L00097 Edward Skoneczny

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Edwarda Skonecznego

Zasad demokracji nauczyłem się, będąc ministrantem. Wiadomo, że ktoś temu bractwu musiał przewodzić, więc tam gdzie pełniłem służbę „szefa” ministrantów, odbywały się normalne, demokratyczne wybory. Mimo że przecież Kościół nie jest instytucją demokratyczną, to jednak tam po raz pierwszy zetknąłem się z wolnymi wyborami.

Moi rodzice spotkali się na Ziemiach Zachodnich. Ojciec pochodzi z Brzezin, mama jest góralką z Iwkowej Brzeskiej. Urodziłem się jeszcze w Brzezinach, ale reszta mojego rodzeństwa już w Buczynie w powiecie głogowskim. Tam rozpocząłem edukację podstawową. Rodzice pracowali w PGR-ze. Wszyscy wiemy, jakie warunki panowały w PGR-ach, więc człowiek chciał wyrwać się stamtąd za wszelką ceną. Jedyną możliwość, aby uciec od tej ponurej rzeczywistości, dawała nauka, więc rozpocząłem naukę w szkole średniej. Ponieważ kiedyś było mniej telewizji i innych źródeł informacji, człowiek więcej dowiadywał się z przekazu ustnego. Moje pierwsze spotkania z historią były rozmowami z ludźmi, którzy w tamtych czasach byli trochę na bakier z prawem i przyjeżdżali „przezimować” w PGR-ze. To od nich po raz pierwszy usłyszałem prawdę o Katyniu. Był u np. nas taki magazynier – już nie pamiętam jego nazwiska – który ukończył gimnazjum jeszcze przed wojną i już sam ten fakt był dla nas kompletnie abstrakcyjny. On jako pierwszy uczył mnie prawdziwej historii Polski. Oficjalna wersja, której nauczano w szkole, to wielki proletariat, Lenin wiecznie żywy, sztampa i akademie z okazji rewolucji październikowej. Zresztą na przykład prawdziwą historię Józefa Piłsudskiego poznałem dopiero po przyjeździe do Jastrzębia. Jakieś ciekawsze informacje uzyskiwałem od nauczycieli z liceum w Szprotawie, ale tak czy inaczej to wszystko i tak było szczątkowe. Dowiedziałem się na między innymi, że w latach 50. jeden z uczniów szprotawskiego liceum za walkę z „jedynie słusznym ustrojem” otrzymał wyrok śmierci, który wykonano. Bierut go nie ułaskawił, chociaż to był nastoletni chłopak! Co ciekawe, Szprotawa była miastem w połowie rosyjskim. Najlepsze domy zajmowały rodziny oficerów sowieckich, bo w okolicznych lasach stacjonowała lotnicza jednostka armii sowieckiej. Przyjaźń polsko-radziecka w praktyce wyglądała tak, że stosunki z cywilami mieliśmy na ogół dobre, natomiast z mundurowymi na ogół złe. Zresztą możliwość pełnienia służby w Polsce była dla nich wyróżnieniem, a jeżeli którykolwiek z nich coś przeskrobał, natychmiast wracał do siebie. Normalne, codzienne relacje międzyludzkie mieliśmy z nimi dobre, natomiast te na tle politycznym były kompletnie sztuczne. Do dzisiaj nie myślę źle o Rosjanach jako o ludziach. Jeżeli ktoś myśli, to nie potrafi odsiać ziarna od plew.

Po ukończeniu szkoły średniej bardzo chciałem kształcić się dalej, ale w domu oprócz rodziców było nas pięcioro rodzeństwa. Rodzice w PGR-ze zarabiali mało, więc nie było nas stać na dalszą naukę. Ponieważ jedynymi darmowymi studiami były studia wojskowe, gdzie człowiek dostawał wszystko nieodpłatnie, to zacząłem się zastanawiać nad podjęciem nauki na WOSWZ we Wrocławiu. Zniechęciła mnie jedna z moich nauczycielek, która była żoną oficera czołgisty. Uświadomiła mi, że to nie jest normalne życie, bo jej mąż czy chciał czy nie mnóstwo czasu musiał spędzać na poligonach i w domu go prawie nie było. Po przemyśleniu sprawy zrezygnowałem z tej opcji. Jeden mój kolega poszedł na uczelnię wojskową, już nie pamiętam jaką, w każdym razie na jakiś kierunek „polityczny” i naiwniak myślał, że jako przyszły „politruk” może sobie chodzić do kościoła. Zapomniał o tym, że tak mógł postępować tylko nieświadomy komunista, więc po iluś tam raportach, które na niego złożono, wyrzucono go z tych studiów i oczywiście za wszystko musiał zapłacić. Pomyślałem sobie wtedy: najpierw „stanę na nogi” z finansami, a potem pomyślę o dalszej nauce, i tak przyjechałem na Śląsk. Jeszcze przed maturą przyjechałem do Jastrzębia do kuzynki na chrzciny jej dziecka. U siebie mogłem zarobić góra 4,5 tys. złotych, a tutaj zarobki były dla mnie niewyobrażalnie wyższe. Nawiasem mówiąc moja pierwsza wypłata wynosiła 13 tys. złotych, więc można było oszaleć.

Maturę zdałem w maju 1979 roku, a już w sierpniu przyjąłem się do pracy na kopalni Manifest Lipcowy z myślą, że popracuję rok, a potem zobaczymy. Dostałem pracę na oddziale maszynowym GR-1 i zamieszkałem w hotelu robotniczym obok kopalni. Człowiek był młody, więc kopalnia, dół i ciężka praca nie przerażały. Zaczęli mnie w tej pracy jakoś doceniać. W końcu trafiłem na taką ścianę, gdzie poznałem naprawdę ciekawych i religijnych ludzi. Moja religijność mocno kulała, jak to zwykle bywa u większości młodych ludzi. Kombajnistą na tej ścianie był Jasiu Bożek. Między nami nawiązały się bardzo przyjazne relacje, chociaż na początku robili sobie ze mnie – młodego ślusarza – żarty, ale to absolutnie nie było złośliwe. Na tym oddziale elektrykiem był kolega Wala. Imienia nie pamiętam, ale to jego ojciec oddał ziemię na budowę kościoła „na górce”. Kiedyś Jasiu Bożek zaproponował mi, abyśmy wybrali się na pielgrzymkę do Piekar Śląskich. Udałem się tam razem z nim, od razu po sobotniej „nocce” i muszę powiedzieć, że od tego momentu zaczęła się we mnie budzić głębsza refleksja religijna. Potem zacząłem już regularnie uczęszczać na msze święte, chociaż z hotelu mało kto chodził do kościoła. Wkrótce na jakiejś spartakiadzie poznałem swoją przyszłą żonę, a ona należała do parafii NMP Matki Kościoła, czyli do kościoła „na górce”. Kiedy mieliśmy problemy ze spotykaniem się, to najczęściej widywaliśmy się na mszy w kościele. Ponieważ kościół był w budowie – budowali go sami parafianie – więc również zgłaszałem się tam do pracy. Bardzo trafiały do mnie kazania księdza Henryka Białasa. On to potrafił dotrzeć do ludzi! Oczywiście słuchałem również kazań księdza Czerneckiego, ale ksiądz Białas był absolutnie wyjątkowy. Tak się kształtowała moja dorosła świadomość. Takie były we mnie początki wolnego człowieka. Trudno było mówić o pełni świadomości, ale już powoli rozumieliśmy, że mamy jakiś wybór. Nawet kiedy któryś z nas awansował i dostawał biały hełm, a partia czciła to wydarzenie czynami społecznymi, to my najpierw braliśmy w tym udział, ale zaraz potem jechaliśmy do Piekar podziękować Matce Boskiej Piekarskiej. Trochę to było schizofreniczne, ale mieliśmy wybór i korzystaliśmy z niego. Na te pielgrzymki zjeżdżało się setki tysięcy ludzi i zaczynaliśmy czuć swoją siłę. W tym wszystkim dojrzewałem, wszyscy dojrzewaliśmy pod skrzydłami Kościoła. Tak to się wtedy działo... Uczyłem się tam, że wolność wiąże się z odpowiedzialnością. Przecież ja byłem wtedy młodym człowiekiem i jak wszyscy młodzi lubiłem się bawić, ale nigdy nie zdarzyło mi się żebym zrobił „enkę”. Po każdym dancingu wracałem na hotel, tak żeby rankiem pójść w formie do pracy.

Przyszło lato 1980 roku. Stanął Lublin, stanęło Wybrzeże, a my póki co nic. Było nam bardzo przykro czytać hasła wypisywane na wagonach kolejowych, przychodzących na kopalnie z głębi kraju, typu: „Lepiej zabić Ślązaka niż świniaka”. U nas po prostu nie było lidera. Chcieliśmy ich poprzeć, rozmawialiśmy o tym między sobą, ale ktoś musiał wzniecić to zarzewie. Jastrzębie uważaliśmy za taką zbieraninę ludzi z całego kraju (bo i tak było), w której nie da się skleić niczego konkretnego. Na to wszystko jeszcze ormowcy i esbecy... W naszym mniemaniu protest mógł rozpocząć się gdziekolwiek na Śląsku, ale na pewno nie w Jastrzębiu. Okazało się jednak, że ludzie to potężny żywioł, jak mawiał jeden z moich sztygarów.

27 sierpnia 1980 roku miałem druga zmianę. Po wyjeździe na powierzchnię nic się nie działo, więc udałem się do domu. Za jakiś czas przybiegł do mnie kolega i powiedział, że kopalnia stanęła, Stefan Pałka wzniecił strajk i ludzie zbierają się na cechowni. Brałem w tym czynny udział, ale to się działo jakby poza moja świadomością. Wewnętrznie niby byłem przygotowany na taką ewentualność, ale kiedy rzeczywiście się przytrafiła i wszystko zaczęło żyć, to nagle wydało mi się to zupełnie nierealne. W jakim napięciu czekaliśmy, aby poparła nas jakaś następna kopalnia! Dopóki nie dowiedzieliśmy się, że stanęła Borynia, to mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w stanie jakiegoś zawieszenia. Czekaliśmy potem na kolejne zakłady pracy. Przyglądaliśmy się pracownikom dozoru: Czy się odważą? Czy nas poprą? I nagle wszyscy, całe miasto, byli z nami! To było przeżycie nie do opisania, po prostu euforia! Pamiętam, że ludzie wzbudzali w sobie to dobro jak każdy umiał, każdy jakoś chciał poprawić to nasze życie. Chcieliśmy lepiej pracować, lepiej żyć. Organizowaliśmy się więc jak kto umiał. Byli wśród nas ludzie mądrzejsi; organizatorzy, ludzie z talentem kierowniczym, trochę lepiej poinformowani o zasadach działania wolnego świata. Podpisanie postulatów ogólnokrajowych i zgoda na nie przeszła dosyć gładko, ale postulat wolnych sobót i niedziel – nasz jastrzębski postulat – to było coś wielkiego i wywalczyliśmy to wtedy. Pamiętam, że pracownicy dozoru byli zszokowani tym faktem. W świadomości tych ludzi jak drzazga tkwiło przekonanie, że jeżeli kopalnia stanie choćby na jeden dzień, to świat się zawali. A to było potrzebne nam wszystkim, i „czarnym” i „białym”. Przecież żeby nie zwariować od tej roboty, każdy człowiek musi od czasu do czasu odpocząć. Życie ludzkie nie składa się tylko i wyłącznie z pracy. I wtedy udało nam się to osiągnąć.

W okresie „karnawału Solidarności” głównie uzupełniałem swoją wiedzę. Zaczęły działać różne struktury związkowe i człowiek musiał się nauczyć, że może do nich chodzić ze swoimi problemami bez obaw o to, że zostanie wciągnięty w jakąś brudną grę. Zaczęły ukazywać się w drugim obiegu pozycje książkowe, z których można się było uczyć prawdziwej historii Polski. Pojawiła się wolna prasa, w nieskrępowany sposób opisująca i komentująca bieżące wydarzenia. To było bardzo interesujące doznanie, kiedy człowiek sobie uświadamiał, w jak ciekawych czasach żyje. Poza tym przyznać muszę, że odkryciem dla mnie było to, że w Polsce jednak działała prawdziwa opozycja polityczna, czyli KPN. To był okres euforii i rozkwitu. Co prawda pojawiali się wtedy ludzie głoszący opinie, że musi dojść do jakiejś konfrontacji między władzą a „Solidarnością”, czyli praktycznie z całym narodem, ale myśmy uważali, że to jest czarnowidztwo. Wiedzieliśmy, że jesteśmy oszukiwani przez władzę, że ciągle jesteśmy oczerniani w mediach, że prawdy trzeba szukać między wierszami, ale optymizm związany z młodością jakoś gasił te wszystkie obawy.

Wprowadzenie stanu wojennego było więc dla mnie dużym szokiem. Kiedy tylko dowiedziałem się o tym fakcie, natychmiast udałem się na kopalnię. Na początku docierało do nas mnóstwo złych informacji, których nikt nie był w stanie zweryfikować. Cała załoga z hotelu robotniczego zmobilizowała się natychmiast do strzeżenia kopalni. Wiedzieliśmy, że musimy zabezpieczyć nasz zakład pracy. Pamiętam, że byłem na niedzielę umówiony z przyszłą żoną do kina na film Człowiek z żelaza, ale ja już na to spotkanie nie przyszedłem. Praktycznie do 15 grudnia przebywałem na kopalni. Raz na krótko wyszedłem, aby wykupić mięso na kartki, no i udało mi się kupić kawałek kiełbasy. Jakieś zapasy żywności trzymaliśmy na dworze; za taką lutnią zrobiliśmy sobie lodówkę, bo między Bogiem a prawdą nikt z nas nie wiedział, jak długo będziemy tam siedzieć.

Już od poniedziałku przyjeżdżali do nas komisarze wojskowi. Mówiliśmy im, że strajkujemy, i wysuwaliśmy swoje żądania. Chodziło nam o zniesienie stanu wojennego i o uwolnienie internowanych. Tłumaczyli nam, że nie mogą naszej akcji nazwać strajkiem, gdyż związek zawodowy został zdelegalizowany, więc traktują ją jako nielegalną przerwę w pracy. Tym niemniej przyjęli nasze postulaty i obiecali przekazać je do Warszawy. Rozmowa z tymi wojskowymi na ogół przebiegała dosyć rozsądnie, chociaż niektórzy młodzi ludzie ostro na nich naciskali zadając pytania typu: „A jak każą panu strzelać, to będzie pan strzelał?” Nie potrafili sensownie i jasno się do takich pytań ustosunkować. W każdym razie zobowiązali się, że przekażą nasze postulaty do Warszawy. Od tamtego momentu czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków, ale nikt już nie podjął z nami żadnych rozmów.

15 grudnia rankiem dowiedzieliśmy się o akcji ZOMO na kopalni Jastrzębie. Podczas strajku pełniliśmy dyżury na terenie kopalni. Ja pilnowałem przejazdu kolejowego i torów, a ponieważ czynna była wówczas tylko kolejowa linia telefoniczna, więc tą właśnie drogą dowiedzieliśmy się, że już na nas jadą siły milicyjne. Ludzie różnie na to reagowali. Jedni chcieli opuścić kopalnię, ale na ja uważałem, że należy pozostać na posterunku. Nie dość że tam było nasze miejsce, to jeszcze było w miarę bezpieczne. Byłem wtedy kawalerem i uważałem, że większy obowiązek ciąży na mnie jako na samotnym, niż na koledze, który ma dwoje dzieci. To był mój czas. Uważałem, że muszę wytrwać do końca. Ludzi zaczęło ubywać. Widzieli te milicyjne samochody. Zrozumieliśmy, że nie możemy pozostać na cechowni, bo nas rozgonią jak stado baranów. Zaczęliśmy się zbroić jak tylko mogliśmy. Postanowiliśmy, że będziemy się bronić. To było dosyć spontaniczne, po prostu odruch samoobrony.

Siły milicyjne otoczyły całą kopalnię, na placu autobusowym było pełno czołgów. Ludzie jakoś podzielili się na grupy, jedna do obrony bramy głównej, druga do obrony bramy drugiej. Nasi przywódcy związkowi tacy jak Jasiu Bożek próbowali nas jakoś organizować. Ludzie zaczęli się trochę bać, więc zaczęliśmy śpiewać pieśni patriotyczne, aby podnieść morale. Reagowaliśmy czasami bardzo dziwnie. Pamiętam jak nie mogliśmy się z kolegą zdecydować na obronę której bramy się udać. Kolega w końcu coś zaproponował. Zapytałem go, dlaczego akurat tam. Odpowiedział, że w razie czego stamtąd będzie bliżej do karetek pogotowia. Mieliśmy świadomość dużego zagrożenia, czuliśmy strach. Z jednej strony byliśmy tak zdesperowani, że żaden z nas by nie ustąpił, ale a z drugiej mieliśmy spore obawy.

Nikt z nami nie negocjował. Atak rozpoczął się od razu. Usłyszałem ryk silników czołgu i trzask rozwalanej bramy. Potem nagle odgłosy wystrzałów. Padliśmy na ziemię. Jakimś zakamarkiem świadomości skonstatowaliśmy, że szyby się nie sypią, więc chyba ślepaki. Znowu wstaliśmy i pobiegliśmy do bramy. Wtedy dostrzegliśmy padających ludzi. Zdrowi wynosili i odciągali rannych. Pojąłem powagę sytuacji. Zacząłem odrzucać pojemniki z gazem w stronę zomowców, ale wiatr i tak zawiewał gaz w naszą stronę. Oczy bardzo szczypały. Zaczęliśmy się powoli wycofywać. Kule świszczały nam koło uszu. Wtedy były już podziurawione ściany budynków i wytłuczone szyby. Pobiegłem w stronę drugiej bramy. Tam już też czołg wjeżdżał. Brama była zastawiona lutniami. Gąsienice czołgów ślizgały się po tych lutniach. My znowu zaczęliśmy się wycofywać. Pobiegliśmy do innej grupy walczącej z zomowcami. Rzucaliśmy w nich nożami kombajnowymi lub walczyliśmy wręcz. Można tym było zrobić krzywdę. Kiedy zomowcy byli w kupie, to mieli nad nami przewagę, ale kiedy udawało nam się ich rozproszyć, wtedy znowu my zdobywaliśmy pole. Kiedy dzisiaj to wspominam, to rozumiem, że nasza walka była beznadziejna, a środki obrony, którymi dysponowaliśmy, wydają się wręcz groteskowe, ale tak to wtedy wyglądało. Za drugą bramą w pobliżu łaźni stały wozy z materiałem wybuchowym. Wypchaliśmy te wozy przed pierwszy wjeżdżający czołg. Czołg się wycofał. Desperacja była taka, że już nikt nie myślał. W którymś momencie Jasiu Bożek i chyba dyrektor zaczęli nas prosić, abyśmy przerwali walkę, ale myśmy się uparli, że choćby nas wszystkich mieli stamtąd wynieść, to nie ustąpimy. Chyba Jasiu Bożek krzyczał, że nie chce mieć nas na sumieniu. Prosił nas, żebyśmy się zastanowili. Dyrektora ludzie zakrzykiwali, ale Jasia słuchali już wszyscy uważniej. Mówił do nas, że nasze żony, nasze matki czekają na nas w domach i że on nie może ich zawieść. Mówił nam, że zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy zrobić, i że dalszy opór nie ma już większego sensu, bo będziemy jeszcze potrzebni, ale żywi. Powoli ostudził w nas emocje. Jakoś wrócił nam zdrowy rozsądek. Doszło do rozmów. Powiedzieliśmy, że wyjdziemy, jeśli najpierw zomowcy opuszczą kopalnię. Dowódcy sił milicyjnych początkowo nie chcieli się na to zgodzić, ale w końcu doszło do takich ustaleń, że oni się wycofają i dali nam pół godziny czasu na opuszczenie zakładu. Przebraliśmy się w czyste ubrania i ze spuszczonymi głowami wyszliśmy z kopalni. W tamtym momencie czułem gorycz porażki. Wychodziłem z zakładu ze łzami w oczach. Byłem zły na kolegów, którzy nas opuścili, byłem zły na tych, których z nami nie było.

Załamany i wściekły wróciłem do hotelu. Pamiętam swoją złość w stosunku do kolegi z hotelu, który nie brał udziału w strajku. Przed hotelem stał czołg. Złapałem butelkę ze skisłym mlekiem i rzuciłem przez okno w ten czołg. Z drugiej strony budynku również podjechał czołg. Dostrzegliśmy grupę zomowców wchodzącą do budynku. Pomyśleliśmy, że trzeba wiać, bo dopiero co wyszliśmy z jednej łaźni, a już szykują nam nową. Ale wszystko rozeszło się po kościach. W pokoju już trochę się uspokoiłem i zgłosiłem się do pracy jeszcze tego samego dnia. Kiedy przyszedłem na nocną zmianę, to jeszcze niektórzy zastanawiali się czy jakaś grupa nie strajkuje na dole. W ogóle wtedy trudno się było dowiedzieć czegoś pewnego. Nie wiedzieliśmy, ilu jest rannych, nie wiedzieliśmy, czy nie ma jakichś zabitych. Zupełny brak informacji. Nie było żadnej możliwości weryfikacji danych.

Rozpoczął się smutny okres stanu wojennego. Jak wiele nadziei potrafiła dać byle ulotka znaleziona gdzieś na dole albo na cechowni czy na hotelu! To oznaczało, że „Solidarność” żyje i działa. Przecież wydawało się, że jesteśmy kompletnie rozjechani. Tuż po strajku ludzie, którzy szli do lekarza, otrzymywali zwolnienia nawet bez badania. To było jak depresja, nie – to była depresja. Żyliśmy i pracowaliśmy w takim dziwnym stanie zawieszenia. Powoli jakieś informacje na temat naszych internowanych kolegów zaczynały do nas docierać. Oparciem i nadzieją były nam w tym czasie msze za Ojczyznę, organizowane w kościele „na górce”. Pamiętam, że pierwszy raz uczestniczyłem w takiej mszy z okazji święta Niepodległości jeszcze chyba w 1979 roku. Poszedłem na nią ze swoja przyszłą żoną. Nie będę przypominał, że obchodzenie tego typu rocznic dla młodych ludzi, wychowanych w PRL-u i w komunistycznej propagandzie, było czymś nowym, niemalże zjawiskowym. Coś tam się kiedyś słyszało o Piłsudskim, o Legionach, no ale ta wiedza była zakazana i zafałszowana. Mszę celebrował ks. Czernecki, a dary do ołtarza niosło kilku legionistów, piłsudczyków. To zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. To była dla mnie lekcja historii. Wtedy na tego typu msze chodziło jeszcze bardzo mało ludzi. Sytuacja zmieniła się diametralnie po powstaniu „Solidarności”.

W czasie stanu wojennego dużym przejawem odwagi i zamanifestowania sprzeciwu wobec systemu było noszenie oporników w klapach marynarek albo na swetrach. Nosiliśmy również znaczki z takim skrótem „EA” tzn. element antysocjalistyczny. Tak wtedy mogliśmy wyrażać sprzeciw i wykorzystywaliśmy każdy, choćby najmniejszy skrawek przestrzeni wolności, aby ją zamanifestować.

Jeśli chodzi o mój bardziej konkretny udział w działalności opozycyjnej – któregoś dnia Piotrek Blaut poprosił mnie o chwilę rozmowy. Chyba moja postawa zwróciła jego uwagę. Zaprosił mnie na spotkanie grupy konspiracyjnej i udałem się tam. Na miejscu w tym nazwijmy to lokalu konspiracyjnym panowała dosyć luźna atmosfera, wszyscy ze sobą rozmawiali. Z początku nie miałem pojęcia, gdzie mnie przyprowadzono. Potem dowiedziałem się, że to było mieszkanie Kozibuta. Jeszcze później spotykaliśmy się u Oziewicza. Zresztą początkowo było tak, że niektórych ludzi znało się jedynie „z twarzy”, nazwisk nikt nie podawał. Najpierw przydzielili mi ulotkowanie, ale z czasem zacząłem również drukować. Wiele razy przenosiliśmy sprzęt z jednego mieszkania do drugiego pod przykrywką zakupu nowych mebli. Najczęściej sprzęt drukarski przenosiliśmy w jakichś tapczanach.

Trochę ta działalność kolidowała z moim życiem osobistym. Kiedyś otrzymałem zadanie wydrukowania kolejnego „Kuriera wojennego”, a w tym samym czasie byłem umówiony z dziewczyną. Kiedy ona o tym usłyszała, to natychmiast zgodziła się, że mi pomoże. Naprawdę myślała, że to będzie jakaś nieszkodliwa gazetka, jakaś głupia propaganda dla zakładu pracy, jak gazetka szkolna. Ja trochę po zawadiacku pomyślałem sobie, że mogę mieć dwa w jednym, randkę i druk, a wiadomo, chata wolna... W pierwszym momencie, kiedy moja przyszła żona zorientowała, się o co chodzi, była przerażona. Byłem jej jednak pewien, bo znałem i ją, i jej rodzinę, wiedziałem więc, że rodzice wychowali ją na przyzwoitego człowieka. W każdym razie w czasie drukowania zachowywała się jak zawodowiec i po prostu jej to imponowało. Jeśli idzie o jakieś moje teksty, to ja raczej zajmowałem się robieniem „newsów”, skrótowych informacji, dłuższych artykułów nie pisałem.

Liderem naszej grupy był Jarek Kolk, on miał w sobie jakiś dar i silną osobowość. Myśmy się może nie przyjaźnili ze sobą, ale dostrzegałem i doceniałem jego zdolności kierownicze. Miał wiele ciekawych pomysłów. Na przykład gdy drukowaliśmy informację o nielegalności wprowadzenia w Polsce stanu wojennego i próbowaliśmy oprzeć naszą tezę na prawie polskim, to on potrafił powołać się na tezę 32 Lenina, która mówiła, że jeżeli „…dochodzi do rozłamu między Partią a związkami zawodowymi, wówczas winna jest Partia i oznacza niechybną zgubę władzy”. W konsekwencji ta teza okazała się dosyć prorocza i wyznaczyła koniec władzy PZPR.

Były to jednak ciężkie czasy, grupa zaczęła nam się wykruszać, ale ciągle działaliśmy. Staraliśmy się nasze działania organizować jak najsensowniej, np. ulotki rozrzucaliśmy na cechowni w dniu wypłaty, bo wtedy informacja trafiała do największej ilości osób. Jarek stale koordynował nasze działania. Trzeba było uważać, bo przecież nie o to chodziło, żeby dać się złapać. Myślę, że biorąc pod uwagę fakt, że działaliśmy w warunkach konspiracyjnych, to byliśmy dosyć dobrze zorganizowani.

Władza na siłę starała się stworzyć wrażenie normalności i niektórzy działacze dawali się na to nabierać. Jak już wspomniałem, dało się odczuć w tym okresie topnienie naszych struktur. Po pewnym czasie w naszej grupie zostało nas tylko czterech. Zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko ma sens, ale kiedy rozrzucaliśmy ulotki, widziałem zainteresowanie i zaaferowanie ludzi tym, że „Solidarność” żyje i działa. Myślałem sobie: przecież ja im daję nadzieję. W takich momentach przestawałem wątpić w sens naszej działalności.

Któregoś dnia doszło do spotkania, na którym pojawiła się osoba, której się obawiałem i wiedziałem, że w związku z jej pojawieniem wszyscy powinniśmy spodziewać się przykrych konsekwencji. Oznajmiłem wtedy kolegom, że ja się wycofuję. Zamierzałem się ożenić, a przecież moja przyszła małżonka również działała razem ze mną. Sądy komunistyczne skazywały wówczas ludzi za byle przejaw sprzeciwu czy buntu na bardzo wysokie wyroki, a myśmy chcieli ułożyć sobie życie jakoś normalnie. Sam o siebie to może bym się nie bał, ale przecież oboje byliśmy w to wciągnięci, a pomiędzy nami zaczęli pojawiać się niepewni ludzie, więc podjąłem decyzję o wycofaniu się z działalności.

Ożeniłem się 2 października 1982 roku. Impreza weselna z racji stanu wojennego musiała zakończyć się o godzinie 20.00. Powoli zacząłem przenosić się z hotelu na ul. Rybnickiej do mieszkania małżonki. Zaczęły do mnie docierać informacje o aresztowaniach moich kolegów. Wiedziałem już, że Jarek Kolk siedzi, więc spodziewałem się, że i po mnie przyjdą. Wspólnie z żoną usunęliśmy skrzętnie z mieszkania wszelkie materiały i dokumenty, które mogłyby świadczyć przeciwko nam. Żyliśmy w oczekiwaniu, że w końcu i u nas się pojawią się esbecy. W tym czasie zamykali coraz większą liczbę osób związanych z naszą grupą. Któregoś dnia, kiedy wracałem z pracy, zauważyłem jadący za mną wolno samochód marki Wołga. W tym momencie zrozumiałem, że oto przyszła kolej i na mnie. Wszedłem na klatkę schodową i w pierwszym momencie pomyślałem, że wejdę do sąsiadki na parterze i prysnę przez balkon, ale uświadomiłem sobie, że potem będę się musiał ukrywać, będę się czuł jak ścigane zwierzę. Nikt by mi wtedy nie pomógł; to już nie były te czasy z początku stanu wojennego. Pomyślałem, że po prostu idę do domu i niech się dzieje co chce. Po chwili zapukali do drzwi, przedstawili się, pokazali nakaz rewizji i dali mi 10 minut na przygotowanie się do wyjścia. Jak to zwykle bywa, była zabawa w złego i dobrego milicjanta: jeden straszył, drugi uspokajał. Mieszkanie przetrzepali dosyć dokładnie, ale jakoś szczególnie aroganccy nie byli. Zostawiłem żonie na kartce krótką informację i chociaż to był jeszcze listopad, to jakoś podświadomie ubrałem się tak, jakbym przygotowywał się na mrozy. Przeczuwałem, że szybko nie wrócę. Akurat kiedy wyjeżdżaliśmy z ulicy Warmińskiej, to moja żona wracała z pracy, poprosiłem więc tych esbeków aby się zatrzymali. Niechętnie przychylili się do mojej prośby i dzięki temu mogłem osobiście poinformować żonę, że zabierają mnie na Komendę Wojewódzką Milicji do Katowic. Przywieźli mnie na ten „Pentagon”. Najpierw prowadzali mnie od pokoju do pokoju, potem rewizja pod celą. Byłem kompletnie skołowany. Nie chciałem się do nikogo odzywać. Zamknęli mnie w celi z kilkoma osobami, ale z żadną z nich nie rozmawiałem. Potem zaczęły się przesłuchania, podczas których zabawa w dobrego i złego milicjanta była tradycyjnym elementem. Ciągle taka sama śpiewka: „Socjalizm pozwolił skończyć ci szkołę, masz stałą pracę, a jesteś taki niewdzięczny”. Trzeciego dnia pobytu w areszcie trochę się już z tym wszystkim oswoiłem. Ten człowiek, z którym siedziałem w celi, okazywał mi dużo życzliwości. Potem wsadzili do nas jeszcze jednego i jak okazało się później, wszyscy trzej siedzieliśmy za podobne sprawki. Podczas przesłuchań przyznawałem się tylko do tego, co już o mnie wiedzieli. Postanowiłem być bierny. Pomyślałem sobie, że jeżeli czegoś o mnie jeszcze nie wiedzą, na pewno nie dowiedzą się tego ode mnie.

Areszt był niby nowy, ale jak nas posadzili, to pod celą mieliśmy trzy miski i tylko jedną łyżkę. Musieliśmy pisać pismo o doposażenie. W celi oprócz prycz była jeszcze ubikacja za murkiem i umywalka. Jeden z kolegów, Roman Rojek, był już wcześniej internowany w Uhercach i on wiedział, jak w więzieniu przeżyć. Od razu dogadaliśmy się, że będziemy rozmawiać o sprawach raczej obojętnych, natomiast o naszej działalności nie. Chodziło o to, żeby nie stracić zaufania do siebie. Później co prawda siłą rzeczy dowiedzieliśmy się, za co każdy z nas siedział, ale przynajmniej na początku obowiązywały zasady konspiracji. Właśnie Roman organizował nas w tym areszcie. Rano wstawaliśmy, szliśmy na spacer, potem organizował nam jakieś śpiewanie; uczyliśmy się języków obcych, uprawialiśmy gimnastykę. Wyżywienie było fatalne, co prawda na śniadania i kolacje dostawaliśmy biały chleb, ale ten „flaps” to były pomyje. Jeśli idzie o papierosy, to jestem takim niedzielnym palaczem. Jakieś papierosy wziąłem jeszcze z domu, ale kiedy siedziałem w celi z Rojkiem, to nie paliliśmy wcale. Potem przenieśli mnie do innej celi, to było gdzieś w połowie grudnia. Tam już cela była pełna. Siedziało nas sześciu albo nawet ośmiu, teraz już nie pamiętam. W tej celi oprócz politycznych siedzieli też kryminalni. Kryminalni na co dzień trzymali się od nas z daleka, ale jeśli przychodziła paczka, to dzielili się z nami.

W momencie zawieszenia stanu wojennego więzienie się opróżniło. Wielu internowanych wypuścili na wolność. 9 grudnia dostałem sankcję na trzy miesiące w trybie doraźnym. Trochę mnie to załamało, bo oznaczało to, że jeżeli przyznam się do tego, o co mnie posądza esbecja, to dostanę 4,5 roku. Koledzy spod celi poinformowali mnie, jak się zachowywać podczas przesłuchań. Przesiedziałem tam do okresu poświątecznego. Święta przesiedziałem z takim więźniem, który się pociął; próbował popełnić samobójstwo. Za to, żeśmy go pilnowali, „klawisze” dawali nam lepsze żarcie. „Czaj” parzyliśmy sobie na tzw. „smalec”. Po prostu smarowało się smalcem dwa metry papieru toaletowego i taki knot wystarczał do zagotowania około litra wody. Ten, którego pilnowaliśmy, twierdził, że jest nauczycielem, ale później okazało się, że był esbekiem, którego koledzy posadzili za jakieś niewyjaśnione między nimi sprawy. Dowiedziałem się o tym, jak mnie z Lompy przenieśli na Mikołowską i tak jakoś przypadkowo zgadało się na jego temat, ale to tylko taka ciekawostka. Czasami wpadało się na parzeniu „czaju”, wtedy klawisze wstrzymywali nam np. gazetę. W reakcji my zarządzaliśmy głodówkę, tzn. zawsze jeden spod celi głodował. W takim wypadku przychodził naczelnik i pytał o co chodzi. Tłumaczyliśmy, że bezprawnie wstrzymano nam dostęp do prasy. Zawsze wymiękał, po prostu chciał mieć spokój. Kiedy prowadziłem głodówkę o uchylenie sankcji, to po trzech dniach zajął się tą sprawą esbek, który moją sprawę prowadził. Po sześciu dniach naczelnik musiałby fakt głodówki zgłosić prokuratorowi. Ten esbek wiedział, że prowadzę głodówkę, więc nie wzywał mnie na przesłuchania, tylko wezwał moją małżonkę i postawił mi ultimatum: „Kontynuujesz głodówkę, czy chcesz mieć widzenie z żoną?” W tej sytuacji przerwałem głodówkę. Po kilku miesiącach niewidzenia się z żoną było to dla mnie ważne.

W więzieniu na Mikołowskiej zastałem inny świat. Dwudaniowe obiady, kalifaktorzy, można było handlować papierosami. Urządzało się łączność przez kible, z których uprzednio wylewało się wodę. Nad nami był areszt dla kobiet, więc z nimi tez się kontaktowaliśmy. Nawet romanse się tam zawiązywały. Śmiesznie to wyglądało: wyznania miłosne do kibla. Przez rury kanalizacyjne, czyli tzw. „chabetą”, przekazywaliśmy sobie w woreczkach kawę czy herbatę. No tam już społeczność więzienna była dobrze zorganizowana. Wtedy zaczynają się te nasze rozprawy sądowe. Było ich wiele. Zawsze całą szesnastoosobowa grupą spotykaliśmy się w sądzie. Właściwie to wszystkim zależało na jak najszybszym zamknięciu całej sprawy. To co esbecja wiedziała, to wiedziała, ale całej prawdy i tak nie znali, a nikt nie zamierzał pomagać im w jej poznaniu. Wiedzieliśmy, że i tak dostaniemy w skórę, a dotarła do nas informacja, że będą to wyroki w zawieszeniu. Trochę nas to uspokoiło. Na Mikołowskiej pozwalali nam na widzenia z rodziną, co prawda w towarzystwie esbeka, ale lepiej tak niż wcale.

Rozprawy toczyły się spokojnie, chociaż irytowało i śmieszyło szukanie prawniczych definicji „ulotki” albo udowadnianie fałszywości informacji zamieszczanych w ulotkach. Zastanawiano się również, czy hasło brzmiące: „Wojskowa droga do socjalizmu” może wywołać rozruchy. Szukali paragrafów na określenie świty Jaruzelskiego jako junty. Sędzia odpalał esbekom, że nie wiadomo, czy chodzi o juntę Jaruzelskiego, czy Pinocheta. Miał najwyraźniej dosyć nadgorliwości esbeków. Sędziowie trzymali w ryzach i prokuratorów, i esbeków. Przewodniczący składu sędziowskiego na święta uchylił nam sankcje. Esbecy od razu zaskarżyli tę decyzję do Warszawy, ale on specjalnie zrobił to tak późno, że w piątkowe popołudnie przed świętami żaden urząd już nie pracował. W ten sposób udało nam się święta Wielkanocne spędzić w domu. Oczywiście po świętach przyszła niekorzystna decyzja z Warszawy i znowu nas zamknęli. Trwało to wszystko jeszcze około dwóch tygodni po świętach. W końcu odbyła się ostatnia rozprawa, na której ogłoszono wyroki i w końcu nas wypuścili.

Po wyjściu z więzienia nie udałem się prosto do domu, tylko pojechałem do ojca tego nauczyciela, który okazał się byłym esbekiem i który jakoś tam zadarł ze swoimi starymi kolegami. W czasie kiedy opuszczałem więzienie, on już chyba trzynasty czy czternasty dzień prowadził głodówkę i przekazał mi gryps z prośbą, bym dostarczył go jego ojcu. Pojechałem do tego człowieka do Zabrza. Przyjął mnie i był przekonany, że jestem kolegą z pracy jego syna. Podczas rozmowy pokazał mi gazetę i powiedział: „bo widzi pan, tych bandytów z Jastrzębia dziś powypuszczali”. Krótko mu odpaliłem, że ja też jestem jednym z tych bandytów i wyszedłem. Litowałem się nad jego synem, a tu takie „kwiatki”, ale... takie jest życie.

Po opuszczeniu więzienia wydawało mi się, że wszystkie kłopoty, które na mnie spadły, załatwię bardzo szybko. Wiadomo, byłem zwolniony z pracy z wilczym biletem. Przecież bezrobocia wtedy nie było, socjalizm się tym chlubił. Wtedy jednak dowiedziałem się, co to znaczy brak pracy. Biegałem od kopalni do kopalni, od jednego zakładu do drugiego i nic. Byli nawet tacy, którzy udawali, że chcą mi pomóc i wysłuchiwali niby ze zrozumieniem mojej historii. Było prosto, kiedy mówili od razu, że mnie nie przyjmą, ale czasami dawali nadzieję, że pocztą przyślą odpowiedź i człowiek czekał. Zacząłem bardzo poważnie myśleć o emigracji. Co prawda moja najmłodsza córka była wtedy bardzo jeszcze malutka i teściowa podchodziła do tego pomysłu, delikatnie mówiąc, bez entuzjazmu. Załatwiłem sobie pracę w prywatnej cegielni w Żorach, ale po trzech miesiącach jej właściciel też mi wymówił robotę, gdyż nie chciał mieć problemów z władzą.

W kontekście tych problemów muszę wspomnieć o mojej matce i o żonie. Matki nie chciałem martwić swoimi kłopotami, tym bardziej że dopiero co była na ślubie, ale w końcu musiałem do niej napisać i o wszystkim jej opowiedzieć. Natomiast moja żona, która przecież ze mną również w konspiracji współpracowała, również była wzywana na przesłuchania. Zawsze odpowiadała, że ona nikogo z Jastrzębia nie zna. W ogóle podchodziła do sprawy dosyć nonszalancko, bo na każde przesłuchanie zabierała ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, tak jakby ja od razu mieli zamknąć. Za każdym razem przesłuchującym ją esbekom oświadczała, że ona jest już przygotowana, że ją zamkną. Ci esbecy aż głupieli od tego. Dzielna kobieta.

Wrócę jeszcze do chwili, w której zrodził się pomysł wyjazdu. Pojechaliśmy do Warszawy. Zrobiliśmy rundę po ambasadach państw, które przyjmowały emigrantów politycznych, ale wtedy ostygł już nieco zapał Zachodu i zaczęli stwarzać kłopoty. Można było co prawda do RPA, ale tam nie chcieliśmy.

W 1983 roku miała miejsce kolejna pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski. Udzielałem się wtedy w służbie kościelnej. To były w tym trudnym dla mnie okresie bardzo wzruszające chwile. W dalszym ciągu poszukiwałem pracy i kiedyś przypadkowo trafiłem do OPEC-u. Przyjęto mnie i kazano zrobić badania. Bardzo się bałem, że i tutaj wszystko się skończy, kiedy dowiedzą się, że siedziałem i za co siedziałem. Powiedziałem im, że siedziałem za dziennikarstwo z dekretu o stanie wojennym, a oni na to, że mieli już tutaj takiego – Sadłakowski się nazywał i wyjechał do Szwecji. Przyjęli mnie bez oporów. Byłem zdziwiony. Mój obecny szef wziął obiegówkę i wszystko pozałatwiał za mnie. Dali mnie na jakiś cichy rejon i już nie musiałem starać się o wyjazd. Nie żałuję, że nie wyjechałem.

Nie żałuje mojego poświęcenia i walki o wolną Polskę. Drugi raz postąpiłbym podobnie. Osobnym zagadnieniem jest to, że obecny kształt naszej ojczyzny nie jest tym przez nas wymarzonym. Gdybym kiedyś siedział cicho, teraz już dawno byłbym na emeryturze górniczej. Po wyjściu z więzienia musiałem zwrócić pożyczkę dla młodych małżeństw, owe słynne sto tysięcy. Gdyby nie pomoc od ks. Czerneckiego z kościoła „na górce”, to nie wiem, jak bym sobie poradził. Po wyjściu z więzienia przecież i Rojek bardzo mi pomagał. Czuło się tę „Solidarność”. Niektórzy twierdzą, że to Jarek Kolk nas wsypał, ale ja tego nie mogę potwierdzić. Nie mam żadnej wiedzy na ten temat.

Nasze społeczeństwo czasami wykazuje jakiś sentyment do komuny, ale myślę, że w gruncie rzeczy ci ludzie tęsknią za minioną młodością, a że im się myli młodość z rzeczywistością, w której ją przeżywali... cóż poradzić? Czasami ktoś złośliwie mnie pyta: „czy ci się to opłacało?” Nigdy tak na to nie patrzyłem. Chociaż... nawet jeśli mnie się nie opłaciło, to wielu innym się na pewno opłaciło. Żyłem w ciekawych czasach i mam co wspominać. Na przykład wspaniale wspominam wszystkie pielgrzymki do Polski Jana Pawła II. Zawsze jeździłem na nie rowerem. I to też było niezapomniane przeżycie...

Jastrzębie-Zdrój, 20 stycznia 2010

Opracowanie: Andrzej Kamiński