L00099 Zbigniew Sobolewski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Zbigniewa Sobolewskiego

Pochodzę z małej wioski położonej w centralnej Polsce. Mój ojciec dopiero kilka lat po moim wyjeździe do Stanów Zjednoczonych przyznał się do podziemnej działalności w czasie II wojny światowej. To jego wpływom zawdzięczam mój światopogląd i praktyczne podejście do życia. Praca w gospodarstwie rolnym nauczyła mnie szacunku dla uczciwego wysiłku i w pewnym sensie nietolerancji dla nieetycznego postępowania, z którym przyszło mi się później wielokrotnie zetknąć. Moja postawa polityczna była raczej neutralna z naciskiem na niezależność.

W czasie szkoły i studiów przynależność do harcerstwa i NZSP pozwoliła mi na utrzymanie tej niezależności, pomimo politycznych nacisków ze strony partyjnego aparatu. Po podjęciu pracy w Hucie Katowice w Ośrodku Obliczeniowym szybko zorientowałem się, gdzie koncentruje się polityczna i ekonomiczna władza. Skorumpowane warstwy średniego nadzoru administracyjnego były skuteczną tarczą ochronną dla aparatu partyjnego. Wracając do mojej pracy w Hucie, to mimo mojej wiedzy i umiejętności, nie stwarzała mi w przyszłości wielkich perspektyw. Pochłonięty byłem obowiązkami rodzinnymi, pracą i próbami zorganizowania dodatkowego źródła dochodu. Pewnie dlatego początek ruchu solidarnościowego był dla mnie niezauważalny.

Początkowy okres strajków w 1980 roku był dla mnie w pewnym stopniu zaskoczeniem, pomimo że życie stawało się coraz bardziej uciążliwe, a racjonowanie żywności zdecydowanie je utrudniało. Zaskoczenie wynikało z prostego faktu, że informacje o wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej dotarły do mnie w czasie urlopu spędzanego na wsi i podczas prac żniwnych. Zgodnie z rodzinną tradycją wakacje i urlop to najlepsza okazja, aby pomóc rodzicom. Po powrocie z urlopu i zapoznaniu się z wydarzeniami wszystko nabrało zdecydowanie optymistycznych kolorów. Nadzieja na natychmiastową poprawę warunków życia wyrażana przez wielu moich kolegów była jednak nierealna. Niewielu chciało zaakceptować moją opinię. Szkody wyrządzone przez lata komunistycznych rządów będziemy musieli odrabiać przez wiele lat i może nawet przez całe pokolenie. Wtedy według moich ocen na same zmiany polityczne trzeba byłoby poczekać kilka lat, jeśli wyeliminowałoby się opcję politycznego przewrotu z użyciem siły. Od początku byłem zdecydowanym przeciwnikiem rozwiązań siłowych. W moim przekonaniu rewolucja lub wojna domowa nie przyniosłaby żadnych korzyści.

W 1980 roku pracowałem na stanowisku mistrza zmianowego brygady elektryków utrzymania ruchu w Stalowni. Zostałem wybrany na członka Komisji Wydziałowej „Solidarności”. Zdarzenie raczej wyjątkowe, jeden z nielicznych pracowników Huty z wykształceniem wyższym, bez specjalnej przeszłości politycznej wybrany oddolnie. Widocznie mimo młodego wieku zdobyłem minimum zaufania wśród podlegających mi pracowników. Wielokrotnie później spotykałem się z zarzutami, że jako inżynier nie jestem predysponowany do reprezentowania robotników. Zrozumiałem te zarzuty dużo później, gdy powiązania wielu moich oponentów ze służbami specjalnymi i partyjnym aparatem politycznym wyszły na jaw w czasie stanu wojennego i po jego zakończeniu. W początkowym okresie organizacji ruchu solidarnościowego wielu przedstawicieli wybranych do komisji wydziałowych zostało oddelegowanych do wyższych stopni organizacyjnych. W sposób raczej niespodziewany spadła na mnie odpowiedzialność tymczasowego przewodniczącego Wydziałowej Komisji Zakładowej NSZZ „S” w Stalowni. Wybory uzupełniające były nieuchronne i rozpoczęła się walka polityczna o władzę i wpływy.

Po wydarzeniach marcowych 1981 roku, które oceniałem jako wielkie nieporozumienie polityczne i pierwszą wielką porażkę „Solidarności”, przyszedł czas na normalizowanie struktur. Wybory uzupełniające do WKZ zorganizowałem w sposób bardzo dla mnie niesprzyjający. Nie z powodu nieudolności, ale celowo, aby uniknąć zarzutów wykorzystywania stanowiska. Dodatkowo nie miałem nic przeciwko powrotowi do pracy zawodowej. Na przewodniczącego Komisji Wydziałowej „S” Wydz. Stalowni Konwertorowej został wybrany Ryszard Bidziński. Człowiek zacny i bliski wielu pracownikom Stalowni, ale z niewystarczającym przygotowaniem politycznym. Nie byłem zdziwiony. Już tego samego dnia zorientowałem się jednak, że kilka głosów, które dały zwycięstwo Ryszardowi, było bezpośrednim rezultatem oszczerczej plotki o mojej potajemnej przynależności do partii. W sposób oczywisty moja osoba na stanowisku przewodniczącego WKZ „S” nie była mile widziana przez administrację Stalowni i jestem przekonany, że plotka nie była dziełem robotników. Wróciłem do swojej brygady raczej z zadowoleniem. Brudna gra polityczna nie interesowała mnie. Dodatkowo miałem zaszczyt reprezentowania Stalowni na zjeździe delegatów Huty Katowice. Zostałem też wybrany na delegata na I WZD (Województwa Katowickiego) Śląsko-Dąbrowskiej „S” i reprezentowałem Hutę Katowice w Komisji Wyborczej Zjazdu.

Wydarzenia tego okresu rozmyły się w mojej pamięci. Pamiętam jednak kilka faktów, które powoli skłaniały mnie do przekonania, że szeregi zarządów WKZ, KZ i MKZ Solidarności były infiltrowane przez służby specjalne, co zresztą było oczywistą konsekwencją reakcyjnych posunięć komunistycznego aparatu. Bardziej denerwowały mnie awanturnicze i prowokacyjne zachowania niektórych osób, które trudno byłoby podejrzewać o współpracę z wrogami ruchu solidarnościowego. Przytaczanie konkretnych przykładów uważam za bezcelowe. Wspomnę tutaj jedynie trzy interesujące momenty związane z moim udziałem w Zjeździe Regionalnym w VII 1981.

1. W czasie Zjazdu rozgorzała walka polityczna wśród zwolenników kilku wiodących działaczy. Różnorodne zarzuty przedstawiane oficjalnie i za kulisami Zjazdu groziły poważnymi konsekwencjami dla jedności ruchu. Postanowiłem wyrazić swoje zdanie na forum Zjazdu i przypomnieć, że rozgrywki personalne nie są jego podstawowym celem. Obowiązywała reguła 5 minut. Każdy delegat miał do dyspozycji 5 minut na wypowiedź, pod warunkiem że Zgromadzenie pozwoliło na ukończenie wypowiedzi. Większość rąk w górze oznaczało koniec. Niewielu miało zaszczyt wykorzystania swoich 5 minut. Byłem trochę zdenerwowany i wiedziałem, że nie ukończę mojej zaplanowanej wypowiedzi w wyznaczonym czasie. Przewodniczący przerwał mi po 5 minutach i wtedy podniósł się las rąk. Dokończyłem swoje wystąpienie po dwóch dodatkowych minutach. Zdrowy rozsądek i propozycja postępu zamiast zamieszek zdobyła poparcie. Niestety tylko na krotko.

2. W czasie prac Komisji Wyborczej Zjazdu zaszła konieczność rozstrzygnięcia sporu związanego z interpretacją specyficznego punktu ordynacji wyborczej, zaakceptowanej wcześniej przez wszystkie komisje zakładowe. Rozstrzygniecie sporu mogło mieć decydujący wpływ na przebieg wyborów. Przewodnicząca Komisji zaproponowała zasięgniecie opinii jednego z autorów. Łatwo było zauważyć, że jego interpretacja zdecydowanie zmienia ordynację wyborczą. Zaproponowałem przeczytanie punktu na głos przez autora i zapytałem, co zaakceptowały komisje zakładowe, czy bezpośrednie znaczenie pisanego słowa, czy profesjonalną interpretację zaprezentowaną przez autora, który próbował przeforsować zmianę znaczenia ordynacji. Komisja Wyborcza przegłosowała odrzucenie sporu i zaakceptowała zmianę proponowanej wykrętnej interpretacji spornego punktu.

3. Po zakończeniu dnia obrad w drodze powrotnej do domu przechodziłem pod rondem w Katowicach. Uliczna grupa muzyczna grała na zamówienie. Poprosiłem o Czerwone Maki na Monte Casino. Ruch pieszy pod rondem kompletnie zamarł. Patriotyczna melodia powtarzana była wielokrotnie.

Przytaczam te wspomnienia celowo, aby pokazać, że ruch solidarnościowy był naprawdę ruchem ludzi, wśród których zdrowy rozsadek i patriotyczny duch zdecydowanie przeważał, ale też że nawet wśród liderów ruchu można było spotkać ludzi, dla których korzyści chwili były ważniejsze niż wiodący cel wyzwolenia spod opresji socjalistycznych idei.

Niedziela, 13 grudnia 1981 roku, godzina 6:00. Pracuję na pierwszej zmianie. Brygada dyskutuje dziwne wydarzenie zamilknięcia radia i przerwy w programie telewizyjnym. Powoli dociera do nas, że rząd wypowiedział wojnę narodowi. Praca początkowo przebiega normalnie. Dzwonią telefony wewnętrzne. Komisja Zakładowa „Solidarności” Kombinatu jest nieobecna. Nic dziwnego, przecież jest niedziela. Dowiadujemy się o zatrzymaniach działaczy Związku. Kierownik zmiany produkcyjnej konwertorów dzwoni z pytaniem, co robimy w odpowiedzi na ogłoszony stan wojenny. Spada na mnie odpowiedzialność organizacyjna pod nieobecność innych członków Komisji Zakładowej. Wydaję polecenie normalnego prowadzenia produkcji i udaję się na zebranie organizowanego Komitetu Strajkowego. Przyjmuję odpowiedzialność za działalność informacyjną i bezpieczeństwo Komitetu Strajkowego. Pierwsze dni strajku spędzałem w budynku mieszczącym radiowęzeł Kombinatu. Z trudnością unikamy konfliktu z podstarzałym komunistycznym sługusem, pracownikiem radiowęzła, zdecydowanym na „poświęcenie swego życia w służbie partii”. Do tej pory nie wiem, czy jego postawa była objawem totalnej głupoty, szantażu politycznego czy rozkazu administracyjnego. Budynek radiowęzła opuszczamy przed atakiem ZOMO. Od tego momentu Międzyzakładowy Komitet Strajkowy spotyka się codziennie w Stalowni. Odwiedzamy też Wielkie Piece i Walcownie, spotykając się ze stale malejącą obsadą strajku okupacyjnego. Działalność zaopatrzeniowa kilku przedsiębiorczych kolegów zapewniła wyżywienie dla całej załogi Huty. Organizowaliśmy utrzymanie ruchu produkcyjnego na minimalnym poziomie. Służby bezpieczeństwa sabotowały działalność Aglomerowni. Pojawiło się zagrożenie zamrożenia wielkich pieców. Brygady remontowe przeprowadzały awaryjne naprawy w niesamowicie niebezpiecznych warunkach.

Komitet Strajkowy spotykał się regularnie w pomieszczeniach kablowych budynku produkcyjnego Stalowni. Spotkania organizowałem w taki sposób, aby nikt z biorących w nich udział nie miał żadnej wcześniejszej informacji o ich miejscu. Czas był ustalany orientacyjnie. Poszczególni uczestnicy coraz mniejszych spotkań są przyprowadzani przez zaufanych mi ludzi. Wśród nich muszę wymienić niespotykanie zacnego elektryka Józefa Polka. To on wspomagany przez załogę mojej brygady zmianowej zapewnił także opiekę mojej rodzinie po moim aresztowaniu. Dwa razy w czasie strajku moja żona odwiedziła mnie w Hucie, przedzierając się w pantofelkach poprzez śnieg i między posterunkami ZOMO.

Jednym z trudniejszych problemów, które udało się nam rozwiązać, było narastanie „wojowniczych” nastrojów wśród uczestników strajku. Wiedzieliśmy, że jakiekolwiek siłowe starcie z otaczającym Hutę wojskiem i oddziałami ZOMO skończy się tragicznie. Znaliśmy już skutki starć w kopalni Wujek. Personalnie odrzuciłem ofertę podminowania zbiorników tlenowych w Stalowni w momencie wkroczenia na teren Huty oddziałów ZOMO i MO, co w konsekwencji zakończyłoby się potężnym wybuchem i wielką, trudną do przewidzenia katastrofą. Mieliśmy wszyscy szczęście, że nikt z otaczających nas sił nie odważył się na użycie broni.

Interesującym faktem jest to, że autonomiczna radiostacja strajkowa także była ulokowana w Stalowni. Regularne komunikaty, przygotowywane przeze mnie i informujące o uchwałach oraz postanowieniach MKS, były emitowane kilka razy dziennie i miałem nadzieję, że odbierane były w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. Ostatni komunikat po podjęciu decyzji o zakończeniu strajku odczytałem osobiście tuż przed zdemontowaniem instalacji.

Uważam, że decyzja o oficjalnym zakończeniu strajku okupacyjnego na wydziale Wielkich Pieców i Stalowni była w dużej mierze rezultatem mojej postawy. Nie wyobrażałem sobie zniszczenia Huty spowodowanego zamrożeniem wielkich pieców i utraty miejsc pracy przez tysiące robotników. Wynikające z tego straty polityczne mogłyby być nie do odrobienia. Strajk okupacyjny w Hucie Katowice był najdłuższym okresem robotniczego sprzeciwu w zakładzie przemysłowym na powierzchni. Rekordowo niskie temperatury i bezpośrednie zagrożenie nie pozwoliły na prowadzenie dłuższego oporu. Tylko dwie kopalnie: Ziemowit i Piast wytrwały dłużej, prowadząc podziemny strajk okupacyjny. Jak to było możliwe, zasługuje niewątpliwie na uwagę studiujących wydarzenia z tego okresu.

Po wysłaniu informacji o gotowości do przekazania Stalowni w ręce administracji Huty czekaliśmy kilka godzin. W tym czasie wozy pancerne i czołgi obstawiły już wewnętrzne drogi w Hucie. Trzy stacjonowały na wprost Stalowni. Udałem się na ostatni obchód. Gdy zbliżyłem się do jednego z czołgów, zauważyłem, że żołnierze są zaniepokojeni. Karabin maszynowy był widoczny tylko jako otwór lufy. Dawałem do zrozumienia, że moje zamiary są całkowicie pokojowe. Zbliżyłem się na odległość wyciągniętej ręki i pozdrowiłem ludzi zamkniętych w stalowym pudle. Jeśli moja interpretacja była prawidłowa, moje postępowanie zaowocowało interesującym incydentem. Po naszym aresztowaniu radiowóz, którym wyjeżdżaliśmy ze Stalowni, był trzy razy zatrzymywany przez czołgi stacjonujące w szeregu przed wydziałem. Towarzyszący nam agenci służby bezpieczeństwa i administracji Huty wyraźnie byli zaniepokojeni. W czasie przesłuchania w budynku administracyjnym Huty dowiedziałem się, że plany wcześniejszego zatrzymania wszystkich członków Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego nie mogły zostać zrealizowane ze względu na brak informacji o miejscu pobytu i czasie spotkań MKS. Po zatrzymaniu zostałem przewieziony do KM MO w Dąbrowie Górniczej, a później do AŚ na ul. Mikołowską w Katowicach. Środki podstawowej potrzeby dostarczała mi moja żona. Przez cały czas spotykałem się ze sporadycznymi groźbami i generalnie neutralnym, czasem przychylnym nastawieniem służb milicyjnych. Nie wszyscy mieli takie szczęście; zdarzały się pobicia i niecenzuralne zachowania służb milicyjnych i bezpieczeństwa.

31 grudnia 1981 roku rozpoczynają się rozprawy sądowe uczestników strajku w Hucie Katowice. Po dwóch dniach „parodii” zapadają wyroki. Dla mnie 6 lat więzienia, przepadek majątku i 15 tys. zł grzywny zasądził 2 stycznia 1982 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach. Śmieszne i tragiczne. Po krótkim pobycie w AŚ przy KW MO w Katowicach wraz z większą grupą skazanych zostaliśmy przewiezieni do Zakładu Karnego w Raciborzu, później do Strzelec Opolskich, Kłodzka i Strzelina. Mijają dni i miesiące. „Zima wasza, wiosna nasza” to często wyrażane zdanie wskazujące na nadzieję wiosennego sprzeciwu narodu i szybkiego uwolnienia. Niestety nasze nadzieje nie spełniły się. Więźniowie polityczni byli przetrzymywani w separacji od uwięzionych za przestępstwa kryminalne. Ułatwiało to „resocjalizację” strażników i było prawdopodobnie powodem częstych zmian więzień. Obsługa więzienna szybko przekonała się, że prawdziwi przestępcy polityczni wydają polecenia z biur administracji. Dla zabicia czasu zajmowaliśmy się „rękodziełem”, robiliśmy np. różne małe „arcydzieła” z chleba. Zrobiłem nawet dwie talie kart do brydża z małych kartek – widokówek, niestety „kolekcjoner” strażnik skonfiskował mi je. Pobyt w Strzelcach Opolskich, dokąd przeniesiono nas z Raciborza, był chyba najbardziej uciążliwy. Okna w celach były zasłonięte blindami. Były to nieprzezroczyste płyty szklane lub plastikowe zamontowane w odległości kilkunastu centymetrów od okna. Na skutek fatalnego wyżywienia wielu z nas chorowało na zatrucia pokarmowe. Zdecydowaliśmy się na podjęcie głodówki, która formalnie trwała 18 dni. Po pierwszych dwunastu dniach zaczęliśmy przyjmować minimalne porcje, aby uniknąć przymusowego karmienia. Kłodzko to zdecydowana poprawa. Mogliśmy uczestniczyć w mszach niedzielnych i dzięki temu mieliśmy dodatkowy – poza wizytami rodzin – kontakt ze światem. Wydarzenia polityczne wzbudzały nadzieję na uwolnienie. Rodzina jednego z moich współwięźniów przemyciła miniaturowy odbiornik radiowy. Słuchaliśmy więc Wolnej Europy i oczekiwaliśmy na zmiany. O ile dobrze pamiętam, był już rok 1983. Latem tego roku ogłoszono amnestię. Wszyscy z wyrokami poniżej 3 lat wyszli na wolność. Dłuższe wyroki były skrócone o połowę. Musiałem jeszcze trochę poczekać...

Zostaliśmy przewiezieni do ZK w Strzelinie. To było miejsce zgrupowania więźniów politycznych z dłuższymi wyrokami z kilku więzień. Pomimo rewizji udało się nam przemycić radio. Tutaj rozpocząłem wydawanie gazetki więziennej z najnowszymi wiadomościami, były to ręcznie pisane ulotki. Niestety informacje o radiu dotarły do administracji więziennej. Kilkakrotnie w celi przeprowadzono kipisz, w końcu jeden z bardzo „ambitnych” strażników znalazł nasze radio w kanale wywietrznika. Ukrywałem je tam przez wiele tygodni. We wrześniu byłem na przepustce, o ile dobrze pamiętam dziesięciodniowej, spotkałem się w końcu z rodziną. Dowiedziałem się wtedy, że wielu z moich współwięźniów, którzy wyszli wcześniej na wolność lub na przerwę w odbywaniu kary, już wyjechało z Polski. Ja musiałem wrócić do celi. Po powrocie otworzyłem „więzienny zakład usług drukarskich i mechanicznych”. W Strzelinie dyscyplina była znacznie mniejsza niż w Raciborzu i Strzelcach Opolskich. Chyba nie stwarzaliśmy już zbyt dużego zagrożenia. Można było mieć podstawowe przyrządy „osobiste”. Ja miałem bardzo dobry i ostry scyzoryk, którym rzeźbiłem i do tej pory mam w domu rzeźby wykonane w Strzelinie. Zrobiłem serię matryc drukarskich m.in. do znaczków poczty więziennej. Używałem do tego kawałków płytek PCV, które po wyrzeźbieniu na nich wzoru służyły jako matryce drukarskie. Opracowałem także recepturę na dwukolorowy tusz. Poczta więzienna (skrypty) z odbitkami moich znaczków przedostawała się na zewnątrz. Z pięciozłotówek robiliśmy medale więzienne dorabiając dla orła koronę. Początkowo był problem z wykonaniem otworu służącego do jego zawieszenia. Udało mi się wykonać prowizoryczną wiertarkę, której zasada działania była oparta na starej metodzie rozpalania ognia przez Aborygenów. Do tej pory przechowuję w domu eksponaty, które udało mi się przemycić z więzienia na wolność. Jeszcze kilka miesięcy i na Wigilię Bożego Narodzenia 1983 roku opuściłem mury więzienne. Starania żony i rodziny umożliwiły moje uwolnienie po odbyciu 2/3 wyroku, który mi pozostał po amnestii. Na wniosek mojej żony Sąd Penitencjarny we Wrocławiu zdecydował o skróceniu mojego pobytu w więzieniu.

Czas ten, jeśli można mówić o jakimkolwiek pozytywnym jego rezultacie, pozwolił mi lepiej zrozumieć ludzkie zachowania. Jako więźniowie polityczni byliśmy traktowani zdecydowanie odmiennie i prawdopodobnie dużo lepiej niż więźniowie kryminalni. Niestety muszę przyznać z przykrością, że zachowania niektórych współwięźniów pozostawiały wiele do życzenia. Najbardziej oburzało mnie, gdy spotkałem się z przypadkami wykorzystania wiedzy i inteligencji w celach „rozrywkowych” poprzez upokarzanie lub ośmieszanie innych więźniów. Muszę przyznać, że kilkakrotnie miałem chęć „skręcić kark” pewnemu inteligentowi z Krakowa.

Na wolności nie było dla mnie pracy. Huta Katowice nie przyjmowała „przeciwników politycznych”. Kilka innych okazji do pracy w zawodzie odpadło, ponieważ potencjalny pracodawca obawiał się odpowiedzialności. Zacząłem pracę w brygadzie remontowej w parku w Chorzowie. Ciężka fizyczna praca, ale ta nigdy mnie nie odstraszała. Zacząłem myśleć o przyszłości. Większość znanych mi działaczy opuściła Ojczyznę, moje możliwości zapewnienia niezbędnych warunków rodzinie były ograniczone. Pojechałem do siostry mojej matki, dentystki. W ciągu dwóch dni wyleczyła mi kilka zębów, które zaczęły się rozpadać w wiezieniu. Ponieważ byłem w pobliżu, przy okazji wstąpiłem do kilku ambasad w Warszawie. Droga na Zachód była dla mnie otwarta. Wybrałem wyjazd do Stanów Zjednoczonych.

Po kilku miesiącach przygotowań w czerwcu 1984 roku wyjechałem i zapomniałem o działalności politycznej. Moja decyzja wyjazdu była częściowo wynikiem obserwacji poczynionych w czasie działalności w NSZZ „S”, rozmowami w więzieniu i obserwacjami po wyjściu z wiezienia. Uważam się za osobę praktyczną, ale nie mogłem zaakceptować postaw politycznych i postępowania wielu znanych działaczy. Działalność polityczna wymaga kompromisów. „Kompromisy”, które obserwowałem, były lub szybko prowadziły do korupcyjnych postaw. Naprawdę uczciwi i oddani sprawie działacze często padali ofiarami intryg i oszczerstw. Mój ojciec w czasie jednej z moich wizyt w kraju wspomniał, że może przegapiłem okazję do awansu w polityce i udziału w budowie nowej i lepszej Polski. Po krótkiej dyskusji ze mną przyznał jednak, że woli raczej mieć syna, dla którego ma szacunek.

Wyjazd do USA był postrzegany przez wielu moich znajomych jako wygrana na loterii. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem: „Jakbym wiedział, że będę mógł wyjechać do Ameryki, to też bym strajkował”. W rzeczywistości sukces na emigracji tylko ze względu na posiadaną przeszłość nie był wcale zapewniony. Trzeba było wysiłku i pracy, aby utrzymać się na powierzchni, a tym bardziej osiągnąć sukces. Wielu imigrantów nie potrafiło się zaaklimatyzować lub popadło w inne kłopoty. Dopiero po 25 latach mogłem powiedzieć, że jestem naprawdę wolny. Nauka nie przychodziła łatwo. Zmieniałem kilkakrotnie pracę. Podejmowałem, a później rezygnowałem z kilku przedsięwzięć. Jedno z nich przyniosło mojej rodzinie dużo satysfakcji i oddech finansowy. Wraz ze starszym synem Sebastianem i kilkoma pracownikami firmy Maxtor założyliśmy w 1999 firmę LeftHand Networks, tworząc nowoczesny Data Storage System na podstawie moich hardware’owych rozwiązań i oprogramowania mojego syna. Firma została przejęta w 2008 roku przez HP. Wielu ludzi zawdzięcza nam miejsce pracy i przyzwoite zarobki.

Moje wspomnienia są celowo pozbawione faktów. Po trzydziestu latach wymagają przedyskutowania i weryfikacji. W Stanach Zjednoczonych brakuje mi kontaktu ze współuczestnikami opisywanych wydarzeń. Ograniczone miejsce w Encyklopedii wymusza skróty i pominięcia niektórych historii. Krótka pamięć do nazwisk też nie była mi pomocną

Monument, Colorado, USA, lipiec 2010

Opracowanie: Halina Żwirska