L00098 Wojciech Sobolewski

Z Encyklopedia Solidarności

==Relacja Wojciecha Sobolewskiego==

Na samym początku chciałbym sprostować informację, jakobym należał do NZS-u. Niejednokrotnie działaliśmy wspólnie w walce o wolność, jednakże nigdy formalnie nie byłem członkiem NZS-u. Początkiem naszej wspólnej działalności była chęć zorganizowania przez NZS happeningu, który by zintegrował środowisko studenckie. W dniu referendum państwowego (które uważam za kpinę z demokracji), czyli 29 października 1987 roku, zorganizowaliśmy na błoniach stadionu Dziesięciolecia mecz piłkarski (KS Nędza przeciwko SC Dobrobyt). Po zwycięstwie SC Dobrobytu odbyła się defilada, na którą wpadła milicja i zaczęła się „łapanka”. Całe to zajście było o tyle absurdalne, że mecz odbywał się w zasadzie poza miastem, więc nikt z mieszkańców nie mógł w tym wydarzeniu uczestniczyć, a milicja przyjechała już pod koniec całej akcji. Było to kompromitujące dla przedstawicieli władzy bo wpadli z interwencja na łąkę i zaczęli prześladować „biednych piłkarzy”.

Tego samego roku w grudniu odbyły się jeszcze dwie ciekawe imprezy, tym razem na uczelni. SB nie mogła wejść na teren uczelni, więc była większa swoboda. Obie imprezy miały charakter wiecu, brało w nich udział około 200 osób. Pierwsza z nich była poświęcona kiepskiemu księgozbiorowi naszej biblioteki, a druga była związana z Mikołajem. Przychodzi wiosna 1988 roku, do Warszawy docierają informacje o wydarzeniach we Wrocławiu. Tam z kolei wielkie happeningi organizował Waldemar Frydrych. Opowieści o tamtych wydarzeniach do nas docierały już w formie legend. Każdy z relacjonujących dodał coś od siebie, dodatkowo niedostatki informacyjne wypełniała pracę wyobraźni.

Następny nasz pomysł polegał na zrobieniu happeningu na temat studium wojskowego. Chcieliśmy ośmieszyć to militarne szkolenie, a ja zobowiązałem się zorganizować całą akcję. Dopiero po paru spotkaniach zdałem sobie sprawę, że to szkolenie wojskowe nie odbywa się na terenie uniwersytetu, który był wolną od milicji enklawą. Trochę się przeraziłem tym faktem, ale podjąłem się organizacji i nie mogłem się już wycofać. Nazwałem ten happening „Stosunkowo Wielkie Manewry kryptonim Antymon SB” (ten pierwiastek ma właśnie skrót SB). Akcja odbyła się w bezpośredniej bojowej styczności z budynkami studium wojskowego. Przygotowując się do tego wydarzenia całymi dniami, kleiłem czołgi z tektury. Ostatecznie w bitwie brało udział siedem czołgów i zrobiony przez innych studentów pancernik Potiomkin. Nasza grupa organizująca podzieliła się na dwa obozy. Cóż, w jednym byłem tylko ja, w drugim cała reszta zdominowana przez dwóch chłopaków z NZS-u. Ten podział był spowodowany brakiem porozumienia co do „estetycznej” strony przedsięwzięcia, co sprowadzało się do tego, że ja chciałem zrobić jak największą „zadymę”, a koledzy preferowali bardziej ugrzecznione formy. Większość pomysłów była moja, zabrakło nam jednak kogoś, kto sprawnie by tym wszystkim pokierował. Ani ja, ani moi oponenci nie czuliśmy się na siłach, by podołać temu zadaniu, więc zaproponowałem kolegę Pawła Porucznika. Wszystko miał przygotowane, a jedynym jego zadaniem było 27 kwietnia poprowadzić całą imprezę. Osiągnęliśmy wielki sukces, o tym wydarzeniu rozpisywała się cała prasa podziemna. Zainscenizowanej bitwie kartonowych czołgów towarzyszyły petardy, świece dymne, transparenty, mieliśmy nawet tło muzyczne – z głośników ustawionych na parapecie akademika ryczały wagnerowskie Walkirie. Oprócz bitwy były konkursy: na hasło do skandowania i plastyczny na pracę pod hasłem „Ludowe Wojsko Polskie wczoraj, dziś, w czwartek” (impreza odbywała się w środę). Śpiewaliśmy piosenkę, której tekst był wydrukowany wcześniej na ulotkach (była to parodia wojskowej piosenki „Przyjedź mamo na przysięgę). Całe to zamieszanie miało odciągnąć uwagę tajniaków i wojskowych, bo kawałek dalej ktoś miał za zadanie zrobić dziurę w ogrodzeniu, a na jego znak wszyscy uczestnicy mieli się zerwać i przez tę dziurę wedrzeć na teren studium wojskowego. Niestety nie doszło do tego, ale i tak impreza była bardzo udana. Tajniacy byli bardzo dyskretni i widać było, że nie zamierzają interweniować. Starali się wmieszać w tłum, choć nie byli już w wieku studenckim. Tak na marginesie dodam, że całe te przygotowania pochłonęły mnie bez reszty i przestałem chodzić na zajęcia. W czerwcu wyrzucili mnie ze studiów. Dla mnie niezwykłym wydarzeniem był fakt, że na tę imprezę przyjechał emisariusz z Wrocławia Robert Jezierski.

Jeszcze nie opadły dymy po bitwie, a my już siedzieliśmy w akademiku i omawialiśmy szczegóły następnej akcji. Miała odbyć się 1 czerwca jednocześnie we Wrocławiu i w Warszawie. Nazwaliśmy ją „Rewolucja krasnali”. Polegać miała na tym, że o jednej porze w obydwu miastach miał być przemarsz ludzi w czerwonych czapkach krasnali i z wszelkimi charakterystycznymi symbolami komunistycznej władzy. Ustaliliśmy, że najlepszym miejscem przemarszu będzie miejsce, gdzie jest największe skupisko ludzi, bo milicja będzie musiała interweniować, a tym samym ośmieszymy ją w oczach tłumu. W przypadku Warszawy wybraliśmy pasaż śródmiejski. Tam też się spotkaliśmy, odbył się wiec, było skandowanie, przebraliśmy się za krasnale i przemaszerowaliśmy do Ogrodu Saskiego. Eskortowała nas milicja pod dowództwem kapitana Leszka Maja. Ów milicjant był bardzo doświadczonym zomowcem i dobrze wiedział, że nie może nas spacyfikować pałami, bo ośmieszy to milicję. Zaczął przemawiać do tłumu, odnosząc się do poczucia kultury osobistej, dobrego smaku i powagi miejsca (w ogrodzie saskim jest Grób Nieznanego Żołnierza, miejsce uświęcone tradycją). Na własne oczy widziałem, jak dwóch moich kolegów po takiej przemowie wycofało się z manifestacji. Generalnie akcja się udała, ale zakończenie moim zdaniem było porażką.

Po tej imprezie poczułem, że jest mi źle w tej ekipie. Zacząłem myśleć o pójściu własną drogą. Ostateczną decyzję podjąłem po happeningu, który odbył się 17 czerwca. Jego tytuł brzmiał „Spacer wyborczy w bieli skąpany”. Moim zdaniem w tym wydarzeniu zabrakło prowokacji oraz ośmieszenia systemu komunistycznego. Publiczność nie brała czynnego udziału w happeningu (całość imprezy opierała się na mało śmiesznym przedstawieniu inicjatorów), a przysłowiowym gwoździem do trumny było pożyczenie megafonu od Leszka Maja, który przyglądał się manifestacji z okien radiowozu. Miałem swoją wizję happeningów i chciałem robić je z ludźmi, którzy będą mieli podobną idee.

Pierwszą imprezę już z nową ekipą (nazwaliśmy się Pomarańczowa Alternatywa) zrobiliśmy 7 października 1988 r. Tytuł tego przedsięwzięcia brzmiał „Happening w Obronie Komunistycznej Ojczyzny GRUDNIA NIE ODDAMY”. Naszym celem było wykoślawienie myślenia zatwardziałych „twardogłowych” piewców idei komunistycznej. Polegało to na tym: jeżeli komuniści mówili, że trzeba bronić zdobyczy socjalistycznych, to my mówiliśmy, że trzeba bronić zdobyczy komunistycznych itp. W ten sposób chcieliśmy przelicytowywać każdą „wzniosłą ideę”. Impreza miała odbyć się w pierwszy piątek października na placu Dzierżyńskiego. Okazało się, że wybrany przez nas dzień jest świętem milicjanta, natomiast plac Dzierżyńskiego miejscem defilady. Więcej iskier w tę beczkę prochu nie można było wsadzić! W związku z nagłośnieniem tej akcji zastosowaliśmy oprócz ulotek naklejki z informacją o wydarzeniu. Okazało się to bardzo skuteczną metodą, bo przyszło mnóstwo ludzi. Jedna z zabaw, w którą mieli być zaangażowani widzowie, dotyczyła wykpienia Okrągłego Stołu. Polegało to na tym, że zrobiliśmy ogromnego smoka o nazwie „Smok Porozumienia Narodowego”. Smok miał dużą głową, w której mieścił się człowiek. Dalej ciągnął się długi czerwony ogon, w którym były wycięcia na głowy wypełniających go ludzi. W razie zatrzymania można było podać komunikat, że przez milicję został zatrzymany „Smok Porozumienia Narodowego”, jednym słowem szykował się niezły absurd. Oprócz Smoka mieliśmy jeszcze własne ZOMO z tarczami i pałkami z tektury oraz petardami do wypłaszania kretów. Na pewno na happeningu było więcej rekwizytów, ale ten smok i ZOMO najbardziej utkwiły mi w pamięci. Warto wspomnieć jeszcze jedną rzecz... Wydrukowałem wcześniej ulotki z wizerunkiem kapitana Leszka Maja i informacją, że jest to doświadczony pacyfikator demonstracji solidarnościowych. Te ulotki rozdawane były podczas trwania happeningu. Bardzo ważnym punktem programu był dla mnie absolutny zakaz udzielania wywiadów przez naszą grupę do prasy. Będąc zgraną ekipą, wyrażaliśmy się poprzez to, co robimy i pozostawiając pewną przestrzeń do namysłu i indywidualnej interpretacji wydarzenia. Tuż przed akcją zebraliśmy się całą grupą inicjatywną w małym mieszkaniu w bloku niedaleko miejsca happeningu. Na placu zaczęli zbierać się ludzie i po jakimś czasie przez megafon doszły do nas głosy nawołujące do rozejścia się tłumu. Zaczęło być „gorąco” i postanowiliśmy biegiem dotrzeć na plac, tak by po drodze nas nie złapali. Na trzy-cztery wyskoczyliśmy z bloku i natrafiliśmy na miejsce, w którym była konfederacja oddziałów milicyjnych. Na dodatek jako organizatorzy byliśmy poprzebierani w dziwaczne kostiumy, ale ponieważ milicja nie miała pojęcia, kim jesteśmy, to udało nam się pobiec dalej. Przebiegliśmy jeszcze dwie ulice, po drodze o mały włos nie zostałem przejechany przez jakiś samochód. Niestety nie udało mi się dobiec do pomnika, ponieważ zostałem odcięty od towarzyszy kordonem milicji. Po chwili wszystkich nas złapano i odwiedziono do aresztu. Na komisariacie potraktowano nas bardzo obcesowo, bo z uwagi na dzień milicjanta większość funkcjonariuszy była pijana. Wyładowywali się na nas za zepsute święto. O przebiegu happeningu informowali nas ludzie zatrzymani po nas, stąd wiem, że jeszcze po dwóch godzinach trwało zamieszanie. Proszę sobie wyobrazić, co się tam musiało dziać, zważywszy na fakt, że była to godzina szczytu w centrum Warszawy i tysiące ludzi wracających z pracy mimo woli brało udział w zamieszaniu. Na miejscu była kronika filmowa, więc zachowały się nagrania z tej akcji. Widać było, jak kordony milicji trzymając się za paski i przemieszczając się bokiem starały się rozgonić uczestników manifestacji i przywrócić ruch komunikacji miejskiej. Dzięki tym wydarzeniom przekonałem do swojej działalności NZS.

Kolejny happening odbył się 6 listopada 1988 r. (rocznica rewolucji), a zatytułowany był „Rew-Rewia Soc-Mody”. Impreza miała odbyć się na Starym Mieście. Ulotki z informacjami zostały rozprowadzone w szkołach i na terenie uczelni. Ponieważ jednym z elementów happeningu było posiadanie przebrania, to wraz z kolegami z Wrocławia wpadliśmy na pomysł, żeby przebrać się za „Rower Porozumienia Narodowego”. Znaleźliśmy w piwnicy jakieś stare koło od roweru, powiązaliśmy się grubym sznurem, ja wygrywałem na harmonijce sygnał milicyjny i tak stworzyliśmy przedziwną konstrukcję. Poprowadziliśmy pochód przebierańców pod kościół Paulinów na ulicy Piwnej. Pamiętam człowieka przebranego za Pałac Kultury, miał na sobie coraz mniejsze pudła z narysowanymi okienkami i wycięciem na oczy. Było to naprawdę pozytywne wydarzenie. Takie wydarzenia wyzwalały w ludziach mnóstwo inicjatywy i dobrej energii, a co najważniejsze niesamowicie ich to integrowało. Podczas tego happeningu wyniknęła zabawna historia. Pod kościołem Paulinów natknęliśmy się na kordon milicji. Tłum się zatrzymał, ludzie bali się bezpośredniej konfrontacji. Wtedy my przebrani za rower wyjechaliśmy naprzód i zaczęliśmy szukać przejścia między nogami milicjantów. Tłum zaczął się śmiać i skandować hasła dopingujące nas, natomiast milicjanci zgłupieli, bo nie byli przygotowani na taki absurd. Razem z nami była Monika Olejnik, która pracowała wówczas w Programie Trzecim i nagrywała wszystkie happeningi. Mam nadzieję, że w archiwum Trójki zachowało się nagranie z tej imprezy. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zatrzymani, więc postanowiliśmy tak poplątać te sznury którymi byliśmy powiązani tworząc rower, żeby mieli problem z rozplątaniem i zatrzymaniem nas. Reszta pozbawiona grupy inicjatywnej bynajmniej się nie rozeszła. Ktoś z tłumu krzyknął, żeby iść na plac Dzierżyńskiego i tam kontynuować imprezę przebierańców. O to właśnie nam chodziło, żeby ludzie podjęli własną inicjatywę! Ideą happeningu nie jest zrobienie „przedstawienia” przez organizatorów dla publiczności, tylko zarażenie wszystkich uczestników entuzjazmem i chęcią czynu. Ważnym elementem w organizowaniu takich imprez było założenie z góry, że nas złapią i zostaniemy zatrzymani na 48 h. Jeśli się coś takiego założyło jako pewnik, znikał cały strach przed konsekwencjami i zyskiwało się energię do tego, żeby jak najwięcej narozrabiać nim nas zgarną. Przypomniała mi się jeszcze jedna zabawna sytuacja z tego happeningu, a mianowicie zorganizowaliśmy konkurs na najlepsze przebranie. Nagrodą był złota farba w spreju, rzecz niezmiernie cenna w tamtych czasach, dostępna tylko za dolary w Peweksie. Gdy doszliśmy do kościoła, nastąpiło rozwiązanie konkursu i przyznanie pierwszego miejsca. Za najśmieszniejsze przebrania chcieliśmy nagrodzić milicjantów, którzy zagrodzili nam szpalerem drogę. Niestety nie udało nam się wręczyć im nagrody, bo nas aresztowali.

Przygotowując kolejny happening, potrzebowaliśmy pomysłu, który przebije absurd tamtej sytuacji. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić happening pod tytułem „Wielkie Żarcie”. Forma tej imprezy polegała na tym, że każdy, kto przyszedł na happening, musiał częstować wszystkich wokół jakimś jedzeniem i sam jeść ze smakiem. Odbyć się to miało w rocznicę meczu, czyli 29 października 1988 roku. Treść ulotki zapraszającej do wzięcia udziału w akcji nawiązywała oczywiście do wydarzeń sprzed roku. Miejscem wydarzenia miał być pasaż śródmiejski. Milicja była wściekła, bo wiedzieli, że będą musieli interweniować i rozgonić ludzi, których jedynym „przewinieniem” będzie to, że mają w ręce bułeczkę lub słone paluszki. Impreza wypadła wręcz idealnie absurdalna. W centrum miasta w godzinach popołudniowych na oczach wracających z pracy obywateli rozlegały się komunikaty z milicyjnych krótkofalówek w stylu „łapcie tych z bagietkami”, „legitymować tamtych z paluszkami”. Nie mówiąc już o tym, że zatrzymywani byli ludzie, którzy wyszli na zakupy i o niczym nie wiedząc, jedli sobie coś po drodze. Podsumowując happening był ze wszech miar udany.

Nakręcając spirale absurdu, kolejny happening był przedstawieniem pantomimicznym. Odbył się 17 stycznia 1989 roku, a zatytułowany był „Niewidzialna Armia, czyli Konspira Musi Być”. Uczestnicy happeningu mieli za zadanie udawać wszystkie czynności związane z opozycyjną manifestacją. Ktoś udawał, że rozdaje ulotki, inny udawał, że trzyma transparent itd. Liczyliśmy się z tym, że milicja nie będzie chciała interweniować i zatrzymać nas za udawanie, więc mieliśmy plan B. Polegał on na tym, że w pasażu śródmiejskim zorganizujemy coś na kształt londyńskiego Hyde Parku. Załatwiliśmy megafon i każdy, kto chciał, mógł podejść i powiedzieć cokolwiek. Niestety ten pomysł nie wypalił. Ludziom brakowało zadymy i interwencji milicji. Moim błędem było to, że źle zinterpretowałem nastrój tłumu i trochę ich zwymyślałem przez ten megafon. Sytuacje uratował Marcin Meller, który poprowadził całe zgromadzenie pod Dom Partii, co rzecz jasna nie mogło skończyć się ugodowo. Oczywiście milicja interweniowała i rozgoniła tłum. Ten happening dobitnie pokazywał, że gdy nie ma interwencji władz, to nie ma zabawy. W tym wydarzeniu ewidentnie zabrakło tej drugiej strony, dlatego uważam je za nieudane.

Ponieważ byliśmy rozczarowani reakcją ludzi, postanowiliśmy kolejny happening zrobić dla siebie. Chcieliśmy zorganizować coś, w czym my będziemy się dobrze bawić, a publiczności zostawialiśmy wybór: albo będą biernie się przyglądać, albo dołączą do nas. Impreza odbyła się 24 lutego 1989 roku. Miała charakter artystyczny i nosiła tytuł „Pollock Potrafi”. Tytuł w pierwszym punkcie odnosił się do propagandowego hasła „Polak Potrafi”, a w drugim do sposobu malowania Pollocka. Charakterystyką jego stylu było malowanie na dużych płachtach płótna za pomocą rzuconych na nie plam farby. Postanowiliśmy w centrum Warszawy powiesić ogromne arkusze papieru, dać ludziom farby, pędzle, spreje i pełną wolność. Wyszliśmy z założenia, że jak ktoś będzie chciał wyrazić się poprzez malunek, niech podejdzie i maluje, a jeśli nie, to niech się przygląda z boku. Rezultaty przeszły nasze oczekiwania. Kilkuset uczestników imprezy szybko zapełniło rysunkami płachty, a następnie ich twórczość przeniosła się na chodniki, balustrady, mury, szyby, a na końcu malowali po sobie nawzajem i po przechodniach. Niesamowite było to, jak na przestrzeni tych paru miesięcy ludzie się otworzyli i odważyli na taką spontaniczność oraz inicjatywę. Bardzo nas to zaskoczyło i jednocześnie podbudowało. Wracając do wydarzeń na happeningu... Sytuacja trochę się wymknęła spod kontroli. Po jakimś czasie przyjechała milicja i znów nas zamknęli. Na komisariat przyjechali reporterzy z Trójki. Powołując się na nasz kodeks, który zakazywał udzielania wywiadów, odmówiłem dziennikarzowi komentarza do happeningu. Natomiast kolega, z którym byłem zatrzymany, poddał się presji i udzielił wywiadu. Dziennikarz zadał mu pytanie, czy uważa, że te pomalowane sklepy, ściany, latarnie podobają się ludziom. Na to mój kolega odpowiedział, że nasza grupa nie jest telewizją, żeby pokazywać ludziom tylko to, co może im się podobać. Mam w pamięci jeszcze taką sytuację, która przypomina scenę z filmu sensacyjnego. Siedzieliśmy w celi z dziewczyną, która dała nam swój adres, abyśmy – gdy już nas wypuszczą – powiadomili jej rodziców, że jest na dołku. Idąc do niej, usłyszeliśmy przez otwarte okno sygnał wiadomości telewizyjnych. Przystanęliśmy i słyszymy, że w dniu dzisiejszym wandale zdewastowali pół miasta, straty idą w miliony, władze zamierzają wyciągnąć daleko idące konsekwencje w stosunku do chuliganów. Włos nam się zjeżył na głowie, bo zrozumieliśmy, że teraz to dopiero się zacznie...

Skontaktowałem się z biurem Romaszewskich, a tam powiedziano mi, że w razie procesu nam pomogą, i zaproponowali organizację akcję czyszczącej zabrudzone ulice. W niedzielę odbyła się akcja o nazwie „Polak Czyści”. Przyszło kilkadziesiąt osób z przyborami do mycia i ostentacyjnie zaczęliśmy sprzątać. Podczas tej akcji zatrzymano trzy osoby. Zaczęły dochodzić do mnie informacje, że na komisariacie szantażują zatrzymanych i zmuszają ich do podpisania oświadczenia, że to nasza grupa inicjatywna zachęcała ich do dewastacji mienia publicznego. Uważam, że był to z naszej strony wandalizm i zdawałem sobie w pełni sprawę z kosztów wymiany pomazanych szyb i innych zniszczonych rzeczy, jednakże nie w porządku było zmuszanie ludzi do rzucania na nas oskarżeń. Po paru miesiącach odbyły się obrady Okrągłego Stołu i po zmianie rządów uszło nam to wszystko na sucho. W międzyczasie nawiązałem kontakt z paroma grupami inicjatywnymi z innych miast: Kraków, Gdańsk, Lublin, Łódź, Rzeszów, Radom. Pożegnalny happening nosił tytuł „Spacer w Samo Popołudnie” i nawiązywał do plakatu wyborczego „Solidarności” „Spacer w samo Południe”, który nawoływał do brania udziału w wyborach 4 czerwca. Impreza odbyła się w rocznicę naszego pierwszego happeningu 7 października 1989 r. Konwencją tego wydarzenia było wyzwanie innych grup na pojedynek na happeningi. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić parodię naszych poprzednich happeningów. Jednym z elementów imprezy były akcesoria ze wszystkich organizowanych przez nas wydarzeń, pod którymi widniały absurdalne podpisy. To był nasz ostatni happening.

Po dwudziestu latach powróciłem do organizacji imprez tego typu. Zorganizowałem happening w obronie mojej szkoły, którą wykupił inwestor i zamierza zburzyć. Szkoła składa się z dwóch budynków, jeden nowoczesny wybudowany w latach 50., drugi zabytkowy, który był redutą powstańczą. Inwestor chcąc zburzyć budynek, trzy lata wcześniej usunął ze ściany tablicę upamiętniającą poświęcenie powstańców, którzy zginęli broniąc tego budynku. Dwa dni przed całą akcją ukazała się notka w „Życiu Warszawy” o tym, że chcemy wymalować na tym murze symboliczne sylwetki 44 zabitych tam powstańców i opatrzyć to napisem „Tu 44 powstańców straciło życie i tablicę”. Po tym artykule dzień przed naszym happeningiem w późnych godzinach wieczornych przywieszono tablicę na powrót. Następnego dnia przeprowadziliśmy całą akcję zgodne z planem, narysowaliśmy powstańców, rozwinęliśmy transparent i mimo że mamy dziś „wolność”, to konsekwencją tego happeningu było jak za dawnych czasów zatrzymanie nas przez policję. Sprawa w sądzie ciągnie się już ponad rok. 19 marca otrzymałem pismo z sądu, że odbędzie się przeciwko mnie rozprawa za ten happening, tego samego dnia prezydent Lech Kaczyński podpisał wniosek o odznaczenie mnie Złotym Krzyżem Zasługi za happeningi robione w latach 80. Cóż, absurd...