strajku było zarejestrowanie statutu bez mian. Strajk odbywał się w najmniej do tego przystosowanym budynku – w Collegium Anatomicum. Dla osób z zewnątrz wygląda to szokująco. Na korytarzach wystawione są preparaty anatomiczne: jakieś straszne, pokręcone, wycięte tkanki rakowe, skóry z tatuażami, noworodki w słojach z formaliną. Może brzmi to paranoicznie, ale kiedyś zbierano i wystawiano takie rzeczy. Porozkładaliśmy się w tych korytarzach. Potem szybko okazało się, że nie ma tam miejsca dla wszystkich. Pamiętam, że spałem na podłodze pod biurkiem profesora Ostrowskiego, który był szefem Zakładu Histologii. Nikt nas stamtąd nie wyganiał. W tym czasie nie wiadomo było, jak potoczą się dalsze wypadki. Należy wspomnieć, że Akademia Medyczna była w tamtym czasie „czerwona” i specjalnej życzliwości nie było. Profesor Ostrowski traktował nas jednak całkiem nieźle i nie mieliśmy żadnych kłopotów w tym budynku.

Potem okazało się, że jest nas dużo więcej i utworzyło się drugie centrum strajkowe na Farmacji. Mieliśmy więc dwa centra, co było dość skomplikowane, bo trzeba było koordynować decyzje i działania. W strajku brał udział setki, może nawet tysiące studentów. Zajęcia na uczelni się nie odbywały. Kliniki, gdzie odbywa się część zajęć oczywiście nie strajkowały, ale studenci w tym czasie tam po prostu nie przychodzili. Akcja strajkowa miała charakter powszechny. Do strajku dołączyli też studenci, którzy nie byli członkami NZS-u. Znaczącym epizodem tego strajku był fakt, że Msze Święte, które się wtedy odbywały na uczelni odprawiał ksiądz Jerzy Popiełuszko. Był wtedy między innymi duszpasterzem służby zdrowia i był to formalny powód, żeby mógł nas tam odwiedzać. Wtedy go poznałem.

Z wcześniejszych akcji – zwłaszcza strajków robotniczych – mieliśmy już wiedzę na temat organizacji strajków. Nikt na przykład nie mógł wychodzić z obiektu. Wokoło kręciło się pełno ubeków. Nie wiadomo było, czy jak ktoś wyjdzie, to w ogóle wróci. Zdarzyło się nawet, że ktoś wyszedł i zamknęli go, przesłuchiwali. Nękano nas, ale nie było to bardzo uciążliwe. Logistyka i wyżywienie były świetnie zorganizowane. Mieliśmy też wsparcie z zewnątrz. Jak zwykle w takich strajkach pomagały nam rodziny, nawet przechodnie.

W końcu zarejestrowali nam Statut i dostaliśmy swój pokój. Na podobnych zasadach jak SZSP, tyle że oni mieli cały budynek, a my tylko jeden pokój na ul. Oczki, w Klubie Medyka, czy „w Medyku”, jak się wtedy mówiło. Zaczęliśmy się tam spotykać i rozwijać działalność typowo studencką. Zimą jeszcze przed strajkiem o rejestrację zorganizowaliśmy na przykład obóz zimowy, potem obóz letni. Próbowaliśmy rozruszać studentów. To były wspaniałe doświadczenia, choć nie ukrywam, że większość z nas zaangażowanych w NZS myślała raczej o zmienianiu Polski, a nie o organizowaniu wyjazdów zagranicznych. Tak więc ta obudowa SZSP, biuro podróży Almatur czy spółdzielnia pracy i akcja socjalna nie była mocną stroną NZS-u. Nie mieliśmy zaplecza, nie mieliśmy tylu pracowników, początkowo nie mieliśmy też dotacji. Potem jakaś niewielka dotacja została udzielona, ale tylko Komisji Krajowej.

Jeśli o mnie chodzi, to zostałem wybrany do Krajowej Komisji Koordynacyjnej (KKK) i pełniłem tam funkcję skarbnika do wprowadzenia stanu wojennego. Oprócz tego byłem przewodniczącym Komisji Uczelnianej NZS na Akademii Medycznej. Jeśli chodzi o źródła finansowania, to na uczelni były to tylko własne składki. Nie mieliśmy żadnych pieniędzy dodatkowych. Natomiast na szczeblu krajowym w ostatniej chwili – tuż przed stanem wojennym – skorzystaliśmy z przepisu, który mówił, że organizacje studenckie są dotowane przez państwo. O ile dobrze pamiętam, dostaliśmy 3 miliony złotych, które na tamte czasy były dużą sumą. Niestety większości tych pieniędzy nie udało się wyrwać, bo przyszedł stan wojenny. Uruchomiliśmy jednak biuro na ul. Szpitalnej. W stanie wojennym w NZS-ie było trochę pieniędzy – nazwijmy to – nielegalnych, na przykład środki z zagranicy. Do dzisiaj pamiętam jakieś korony norweskie. Pieniądze przechowywałem w domu, ale zostały zarekwirowane. Po dłuższym czasie – roku czy dwóch – oddali je jako prywatne. Cóż, nie było na nich napisane „Kasa NZS-u” czy „Kasa WiP-u”. Działacze z zagranicznych ruchów pokojowych nie byli krezusami, ale przywozili nam dolary. Miałem też różne egzotyczne waluty, potem był kłopot z wymianą. Nie mogłem iść z tym do banku, a na czarnym rynku trudno było sprzedać na przykład korony norweskie.

Kwestia finansowania wydawnictw wglądała tak, że w czasie strajku drukowaliśmy „Informator strajkowy”, ale nie mieliśmy własnego wydawnictwa. Sprawa była skomplikowana, bo istniała cenzura i w ramach jawnej działalności nie dało się zorganizować niezależnego wydawnictwa. Później z kolegami z Akademii Medycznej założyłem małe wydawnictwo „Kropka”. Miało charakter koleżeński i mało kto o tym wie. Wydaliśmy kilka książek, na przykład Zniewolony umysł Miłosza. Moja żona zaprojektowała okładkę, bardzo ładną. Druk był nielegalny, realizowaliśmy go przez jakieś kontakty.

Tymczasem NZS zaczął się rozwijać. Liczba członków NZS na Akademii była duża, ale chyba nigdy nie doszła do tysiąca osób. Na całej uczelni studiowało wówczas ok. 3-4 tysiące ludzi. Mogło to być więc około 20%, ale byliśmy przecież jeszcze młodą organizacją. Oczywiście nie stosowaliśmy takich nacisków jak SZSP, gdzie na zajęciach asystent dawał formularz do wypełnienia i na drugi dzień należało przynieść wypełniony i podpisany. Wielu ludzi obawiało się, że nieprzystąpienie może zaszkodzić dalszej karierze. Słusznie, bo później jeszcze przez wiele lat taka karta w życiorysie szkodziła, a na pewno nie pomagała. Gdy w 1983 roku skończyłem studia, to pomimo że byłem jednym z najlepszych studentów, okazało się, że nie ma dla mnie pracy w Warszawie.

Po rejestracji Zrzeszenia na jesieni 1981 roku miał miejsce strajk solidarnościowy z Wyższą Szkołą Inżynierską w Radomiu. Był tam taki rektor Hebda, który wojował z NZS-em i prześladował studentów. To był jeden powód, drugim był strajk o nową ustawę o szkolnictwie wyższym. Ówczesny minister oświaty (nazywał się Górski) znalazł się pod naciskiem ogólnopolskiej akcji strajkowej, która skończyła się tuż przed stanem wojennym. W międzyczasie miał miejsce pierwszy pokaz siły przed 13 grudnia, czyli interwencja w Wyższej Szkole Pożarnictwa w Warszawie na Żoliborzu. Studenci z tej uczelni przyłączyli się do naszego strajku. Uznano wtedy, że jest to nielegalne, bo oni funkcjonowali w strukturze MSW. Spacyfikowano ich niezwykle brutalnie – interwencja z helikopterów, siły prewencji ZOMO... Pobito ich, wszystkich wyrzucono ze Szkoły, a uczelnię zlikwidowano. NZS zaangażował się wówczas w akcję wsparcia osób wyrzuconych ze szkoły pożarnictwa. Mogliśmy interweniować u wielu rektorów, których wsparliśmy w niedawnych wyborach. Traktowaliśmy ich jako „naszych” rektorów. Tak było z Samsonowiczem na Uniwersytecie, z Findeisenem na Politechnice, z Janem Nierumowiczem na Akademii Medycznej w Warszawie – byliśmy jedną z tych sił, która przyczyniła się do jego wyboru. Uruchomiliśmy więc akcję przyjmowania tych niedoszłych strażaków na Politechnikę Warszawską. Chodziło tu bowiem o studia techniczne i profesor Findeisen ich przyjął. Dzięki temu niektórzy z nich skończyli Politechnikę.

Strajk się zakończył i jego ostatnim finałowym akcentem była pielgrzymka z całej Polski na Jasną Górę, gdzie odbyło się spotkanie postrajkowe. Było to 13 grudnia. Brałem udział w tej pielgrzymce wraz z delegacją z Akademii Medycznej. Nocowałem w domu pielgrzyma u zaprzyjaźnionych sióstr. Rano wstajemy, bo o 9.00 miało być spotkanie studentów z całej Polski z Księdzem Prymasem, a siostry nam mówią, że jest jakaś wojna czy coś, ale że one nic z tego nie rozumieją. Były niezorientowane politycznie. Idziemy więc na Jasną Górę. Na ulicy minęliśmy samochód pancerny SKOT. Wyglądało to dziwnie. O tym, że wprowadzony został stan wojenny, dowiedzieliśmy się dopiero w klasztorze z ust Księdza Prymasa, który przyjechał tam dzień wcześniej. Gdyby miał przyjechać rano, to już by nie dojechał. Trochę nam miny zrzedły, ale nikt nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi. Myśleliśmy o tym, że trzeba wracać do domu. Zaczęliśmy też kombinować, co robić dalej i że może jednak lepiej nie wracać. Panowie z SB byli w nocy u mnie w domu, ale mnie oczywiście nie było. Nie byli więc dobrze poinformowani. W każdym razie na Jasnej Górze nas nie wyłapywali. I po powrocie do Warszawy, do domu już nie wróciłem. Zacząłem się ukrywać. Gdybym był 13 grudnia w domu, to zapewne by mnie zamknęli. Co by było potem, to już trudno powiedzieć... Nie wiedziałem, czy będą nas szukać, łapać. W każdym razie ukrywałem się 2 miesiące w różnych zaprzyjaźnionych domach w Warszawie. Próbowaliśmy coś ratować, zorganizowaliśmy brawurową wyprawę do Medyka, aby uratować rzeczy NZS-u. Udało się. Okazało się, że naszego pokoju już nikt nie pilnował, ale do siedziby Krajowej Komisji na ul. Szpitalnej nie można było wejść, bo milicja jej pilnowała. Po miesiącu ukrywania się zagroziło mi wyrzucenie ze studiów. Skontaktowałem się więc z rektorem i on poręczył za mnie. Była chyba druga połowa stycznia 1982 roku. Zacząłem ponownie studiować.

Zostaliśmy mocno przetrzebieni. Dramatycznie skurczyły się wszystkie linie komunikacyjne. Nie mieliśmy telefonów, adresów nie znaliśmy, ale niewielka grupa przetrwała. Zaczęliśmy się skrzykiwać, aby przede wszystkim pomagać tym, którzy siedzieli oraz ich rodzinom. Na bazie tego NZS-u niedługo potem narodził się WiP, Wolność i Pokój. To było płynne przejście. NZS nie musiał mieć dużej struktury podziemnej, był raczej środowiskiem, ruchem. Znaczna część tych działaczy, którzy byli na wolności lub która wychodziła na wolność, angażowała się w WiP. Ja też przeszedłem taką drogę, z tym że nigdy nie zostałem zamknięty. Ponieważ wcześniej byłem skarbnikiem, to pieniądze zostały przy mnie i wybrano mnie na skarbnika WiPu.

Ruch Wolność i Pokój powstał po głodówce w Podkowie Leśnej. Była to pierwsza akcja, której celem była obrona Adamkiewicza ze Szczecina. Odmówił złożenia przysięgi wojskowej i z tego powodu został zamknięty do więzienia. Adamkiewicz był działaczem NZS-u. Prawie wszyscy, którzy zaangażowali się w akcję w Podkowie Leśnej, byli wcześniej działaczami NZS-u. W głodówce brało udział około 10 osób. Istnieją spory o to, gdzie powstał NZS. Niektórzy twierdzą, że w Krakowie. Podobne dyskusje dotyczą powstania WiP-u. Moim zdaniem o tyle nie mają one sensu, że te organizacje powstawały równolegle w różnych miejscach. W każdym razie według mnie WiP powstał w trakcie tej głodówki.

Tymczasem działalność NZS-u na Akademii praktycznie zamarła. Powstawał nowy NZS, tworzony przez pokolenie 88. Z tymi nowymi ludźmi nie mieliśmy już praktycznie nic wspólnego, bo studia skończyłem w 1983 roku. Przestałem bywać na Akademii. Początkowo miałem plany, aby robić coś na uczelni, bo to umożliwiało rozwój. Miałem jednak problemy ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy, nie tylko naukowej. W wielu miejscach mnie nie przyjęto. Według panujących standardów dobry student, absolwent powinien być zatrudniony w klinice Akademii Medycznej. W moim przypadku było inaczej. W końcu zatrudniłem się w przychodni na Ursynowie, wtedy to było na końcu świata. Zatrudnili mnie, bo nie mieli tam lekarzy. Przyjmowanie do pracy odbywało się na dwóch szczeblach. Jeżeli szedłem do profesora, szefa kliniki, to mówił (byłem już znany na Akademii Medycznej): „kolego Radziwiłł, jak to miło, świetnie, proszę złożyć papiery jutro w kadrach”. „Jutro w kadrach”, kiedy pana profesora nie było, okazywało się, że etat był, ale już go nie ma. Trudno powiedzieć czy profesor wiedział o tym. W każdym razie dział kadr, o ile nie był w strukturach, to na pewno był sterowany przez ubecję. I ten scenariusz powtórzył się w kilku miejscach.

Warszawa, 2010

Opracowanie: Waldemar Sadowski